RSS
niedziela, 28 stycznia 2007
Dance with me...

To niezwykle, ze udalo mi sie wstac wczoraj o 6 rano, po niecalych 4 godzinach snu, a to wszystko przez R., ktora wyciagnela mnie do Rumoursow. Sprytne zabranie odliczonej kasy na jednego Pink Fetisha nie zdalo sie na nic, jako ze rychlo dochrapalam sie `wielbiciela`. Ktory postaral sie, zeby po pierwszym drinku natychmiast stanal przede mna nastepny. Niewiele mu, biedakowi, z tego przyszlo, bo po uporaniu sie ze Specjalnoscia Laurensa, po prostu wrocilam do akademca }:D

Anyway- dotarlam do Takarazuki jak robocik na szynach, w zasadzie nie myslac o drodze, tylko skrecajac automatycznie I wsiadajac do pociagow, ktorym sie nawet dobrze nie przygladalam, co one sa :D

`Pari no sora yori mo takaku`. Swietny spektakl, a rewia po nim - `Fansii dansu`- jeszcze lepsza. Owszem, bylo pare wpadek z synchronizacja, jak tez sporo aktorek, ktore tanczyly jak na mega kacu (slalam im z widowni fluidy szalonej empatii). Rola Seny- pereleczka, warta nie jednej, a trzech zarwanych nocy. Jednak najwazniejsze, ze doznalam objawienia, tym wiekszego, ze przeciez wiedzialam o tym od dawna, tylko jakos…wypadlo mi z glowy. Narzekalam jakis czas temu, ze w Takarazuce jest kilka zdecydowanie wybitnych wokali, ale z tancerkami gorzej. Wypluwam niniejszym te slowa zdradzieckie, odkad zobaczylam wczoraj na zywo Kiriye Hiromu. Muaaaa…..*__*  Nikt w tej chwili nie tanczy jak ona (no, moze jakies mlode, jeszcze `bezimienne`, ktore musza poczekac na swoje wielkie role). Generalnie otokoyaki w T. tancza bardzo sztywno I kanciato, zeby twardymi, szarpanymi ruchami podkreslic meskosc postaci. Unikaja miekkiego balansowania w biodrach, plynnego powiewania konczynami I calej tej zmyslowosci, jaka plynie z elastycznego zwijania sie w tancu. Gdy na nie patrze, na te niebotycznie wysokie wymachy nog, dobrze wymierzone piruety I przytupy, nie mam watpliwosci, ze gdyby przylozyc jakas miarke, wszystkie ich ruchy pokrylyby sie idealnie z wykresami na osi x-y-z, wyrysowanymi przez nadwornego choreografa. Tu nozia idzie do kata 45 stopni, tu obrot I pol, a nastepnie wypad w przod- ale tylko o 78 cm!..Technicznie to bardzo dopracowane, precyzyjne I bez skazy, ale, niestety, takze bez duszy. Co zas widze w przypadku Kiryi? Ta kobieta ma nie tylko wyczucie rytmu, ale I wyczucie muzyki, wplecione w krwiobieg; tanczy pozornie bez wysilku, leniwie, nie starajac sie ocierac sobie nosa goleniami, czy skakac wyzej od innych, za to kiedy juz to robi- mam wrazenie, ze ogladam plomien, ze ktos przetopil rytm I wlal, jak plynne zloto, do jej miesni I sciegien. Cos pieknego. Plus jeszcze jedno- ona sie bawi, tanczac; dobrze sie bawi, widac to zwlaszcza na tle innych atorek, polyskujacych wypracowanymi usmiechami nr 5, podczas gdy ich sztywne patykowate czlonki przechodza miarowo z jednej figury w druga. Kiriya, nawet gdy zamiera w bezruchu, jest najbardziej dynamicznym, przykuwajacym wzrok punktem sceny, to po prostu bije po oczach.

Co za ironia swoja droga, ze fantastycznych tanczacych facetow, umiejacych sie ruszac w garniakach I kapeluszach (kapeluszach, ze nadmienie, w stylu ekscytujacych czasow prohibicji), moge podziwiac tylko tam, I to jeszcze- gdy kilkanascie godzin wczesniej ci prawdziwi doprowadzali mnie do szalu tworzeniem kordona obserwantow wokol miejsca, gdzie nasza grupka wesolo plasala. Malo tego- usilnie co i rusz jeden z drugim wlazil na stolek, stojacy tak, ze tanczac tam, gdzie z racji skaposci miejsca tanczylam, musialabym sie ocierac o siedzaca na nim osobe. Wobec czego przerywalam I szukalam innego miejsca co bedac niewykonalnym, zmuszalo mnie do powrotu do baru, po czym bardzo rychlo slyszalam wyblubrane chwiejnie `No czeeesc…`, pochodzace od ostatniego okupanta stolka, ktory uznawal, ze skoro tanczylam, to we wiadomym celu, bo po co innego czlowiek tanczy, i to jeszcze wiedzac, ze ktos za nim siedzi I sie gapi? Jasna sprawa! Arrrgh…..

