RSS
poniedziałek, 26 lutego 2007
Zapodaje teraz maly `manual` moich wszelkich poczynan. Nie zeby mial sie komukolwiek na co zdac, sama siebie czasem zaskakuje, jak dalece nie trzymam sie instrukcji. Jednak jest to uczucie tak przemozne, ze musze sprobowac to przekazac.
Cokolwiek robie, to jest tak, jakbym rysowala. W przypadku makijazu jest to oczywiste, choc podejrzewam, ze liczba ludzi, ktorzy kladac wokol oczu kreski i cienie, nagle doznaje olsnienia jak fajnie by to wyszlo akwarela, zwlaszcza gdyby poszalec bardziej z wiekszymi obszarami twarzy..!- bylaby mocno znikoma. -_-`
Ale rzecz tyczy takze gotowania, pisania, czy chocby oceniania cudzych tekstow- to nadal jest rysowanie.
Wszystko ma swoj odpowiednik w pasmie barwnym. Smaki. Slowa. Nie wymyslilam tego pierwsza, jasne, ale nie bede sobie, jak Rimbaud, strzepila jezora na opisywanie, jakim dokladnie kolorem jest smak slodko-kwasny. Mnie bardziej interesuje, jak to sie ze soba laczy; warstwa na warstwie, kredki, akwarele i tusz pomieszane, na to ciapniecie grubej emulsji- i oloweczek. Pomieszac, nalozyc, przepoic soba, i jeszcze moze cos nowego na ostatek dorzucic.
Sol na koniec- czyli wyciaganie tuszem obszarow kontrastowych.
Kolor ma dla mnie olbrzymie znaczenie. Pierwszorzedne; oczywiscie, wiem, ze linia jest zaraz po nim, jest rownie kluczowa, ale linia- to jakas granica, a ja zawsze bylam czlowiekiem Dyscordii :P
Dlatego nie moge zniesc braku poszanowania dla barw, braku pomyslu na to, co mozna z nimi zrobic, a nade wszystko- burosci. Monotonii. Nie moge patrzec na proste i banalne zestawy (` to sie zawsze sprawdza!`; `klasyczne zestawienie!`...Ja leje na taka ich klasyke! golemy bez duszy..), np czerwien/czern, a potwornosc: braz/szarosc dziala na mnie jak srebro na pijawy. Dlaczego ludzie nie widza, jakie to jest obrzydliwe?! Jak bloto, z dodatkiem petow, podtopionego plastiku i wymiotow. A oni to nosza. Rownie dobrze mogliby jak dla mnie sie we wzmiankowanej mazi wytarzac- niemal czuje bijacy od nich smrod. Odor plaskosci, pospolitosci, nudy.
Sliczna ta ribka jest. *__* I prosze, kolejny kontrascik: od wiekow mieli piekne materie, hodowali kolorowe rybki, kwiaty, zony...Po to, by teraz zetrzec z siebie wszelkie barwy- hollowed people.....Nawet nie. Chochol jest zolciutki. A mnie otaczaja tuluby. Mmm--hm! jak im musi dobrze byc waciakiem!...Ciepelko wypychajacej go wilgotnej gazety, przezutej przez  dziadzia Jozia...Mial ktos kiedys w ustach gazete? Tak smakuja ich kolory.

piątek, 23 lutego 2007
Papapapam...(motyw z Rozowej Pantery)

