RSS
piątek, 29 stycznia 2010
Half-moon madness

  Trzeci film jaki obejrzałam w ramach cyklu "Życie jest muzyką", to "Nivemang" (Półksiężyc).
Przepiękne pejzaże, ciekawi bohaterowie, zabawne momenty, ale też nieco za mało muzyki jak na tak wyraźnie ukierunkowany cykl, no i od połowy filmu jest to taki Bergman pomieszany z Lynchem, podlany kurdyjska egzotyką i estetyką. Szkoda, bo zdjęcia naprawdę świetne, ale w świetle tego, jak się film zakończył- nie jestem pewna, czy bez przyswojonego (jeszcze przed pokazem) pakietu informacji wiedziałabym, o co tam tak do końca chodziło.
Dlatego żadnej recenzji tu nie zamieszczę, kto bardzo chce- niech obejrzy sam. Film ten, nawiasem mówiąc, można sobie w całości zobaczyć na YouTubie; zalecałabym jednak przynajmniej podstawową znajomośc kurdyjskiego lub perskiego, bo to wersja bez napisów, hyhy :D
Delektuję się teraz prześliczną ścieżką dźwiękową, ale uprzedzam smiałków, którzy, być może głodni nowych doznań muzycznych, umyślają poszukać sobie muzyki kurdyjskiej na YT: DON'T.
Wyskoczy głównie tureckie dicho, a tej pięknej, nostalgicznej, przeciągłej muzyki Kurdów lepiej szukać "nocą w stepie, kiedy księżyc świeci".
Słońce na płaskowyżu; łopocąca na wietrze czerwona spódnica, odbijająca się wyraźnie na tle śniegu; puste i przepastne góry; tęskny śpiew w oddali i spokój..."Nivemang" obfituje w piękne obrazy i sceny, kojarzące mi się z wrażeniem, jakie na mnie zrobił album "Book of Roses" Vollenweidera.
Z dna snu wyjęte :)

 


Tymczasem awarie w domu zażegnane, po hydraulikach zamiecione, regał, który jakiś czas temu rozpadł mi się w stos desek, poskładałam do kupy, a także- uszyłam sobie spódnicę, prawie ZUPEŁNIE SAMA: piękną, długą, czerwoną i z falbanką. Pękam z dumy, jest to najpiękniejsza spódnica na świecie, nikt takiej nie ma, i czekam, aż stopnieją śniegi, by olśnić nią świat, bo póki co falbana cudnie by zamiatała trotuary.
A to by nam się nie podobało, ssskarbie- w końcu nie wiadomo, kiedy znów wpadnę w taki szał i zacznę wyczyniać, meble naprawiać, zupy pichcić i kiecki sobie szyć.
Musi wpływ (pół)księżyca :D
środa, 27 stycznia 2010
Kto łysy? Cyrankiewicz.

  Kiedyś ludzie tak zaklinali zimę: liczyli łysych. Cała rodzina siedziała wieczorami wokół stołu i liczyła wszystkich żyjących "kudłatych inaczej". I zawsze nazwisko bezwłosego trzeba było poprzedzić pytaniem: "Kto łysy?". Dzięki temu miał zelżeć mróz.

Nie wiem, pozostałością jakiego wierzenia czy przesądu jest ta zabawa, ale ciekawi mnie, czy była znana szerzej w Polsce. Nam z mamą udało się naliczyć zaledwie kilku- zwoje mózgowe zamarzły nam podczas oczekiwania na przystanku autobusowym- więć temperatura podniosła się ledwie o kilka stopni, ale zawsze. Jak dla mnie mastępnego ranka był już upał, bo podczas spaceru z psem nie bolał mnie szpik kostny z zimna.

W świetle potencjalnego zlodowacenia, jakie wisi nad światem, znów naszła mnie myśl o kondycji ludzkiej, i niezmiennie powtarzającym się wzorcu rozwoju i upadku cywilizacji. Teraz ludzkość ponownie stanęła na szczycie sinusoidy, kołysze się i waha niebezpiecznie, i wszystko wskazuje na to, że upadek jest tuż. Cały zachodni świat jest dość poważnie zdegenerowany, co ludzkość jako taka przerabiała już kilka razy. Owszem, coraz więcej ludzi ma dość kierunku, w którym pcha nas rozbuchana konsumpcja czy zwyrodniałe media, pasące się na wszelkim nieszczęściu, epatujące przemocą, rozpaczą i podłościami. Coraz więcej ludzi zaczyna to odrzucać, ale szalona machina bez kierowcy, raz wprawiona w ruch, będzie się poruszać ze stałym przyśpieszeniem aż zabraknie jej paliwa, którym są masy.