W kazdym razie nie wiem, ile razy bym musiala isc na Takarazuke, zeby w momencie pierwszego wyjscia top star na ginkyou nie dostawac bezdechu. To zawsze jest chwila, kiedy nie moge po prostu uwierzyc, ze widze je na zywo. I wrazenie utrzymuje sie z reguly dosc dlugo, wczoraj jedynie nieco krocej, ze wzgledu na to, ze martwilam sie o rower, zaparkowany na noc w niedozwolonym miejscu. Zla straz miejska mogla go byla zgarnac na furke I wywiesc w dal. Rower szczesliwie znalazlam tam, gdzie go ostatnio widzialam, zniknal tylko parasol, ktory ufnie pozostawilam wplatany w szprychy. No trudno….Sztuka wymaga ofiar. Znajde nowy :P

wtorek, 23 stycznia 2007
Lazanki zaglady

Jako, ze osiagnelismy szczesliwie polmetek nauki, I trzeba bylo uczcic fakt, ze przetrwalismy w symbiozie z Obcym cale 4 miechy (motyw dotyczy obu stron), urzadzono jubel- skromnie, uslyszalam, kazdy zagraniczny student, w miare, moznosci, przygotuje jakies rodzime zarcie, spotkamy sie w naszym akademcu, zjem, wypijem, pogratulujem sobie- I tyle. Lgarstwo…Jak zawsze. Zrobilam zarcie, zapakowalam na miche, I schodze na dol, do pokoju glownego, na owo skromne spotkanie, I widze- tlumy. Garitury, garsonki, przemowy na kartkach wystajace z odprasowanych kieszeni. Bramkarze- tez pod krawatem- wmuszaja ludziom identyfikatory po uprzednim wypelnieniu ( !!??) formularzyka. Ja pierdziu, prawie sie zawinelam z ta micha na gorke. W srodku- jeszcze lepiej. Pol uniwerku sie tam chyba wbilo, mowie rzecz jasna o oficjelach. Impreza polegala na tym, ze – jemy, jikoshoukai (przedstawienie sie) jakichs…trzydziestu osob, I koniec, od do -ubaw, ubaw czysty, fajerwerki I kankan normalnie- a mimo to przez czas tak krotki zdazylam umrzec z nudow, zdenerwowac sie, potem wsciec, I miec chwile traumy- ktora ostatecznie zapewnila mi wiecej rozrywki, niz miala cala nasza grupa razem wzieta. Otoz- nagle zaczeto przywolywac do mikrofonu ludzi, ktorzy zrobili zarlo. Zeby sie przedstawili, opowiedzieli historie swoja, dania, I moze jeszcze zadeklamowali cos w ramach aperitifu. Poslalam ich do diabla oczywiscie. Pare osob, gleboko, widac, odczulo despekt, na jaki narazilam japonskich gosci, i probowalo mnie…hmm, naprostowac. Tak mysle, moze to jak ze scena? Chodzi o ten lepszy kontakt z widownia, a widowni z dzielem? Coz, nie zalezalo mi na lepszym kontakcie skosow z lazankami, a przynajmniej nie w sposob gwarantujacy im szczesliwe przelkniecie. Ale mialam ubaw, umykajac przed przesladowcami, bo- po prostu co za korki- scigali mnie z mikrofonem po calym pokoju, a ja robilam fanowski remake `Wielkiej ucieczki` -_-`.

Hehe, jak zawsze, pozniejszym wieczorem kuchnia, Tei, przesluchanie….Mysle, ze umiem sie juz usmiechac rownie szczerze jak on, I nie watpie, ze czerpie z tego nieporownywalnie wieksza satysfakcje, zwlaszcza kiedy moge swymi slowy pozbawic satysfakcji jego.