Luty, panie tego...
Przedwczoraj byl akcja ząbek, z gatunku `Ranyboskie, goscie jadą!...`, tyle ze nie goscie, i nie, nie dlatego wpadłam z wlosem rozwianym do pokoju, ze gdzies wisiały schnące desusy. Nie. Mieli przyjsc fachmani i wymieniac `wentyl klimatyczny`, zatem roztropnie capnełam spod biurka lezakujacą tam łyche i -do szafy. Jednak, tuz przed spodziewanym najsciem, zaswital mi fakt, ze szafa bedzie przestawiana, na potrzeby rozkucia scian, i reszty pandemonium. Panowie by dzwigneli szafe, pełną -myslałby kto..- kobiecych fatałaszkow, fidrygałek i roznych `niewinnych a uroczych głupotek na litere f`, i nagle z tej urocznej szafeczki dobieglby dzwiek, jak dzwon, wywracajacego sie z gluchym chlupnieciem szkła. }:D
Ale by było O_O
Z jednej strony chciałabym to zobaczyc...
Ale `johnny` powedrowal do szuflady, o czym zapomnialam zreszta juz nastepnego dnia, i tylko dzis, siegajac po omacku po kawe, zahaczylam o gladka, chłodna szyjke i natychmiast poczulam sie jak Marlowe`owski bohater.
Aze mi kawa mocniejsza wyszla na fali inspiracji.
Johny spi dalej, zeby nie bylo. Bez tancow na widoku, nie rusze go nawet dlugim kijem.
A teraz- kinoteatrzyk:


Placyk zabaw z epoki Jomon.


Kolejne tlumaczonko stulecia :DDD
wtorek, 20 lutego 2007
Chickenですからご注意ください。*

Mam bardzo malo czasu, zeby podelektowac sie wiosna tutaj.  Za dwa tygodnie bede w Chinach, gdy wroce- tu juz bedzie wladal bog Febus wasaty, ta cholera… Wiec szwedam sie po okolicy, kraze jak pijany myszolow, bladze z pewna celowoscia, zeby znalezc miejsca, podczas gdy slonce wywoluje u mnie stan wiecej letargiczny; powietrze jest nasycone zapachem kwiatow, trawy i ciepla, ptaki szaleja, a ja wyczuwam juz zalazki bezlitosnego zaru w promieniach, jakie ciasnymi kleszczami blasku otaczaja moja glowe. To dopiero luty….-_-`
W Ise- przede wszystkim potezne stare drzewa, przepasane shimenawa, I niepozorna  swiatynka,, z lopoczaca na wietrze biala zaslona (norenem?), jakby ukryty w glebi kaprysny mieszkaniec nie byl pewien, czy witac, czy odganiac gapiow. Tylko kto kogo podpatrywal: ludzie - kami, czy odwrotnie? Uroczne. Tak bardzo, ze popelnilam w afekcie swietokradcze zdjecie; natychmiast ucieklam pod drewniane skrzydla innego mzimu I chyba dostalam azyl, bo gromow cos nie widac.
Futaminoura- smak I zapach morza, ktorym przesiakly moje wlosy, ubranie, skora…Lwy morskie, ktore- jestem o tym gleboko przekonana- jedza ludzi, I moga sobie machac pociesznie pletwami I przylepiac jezykiem do scianki akwarium; ja tam wiem, ze to predatory. Nie zmieni tego fakt nadania im wesolych imionek.>_< `A to, prosze publicznosci, Taro-chan, wlasnie zjada pana tresera!..Oklaski I rybka dla Taro, na deserek…`

Wybralam sie do lasu, w ktory sie wgryza Nara.------Pomyslec, ze teraz to on jest ujarzmiony…O_o Szlam w gore strumienia, ktorym na okolicznosc deszczu tymczasowo stala sie droga; potem, gdzies w srodku dzungli (czyli 10 minut marszu od ostatnich domow), wyrosla kamienna droga- tylko czekalam az lyskajace w gaszczu I na lesnych lysinkach omszale latarnie zaczna jarzyc sie blekitnym swiatlem. I te drzewa…Patrzac na nie, nie potrafie wierzyc nauce, ze one trwaja sobie w tym nieruchomym stanie caly czas. O nie, nie jest tak; noca, z poszycia dzwiga sie wezowym ruchem monstrualne pnacze, poteznym smagnieciem przecina powietrze I oplata wokol innego drzewa, szybko pelznac wzdluz pnia duszacymi zwojami.
Z nadejsciem switu zamiera w bezruchu.
Zas nastepnej nocy sciaga rodzine I znajomych.#_#
I jeszcze inne drzewa, rozrzucone beztrosko to z lewa, to z prawa, drzewa, ktore w Polsce otoczono by plotkiem a na umieszczonej z szacunkiem dwa metry w prawo tabliczce napisano, ze to drzewko Karol sie nazywa, I widzialo wiele wiosen- I wiele wojen. Asow I Wanow, np. Drzewa, ktorych ogrom wyczuwa sie juz wczesniej, poprzez nagle zgestenienie mroku wokol nich.