Paradoksalnie, ilekroć dominująca cywilizacja osiągnie szczyt rozwoju, zawsze wykształca się w niej silny nurt etyczny, propagujący współpracę, wzajemny szacunek i zrozumienie dla różnic: esseńczycy, stoicy, platonizm, humanizm, ekumenizm... Jednak nie dość silny. Taka jasna, cienka kolumna wobec fali błota. I zawsze, kiedy punkt krytyczny na sinusoidzie zostaje przekroczony, upada. Nie jest w stanie podtrzymać swoich idei i nadać rzeczom inny kierunek niż osunięcie się na powrót w ciemne wieki. Ludzie- chrześcijańską myślą rzecz podsumowując- zsuwają się po tomistycznej drabinie bytów, ku zezwierzęceniu. Zawsze.

I kogo by tu trzeba liczyć, żeby odmienić ten zaklęty krąg?

wtorek, 26 stycznia 2010
Zło przyszło z brakiem CO

Niekiedy książki, które czytam, mają przedziwną właściwość odbijania się na otaczającej mnie rzeczywistości.

Znów się to wydarzyło. Czytam akurat "Autoportret reportera", w którym Kapuściński opowiedział m.in. o tym, jak w obozie uchodźców na granicu Sudanu i Etiopii ludzie dostawali trzy litry wody dziennie.

Zamknęłam książkę i spróbowałam sobie wyobrazić, jak to jest mieć tylko trzy litry wody na wszystko: mycie, pranie, gotowanie, do picia... Niepotrzebnie się wysilałam. Żaden imagineskop nie załatwiłby mi takiego oglądu sytuacji, jak ranek dnia następnego, kiedy to krany, odkręcone, spojrzały tylko na nas czarnym suchym okiem, i milczały. Zniknęła woda i nikt nie wie, gdzie się podziała.

Szybki szacunek posiadanych zapasów pozbawił nas złudzeń; resztkę minerałki dostał kot, a my spakowałyśmy plecaki i ruszyłyśmy w góry.

I wtedy moja stopa -zupełnie, jak wówczas w Berlinie- z nagła rozbolała mnie i spuchła, w związku z czym już później, wraz z maman, spreparowałyśmy mi but godny Wędrowycza: cholewka rozcięta aż do kostki, a po założeniu buta na nogę- zalepiona Super Mocną Taśmą Klejącą o nazwie GAFA. Gafa działa i trzyma się nieźle, wymaga wymiany raptem co trzy, cztery godziny, co satysfakcjonuje mnie w zupełności. Z czasem pomyślimy o jakim zamku błyskawicznym, ale na razie nie ma pośpiechu, bo Gafa jest także nieprzemakalna i w szykownym czarnym kolorze. Potrzebuję jeszcze rozchełstanej uszanki i wideł, a potem mogę zdobywać Brzeźno. I jak tu nie kochać zimy? A przyszedł mi do głowy jeszcze jeden scenariusz: co jeśli to zimno, te skuwające lodem krew w żyłach mrozy- to ledwie początek? Jeśli niebawem przyjdzie nam z rozrzewnieniem wspominać marne -20 st.? Jeśli "globalne ocieplenie" to było ostatnie litościwe kłamstwo, z gatunku "oczywiście, że wyzdrowiejesz, patrz- to wyniki twoich wczorajszych badań, Freddie!"

Wtedy, moi drodzy, z klasą. Nawet leming może sobie wywinąć eleganckie ostatnie salto, a co.

piątek, 22 stycznia 2010
Zimno, a ja na impreze XD

Dziś ponoć jedna z najzimniejszych nocy stycznia- owszem, niektóre prognozy głoszą, że będzie zimniej, po prawdzie to kolejny glacjał, ale inne twierdzą, że od niedzieli ruszy ku lepszemu.
Jednak -14 stopni to nie w kij dmuchał, w domku siedzieć, książki czytać.
A co ja robię?
Wychodzę "na urodzinki" -_-'
I tak Cthul łaskaw, że nie do samej Gdyni, a "tylko" do Sopotu (bo gdzieżby indziej...jak impreza, to tylko tam, wszyscy to wiedzą ;__;)
Tymczasem Motława skuta lodem, z podziwem obejrzałam dziś ślady stóp, biegnące od jednego brzegu do drugiego. Ktoś, kto je popełnił, naprawdę zakozaczył, bo mniej więcej na środku rzeki trop robi piękne kółeczko, i dopiero wtedy truchta do przeciwległego brzegu.
Zas róże porwała Królowa Śniegu i wsadziła do lodowego wazonu. Już raczej nie zakwitną tej wiosny.