Kupilam sobie kimono. W przecenie bylo, to co….Smierdzi jak cholera, wisi teraz, uprane, na balkonie, I mam nadzieje, ze skruszeje do rana. Rozumiem, dlaczego bylo takie tanie- chyba kogos w nim pochowano XD Przetrzymawszy uprzednio z tydzien, zeby, hmm…sie przegryzlo; jak bigos. Ale ladny kolor, cynobrowo-wisniowa czerwien, I jakies kwiatki na dole bialo-srebrzyste, chiba chryzantemy. Pogrzebowe takie…..koresponduje z wonia, jako zywo. Do tego bialo-srebrzyste obi, tez w jakies zielne wzory, ladnie sie komponujace z ciuszkiem, tylko ewidentnie posluzylo onegdaj do skrepowania wspomnianego wczesniej nieboszczyka- capi podobniez, a nie mam pojecia, jak to uprac. Namocze I rozmieknie, I wtedy co? Bede mogla oddychac nawet nim opasana, zgrozoz! Najlepsze bylo, ze jak kopalysmy z dziewczynami w stosie tej wonnej odziezy (musze sprawdzic w gazetach, czy gdzie w okolicach nie popelniono desakracji jakiegos mauzoleum swiezej daty…), wokol stal TLUM Japoncow, ale z 50 osob bez mala- I robilo nam zdjecia. -_-` To ale bylo niekomfortowe. Zemscilysmy sie, robiac zakupy na modle cudzoziemska, czyli- skoro byla cena `za siatke`, to napchalysmy w ta siatke z czubkiem, tak ze trzeszczala niebezpiecznie przy kazdym ruchu- I najniewinniej w swiecie podalysmy pobladlemu sprzedawcy. Zlowiony przez oko kilku aparatow, usmiechnal sie z wysilkiem, I skasowal dokladnie tyle, ile powinien. Za jedna siatke. Ha ha.

Ale wszystko furda, bylam w pracowni, stalam przy sztaludze- malej I rozklekotanej, ale zawszec- I teraz juz sie mnie stamtad tak latwo nie pozbeda. Fakt, papier maja tu cholernie drogi, nie pojmuje przyczyn, w koncu do Chin blisko, I wszystko sie juz dawno ukradlo, wiec dlaczego to tyle kosztuje??? Nie doceniaja jednak gaijina, jesli mysla, ze go wydudkaja; odkrylam papier pakowy po 100 jenow rolka, hie hie…Bialy I cienkawy, ale do moich celow sie nada. Sama sesja rysownicza byla niezla; rysowalam, oczywiscie, martwa nature, bo zywego czleka mi nie wolno- puraibasii... Natura byl martwy Rzymianin, ktorego szlachetne popiersie, w dwudziestu kopiach, ozdabia kazdy mebel pracowni, a studenci stoja w wianuszkach admiracji, pracowicie przenoszac na papier wszystkie faldy I zalamania---gipsu. Zastanawiam sie, co jak juz wszyscy narysuja jednego Brutusa z drugim. Tak przez rok to samo? Czy moze robia nowa rzezbke I 20 odlewow? I wonder….Musza miec preznie dzialajaca pracownie rzezby tedy. Wszystkie prace sa rysowane weglem, ale ja zostalam wierna Derwentowi. W pewnym momencie przyszla jakas panna, dokanczac rysunek. Pokrecila sie, pogadala troche z moja tutorka, po czym, pod pretekstem oceny wspolzawodniczacych(??) prac, zaczela studiowac z uwaga wszystkie, az w koncu doszla do mojej. Przygladala sie jej dlugo I w milczeniu, az w koncu Miwa poczula sie w obowiazku zapewnic ja, ze ja tak tylko dla siebie rysuje, bo lubie, stad- w domysle, ale zaden inny kontekst nie przychodzi mi do glowy- mierna jakosc mojego Brutusa. `Olowek` zaobserwowala panna celnie, acz niepotrzebnie, po czym odeszla, uspokojona. Cwaniaczki….Jak bym rysowalam nieprzerwanie dzien po dniu, tez bym byla wozek. Ale kij z tym, ja tam sie ciesze, ze nie wszystko jeszcze zapomnialam, w koncu ile- cztery lata? Piec? Nie rysowalam na duzym formacie. Poza tym wegiel a olowek…to zupelnie inne media. Na rysowaniu weglem sie co prawda nie znam za bardzo, ale cieniowanie olowkiem to nie to samo, co smarnac gruba kreche, a potem ja sobie rozsmarowac palcem we wszystkich kierunkach. To precyzyjne dlubanie, subtelnosci wymagajace! Bah! Stad- et tu Brute sie tu pojawisz :D

piątek, 12 stycznia 2007
Mfghnm, czyli z zycia sniegojada


Sposrod nie lubianych przeze mnie dziedzin sportu sa takie, ktore wiaza sie z mala stabilnoscia gruntu I ogolna niepewnoscia co do moich nastepnych posuniec. Narty, lyzwy, rolki, wrotki. Tornado (to nie jest co prawda sport, tylko wesola figura w szaolin, kiedy wyskakujesz w powietrze by tam nastepnie zrobic komus krzywde. Z reguly mi sie to udawalo, tylko niekoniecznie zgodnie z wytycznymi-_-`) Wiec co robie, bedac osoba tak gruntownie uwarunkowana? Jade do Nagano, bawic sie w snowboard! No cozby innego!