Snie o Chinach. Nie wiem, czy bede snic o nich po powrocie, jak mi to jest przepowiadane- w koncu z sinologami nigdy nic nie wiadomo. <_< Moga juz byc zainfekowani przez czerwone sloneczko I siac propagande…


*(Lekko przerobiony tekst ostrzezenia, wyglaszanego na peronach)
czwartek, 15 lutego 2007
`After every party I die...`
Od razu wiedzialam, o co w tej piosence Snikersow chodzi. Nie, nie o kaca; kac stal sie nieodlacznym niemal elementem wyjscia do baru dopiero odkad jestem w Japonii. Jednak ja tez po imprezach z prawdziwego zdarzenia z duzym trudem odnajduje sie w szarej codziennosci. Rzeczywistosc skrzeczy bardziej, niz zwykle, i nie ma to wiele wspolnego z bialymi mewami, ich tupotem, czy ochryplym trelem. Jakby mozna miec kaca po maratonie do 8 rano w Enzo, kiedy wypocilo sie nawet alkohol jeszcze nie wypity...
Taki stan jest mi bardzo dobrze znany; po intensywnej, upojnej, pelnokrwistej nocy nie mozna spojrzec w twarz dnia, udajacego obludnie, ze nic sie nie stalo, i swiat jest nadal pracowitym tykajacym zegareczkiem- bez nienawisci. Chcialoby sie z powrotem wskoczyc w gesty polmrok, w ktorym zyjesz czysta euforia, a opuchle, podbiegle mdlym swiatlem oblicze dnia powszedniego moze sobie do woli zaprzeczac istnienia ciemnosci. I tego, co w niej zyje.
Jest tez inna piosenka; Bjork. `All those modern things, like cars and such, have always existed. They`ve just been waiting, in a mountain, for the right moment`. Noc tez caly czas gdzies trwa; czeka. Caly czas klebi sie tam i kipi potencjal, czekajacy na wlasciwych ludzi, zeby go przetworzyli. Na mnie bedzie musiala poczekac jeszcze czas jakis.
Zas ten stan, `dnia-po`, jest mi znany z jeszcze jednego powodu; zawsze, po szczegolnie intensywnej sesji rysowniczej, jestem przez jakis czas kompletnie wypalona. Wowczas, biorac olowek do reki, chetnie bym go pogryzla, bo nie mam pojecia, co moglabym narysowac. Jakbym, rysujac za szybko, wyczerpywala studnie glebinowa, i musiala czekac, az niecka znowu wypelni sie woda.
A to trwa....
Ale nie moge zwolnic, bo chybabym sie rozpukla.
Dlatego teraz korzystam, ze wciaz moge rysowac. Zapraszam do galerii. Juz zaczyna przebijac dno niecki.
wtorek, 13 lutego 2007
Turisten verfluchten