A to Kojota. Zawsze strzela takiego focha, kiedy mnie widzi po drugiej strony szyby, hehehe.

...
No dobra, nie ma co tego odwlekac, cieplej sie juz na zewnatrz nie zrobi.
Wychodze XD
wtorek, 19 stycznia 2010
Avatar

Obejrzałam "Avatara".
Bardzo przyjemny film. O efektach może się nie będę wypowiadać, bo momentami były rzeczywiście super, a momentami- jak w "zwyczajnym" filmie częściowo generowanym cyfrowo.
Ale ogólnie rzecz biorąc- bardzo miło. Raz nawet uchyliłam się przed kawałkiem metalu, który pomknał z rozbitego mecha prosto na widownię :P
Jednak dodam swoje pięć groszy do opinii o zawartości merytorycznej filmu.
Nie rozumiem ludzi. I nie, nie chodzi mi tu o tych złych, wstrętnych żołnierzy, pustoszących Pandorę. Chodzi mi o ludzi w kinie. I na sieci. Ludzi w ogólności.
Dlaczego dopiero taki wysokobudżetowy, nieskomplikowany wyciskacz łez jest im w stanie uświadomić, ze niszczenie natury jest be? Po seansie słyszałam, jak jedna dziewczyna mówi z pasją do koleżanki: "Jak niszczyli to drzewo, to miałabym ochotę wyrwać takiemu karabin i palnąć mu w twarz!".
No tak. Ale dlaczego trzeba przekazu jak dla pięciolatka, by to osiągnać?...
..nie żeby mi zależało na tym, by ludzie mieli ochotę palnąć komukolwiek ze karabinu w twarz...-_-'
Ale to tak samo, jak z "Pasją".
"Dopiero ten film otworzył mi oczy na mękę pańską".
A nie wystarczy trochę wyobraźni, żeby zrozumieć, jak straszne jest ukrzyżowanie żywego człowieka? Trzeba do tego potwornie drastycznych obrazów, krwi, krzyków i rzeźni?
Ludzie zdają się nie pojmować abstrakcyjnych idei; idei zbyt upupionych, żeby ogarnąć ich znaczenie w całej ich rozciągłości.
I to odkrycie mnie przeraża bezgranicznie.
Bo oznacza, że mimo osiągnięć cywilizacji, naszego niebywałego rozwoju technicznego, większość populacji nie ewoluowała wcale.
Czasem naprawdę myślę, że zasłużyliśmy na wyginięcie.
(...stojące na tajemniczym szczeblu rozwoju służby miejskie zresztą o to już zadbały, przyozdabiając brzeg peronu w Sopocie pasem z bardzo śliskich płyt... Nagroda Darwina sama się rwie do pomysłodawcy.)
Nie jest to myśl podyktowana wstydem; koleżanka powiedziała, że w którymś momencie filmu jest widzowi wstyd, że jest człowiekiem.
No nie wiem, mi nie, bo wstyd sugeruje, że się w jakiś sposób utożsamiamy z podmiotem. Tak samo nie może być mi wstyd za to, co Putin robi Czeczeńcom, czy za ludzi, którzy niszczą i zaśmiecają las.
To nie wstyd mnie przepełnia, jak myślę o tych...niedoróbkach ewolucyjnych; niestety, uczucia, jakie mnie wówczas przepełniają, odrzucają mnie ładny kawałek wstecz na drodze karmicznego rozwoju.
Ale dobrze, że taki "Avatar" jest. Przez jakiś czas ludzie będą sie zastanawiać, potem części przejdzie, a potem powstanie nowy proekologiczny film. I znów widzowie zapłaczą nad jednym spalonym drzewem... Nie, dość, precz z tym cynizmem.
Części może jednak nie przejdzie. Prawda?...
Poza tym przyznaję, ludzie nie są tak strasznie zobojętniali, jak może się nieraz wydawać. Starają się dbać o drobne rzeczy, we własnym zakresie. Segregowanie śmieci; gaszenie świateł; używanie szmacianych siatek na zakupy ( nasz premier właśnie całkowicie stracił moje poparcie, bo dopiero co cofnął nakaz pobierania opłat za plastikowe reklamówki). Tymczasem władze miasta zdają się to ignorować; w mojej dzielnicy na przykład jest tylko jeden pojemnik na posegregowane śmieciuchy, wiecznie przepełniony, ugarnirowany kopcami plastikowych butelek i kartonów, które mieszkańcy w dobrej wierze przynieśli na przemiał i- nie znaleźli na nie miejsca. Jak w wygłodniałym, drapieżnym, ledwo co rozwijającym się państewku Trzeciego Świata- najpierw fabryki i drogi, a potem, kiedyś tam, tereny zielone i tlen.
W każym razie kiedy wracałam z kina, było mi przepotwornie smutno. Nawet zdążyłam na chwilę zapomnieć, że dorobiłam się swojego demotywatora.
Tak, jedno śmieszne zdjęcie z Chin, odpowiednio złośliwy komentarz dodany, jak komuś umiliło poranek, to bardzo dobrze. Ale też pierwszy raz otarłam się o groźną stronę potęgi internetu:
ktoś wziął moje zdjęcie, z tego bloga najprawdopodobniej, i coś sobie przy nim pomajstrował, a potem puścił dalej.
Można by się nielicho zeschizować, ale w tej chwili jest mi to kompletnie obojętne.
Tym bardziej, że komentarz jest na tyle chybiony, że aż mogę go uznać za zabawny :)