Wtorek- po 7 godzinach jazdy autokarem, I aviomarinowym snie na hotelowj kanapie.

12:00- mam juz kolorowe waciaki, kosmiczne butki I deche, fajnie. Odmrazam sobie tylec, siedzac od 10 minut na sniegu, I bezkolizyjnie wchlaniajac madrosci Wielkiego Szu(s) droga osmozy. Swietnie mi idzie, chyba. Chyba na pewno musze wstac wreszcie, bo moje portki wchlona przy okazji caly sliczny sniezek.

12:00:01- mngfn.

12:05 – bo problem jest taki w snowboardzie (rozpracowalam go w mig, ha): decha jedzie, a ja zupelnie przypadkowo na niej stoje. A przynajmniej usiluje zachowac ten stan do konca gorki - gorki, dobre sobie! To plaszczyzna, stopniowo znajdujaca sie coraz wyzej wobec siebie samej- nieco nizej. Jakim cudem decha nabiera na niej takiej nadgwiezdnej predkosci?? Nie ma to oczywiscie zadnych powiazan z takimi obcymi zwrotami, jak kontrola, czy opanowanie. Moj snowboarding to nieopanowany szus po plaskim stoku.

12:50- ten caly snieg mnie rozprasza.

13:30- wstalabym, gdyby ktos tu okazal choc odrobine woli wspolpracy!! Ja dopiero zamyslam wstac, a wredny dechol juz jedzie- ba, zeby jedzie! Pedzi w kurzawie, a ja, wrzeszczac, na nim. >_< Nienawidze go.

14:00- mnggfngfmhgfnmgnnnnhuj.

(Da capo al fine, z malymi przerwami na wyjatkowo dlugotrwale I uporczywe dotrzymanie przeze mnie towarzystwa desce, z koncowa rozgwiazda w zaspie)

Ale slonce piekne. Po owocnie spedzonym na stoku dniu, dokustykanie do hotelu. Zasnelabym pewnie w sekunde, gdyby nie to, ze ilekroc przysypialam, zdawalo mi sie, ze wywijam orla.

Sroda

7:00- Zadzwonil budzik. Szybko wyciagnelam reke, zeby go uciszyc. Duzy blad.

7:01- 7:45 – O Jezu. Auaua. O dzizas. Ja pierdziu!...To ja mam tam jakies miesnie??! Na bogow. Aaaaaa…Moze jak sie na boczek przeturlam to….O Jezu.

10:40- 11:10 – pierwsze podejscie.

11:20- 12:10 – hotel; szybkie przejscie traumy pourazowej, rehabilitacji w jednoosobowym kolku wsparcia, rekonstrukcji szczatkow odwagi plus 7 herbat jedna po drugiej.

12:15 -Wyciagi sa ZLE. Musza tak wysoko wisiec?

12:25 ( na czubku duzego stoku)- Dlaczego ja to sobie robie? Dlaczego ja to sobie robie???

13:00- boli mnie…szybciej bedzie wymienic, co nie boli. Broda. Nie zapuszczam w koncu. Ale zaczynam cos lapac, tak poza katarem. M.in. to, ze po prawej stronie zbocza jest jakas tajemnicza sila, ktora podstepnie przyciaga moja deske. Pewnie iwul babucha Mitsui siedzi w komyszach.

13:30- No! No, chyba mamy, chyba….o nie, nietamnietamnietamnie…! mgfnghm. Cholera.

13:32- na h…tu tyle tego sniegu?! Nie moze sie czlowiek wygrzebac spokojnie! Dobra. Probujemy. Mija mnie Iowana na nartach. No to hop!-----Aua.----Dalej, jeszcze raz….Uiiiiiiiiiiiiiii. pajehaliiiiii….! Mghfnmfm, Ja chyba nie lubie swojego zycia. -_-` Akurat zdejmuje odcisk swojej twarzy 5 metrow nizej, gdy mija mnie Iowana. Siadam, przygarniam kolana do brody, utrzymujac deske rownolegle do ziemi, I dumnie sune technika Czujki W Przykucu, zanoszac sie opetanczym chichotem.

Na wysokosci podnoza mija mnie Iowana.

