RSS
wtorek, 22 stycznia 2008
Trójmiejska prasówka
  Co jakiś czas wynurzam się z odmętów snu, za każdym razem widząc inną porę doby. Kot dotrzymuje mi towarzystwa, uznając pewnie, że wreszcie przyjęłam właściwe życiowe priorytety. W chwilach przytomności przeglądam prasę, żeby trzymać jakiś kontakt z rzeczywistością- i odkrywam rzeczy zupełnie koszmarne.
Np. projekt zagospodarowania terenu pod Forum Morskie, koło Teatru Muzycznego- istna perła w oceanie głupoty ludzkiej.
Obecnie jest tam dość sporo zieleni, ale radni i mieszkańcy optują za wycięciem wszystkich drzewi i zalaniem wszystkiego betonem. Powinnam chyba się cieszyć, że twórca zwycięskiego projektu walczy o zachowanie choćby alejki topolowej nad morzem.
Ale gdyńskie asy za powód wycinki podają m.in. to, że topole- posadzili hitlerowcy! W związku z czym nie mają prawa rosnąć w polskiej ziemi, to jasne; walczmy z nazizmem, wykarczujmy lasy. Proponuję też wyburzyć domy, w których kiedykolwiek mieszkali Niemcy. -_-'
Powszechnie- myślałby kto- wiadomo, że teatry i ich okolice to teren rekraacyjny. Betonowa pustynia, wystawiona na słoneczny żar do takich zdecydowanie nie należy. Przy niemal każdym znanym mi teatrze jest jeśli nie park, to chociażby skwer, cienisty placyk czy alejka; 100-procentowe nasłonecznienie to już od dawna nie jest atut, i cały cywilizowany świat o tym wie.
Ale oczywiście my musimy się jak zawsze pętać po obrzeżach cywilizacji, 50 lat za Europą. Będzie: Gdynia- drugim Saint Tropez; beton, piach i palma w doniczce, plastikowa zresztą. No i gratuluję; widać są ludzie, którzy chcieliby wciągnać Trójmiasto do księgi rekordów Darwina za najbardziej zeszpecony kompleks miast w Polsce- świetnie im idzie. Plan zburzenia Teatru Kameralnego w Sopocie to kolejny błyskotliwy pomysł; pewnie postawią tam śliczny bank.
Na szczęście moje obywatelskie wzburzenie koi świadomość wzrostu bezpieczeństwa publicznego- już nie groźni mi ci szaleni grafficiarze, policja trzyma rękę na pulsie, a oko na wszelkich poruszeniach tych szalonych grup wywrotowców. Jak dobrze. Bałam się, że kiedyś któryś we mnie rzuci puszką po sprayu, i co? Moje morale by upadło.
A tak to mogę spać spokojnie, i nie myśleć już o wojnie -_-'
piątek, 18 stycznia 2008
I tak kończę na zielsku i tak