Trzy końcowe uwagi odnośnie "Avatara":
- mam koleżankę, któerej twarz to kubek w kubek Neytiri, mało tego, mimika, głos i temperament też. To A. pomalowana na niebiesko, tyle że z kocim nosem:)
- zauważyliście coś dziwnego w scenie, kiedy Jake zachęca Na'vi do boju? I wrzeszczy "..bo ta ziemia należy do nas!"? Trochę dziwnie wyglądają nienawidzący zabijać, połączeni z planetą tubylcy, jak radośnie wrzeszczą "Jeeeej!" po tych słowach  :P
- kiedy Na'vi śpiewali swój lament za drzewem, za bardzo mi sieto kojarzyło z tradycyjną pieśnią kościelną, i bardzo chciałabym w owym momencie usłyszeć raczej jakiegoś Żywiołaka :P
W ramach miłego akcentu- inny folkowy zespół, który bardzo lubię, czyli Garmarna.

sobota, 16 stycznia 2010
Opowieści po cygańskich filmach

Zaczął się cykl filmowy Życie jest muzyką, i wybrałam się w zwązku z tym na dwie pierwsze projekcje, dotyczące Cyganów.
Obydwa filmy, i "Gucha. Pojedynek na trąbki" i "Opowieści cygańskiego taboru" były tego warte, choć nie spodziewałam się, że tak mi się spodoba film, w którym przez cały czas przeraźliwie trąbią, zwłaszcza, że pełen jest dość naiwnej liryki miłosnej nastoletniego, prościutkiego trębacza ze wsi.
Jednak szczególnie "Opowieści..." dały mi do myślenia; jest to dokument z trasy koncertowej Cyganów różnych nacji, uprawiających przeróżne rodzaje muzyki, po Ameryce Północnej.
I choć większość postaci sprawiła szalenie sympatyczne, ciepłe wrażenie, i choć coraz lepiej rozumiem swoistą poetykę i sposób postrzegania świata przez tych ludzi, zirytowało mnie paru bohaterów, biadolących nieustannie nad losem ich nacji.
Biedni Cyganie; tacy niezrozumiani; wszyscy na nich napadają, mieszają z błotem, traktują jak obywateli trzeciej kategorii.... No niekończący się Romów pamieci żało(b/s)ny rapsod.
Tyle, że wszyscy moi znajomi z Rumunii, wszyscy co do jednego,  mają  na koncie niemiłe przygody z Romami, bywali napadani, okradani, bici- przez tych właśnie biednych i ciemiężonych bardów, którzy "zawsze wyrażali swój bunt i nieprzystosowanie do norm li tylko piosenką".
Ach, ten liryczny dźwięk skrzypków, rozstrzaskiwanych na głowie białasa...
Istne ofiary represji.
Ale tak poza tym to i się uśmiałam, i posłuchałam dobrej muzyki i napatrzyłam na przepyszne flamenco; ubawiły mnie szczególnie konfuzja i niekiedy strach Amerykanów na widok nieokiełznanej radości, okazywanej przez muzyków na każdym kroku w związku z faktem, że występują; ich żywiołowości, oryginalnych pomysłów typu łowienie rybek w stawie w nowojorskim parku a także na widok flaszek ze spirytualiami, wyskakujących z różnych dziwnych miejsc, ledwo autokar wyruszał w trasę:D
Ważną zdobyczą jest to, że udało mi się polubić trąbkę. Nie te gęste, miodopłynne dźwięki jak u Molvaera, ale  podkręcone, narowiste i ostre, jakie słyszałam w ich muzyce.
Przede mną jeszcze dwa filmy, i będzie to prawdopodobnie "Brasilerinho" i "Półksiężyc"- szczególnie to ostatnie mnie ciekawi, bo w ogóle nie kojarzę muzyki Kurdów.
Mam tylko nadzieję, że przed tymi filmami nie wyskoczy kolejny bubek, zrobić takie wprowadzenie, jak to o Cyganach, z perełkami w stylu "Andalucía...to po hiszpańsku, przepraszam, będzie mi się myliło, wiec już mówię, że chodzi o Andaluzję..."
-_-'
Wrzucam fajną rumbę na trąbkach kapeli The Tigers i idę łoglądać Vengo :D