Ja nie wiem, jak to dziala, ale moja plenerowa degustacja trunkow w Japonii odbywa sie jak dotad albo pod palacami, albo pod swiatyniami. Moze dlatego, ze ich cmentarze nie sa zbyt malownicze? Anyway, wybralismy sie z Viktorem, wieczorem, przez las, aleje kamiennych latarni I zamknieta na glucho Kasuga taisha, do Nigatsudou. To piekna budowla, a widok z niej oszalamiajacy wprost. Zywe duchy, owszem byly: jakas parka, schowana skromnie za drewnianym filarkiem, nastepnie wycieczka ( o 21??!! WTF??!! ) z przewodnikiem, ktory przeprowadzil swoja trzodke sznureczkiem przed naszym ciekawskim nosem ( nie mial wyjscia, siedzielismy w przejsciu..:P ), trzodke W OGOLE nie zerkajaca na nasze Asahi i zawierajaca jednego bialego, ktory dusza cala pragnal najwyrazniej podkreslic, ze co najwyzej kolor skory laczy go z takim lawlifes, chlajacymi piwsko we w swiatyni. Hehe…Viktor grzecznie powiedzial wszystkim dobrywieczor, czym przerazil niektorych do szczetu, bo demoniczne i bluzniercze pomioty otchlani (Ave Cthulhu!) z reguly po prostu wyjadaja oczy I watroby, ewentualnie wspomnianym Asahi zapijajac. Na koniec pojawil sie straznik, przerywajac nam wesola sesje zdjeciowa, wiec odturlalismy sie w miasto, pozostawiajac za soba te slicznosci. Naprawde, moze I Toudaiji rzadzi pod wzgledem slawy, ale kompleks Kasuga Taisha jest oblednie piekny. A, bo poszlam wreszcie zobaczyc `Ookii Daibutsu`. Skurczybyk, faktycznie wielgi; caly czarny, gladki jak porcelanka, I w ogole strasznie bym chciala sie tam wskrabac do niego na on lotosik, albo Buddzie wprost na dlon. Za to niefotogeniczny; lepiej wyszla Baba Gula, co siedzi po jego prawicy- kapitalna rzezbka!


`High five!...`

Do Kasugi poszlismy za dnia, slaniajac sie od potwornego kaca, ktorego szereg objawow potwierdzil straszne podejrzenie, ktore dotad nie chcialo mi sie miescic w glowie: Ken, szef Rumoursow, dolewal nam spirytusu do drinkow. Jezus Maria na pomoc...Ten kraj chce mnie zabic, nie zamowie tu nigdy wiecej nic bardziej skomplikowanego niz piwo!..Ale zesmy cierpieli wczoraj…Jednak dzielnie zwiedzalismy dalej, a pod koniec, ku mojej uciesze, Wiktora jelonki pobodly, udowadniajac moje twierdzenie, ze nie masz nad jedyne, prawdziwe, herbowe zwierzeta Nary, to czyly- kruki wrony. Ktore sa piekne, sa olbrzymie, fajnie kracza, a krzywde ci robia, jak I tak umierasz, wiec roznicy wielkiej nie ma.

Noca generalnie fajnie sie szlajac, choc mozna sie czasem nielicho zadziwic: w ciemniejsza uliczke wchodza dwie osoby. Sa plecami do swiatla, wiec nie od razu sie orientuje, ze to parka, dzwieki przyciszonej rozmowy skutecznie zaglusza dzwieczny stukot wysokich obcasow. Z tym ze on, w odroznieniu od niej, umie sie na nich poruszac. Rozni ich jeszcze to, ze podczas gdy splowiale loki dziewczecia opadaja morderczo wypracowanymi skretami prawie do pasa, chlopak ma czarne, najezone jak szereg pik, kolce na glowie. Jesli sa jakies dalsze roznice, rozplywaja sie w identycznym gescie, jakim oboje poprawili torebki na ramionach nim weszli do restauracji. Muahaha…