Powinnam opisać tu może kawałek interesującej rzeczywistości, ale byłaby to rzeczywistość bardziej niż zwykle własna i tkwiąca w mojej głowie, więc po co narażać potencjalnego czytacza. Choć wierzcie mi- byłaby to nadzwyczaj interesująca opowieść.
Powinnam może też zacząć się pakować i prasować garsonkę (narysowaną chyba ale!..nie dysponuje takim ubiorem. Myślicie, że innym biurasom będą przeszkadzać pstrokate kiecki? ), bo jutro zmykam do Poznania, wioząc ze sobą influenzę, złowieszczo zamkniętą w słoiczku.
Który następnie połknęłam.
A~le nic z tych rzeczy; za bardzo mnie wszystko boli.
Nawet nie dadzą poumierać w spokoju: co i rusz wpada tabun ludzi, pośredników i architektów obaczyć nasze mieszkanie; mi wtedy przypada w udziale rzucanie się na psa, zanim on zdąży rzucić się na potencjalnego nabywcę. Zamykam się z nim w pokoju, drzwi na klucz- i natychmiast wtykam chusteczki do uszu, bo drań, kiedy zczai, że zawiśnięcie na klamce (kiedy stoi na tylnych łapach jest mojego wzrostu, więc właściwie opuszcza łapy na klamkę -_-') nie owocuje otwarciem się wrót- zaczyna wyć, ujadać i lamentować. Fajnie jest, mówię wam.
Na dodatek wczoraj przyszła kolęda. Ksiądz- okazało się- proboszcz, wesoły chłopina, postanowił zjednywać sobie parafian "swojskim" językiem. Księży telefon to "pieprzony telefon" a rachunki to "kurr..., rachunki". Ziomal, elo.
Szczęściem nie mnie on będzie zbawiał, nie moje to zmartwienie. I tak podczas wydarzenia siedziałam sobie w drugim pokoju i oglądałam koncert trio Możdzer-Fresco-Danielsson, i tylko czasami wdzierał się dysonansem kolejny bon-mocik księdza-zioma.
Koncert odbył się z okazji wręczenia owej trójce podwójnej platynowej płyty- w pełni zasłużonej. Ale kamera co i rusz omiatała salę, zdradzając bezkres pustych foteli. Ręce opadają...Przecież na taki koncert poszłyby tłumy, i to świadome, na co idą!- ale nie; bo to feta jest, więc tylko zaproszenia dla szyszek, którym i tak było wszystko jedno, czy grają jazz, czy "Czerwony Pas", byle tylko bufet był potem otwarty. Przy "Smells like Teen Spirit" myślałam, że zacznę pląsać po pokoju- sądzicie, że zauważyłam na widowni choć jedną ruszającą się w takt melodii głowę? Ha!
Ech, furda wszystko. Odkryłam, że jeden kawałek Możdżera, co to myślałam, że go znam- grałam zupełnie źle. Musiałam się go nauczyć od nowa (oczywiście, weźmy poprawkę na to, że mówimy o mnie XD Nie o Blechaczu. ) i jest to powód mojej wielkiej radości. W nocy ćwiczyłam sobie, bezgłośnie muskając klawisze i "Fortepian" mi się skojarzył. Spoko, to też swego czasu zaliczyłam- z braku pianina "grałam" sobie na stole -_-' Ale zachowałam kciuk cały :D
Jednak co człowiekowi daje taka deprywacja sensoryczna- w końcu od blisko trzech tygodni się alienuję od świata. I o- słuch mi się wyostrzył. Jeszcze kilka tygodni, i słyszałabym, kędy wąż śliską piersią dotyka się zioła.
-------Ziele. Ziom. Elo O_@
środa, 09 stycznia 2008
Wbiegł po schodach jak tygrys..
 Ten blog powoli przeradza się w memoriał hipochondryka-lekomana, więc dla odmiany- podzielę się pewnym odkryciem.
Bo oto wczoraj pojęłam, dlaczego "Czasem słońce, czasem deszcz" zrobiło taką furrorę na świecie!
Jest to dla mnie jak słońce właśnie, po obejrzeniu trzech kolejnych produkcji z magicznego pudełka, prezentu gwiazdkowego od brackiego. Do czwartej ("Mission Mumbai") miałam już dwa podejścia, ale to trudny kawałek. Kiedy indziej, jak będę zdesperowana.
Pozostały mi zatem jeszcze dwa, ale podejrzewam, że dostarczą mi podobnych wrażeń- don't get me wrong, brother! Podobają mi się, Shilpa Shetty rządzi;
doskonale się też składa, że mam próbkę kina innej kliki niż ta, która święci ostatnio triumfy w Polsce. Ale bo też to zupełnie inna jakość.
Przede wszystkim- nie wymagam od bollywoodu logiki. Wiadomo, że kolorowo ubrani ludzie, którzy co i rusz tańczą na ulicach, pogoda zawsze współgrająca z nastrojem bohatera oraz magiczne teleportacje pary zakochanych w egzotyczne zakątki kuli ziemskiej, żeby sobie pośpiewać o miłości- nie są tak generalnie na porządku dziennym przeciętnego Hindusa. Ale błagam- minimum spójności!
W Kabhi Khushi Kabhi Gham, Kal Ho Naa Ho, Main Hoon Na- wszystko trzyma się- kolorowej i tańczącej na czubku piramidy- ale kupy. W Chor Machaaye Shor czy w Badhaai Ho Badhaai- ni huhu. Jakby scenarzysta i reżyser usiedli sobie kiedyś przy piwku i scenarzysta mówi: "Ma być chłopak i dziewczyna, nie? Ich rodziny się kłócą, wtedy on się pojawia, i taki w ogóle jest tego, ale oni go nie chcą, to wtedy ona się pojawia, i wszyscy śpiewają."
Na co reżyser wyłącza kamerę i mówi "Done" -_-'
Szczególnie ten motyw jak z bajki: I wtem! pojawił się... brat/ sąsiad/ policjant/ skrytobójca. Nie wiadomo, drzwiami, oknem, z komina wyszedł. Pojawił się, wszystko usłyszał, i od razu wiedział, co i jak.
Jak jeszcze główny bohater wpada w retrospekcję, która przybiera rozmiary osobnej opowieści i ma w dodatku znikomy związek z resztą historii, to można się do reszty zakręcić. Na koniec filmu mam ochotę rzucić się na ziemię jak Ananiaszek, i zawyć "But WHO killed??!!..."