środa, 13 stycznia 2010
Hate mail to Gdańsk

Mam takie marzenie.
Nad Gdańskiem pojawiają się wielkie, buczące samoloty, które zawisłszy na moment w bezruchu, jak senne trzmiele, nagle zrzucają na każdy kwartał pakunek z napalmem i zwiewają.
Gdańsk płonie. Huczące płomienie pożerają tą kpinę urbanistyki, tą tragiczną parodię postępu i nowotwór Ziemi, potem gasną, a wiatr rozwiewa popioły.
Albo jeszcze lepiej- przychodzi wielka fala i zmywa resztki śladów, świadczące o tym, że kiedykolwiek to ścierwiaste miasto tu istniało.
Co tam Starówka. Ładna jest, ale tylko ona.
Mieszkańcy? Nie wiem, niech na ten moment idą na plażę, albo jadą wszyscy do wód, nic do nich nie mam.
Ale nigdy żadnego miasta nie nienawidziłam tak bardzo, jak tego, w którym wypadło mi mieszkać teraz.
Ani Nary, z jej niewystępującym życiem nocnym, ani Poznania z jego hałasem i brakiem morza.
Przynajmniej komunikacja w Pozku jak ta lala, a wyszedłszy z domu na 20 minut nie przesiąka się smogiem.
Tutaj? Raz, że wyrwanie się z nieco odleglejszej dzielnicy do cywilizacji zabiera trzy dni wołami, a dwa- po co w ogóle myć włosy, wkładać świeże rzeczy... Po chwili wszystko na człowieku capi tak, jakby spędził upojną chwilę przed pracującą rurą wydechową.
NIE-NA-WI-DZĘ.
Muszę się stąd wynieść jak najszybciej, bo ilość takiej nienawiści wystarczy, żeby skazić okoliczne mury na dekady.
I potwornie brakuje mi lasu.
Tu nawet porządnego parku nie ma; nie rozumiem, dlaczego bałam się sama Tenel w nocy odprowadzać, bo w Sopocie mamy ulice bardziej zadrzewione i cieniste, niż ten pseudo-parczek nieopodal nas, otulony przez dwie ruchliwe ulice. Jedyny, jaki kojarzę w Gdańsku zresztą.
Potrzebuję zieleni, powietrza, szumu drzew, I need to go into the wild---- albo zginę. Sczeznę marnie.
A może to Tartar? Wszystko by się zgadzało.
Piekło to Gdańsk -_-

Tagi: gdańsk
19:24, nonko
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 11 stycznia 2010
Ring ring!