16:00- ostatnie szlify twarzy, mala wojna na sniezki, i- wizyta w jadalni, fotelu do masazu I onsenie. A, blogosc……Ale niech ktos sie zamiast mnie obudzi jutro w mojej skorze, tylko na moment pierwszego wstrzasu, coooo? ;_;

Czwartek

Pobudka dalo rade. Na stok. Boje sie cholernie. Nadal nie pojmuje, dlaczego to sobie robie, ale wiem, ze jak teraz oddam deche, to tylko I wylacznie ze strachu, ktory moze i jest madrym instynktem, zwiekszajacym szanse na bycie kiedys ubogim emerytem, ale bedac jednoczesnie wyposazona w cos tak niepraktycznego, jak szacunek do siebie- nie moge przestac. Wlaze na wyciag, ktory przez ten czas stal sie bliski, niczym ulubiony klawisz, ostatnia zapora stojaca miedzy czlekiem a wyrokiem. Im wolniej sobie pelznie, tym lepiej, niekt nie moze miec do mnie pretensji, ze nie zjezdzam, i jeszcze widoki sobie ogladam ladne….A, doopa, dojechalismy. No niech tam, jadziem.

Uuuuu! Jadziem! Serio serio, bez kitu, suw w dol, I w lewo, I suw, I troche w prawo, aaa, szybko w dol I w lewo znow….Ledwo trzy przystanki podczas zjazdu, a I to celowe, bo od nieustannego napiecia miesnie odmawiaja mi posluszenstwa. Ale bajer! Yohohoho----mgfhnm. Dobra, pojelam. W lewo. Tylko w lewo. Nie bedziemy skrecac w prawo- nogi slysza? Nogi powtorza. Nie! nie TO dokladnie, tylko..PRRRRR, SZALONY!!!….aaaaua.

Mialam tez stluczke. Juz jechalam, na samiuskim dole gory, witac sie z jakimbadz ptactwem spozywczym, tempem leniwym ( wskazujacym na brak rezerw nerwowych), wyprostowana(prog strachu przekroczony 8 razy) I prawie rozluzniona, bo juz nie bylo ryzyka naglego przyspieszenia, gdy lypniecie przez ramie upewnilo mnie, ze mam kurs zbiezny z innym snowboardzista, ktory - nieszczesny!- jakze blednie zalozyl, ze skoro trzymam pion- to generalnie wiem, co robie, I co jest czym czego, I moze jeszcze nawet wymanewruje sie z matni. Ha! Manewry, dyplomacja, polityka jakas I inne wulgaryzmy, pffy! Zaczelismy sie przepraszac, gdy tylko stalo sie jasne, jak sie do siebie zblizylismy w tak krotkim czasie, ale on widno do konca wierzyl, ze skrece, albo cos. Doprawdy! Nie przerywajac potoku przeprosin, okraszonych zaklopotanym usmiechem, zlapalam biedaka ze reke I probowalam od siebie odepchnac. Niestety, rymnelismy jak dludzy, a pierwsze, co gosciu wyplul zaraz za `Mgfnhm!` bylo kolejna `przepraszam`, gdy ja tymczasem, bez wstydu zadnego, probowalam dyskretnie odpelznac na boczek, nie zwracajac niczyjejkolwiek uwagi. Probowac zawsze warto…:P

Fatalnie, ze w czwartek trzeba bylo sie wymeldowac o 10 rano, ale dzieki temu calutki dzien spedzilam na stoku, albo o jego podnozy. Obtluklam sie cala dosc dokladnie, odkrylam zreszta siniaki w tak niezwyklych miejscach, ze musialabym zrobic konkurencje Hudiniemu, probujac je sobie nabic. A jednak, prosze, nowy talent ujawnion. Jak tez to, ze ja chyba po prostu lubie bol. No bo jakze to interpretowac: odstawilam juz deske, stoczylam walke na sniezki, wywinelam dwa orly, kolektywnie ulepilismy Mitsille, po czym kolektywnie ja zbombardowalismy, slowem- sielanka. Ale nie, jeszcze raz zlapalam snowboarda, wlazlam kawalek pod gorke I zjechalam sobie, zeby mnie Chris sfilmowal. Zakonczylam pokazowa wywrotka, zeby dokumenty nie mialy przeklaman.