Druga sprawa- przedłużanie scen w nieskończoność, do wyczerpania tworzywa (widza chyba bardziej niż aktora), do wyciśnięcia z niego całego soku. Weźmy walkę: napadli go, siła złego na jednego, dostał nieźle- ale w końcu oczywiście chwacko sobie poradził. Ile na to trzeba- 3 minuty? Na pewno nie dziesięć! Dochodzą do tego odgłosy bójki... Niejeden twórca niskobudżetowych filmów kung-fu zbladłby z zazdrości; moim ulubieńcem jest świst nogi-przecinającej-powietrze w kopniaku. Średnio szybkim, co by sugerowało, że biegnąc człowiek ciąłby przestwór gwiżdząc jak czajnik.
Połączywszy odgłosy jatki z czasem trwania bijatyki, wszyscy powinni dawno przypominać krwawą miazgę- ale gdzie tam. Zaraz sie rześko zrywają i dawaj, od nowa!... _-_
Albo gdy główna bohaterka jest gnębiona przez złą ciotkę; nie wystarczy, że dwa razy dostanie w awers i zamkną ją w komórce. To jeszcze kilka..naście ciosów i rzut o ścianę; i mała molesta od kuzyna; i jeszcze żadnej szyby nią nie stłukliśmy, i nie było chłosty, bez sensu, no.... Przyznam, tak mnie wkurzała trwająca prawie pół filmu powolność bohaterki, która dała się oklepywać jak baran, że życzyłam jej nienajlepiej. W sumie to źle bardzo jej życzyłam- ciele mele.

I ostatnia rzecz- w tych starszych filmach regularnie roi się od nieprzeciętnie urodziwych kobiet- i paskudnych, obleśnych facetów. Którzy, dodam, mają być obłędnymi amantami, brunetami wieczorową porą. Jak gdyby produkcja Baranków, Hrithików Roshanów i Aamir Khanów zaczęła się dopiero w ostatnim dziesięcioleciu. Trudno mi zrozumieć ognisty afekt bohaterki, skoro ja widzę głównie WĄS O_O

...dobra, nie wytrzymam. Wiecie, jak trudno się scyborgizować pompką oddechową, taką jak mają astmatycy?! Ja nie mogie! Myślałam, że granie na pianinie czy forma tai-chi wymagają od człowieka dwudzielnej koncentracji. Bah!
Spróbujcie nacisnąc taką pomkę i zrobić wdech. Myslałby kto- łatwizna. Aha, wcale że nie. Za każdym razem znienacka wskakujący w samo gardło aerozol zaskakuje mnie i do tego tak nieprzyjemnie, że na chwilę wstrzymuję oddech. Co niweczy efekt, może nie do końca, ale rozumiem Vadera. On miał taką sprytną maskę, że cały czas sobie tam coś wdychał wesołego. Nie musiał się stresować tym całym "Raz dwa-psik!..o cholera, a bo mnie zaskoczył.."

niedziela, 06 stycznia 2008
Noworoczne treści

Zimno.
Przedwieczne, wysysające oddech z płuc zimno skuło Pomorze, zamroziło nas w domach, i jedyna temperatura plusowa, jaka się ostała, tkwi w głowie, tętni w żyłach. Nosi mnie strasznie, i nie pomaga mi wcale słuchanie seta brackiego- siedemdziesięciu jeden minut niesamowicie dobrej muzyki.
Ale cóż z tego- jak masa ludzi, zmagam się (znowu) z mikrobami, i podylać pójdę niewiadomo kiedy. Zresztą- trójmiejska scena klubowa nie jest w stanie sprostać moim apetytom muzycznym; wyczyny w Papryczce dwa tygodnie temu były miłym, choć nieoczekiwanym wyłomem w paśmie Golden Life'owo -sofciarskich brzmień.
Nawet Sylwester w tym roku był spokojny, wyjąwszy wycieczkę na Monciak, żeby popatrzeć na fajerwerki.
Ostatni to raz.
Ci ludzie są szaleni!! To wariaci, i psychopaci!! Rzucają petardami, gdzie popadnie, albo wrzucają je do wolno stojących śmietników- myślałam, że oszaleję!
Musiałam wyglądać jak ktoś, kto właśnie przedarł się przez linie wroga, i jeszcze nie wyszedł z powojennej traumy - ekzplozje za  moimi plecami wywoływały szereg takich odruchów, że zaczęłam poważnie zastanawiać się nad swoim poprzednim wcieleniem. Dobrze, że nie rzucałam się szczupakiem w przydrożne rabaty, ciągnąc kogoś za sobą, i wrzeszcząc "Don't panic, John! I'll get us out of here!" -_-'
To nie na mój delikatny słuch, ot co.
Podzielę się więc- wobec braku bodźców ze świata zewnętrznego (wewnętrznym dzielić się nie zamierzam)- moim daimonem, jako że po obejrzeniu "Złotego kompasu"- filmu samego w sobie dośc słabego- zrobiłam sobie test na własnego daimona.



Pomińmy nieistotny wstęp.
Leader.
I o to chodzi 8-)

CURRENT MOON