Po raz nie wiadomo który dochodzę do wniosku, że przyklejanie do odzienia serduszek Finał Orkiestry Światecznej Pomocy ma pełnić funkcję przede wszystkim amuletu, odstraszającego kwestujących. Ja się niczym nie obkleiłam, i bardzo szybko wyrosły na mojej drodze dwie dziewuszki z puszką.
Mogłam w nie rzucić czosnkiem... To przecież taki tradycyjny hex ochronny, mógł też zadziałać.
Ale teraz już się o tym nie przekonam... Stracona szansa -_-
Tymczasem Tenella przemknęła przez 3miasto ("przemknęła" to zdecydowanie uprzejmość wobec PKP, wobec której określenia szybszej portacji, niż "stał" I "cofał się", są salonowym kwiatosłowiem ), i miała okazję poznać moje mieszkanie Z ogrzewaniem. Wrażenia są o niebo lepsze, niż bez rzeczonego, zaręczam.
Po wypiciu kilku galonów herbaty z wkładką, przy jednoczesnym dysponowaniu jedną tylko toaletą na parę osób, jest jedynie naturalnym, że sławetne słowa Gandalfa w Morii uległy dla nas swoistemu przeobrażeniu.
YOU SHALL NOT PISS! XD
Wraz z Tenel opracowałyśmy również następny deser grozy.
Staje się to tradycją; przedostatnio, kiedy odwiedziła mnie Lena, powstała niezwykła potrawa, mianowicie gofry z owocami morza w żelu. Specjalnie dla turystów ^^
Również tym razem jest to bardzo awangardowa delicja dla wytrawnych smakoszy (lub ludzi o wytrawionych kwasem podniebieniach..), czyli lody z waflem z boczku.
Przyjemności i smaczności, chyba zacznę prowadzić księgę tych deserków, a nie zdziwię się, jeśli za lat dziesiątek okaże się, że podbiły one świat.
Prosperita i cywilizacja psują ludzi, każą im sięgać po ekstremum.
I kiedy nadejdzie ten moment...Kiedy cywilizacja zachodnia osiągnie ten właściwy stan zgnilizny i przesytu- ja już będę czekać z wyładowaną tacą 8-)
Tymczasem wracam do wojny z zatrutą studnią, moją "ulubioną" pułapką logiczną. Jeszcze nie wiem, jaką obiorę taktykę, bo jedyne, co w tej chwili przychodzi mi do głowy, to- zakopać!
Zakopać źródło jadu pod ciężką warstwą czarnoziemu 8-|
Pissfully }:D
Chce mi się ponadto cytować Skazę, o tym, kto go otacza, ale zdaję sobie sprawę to byłoby krzywdzące uogólnienie.
And yet....I want something to burn, grr.
Dość, że jak dla mnie- status is SO NOT QUO.
A ludzie som gupie 8-|

piątek, 08 stycznia 2010
Zdziwienie

Wczoraj odkryłam kolejne warstwy utworu Dorantesa, i przemęczywszy się przez noc (dlaczego nie można grać na niczym w nocy??? Hałasy-śmasy, wrr, wrr), dziś się nad nimi biedziłam.
Biedziłam, biedziłam, aż wybiedziłam.
Tam jest przez momencik zjazd o pół tonu, który słyszałam, ale nie umiałam przełożyć na klawiaturę.
Cóż za frustracja!...
A jakby mnie ktoś zapytał, jak to brzmi, mogłabym powiedzieć tylko jedno: jak zdziwienie. O_o
Poważnie.
Synestezja mnie kiedyś doprowadzi do grobu. Zagraj, człowieku, zdziwienie XD To zupełnie jak z próbą zapisania literami rzeczywistego dźwięku cmoknięcia -_-'
Anyway- coś tam wymodziłam, pewnie strzelając przy tym cholernie zdziwione miny, tymczasem w Trójmieście się dzieje muzycznie...! Kevin Costner przyjeżdża.
I będzie coś nawet śpiewał; I know, I know- on tańczyć powinien.
Z Wilkami.
Ale nie wiem, co na to Gawliński, nigdy nie sprawiał wrażenia specjalnie skorego do hołubców.
Niewykluczone jednak, że ludzie się na to przejdą, wilki nie wilki; pewnie w większości Anglicy, którzy uciekną z Wysp przed epoką lodowcową- nawet ja się zdumiałam: temperatura -10? Toż przecież dla nich koniec świata i Apukalipsa, pozamykają się w domach i nie wyjdą do wiosny. A i to tylko ci, co wykaraskają się z traumy: mróz w Anglii O_o'  I nowy dzień tygodnia: Doom'sday.
Młodsza opowiadała, że tylko raz widziała człowieka, który dziarsko zgarniał śniegową breję łopatą; było to przed małą restauracyjką. W której pracują Hiszpan i Polak.
Czy Węgier i Polak, nie pomnę- dość, że mam mocne podejrzenia co do osobnika, który machał szuflą jakby nigdy nic.
No bo to jest nic: śniegu napadało, ło jejku jejku.
Się musieli zdziwić }:D
sobota, 02 stycznia 2010
O matko, to juz drugi stycznia?!

