Klepałam bez entuzjazmu w komputer, gdy dobiegły mnie słowa, które błyskawicznie przeogniskowały moją uwagę na rozmowę, jaka się toczyła przy biurkach kadr i księgowosci.
Słuchałam- i włos mi się na głowie podnosił.
" Imię jego... Imię jego...Ej, coś było takiego, nie?"
"Co?"
"Imię jego."
{pewna, że to żart, słucham póki co z uśmiechem. Następne słowa dokłądnie mi ten uśmiech z twarzy starły}
"Taaak, było tam, że cośtam, cyfrą jego sześćdziesiąt sześć..."
{Postanowiłam, że to musiał być żart. Niestety..}
"No, jakoś tak...A co to było?"
"A nie wiem. Chyba z filmu?.."
W tym momencie nie wytrzymuje druga tłumaczka, i głosem jak spiż recytuje:
"Krew jego- dawne bohatery;
A imię jego- czterdzieści i cztery."
"O! Jakoś tak! To właśnie było z jakiejś książki?...Albo z lektury?..."
{Rejestruję to jakże oczywiste rozróżnienie na książki. I lektury.}
"Coś tak jakby mi sie majaczą te, Wielka Improwizacja?.."
"Nie, raczej Kondrad {ksztuszę się} Walenrod."
"Hm...A zresztą, kogo to obchodzi ^^"
W innym świecie obeszłoby moje biurko, bo w innym świecie już bym tłukła o nie głową.
Oglaszam: wkrotce bede przenosic bloga. Postaram sie uratowac/zachowac, ile sie da. Jedyna rzecz, jakiej sie nie da, to wytrzymywac bez konca fochy i zawieszki, awarie i zalamania bloxa. Sprawia to, ze choc mam ochote cos tu wrzucic, to tego nie robie, bo pragne uniknac frustracji, ze: -zniknelo ( po godzinie pisania, powiedzmy) - zawiesilo sie -nie da sie odwiesic - nie moge wrzucac filmikow - blox nie oferuje roznych sympatycznych bonusow, ktore ewidentnie sa udzialem uzytkownikow takich serwisow, jak np. blogspot. O. Blogspot... Chyba ze ktos ma jakies inne sugestie, gdzie warto by bylo sie przeprowadzic?
A dzis co? Kolejna ucieszna historyjka z serii `Co S.powiedzial`. Doprawdy jednak, trudno oczekiwac ode mnie czegokolwiek innego, skoro jest on jedyna osoba w firmie, z ktora rozmawiam. Nie wybieralam tego; po prostu- plemienne prawo biurwiastego swiatka: jestesmy my- i reszta. Nasz biurko- i inni, petajacy sie przy innych biurkach, ale na pewno nie robiacy tam nic wartego owego biurka. Wspominalam juz, ze tu pasuje jak piesc do nosa? Ech. S.rozbawil mnie do lez, kiedy probowal sie nauczyc wczoraj slowa `paczek`. W jego wykonaniu- `ponciek`. A poniewaz mu sie skojarzylo- takie ma, muzykalne ucho, patrzcie- nagle, po 5-krotnym powtorzeniu `Ponciek. Ponciek`, nagle z natchnieniem wypalil: `Kurciek!`. Klaruje mu tedy zasadnicza, choc moze umykajaca niewprawnemu oku roznice miedzy paczkiem a kurczakiem, ale jedyna odpowiedzia, jakiej sie doczekalam, bylo - `Kurciek.` Potem na zmiane- `Ponciek. Kurciek.`, z roznymi wariacjami, bo tlumaczylam akurat, ze paczki to ciastka nadziewane roznosciami. Jak dotarlismy do `Ponciek ni haitteru kurciek` i `Kurciek ni haitteru kurciek`*- umarlam ze smiechu. ...i zmartwychwstawszy odkrylam, ze---nadal jestem tu XD Ghaaaaa~
A mi sie chce tanczyc. Strasznie, bardzo, okropnie chce mi sie tanczyc, i najgorsze, ze nie tylko imprezowo- ale z sensem. Ulozyc choreografie mi sie chce XD Juz od dluzszego czasu probuje wrzucic pare rzeczy na bloga, i po kazdej probie blog ma wapory. Znika, wiesza sie, laczy notki, po probie dodania komentarzy laczy znienacka z komentami poprzednich wpisow- slowem czyni wstrety. Maly zlob. Zatem- sprobuje innymi kanalami wrzucic pare przegenialnych choreografii, do swietnych kawalkow, ktore ostatnimi czasy walkuje dzien w dzien roziskrzonym okiem (i uchem) Slabe audio w tym nastepnym, ale tancerze juz znacznie lepiej wyrobieni, niz w oficjalnej, nieudostepnionej do wklejania na blogi wersji.