Na koniec, korzystajac z nieuwagi obslugi, poszlam ponownie do hotelowego onsenu, znowuz tego zewnetrznego, bo to bajeczne przezycie: stac sobie w parujacej sadzawce, znajdujacej sie na tarasie zawieszonym nad dolina Krolowej Zimy, z migotliwymi swiatelkami wioski niemal u swych bosych stop, z glebokimi bialymi zaspami okalajacymi basen I proszacym na skore sniegiem. Choc raz podczas tego pobytu, moglam wystawic twarz na jego powitanie, a nie odwrotnie XD


poniedziałek, 08 stycznia 2007
Paranoid japandroid

Brak zaufania wobec swiata ma wady- jest sie zdanym na wlasny osad I czesciej narazonym na bledy- I zalety - jest sie odpornym na proby pobladzenia nas przez innych. Kiedys jednak zadalam sobie trud I przez kilka dni prowadzilam obserwacje swojego otoczenia, nastepnie, po paru introspektywnych pytaniach I podchwytliwych psychologicznych testach, a takze wiwisekcji dotychczasowego zycia, uznalam, ze chyba powinnam walczyc z paranoja. Zaczac spokojna, szczesliwa egzystencje bez podejrzliwego sprawdzania katow, tak jak wszyscy inni BEZ mani przesladowczej; dosc pilnowania wlasnego cienia! Love&peace! Swiat dostrzeze odmiane I na pewno, prawem karmy, mile rzeczy zaczna mi sie przydarzac. Zaczelam od razu. Weszlam do uczelnianej stolowki- na wprost wejscia siedziala Ania, piszaca w pospiechu prace domowa. Nie podniosla nawet glowy. Z wymuszona nonszalancja podeszlam do stolu, polozylam torbe na krzesle po lewej I usiadlam naprzeciwko A. Jest! Sukces! Moj umysl jest wolny I ufny!..W tym momencie A. przerwala pisanie I spojrzala na mnie z niedowierzaniem. ` Siadasz PLECAMI DO DRZWI???!!! ` Koniec. Nie ma bata. Karma-smarma, wiedzialam co robie od samego poczatku. Nie mozna uciec od swoich paranoi, poniewaz to nie paranoje, jeno swiadomosc rzeczywistosci, zawsze wiedzialam.

I jak dobrze sie stalo, ze uzmyslowilam to sobie w chwili zwatpienia. Dzieki temu nie bylam kompletnie bez gardy, zawitawszy do Japonii, gdzie na swiat przychodza najpierw sledczy- potem obywatele. Przyznam, najpierw mnie to wylacznie irytowalo; teraz jednak nie moge zaprzeczyc, ze taki trening jest nawet zajmujacy. Co wiecej- kontestuje z satysfakcja, ze niedlugo bede mistrzem w zapobieganiu pytaniom( nie mowiac juz o wyczuwaniu w nich zawsze co najmniej jednego bonusowego dna) jak tez w unikaniu odpowiedzi na te niechciane - w przypadku skosow to byloby kazde niemal. Oni- kochaja pytac. Ja- uwielbiam doprowadzac ich do pasji brakiem responsu. Ten radosny sport moze mi sie troche zle przysluzyc gdy juz wroce, jako ze w krew wchodzi. Wtedy po prostu licze na cierpliwosc otoczenia, kiedy na proste zyciowe pytanie ( `Ktora godzina?`) bede dawac popis slownej ekwilibrystyki, zakonczony moim zniknieciem gdzies w oddali, w akompaniamecie miotelki zacierajacej slad wszelki. Tu nie sposob nie miec manii przesladowczej. Myslalby kto, ze sobie wkrecam, gdy oto co sie dzieje: ogon w sklepie, dlugi cetkowany krety, jedna kasjerka sie uwija jak w ukropie, zas przy sasiednim stanowisku mlody ekspedient udaje wielce zajetego segregowaniem identycznych bialych siatek w pudelku - I tylko co I rusz nerwowo zezuje w strone kolejki. Wreszcie osoba przede mna stawia wyladowany koszyk przed kasjerka, stajac sie w tym momencie jej Klientem. Na to! Mlodzian jednym zbiczym skokiem znajduje sie przy swoim kontuarku, posyla tabliczke z napisem `Spadowa, nieczynne` w niebyt- I oslepia mnie usmiechem Ekspedienta Roku. -_-` Dude….mam tylko pare mang….warto bylo? Ale widac, warto. Oddajac mi dwornie siatke, poklonil sie tak, ze niemal zostawil dla potomnych odcisk czola w kontuarze. Slowo daje, czubki.