Na koniec- cos ku zadumie. Reklama w pociagu, przedstawiajaca rozmaite obuwie I gloszaca: `もっと美しく歩くために` ( Aby piekniej chodzic ). Jakby wyzsze, modniejsze, bardziej zlociste obcasy mogly wplynac na urode ich stapania…Myslalam, ze sie sturlam z miejsca ze smiechu, choc tu nie smiech, tu zal d…sciska po prostu }:D


poniedziałek, 05 lutego 2007
`Pan mowi o przyrodzie...`
Ogloszenie pokladowe: nie jestem wyrocznia do spraw japonskich. To nie tak, ze ja przyjechalam do Japonii i zaczelam wyrzekac, bo jej nie lubie. Japonia? Nie wiem, co to za abstrakt, w kazdym razie, tu, gdzie ja jestem- widze miasto. Choc o nowym dla mnie wystroju. Ulice - jakkolwiek rozniace sie od widzianych dotad; chodniki- choc z rzadka i inne; domy, samochody, sklepy, rynsztoki o morderczej glebokosci, przewody wysokiego napiecia, misterna platanina kratujace niebo- jako jedyne niezmienne i takie samo wszedzie. Ludzi...
Dostrzegam codziennosc, i tylko te wszystkie ` ciut`, `troche`, `nieco`- zbieraja sie, kumuluja, i nagle wybuchaja potwornym rozziewem, przepascia zgola nie do pokonania, a kropla przepelniajaca czare moze byc po prostu kolejne, moje - powiedzmy- trzysetne, zainkasowane natretne spojrzenie przechodnia, ktory - powiedzmy- ma pecha widziec mnie po raz pierwszy.
Moze to wymaga czasu. Zeby z powodu tej przepasci nie wpadac w szal, zwl. na widok mostu, oboma koncami zgrabnie podpietego do jednego jej kranca. Tego przeciwnego.
Ale to jedyna dalsza perspektywa, jaka moge tu osiagnac. Tkwie w samym srodku, lewituje niczem kwiecie lotosu na Praoceanie. I pomstuje. Taki ze mnie, plugawy maly Budda.

Lubie - i jednoczesnie nie lubie- jezdzic pociagami. Lubie patrzec na to co sie przewija przede mna; takie sycenie oczu tym, czego nie da sie zarejestrowac w marszu. Sliczne; choc za kazdym razem, widzac te male uliczki, graniczace z lakami, sklep, parking, za nim rzeczka z malowniczo przerzuconym mostkiem, nastepnie szereg domkow, wijaca sie prawie w pionie ulica wsrod karlowatych drzew i znow ugor- otoz widzac to, mam wrazenie, ze patrze na scenerie musicalu z lat 40tych. I ze zaraz na te przyciete, miniaturowe, lukrowane alejki wkroczy Blaszany Drwal i zatanczy z parasolka.
Jeszcze jedno- puste ulice. Samochod czasem jaki przemknie, widac niekiedy zabawki porozrzucane w przydomowych ogrodkach; i tylko noreny, flagi i transparenty wszelkie lopocza na wietrze. Poza tym- cale miasto, zda sie, pusciutenkie, jakby nigdy nie zamieszkale tak naprawde; jak gdyby te idealnie kwadratowe parkingi i niziutkie plotki byly przygotowana scena dla tancerzy, ktorzy lada moment wypadna z tekturowych domow...Idealne proporcje.
Lubie dachy. Zwlaszcza kiedy lsnia w sloncu jakby gospodarze co ranek pucowali je onuca; szczegolnie upodobalam sobie ceramiczne dachowki o morskim odcieniu -piekne sa nad wyraz.
Zas nie lubie tuneli, bo sa zle; rozsadzaja mi czaszke i wybuchaja w oczach pajeczynka naczynek krwionosnych.
Poza tym- wiosna panie sierzancie. Pachnie i cieplo ( w piatek byla krotka sniezyca, ale to detale, nieistotne detale...:P ). Ja zas widzialam burzowa Kiriyan na demachi i dalam jej moj pierwszy fanowski list. Tak...Ano, wiosna. :)
piątek, 02 lutego 2007
Maski i fasady

Odkrylam przepis na dobrego europeiste. A wszystko to w chorobie, nie majac gdzie zaprzac mysli skolowanych. Otoz- nalezy wziac gagatka, wyslac na orientalistyke, potem rzucic miedzy wrogi…znaczy- lud studiowany, a potem dac mu isc na europeistyke, bo zawsze sie na kazdym kierunku przyda taki plomien bozy, entuzjasta, z lekka nutka fanatyzmu.