*Paczek nadziewany kurczakiem
Kurczak nadziewany kurczakiem.
D.( w panice, spinając się za kierownicą): Jezus Maria, gdzie?! Leci tu?!
Ja (nadal marzycielsko): Nie...Stoi tam, za laskiem...Śnieg sobie je...
Cóż
się jednak dziwić; jak człowiek za dużo czasu spędza na rozwijaniu
swoich umięjętności kryptologicznych, potem ma dość długą drogę powrotną
do trzeźwego myślenia.
Ot, jeśli np.w trakcie przegryzania
się przez drutówki, sprężynki i nity trafiam na tajemniczą wzmiankę o
konieczności przeprowadzenia "magic check", po prostu nie mam wyjścia-
na jakiś czas zamieram w czarbezmyśleniu. Albo jeśli przez dłuższy czas pracuję nad tekstami, zaczynającymi sie od "Weź..(młotek/sprężynkę/drucik/srucik/cośtam)..", to coraz cieńsza staje się bariera, powstrzymująca mnie od wpisania "Weźmij czarno kure..." Ale nie tylko mi monotonia pracy siada na czapie. S.ostatnio nauczył się od pań szwaczek nowych polskich słówek, które raczej nie przydadzą mu się w pracy, antomiast w nawiązywaniu kontaktów towarzyskich...mniej lub bardziej burzliwych...kto wie. Sklecił potem te słówka w autorski mix, i krążył po hali, skandując znienacka "Gorące kobieta!" Nie wiadomo- reklamował, czy poszukiwał.
A oto dwie fotki z moich obecnych okoliczności przyrody, czyli Widok z okna (oczywiście pstryknięty tydzień temu, w czasach przed zlodowaceniem)
oraz widok na pracę, cyknięty ze środka niczego, ok.15 minut spacerkiem od powyższego stawu:
Dwa tygodnie bez sieci; dwa tygodnie banicji dla rybaka.
Dziś nie zdzierżyłam, udałam się do miasteczka i mam próbny modem. Z emocji narobiłam też zakupów, mędzy innymi wino i pół wiadra żelków.
Ostatnio mam jazdę na żelki...
Anyway- działanie modemu mogę swobodnie przyrównać do choreografii Sonyi T. Łącze drga, wije się, szarpią nim konwulsje, a na koniec coś je zjada.
Ale jest sieć.
Co się u mnie przez ten czas nie działo!
Zanim cokolwiek- powitajmy ciepło Sekretnego Czytelnika,
który, jeśli dobrze odczytuję wszelkie znaki, ma szczęście pracować w tej samej Firmie, co ja.
Powitajmy i niniejszym zapomnijmy- jeśli ma on bowiem nadzieję odnaleźć tu siebie, to się rozczaruje srogo.
Coelho idź lepiej poczytać! To dobra lektura dla poszukujących.
Zaś współpracownicy z biura, niestety... Nie są dla moich pisarskich potrzeb dostatecznie----pożywni.
Byłam we Wrocku.
Bawiłam sie przednio, zrobiłam sobie dredy, i poszłam w nich do opery. O mało nie wkręciłam się na chlanie ze śpiewakami; i zostałam, wraz z konfratrem swoim bezecnym, w tejże operze zrugana za niestosowną wesołość krótko po tym, jak Jo D'arc doskwierczała sobie do końca i opadła kurtyna.
Ha. Pewnie jakby na scenie uśmiercono nie bogobojną chrześcijańską mistyczkę, tylko bogobojną pogankę, rugacz pierwszy by wywinął kozła z uciechy i cisnął jeszcze w nieszczęsną skwarkę rzepą.
Byłam na imprezie i miałam starcie z DJem i jego koterią, oraz grupą młodocianych miłośników filmów typu "Just dane" i "Step up 1,2,3..6".
W dodatku DJ nie chciał włączyć mi tego kawałka "XXXO" Mii, bo- jak twierdził- wszyscy mu pójdą na chatę.