Dyskomfort wielki swoja czubowatoscia powoduja, dlatego wczoraj zasabotowalam kuchnie stwardnieniem rozsianym. Gotujace sie tam jajka przeszly wszystkie stadia stwardnienia, a potem je rozsialo w promieniu pieciu metrow wokol kuchenki. Zrobilam to, oczywiscie, z bezpiecznego oddalenia, siedzac w pokoju. Potem byl przekonujacy Paniczny Bieg Poprzez Kleby Dymu, I akcja zeskrobywania tlacych sie szczatkow ze scian. Dywersja udala sie wybornie, ledwo bowiem skonczylam usuwac slady swojego udzialu I na powrot zapadlam w lasy, zostawiajac tylko zgliszcza, swad I dym- kuchnia I korytarze zaroily sie od Chinczykow, rozpytajacych, co sie stalo, I kto winien. Winien zas w tym czasie intensywnie rozsnuwal wokol siebie atmosfere stuletniego zadomowienia, tak by wszelkie proby powiazania mnie z tym incydentem jawily sie jeno zalosna prowokacja }:D Tyle mojej zemsty za zszargane nerwy. Jednak dobrze, ze znikam na pare dni w gorach- widziala mnie Koreanka, czyli moja akcja niedlugo pozostanie tajemnica. Harr, na pohybel! God speed, jak wroce, zamierzam miec pare nowych wysmienitych pomyslow na zabicie….Nudy, na poczatek. }:P

poniedziałek, 01 stycznia 2007
明けましておめでとうございます

No I sie wzielo skonczylo. I zaczelo. Trudno powiedziec, zebym spedzila Sylwestra w maksymalnie tradycyjny japonski sposob, zwazywszy ze czasowej transmigracji dokonalam w najslynniejszym obecnie klubie w Osace. Ale tradycji tez ciut skubnelam: udalo mi sie wziac udzial w robieniu mochi- tradycyjnych ryzowych ciastek, czesto z nadzieniem z czerwonej fasoli. W ogole zaspalam na cale ibento, razem z rownie zaspanym Remim dolaczylismy do reszty na rowerach. Rzecz zas cala odbywala sie w domu bogatej rodziny, ktora na ta okazje sprosila wszystkich krewnych I znajomych krolika. Coz to znaczy byc bogatym w Japonii…Mozna to bylo zrozumiec, patrzac na ta wielka hawire, cala z drewna, z zewnatrz moze nie tak imponujaca, ale kryjaca w srodku alternatywna przestrzen, zdolna pomiescic cale sasiedztwo. Ganki I werandy, wychodzace na przesliczny japonski ogrodek, cala zas posesja okolona wysokim murem, tak, by zaden przechodzien nie mogl zapuscic zurawia. Ledwo przyszlismy, kiwajac sie w przeprosnych ukonach, ktos wcisnal nam po puszce piwa do reki. Nie bylo nawet rano! No dobra, krecac sie tu I tam dla niepoznaki, by ukryc stopien zaspania, w koncu wyladowalam przy niskim stoliku (I tak, znow moja `ulubiona` pozycja siedzaca…;_;) gdzie najpierw lepilam kulki z masy fasolowej, a potem tymi kulkami nadziewalam kulki ryzowej pulpy, ubitej poprzednio w wydrazonym pniu, przyozdobionym oczywiscie swiatecznie, slomianym sznurem, papierkami gohei, I galazkami sakaki. Ugotowany na parze ryz wrzuca sie do srodka pnia, dwie zas osoby ubijaja go drewnianymi mlotami; jest jeszcze trzecia osoba, ktora ma najbardziej ekscytujaca role, bo w rytmie na trzy musi w odpowiednim momencie przerzucic ciasto, pochlapac je wrzatkiem, lubo po prostu pacnac w nie dla zachowania rytmu. Jak ktorys z mlotkowych nie daj Cthul zgubi rytm, dla pacanta moze byc to bardzo nieprzyjemne doznanie Potem trzeba gotowe ciasto, diablo gorace od tego calego wrzatku, przeniesc na opruszony maka stol, gdzie juz siedzi ekipa I lepi mochi. Nie piecze sie tego, nie smazy, po prostu- nadziewa anko I je. Bardzo pyszne. Podobno od zjedzenia surowej maki podnosi sie temperature ciala…..Ale nieistotne. Japonczycy duza wage przykladaja do ksztaltu mochi. Musi byc pieknie kragle I gladkie. No rozumiem, tradycja, I w ogole, ale odrobina awangardy jeszcze nikomu nie zaszkodzila. Jednak nie znalazl sie ni jeden koneser form eksperymentalnych I szybko zostalam pozbawiona `przywileju` lepienia. }:P

I tak siedzialam przy roboczym stole, ktory stanowil wspaniala zaslone dymna, na wypadek, gdyby komus przyszlo do glowy kazac mi byc mlotkowym, na co nie mialam szalonej ochoty. Dreczyla mnie bowiem straszna wizja, jak mlot wyslizguje sie z mojego uscisku I szybujac zlowieszczo przez pol ogrodu, ostatecznie sprowadza zaglade na jego szczegolnie wypielegnowana I kosztowna czesc, jakies 400letnie bonsai czy cus.