Przeziebienie mnie gnebi, I chodze przymulona brakiem tlenu, rowniez rozdraznienie jest zupelnie naturalnym dla chorego stanem. Dobra, nie ma co sciemniac, ze niby chorobsko zmniejsza moja tolerancje na skosizm. Nie ma czego zmniejszac, hyhy…Owoz: krece sie po kuchni- szczesliwie wolnej od chinskiej nawaly- gdy wchodzi jedna z Koreanek. `O! -rzekla i kontynuowala z naciskiem- DAWNOsmy sie nie widzialy…`. Smarknelam potwierdzajaco I zsunelam pora do garnka. ` Chora jezdem. I- dodalam, uprzedzajac nastepne pytanie- jeszcze mi zle.`. Uprzedzac SIE co najwyzej moglam, panna zaczela zmywac I niby to niefrasobliwie rzucila: ` Ale jutro oczywiscie pojdziesz na zajecia?`. Utkwilam w niej wzrok, I przez chwile nic nie mowilam, bo nie lubie powtarzac rzeczy prostych, banalnych, trafiajacych do serca –myslalby kto- od razu I bez przeszkod, jak noz. Noz…..`Nie- odchrzaknelam, szybko wrzucajac noz do zlewu- nie pojde, gdyz- JAKO RZEKLAM- niezdrowam.`. Spojrzala na mnie znaczaco, jakby samym wzrokiem mowiac: `Stoisz tu oto przede mna, strawe sobie warzysz- gdzie twa bolezn, o gdziez? Nie slaniasz sie, nie konasz, posoka nie bluzgasz, tryskasz zdrowiem wrecz niepohamowanie, a jeno patrzec, jak wytniesz dziarskiego holubca!`. Och jo~….Mysle, ze w mysl zasady Wielkiego Mao, powinnam gwizdac na bakcyla, wazyc go se lekce, i jak Dzielny Hutnik, ktory po 10 godzinach budowania przyszlosci Ludu, obsypuje sie kwieciem, chyta za transparent I biegnie w pierwszym szeregu majowego pochodu- z piesnia na ustach pobiec do szkolki!.. Taak…Mialam cholerna ochote na dziewcze nakaslac, ale tak- od serca. A jutro tak samo- na szkolke. Patos pracy, jusci; kant z harowka jest sprzedawany w japonskich fabrykach na terenie innych krajow, zeby gnebic bialasow. Chodzi o to, ze chory w – ujmijmy to tak, zeby nie musiec sie bawic w slowotworstwo- kulturze Wschodu jest niczym innym, jak wadliwa komorka, nie wypelniajaca swej funkcji sprezynka, a jak cie co boli- napij sie cieplej wody I po przerwie wroc do biurka. Grunt, zebys zachowywal sie jak zdrowemu przystalo. Hultaju >_< Co tam chinska medycyna, co tam cysorz Szen Nung, Kolorowe cukierki, bedace `lekarstwem`. Miod o zawartosci miodu 20 lub 60%. Ogrzewanie, bedace niczym innym, jak wielka farelka, nawiewem suchego I cieplego powietrza, ktore wysusza galki oczne tak, ze powieki zdaja sie zapierac. Ale co- jest cieplo,nie? Nawet za cieplo, w pociagach nieraz mam wrazenie, ze ciuchy mi sie pala- ale kto durny bedzie sie skarzyl, ze w pociagach grzeja? Woda, oczyszczona  ze wszelkich straszliwych plugastw tak gruntownie, ze odkreciwszy kran, czuja aromat jak z menzurki Hermesa Trismegistosa. Ale oczyszczona to oczyszczona; co z tego, ze obrzydliwa jak sciek, I do tego z takim skladem chemicznym, ze po nieprzemyslanym