Z rozmow noworocznych:
(damska toaleta, klub Ucho)
- Tutaj te kible to wogle, nie... Najlepiej to jest, mowie wam, w klubie Elipse. Takie kulturalne kible po prostu. Mozesz sobie isc ze swoim facetem, sie zamknac, nie...

I kulturka :D Mazzltov! Nowy rok nam nastal, robaczki.
Przywitalam go zupelnie odmiennie, niz to sobie zaplanowalam.
Inaczej: mialam no-plans plan, czyli co bedzie, to bedzie, jak nic nie bedzie- to tyz piknie. Winko, filmy, beauty sleep- sama blogosc.
Zatem, zgodnie z tymze planem- ktory powinien zawsze zakladac obecnosc Lisa Przechery na czele moich zwierzat totemicznych- najpierw wynikla opcja domowki u znajomych Oli. Szykowalam sie, ale bez ogromnego entuzjazmu, zerkajac co jakis czas lakomie na kompa i perspektywe leniwego wieczoru przy swiecach.  Z drugiej jednak strony- domowka, nowi ludzie... To przyciagalo, nie zaprzecze.
Ale wtedy, jakies trzy kwadranse przed naszym planowym opuszczeniem domu, zadzwonil bracki.
`Macie byc w Uchu`.
Nowi ludzie czy nie, klub, impreza- od razu zapalu mi przybylo :D I`m just built that way...
I jesli kolejny rok ma byc taki, jak ostatni dzien starego (opcja z nowym rokiem bedacym taki, jak pierwszy dzien tegoz, jest nonsensem i oczywista zemsta tych, ktorzy sie zle 31go grudnia bawili :P), to w 2010 roku, poza zawarciem sporej liczby nowych znajomosci, odgrzeje mnostwo starych.
Ciekawe...
Impreza w Uchu trwala..nie wiem, do ktorej, dosc ze pozniej, juz po wymieceniu gosci na zewnatrz, odbylo sie after party dla obslugi, podczas ktorego ekipa lokalu nadganiala braki w oprocentowaniu organizmu, zas my- przeciwnie, juz sie przerzucilysmy na wode z cytryna :P I jeszcze jedno odkrylam podczas socjalizowania sie z Ucho-nami: gra polslowek nie wszystek umarla :D
I jeszcze maly prztyczek w nos od mojego osobistego trickstera: malowalam paznokcie na kilka minut przed wyjsciem, wiec mistrzostwo swiata to to nie bylo. Dlatego wychodzac rzucilam jeszcze do Oli ze smiechem: `Mam nadzieje, ze nie spotkamy zadnego geja, oni zawsze widza takie szczegoly`.
Mhm.
Wieczor zakonczylam- czy raczej poranek przywitalam, i spedzilam- w Enzymie :DDD  Zostalam ucalowana przez Elvisa Presleya i zaden z bywalcow nie skomentowal stanu moich paznokci, za to sobie jeszcze poskakalam. Stamtad wyszlam jakos po osmej- po wypelznieciu z mrocznych odmetow klubu swiatlo poranka nieodmiennie mnie zaskakuje. Tak musial czuc sie Noe... A spac poszlam o 10.
Rano, oczywiscie.
To byl bardzo spontaniczny i radosny klubbing po starych smieciach, przypomnial mi dobre czasy i bez watpienia byl obiecujaca wrozba na nowy rok.
Nieco mniej radosne bylo piecie sie w gore Monciaka, a nastepnie czekanie pol eonu na pociag, w kabaretkach i cienkich pantofelkach. Ludzie wybaluszali oczy na tak widome ciagoty samobojcze, a mi tylko chodzilo po glowie: `Zobaczylibyscie panny w Anglii: snieg i zawieja, a one z golymi nogami i w baletkach, ubrane, jak na Ibize` -_-`
Ja to przynajmniej sie telepalam z zimna, ale i to dopiero w tramwaju- okropne w nim byly przeciagi.
A teraz wracam do kontynuowania reanimacji przy filmach :P
CURRENT MOON