Domówki nie chciał zrobić, żyła.
A potem, już we wsi, poszłam do fryzjerki, wycieniować sobie tylko włosy...
Kiedy wreszcie przestałam sie ciskać po pokoju, porzuciłam pomysł ratowania sytuacji nożyczkami do paznokci (jedyne, jakimi tu dysponuję) i uspokoiłam na tyle, żeby stanąć ponownie przed lustrem, mogłam się przyjrzeć nowej formie na głowie swojej biednej.
W skrócie: po wizycie u lokalnych szamanów wyglądam jak skrzyżowanie Lady Oscar i kierowcy tira (tyle że bez wąsów).
Słowem- it was acceptable in the 80's.
Ślubuję więc, że przez najbliższe 4 miesiące żadne ostrza nie dotkną moich włosów, niech się ludziska krzywią i dziwią.
Dopiero kiedy wrócę do cywilizcji. Być może.
Ale nie za szybko.
Na ostatek- parę kwiatków filmowo-telewizyjnych, czyli autorskich TFUmaczeń filmów oraz popisów wiedzy teleturniejoweh:
(Guess who)
Don`t try to act like our jobs are alike.
To inaczej niz w zyciu.
(Film: "Remember me")
-I`ve only seen him looking at one girl the way he looked at you.
She`s a lot shorter and shares his DNA.
Chcialbym tak patrzec na dziewczyne, jak on patrzy na ciebie.
I dzieli z nia DNA :).
-And other girls were saying Caroline did it to herself.
Inne dziewczyny mowily o Caroline: kot, ktory ma wlosy. O_o
Z kolei z teleturnieju `1 na 10`: ludzie przychodza, nie zadawszy sobie trudu zapoznania sie z elementarnymi zagadnieniami dziedzin humanistycznych.
Moimi faworytami sa Religia i Jezyk Polski, bo ludzka niewiedza
w tych kwestiach jest juz nie tyle przerazajaca, ile fascynujaca.
Kto wprowadzil do polskiej literatury termin `fraszka`?
Najpewniej jakis raper.
W jakiej Swietej Ksiedze pojawia sie wzmianka o hurysach, czekajacych w raju na cnotliwego nieboszczyka?
Moze w Torze? Juz my wiemy, co tym rabinom tak naprawde po glowie chodzilo.
I moj faworyt:
Jak w kosciele katolickim nazywa sie obrzed wypedzania zlego ducha z czlowieka?
Ciiiii----------sza.
Na litosc wszystkich bogów Niflheimu- ten kraj mieni sie w 98% katolickim! Hahhaha...
Najlepsze, że zdaniem S., w Japonii nie ma specjalnie problemu z rzeczoną sekuharą, a ludzie nie sąna tym punkcie tak "drażliwi, jak Amerykanie".
Jassssne. Cicho siedzą i tyle.
Inna specyfika obecnie zamieszkiwanych przeze mnie okolic, której jednakowoż mój szósty zmysł m wcześniej nie objawił.
Otóż lokalne dystrybutorki Avonu uważają wydawanie reszty za rzecz czysto opcjonalną, a bardziej traktują ową resztę jak końcówkę renty/emerytury, którą uśmiechnięci złowieszczo listonosze zwykli odbierać zauroczonym staruszkom.
Ot, reguły lokalnego handlu.
A to- jest i genialny utwór i rewelacyjna choreografia.
I bardzo piękna choreografka, serio- jedna z piękniejszych kobiet, jakie się widuje w mediach.
Nie wiem, czy to jest specyfika Japończyków, operatorów, czy japońskich operatorów; ale- pamiętacie Oczko?
Tego supervisora z wytwórni opon?
Jasne, że nie pamiętacie.
Tego, który wciąż dowcipkował, że chłopaki z Polski są "homo", i którego owe dowcipasy omal nie kosztowały spójności cielesnej.
No więc wspomniany wcześniej S., jak już pisałam, nieustannie podkreśla ogrom miłości, jakim darzą go wszyscy panowie menagerowie oraz sam prezio. Podkreśla bardzo intensywnie, usilnie i malowniczo.
Dziś oznajmił tonem więcej marzycielskim, że może, w ramach pozyskiwania łask dla szwalni, powinien dać się obściskiwać prezesowi?...