umyciu nia twarzy zeszla mi skora. Skarpetki, chocby nie wiem jak puchate I mieciutkie, bedace zawsze mieszanina poliestru, nylonu I akrylu. Pozor, wszedzie jeno pozor. Wyglada na zdrowe; wyglada na cieple; wyglada na….etc,etc. Liczy sie powierzchowne wrazenie, tak jak powierzchowne sa rozmowy czy znajomosci, jak bardzo plyciutko siegaja okazywane emocje. Kolorowe, nackane euforycznymi wykrzyknikami gazety bez tresci. Balsamy do ciala, ktorych pierwsza, najwazniejsza, I podana wytluszczona, rozowa czcioneczka informacja jest- ze ten specjal ma zapach rozanny!...Kampania o segregowanie smieci, z jednoczesnym biadoleniem, ze tak ich duzo, laboga! - w sytuacji, gdy w plastik owija sie tu absolutnie wszystko, w paczce suszonych sliwek kazdy owoc jest oddzielnie owiniety celofanem, a dla tej jednej paczuszki sprzedawca wyciaga nowa plastikowa siatke. Bezcelowosc, puste gesty, udawanie; najlepsze, ze jakos sie to kreci. Ale w koncu przeciez kiedys rymnie I wyjdzie na jaw, ze to pusta karoseria bez wnetrznosci. Wypracowane pozy I gesty ludzi, caly czas odgrywajacych jakies postacie, bo za ta charakteryzacja pewnie nie ma nawet grama charakteru. A kontakt ze swiatem zewnetrznym- wybrane teledyski na Top40 I 30-sekundowa bajka na dobranoc, pt. `Co nowego u rodzinki Bushow` Maja Japonczycy piekna, stara kulture, a jakze, zaprzeczyc nie sposob; my tez mamy. Tez nie co dzien czlek sie pojedynkuje w porannej mgle I przyjec przy dzwiekach poloneza nie urzadza. A jednak, mam nieodparte wrazenie, ze u nas jakby wiecej z dawnych dziejow sie przesaczylo I zaadaptowalo do zycia codziennego. W Japonii? A maja, maja, skorupy oczyszczonych ze sprzetu wszelkiego zamkow (replik glownie…) I dwie czy trzy  samurajskie zbroje w gablotach. Ale to towar na medialny eksport, bo kto by tam sie tym bawil, poza tym, to takie passé, owszem- jak sie z cudzoziemcem gada, warto napomknac, ze my z tych, co to pod Tokugawa, panie tego…Kimono, kimono! Dziadzio samuraj, babcia gejsza, wcale nie probuje sciagnac twej gaijinskiej uwagi na fakt, ze mam takie same blond loki, jak ty, a teraz szybciorem lecmy do centrum, bo jest wyprzedaz poliestrowych gatek w Pokemony!...

A zeby se poodparzali, choc ja wiem, ze ich to nie rusza, skora jak na nosorozcu, widac poza szeregiem ubytkow, to promieniowanie cos im dalo…Ja jestem przeziebiona, I zamierzam sie z tym cackac dokladnie tyle, ile powinnam, bo sama maska zdrowia cholernie nietwarzowa, I nietrwala jest. Ja wiem, ze oni se wyklonuja 40.000 identycznych X-ow I Y-grekow , I nikt nie poznalby zmiany, gdyby trybik X1 zastapic trybikiem X2, ale….Ach, nad pointa pomysle sobie, jak sie juz wyspie, przewroce na boczek, I skonstatuje z niejaka blogoscia, ze- oto poludnie wybilo, a ja nie w pochodzie. Laboga.


CURRENT MOON