Sylwester? Przede wszystkim troche czasu nam zajelo znalezienie klubu, w ktorym nie lecialoby techno, wreszcie, 20 minut, przed 24, zadekowalysmy sie w Grand Café, gdzie mial leciec house. Prze 80% czas tak nie bylo, ale tak poza tym- byla to faktycznie regularna impreza, ludzie tanczyli, od 24 z sufitu sypalo sie confetti ( ja o swojej wybuchowej tutce serpentyn zapomnialam, I mam ja caly czas w torebce. Odpale sobie moze na jakis nudnych zajeciach.) Kolo mnie w ogole byla gejowka, wiec czulam sie niemal jak w Enzo, ale najsmieszniejesze bylo, ze ci kolesie byli zupelnie zwyczajni, krotko ostrzyzeni, czarnowlosi, zadne brokatowe dlugopaznokietne diwy, jakie strasza po ulicach. Ostatnio takiego stwora spotkalam w Yamada Denki; ekspedient, o miekich ruchach I labedziej szyi, ktorego dlugie na kilka centymetrow (!) lopatowate paznocie walczyly o lepsze z omdlalym baletem przegubow, gdy prezentowal aparat fotograficzny; jego biale dlonie zastygaly w wystudiowanej pozie, ze srodkowym palcem zawsze bardziej zblizonym do wnetrza dloni, I kciukiem wygietym pod niemozliwym kontem wbrew prawu anatomii. Zalowalam ze nie mialam garsci drobnych do polozenia na ladzie, zeby zobaczyc numer z `podnoszeniem-monet-przez-pazurzasta-lape`.O_O

A dzis boli mnie biodro I kolana. Widno, brak treningu w jakiejkolwiek dziedzinie prowadzi do oplakanych skutkow, a im czlek starszy, w tym gorsze dlugotrwala laba wpedza go terminy. Strach pomyslec, co bedzie, jak wroce do Polski I pojde na impreze. Blamaz! Jeno kaca nie mam, ale bo tez I nie pilam za duzo. Butelka wina, kilka whisky z kola, chuhai, pol Smirnofa I tequillka, zafundowana przez jakiegos ululanego malego Japonca. Mase gaijinow spotkalam, wszyscy w bardzo wylewnych nastrojach, jakze czestych, gdy spotyka sie ziomkow w obcych stronach. Tylko raz sie zdumialam, jak podeszla do mnie jedna panna, I po upewnieniu sie, ze mowie po angielsku, zaczela mnie o cos pytac. Nic nie slyszalam, halas ogolnie byl ogluszajacy, wiec po godzinie mialam juz w uszach koreczki zrobione z chusteczek- mam bardzo wrazliwy sluch I musze o niego dbac….Dosc, ze przez zarowno loskot jak I zatyczki, nie mialam pojecia, co ona mowi. To sie przerzucila na jezyk migowy, czym wpedzila mnie w absolutna konfuzje: wykonujac bowiem ruch posuwisto-zwrotny zwinietej dloni do ust, spytala cos w rodzaju `Czy ja juz…?` O_o Uznalam, ze ostrozniej bedzie poczekac, az padna konrety, nim przytakne lub zaprzecze. Wreszcie piosenka zmienila sie na inna, posiadajaca mniej decybeli, szatkujacych czlowiekowi w mozg, wiec uslyszalam, jak pyta, czy juz wzielam swoja tabletke. Z zalem, ktorego nie powstydzilby sie sam Stanislawski, odparlam, ze niestety…! Zadnych medykamentow, ni swoich ni cudzych, nie spozylam tej nocy. Panna z rownym zawodem pokiwala glowa, po czym pomachala mi wesolo I zniknela w tlumie. Potem sie jeszcze z nia widzialam, ale nie udalo mi sie jej zdemaskowac. Poprzestane wiec na konkluzji, ze na pewno uniknelam jakiegos straszliwego losu, znikniecia lewej nerki, wciagniecia do sekty Illuminatow I innych niewygodnych niespodzianek, ktore moglyby mnie przekreslic towarzysko ( nie miec nerki! kompromitacja!..). Tym tez oto  optymistycznym akcentem- zycze wszystkim Szczesliwego Nowego Roku!....jesli to cos pomoze. :P

CURRENT MOON