..by po chwili rzec, że go mężczyźni nie interesują i w ogóle znużony już tym wszystkim jest.
"Jakim wszystkim?" chciałoby się zapytać, hę? Mufufufufu....
Natomaist rzecz zupełnie nietypowa dla tej nacji to to, że już kilkakrotnie sięzdarzyło, że paru przyjezdnych supervisorów woniało niemiłosiernie, jakby jużdrugi tydzień bez mała przebywali w tych samych ciuchach, bez przerwy na jakieś mycie czy inne niedorzeczności.
Może zapracowują w ten sposób stres i tęsknotę za ojczyzną, ale na bogów- stanie koło takiego delikwenta, w nagrzanym biurze, to doświadczenie niemal namacalne.
Za to mi dała do myślenia inna scenka; S., ta gwiazda szwalni najjaśniejsza (naprawdę postawiłabym go sobie na półce i włączała co jakiś czas na poprawę humoru :D Pragnę zauważyć, że chyba po raz drugi jakiś Japończyk wzbudza we mnie takie uczucia :D), wyraził sie z uznaniem o moim zdrowiu i energii, wobec faktu, że ostatnimi czasy znów zdarza mi sie pomykać do pracy pieszchom, skroś pola, ponad 2 kilometry, choćby i przy temperaturze (jak np. w poniedziałek) -17.
Na które to komplementa odparłam, że przeciwnie, chyba niedługo zemrę- co miało być żartem najoczywistszym, i S.powinien był na to wybuchnąć śmeichem perlistym, a nie przeszyć mnie z nagła zaniepokojonym, stroskanym spojrzeniem -_-
Propozycja na uprzyjemnienie sobie nastroju w niedzielę, jeśli się ją spędza tam, gdzie diabeł mówi "Dobranoc": - zrobić sobie fryzurę, jaką się chce, im nowsza, tym lepsza; - zrobić sobie taki makijaż, jaki się lubi- nawet mega mocny, pomimo, że się nigdzie nie wychodzi; ja ćwiczę się w stosowaniu eyelinera XD - mieć zapasy herbat, czarnych, zielonych i owocowych, o rozmaitych smakach; - świeczki o zapachu hazzelnut cappucino też pomagają.
Sprawny komputer, tablet, listy do pisania i książki do czytania to, oczywiście, rzeczy podstawowe, o których nie będę wspominać, bo i tak wiadomo.
Ale mi się dobrze zrobiło, kiedy już skończyłam sobie skręcać te pasemka, i obejrzałam rezultat w lustrze.
Efekt, o który mi chodzi- a którego jeszcze nie uzyskałam, ale to była pierwsza próba zaledwie- to coś pomiędzy Tia Dalmą a Shakirą- należy przy tym wybrać najlepsze rzeczy z wyglądu obu pań, czyli odrzucamy czarne zęby Tii i trzęsący się zad Loca-Waka-Waki :D Chodzi o same kłaczory:
Jednak takie dredziaki to wolność... Oczywiście, do następnego weekendu nie będę ich robić. Za to kiedy już wrócę do Gdańska... Wiecie, to coraz bardziej brzmi, jak marzenia klienta z wieloletnim wyrokiem, który snuje opowieści o tym, co zrobi, gdy już opuści celę na stałe. Dredy; powłóczyste kolorowe kiecki (no, może o tym przeciętny więzień nie marzy XD Chociaż...); wszystkie moje szale, paski i krawaty; wybór biżuterii; soczewki; piwo czy herbata- wypijane w towarzystwie... Pianino. Kiedy skończy się wyrok.
Dopiero co poszłam na parogodzinny spacer po śnieżnobiałych, zmrożonych polach.
Dopiero co przysiadłam, ot, na chwilkę tylko, zobaczyć, co tam ludzie mają w "stockach" na DA...
Wstałam od kompa o 23. Z zaczętych trzech pracek skończyłam jedną i bardzo jestem z niej kontenta.
Poza tym- do rysowania nie trzeba myśleć. Przynajmniej o niczym, co nie dotyczy kompozycji, koloru, nasycenia, etc. A chodząc po zborachi galeriach, widziałam m.in yaoiową pracę, zatytułowaną jakoś w rodzaju "Piękne zło".
Normalnie...aż chciałam wejść na stronę twórcy i napisać mu: "Dzieciaku. Jakie zło?! Zwyczajnie: jeden koleś chce przelecieć drugiego, proste. Uke jak zwykle ciapowaty, seme jak zwykle lisi i wąskooki, ale jaki on zły?! W złu, prawdziwym złu, nie ma nic pięknego."
Bo z takim prawdziwym się ostatnio zetknęłam, i ze straszliwą obojętnością, jaką wzbudza ono w ludziach, i nadal nie rozumiem- skąd ono się bierze? Jak jeden człowiek może---zrobić coś tak straszliwie złego, jak zniszczenie drugiej istoty?
Nie pojmuję tego. Nie ogarniam. Totalne zło mnie przeraża i sprawia, że mam ochotę zapaść na hikikomori, zwinąć się w szafie i nigdy nie wyjść. Gdzie tutaj dwa łypiące na siebie gejaszki z fantazji małolat...
Ale nie umknę nawet odcieniom złobnej szarości; zabierająca mnie do pracy D.po drodze opowiada mi wszystkie co brudniejsze, co złośliwsze ploty na temat wszystkich, których mijamy na drodze; wszystkei zdrady, oszustwa, pomówienia, kradzieże. I nawet jeśli w tej opowieści się przewinie, że syn B., jednej babki ze szwalni, wraz z bandą kolegów praktycznie rozszarpał bezbronnego człowieka na strzępy, to tylko jako przyczynek do powyzłośliwiania się na samą B.
To, że ta monstrualna zbrodnia miała miejsce w tej samej wsi, i że winny dostał tylko dwa lata odsiadki, nie miało znaczenia.
Po prostu sobie z tym nie radzę. Jeszcze trochę, i ilekroć będzie mi groziło usłyszenie, do czego to człowiek jest jeszcze zdolny, będę zatykać uszy i głośno śpiewać. Wyślą mnie do Tworek i się skończy.
Przestałam oglądać wiadomości.
Zresztą, mój ulubiony do niedawna serwis, Teleexpress, przeszedł ostatnio taką zmianę, jakiej kilka lat temu poddano "Przekrój".
Kiedyś był to program lekki, ale sensowny.
Teraz rzucają w nim krwawe ochłapy dla spragnionego posoki tłumu albo pieprzoty w rodzaju "breaking news o zakazie skubania gęsi", czy plot ze śmieciarskiej prasy celebryckiej, a każda jedna informacja, nawet najbardziej straszliwa, jest podsumowana wymuszonym bon-motem, produktem niewątpliwego zatwardzenia humoru, w dodatku wygłaszanym z antyteatralnym zacięciem godnym PRLowskiej propagandy.
Nie wiem, co oni planują, ale chyba postanowili zmienić pasmo odbiorców.
Jak już wspominałam, tłumacze we w Firmie są rezerwowani, za pomocą takich samych arkuszy, na których sie rezerwuje sale konferencyjne.
Ważne raczej jest, żeby każdy potrzebujący się wpisał na listę, inaczej wychodzą sytuacje takie, jak dzisiaj, kiedy trzy różne partie oczekiwały mnie w trzech różnych miejscach, podczas gdy ja byłam, oczywiście, u tych, którzy się wpisali w mój balowy karnecik.
Ale czasem też mnie zgarniają z marszu; tak było wczoraj. Pan M. z paroma innymi Japończykami wybierali się na halę, i po drodze zabrali i mnie. Wyszliśmy kupą zza węgła, i to najpierw mnie zobaczył pan Y., idący właśnie z naprzeciwka z grupą polskich supervisorów.
"O!" ucieszył się, potem jednak dostrzegł za mną pana M. i spółkę.
"O" powtórzył już zupełnie innym tonem, po czym zwrócił do nich z pytaniem, machnęwszy w moją stronę ręką:
"使う?" ("Używacie?")
---Nie potrafię opisać parsknięcio-brechtu, jaki się ze mnie wyrwał po tym pytaniu.
Z innych wieści: butla z gazem nadal jest nieszczelna. Mimo, że żyję pod jednym dachem ze strażakiem, i już dwukrotnie ów interweniował w tej kwestii, butla te wysiłki waży sobie lekce i nadal smuży gazowym piardem. Codziennie po pracy trzymam drzwi otwarte na oścież przez dobre 10 minut, ale i tak nigdy nie wiem, czy kolejna odpalona zapałka nie będzie moją ostatnią -_-