RSS
piątek, 29 lutego 2008
Kaboom!

Proszę państwa, od kilku tygodni trwa nowy etap w moim życiu.

Pracuję.

I!- to jak pracuję. Nie jestem na wolnym powietrzu; nie brudzę sobie rąk; jestem w Polsce- i mam legalną umowę. Przerwę na lunch i konkretne autobusy, którymi codziennie rano dojeżdżam, bo jak nie, to mafan :/

Więc dlaczego mam wrażenie, że nie wyszłam z podstawówki?!...

Po kolei: ranek, 6:40. Ci sami ludzie na przystanku; gość naprzeciwko mnie w autobusie czytujący literaturę sensacyjną, albo dobre komiksy; przysadzisty chłopak w okularach i z wyszytą paroma naszywkami kapel metalowych kostką, wysiadający zawsze przy szpitalu; wiecznie poważna gotka; rozgadane panie z sądu; śpiący starzy/młodzi urzędnicy świeżo po studiach.

Zapchany autobus do fabryk- te same zadbane dziewczyny z Nivei, BSowskie panie biurowe, kilkunastu robotników. Potem poranna herbata, budzenie kompa, pierwszy korek na sieci, kiedy wszyscy pracownicy jednocześnie włażą do netu sprawdzić pocztę.

Właśnie: wszyscy pracownicy. Ze zdumieniem odkryłam, że dla pracowników poznańskiego Bridgestone'a, my ze stargardzkiego- w życiu nie byłam w Stargardzie, i tak naprawdę to nie pracuje DLA tej firmy sensu stricte, ale to nieistotne- jesteśmy wrogami. Oni nas nienawidzą, bo: (i tu padają domysły)

-zabraliśmy im biuro

-"jesteśmy" ze Stargardu

-mamy lepszy kontakt z Japończykami, którzy wiecznie siedzą albo w palarni, albo u nas

-"jesteśmy" ze Stargardu

- usłyszane ostatnio w stołówce, wysyczane jadowitym teatralnym szeptem od strony sąsiedniego stolika: nosimy się. bo "Każdy może być tłumaczem, phi".

-"jesteśmy" ze Stargardu.

Do tego stopnia ta niechęć jest namacalna, że kiedy automat do kawy nie chce jej nalać, albo maszyna z batonikami zeżre kasę- nasze podejrzenia padają właśnie na tych biura. Zaś kiedy wchodzimy do stołówki- pojedyńczo czy w grupie- połowa ludzi przy stolikach odwraca się w naszą stronę i odprowadza nas długo nieprzychylnym spojrzeniem. Dziś nie wytrzymałam, i idąc przez całą szerokość sali, wytapetowanej tymi spojrzeniami, zaczęłam się śmiać w kułak. Co za barany... Mamy plan, żeby podczas posiłku donośnie snuć rozmowy z gatunku: "Boszszszee! Jaka zajebista ta praca! Nic nie robię, a dostaję kupę kasy, za nic, ej! A nawet jeszcze studiów nie skończyłam, ej!.."Jak już nas nienawidzą- niech mają za co }:)

Ale czaicie? Co za dzieciuchy? Zazdroszczą nam kilku biurek, supervisorów z importu i pacyny stargardzkiego błotka. Mmmhmm, sounds like a real, mature life to me.

Bo nowa praca- jest jak film Hitchcocka: najpierw jest wybuch- a potem napięcie rośnie...:P

czwartek, 21 lutego 2008
Krótka forma winna

Proszę państwa, proszę się nie denerwować i nie opuszczać stanowisk. Nie zmieniłam płci, i nie słyszę głosów, a poniższy tekst jest wypadkową rozmowy z kolegą W., kiedy to na jedno moje, dość może zaskakujące stwierdzenie, W. zadecydował, bym napisała krótką formę literacką opartą o one słowa niecodzienne. Cóż za wyzwanie!...I prztyczek w nos dla uśpionego pióra.

Ponadto, jeśli W. będzie się bawił w jakiś popiół z gruszkami, i sam nie odpowie pięknym za nadobne- tzn. nie stworzy krótkiej formy u siebie na blogu- wisi mi wino. Proszę więc, byście uzbroili się w cierpliowść i wyrozumiałość. Tu się ważą wielkie rzeczy. Tu o wino chodzi *_*

 

 

 

- Zobaczysz- mówił rozpromieniony Tadeusz, prowadząc mnie przez wypełnione zimowym cieniem podwórko– Miałeś szczęście jak jasna cholera, takie mieszkanko!...

Bez słowa wdrapywałem się za nim po wysokich stopniach klatki schodowej. Budynek nie był stary, na pewno nie wobec otaczających go wokół przedwojennych kamienic. Był wiekowy w jakiś inny, ponury sposób. Z murów tchnęło zmęczeniem i nużąca szarością. Bez większej nadziei przekroczyłem próg mieszkania, do którego wprowadził mnie kolega.

Trudno byłoby mi go nazwać przyjacielem; jedyne, co mieliśmy wspólnego, to ta praca, która mnie przywiodła do Miasta. „Praca marzenie”…

- Poprzedni lokator po prostu nagle, bez słowa się wyprowadził, masz pojęcie? Pewnie uciekał przed długami, no bo nie wiem inaczej…O proszę- Tadeusz przestał nadawać i z zadowoleniem rozejrzał się po bezbarwnym pomieszczeniu- Nie za duże, ale świeżo po remoncie, jak już je sobie urządzisz, to będzie jak malowanie. Okno wychodzi, co prawda, na północny wschód, ale nie jest aż tak ciemno, zaś klimatyzacja pierwsza klasa. Porządne kawalerskie mieszkanko, powiem ci- wyszczerzył się, jakby właśnie mi wręczał wygrany los.

Tak było, niewątpliwie. Wszyscy mi to mówili. TAKA praca. TAKIE mieszkanie!... Pewnie przez to zmęczenie nie byłem w stanie jeszcze tego mojego „szczęścia” ogarnąć. Ani odczuć.

Gdy Tadeusz poszedł, poczułem nagle pustkę. Dopóki on tu był, ze swoją spokojną pewnością co do obranej drogi sukcesu, mogłem starać się współodczuwać i łudzić się, że to wizja także i mojego szczęścia, moje marzenia wcielające się w życie.

Gdy jednak wyszedł, poczułem się jeszcze bardziej zagubiony. Padłem bezwładnie na zasłane szarym kocem łóżko. Poza nim w pokoju była tylko wąska szafa, krzesło, i szafka pod telewizor, i może nawet te sprzęty miały jakieś kolory, ale światło, przesiane przez obrzydliwą szaro-kremową zasłonę w psychodeliczny rzucik, roztapiało wszelkie barwy. Tonąłem w morzu dławiącej monotonni.

Przewróciłem się na bok, niepomny na to, że jest ledwie popołudnie. Chciałem zasnąć, i jak najszybciej obudzić się w świecie, złożonym z mojej pracy-marzenia, by wreszcie móc uwierzyć, że to ja ją sobie wymarzyłem. Przez ogarniające mnie z wolna opary snu słyszałem jeszcze dziecięcą wyliczankę, dobiegającą z podwórka: „Jeden demon na mojej zasłonie, dwa demony na mojej zasłonie, trzy…”

 

Minęły cztery tygodnie. Chyba jest dobrze, tak myślę. Myślę, że mogę być szczęśliwy tutaj. W tej pracy, czyli. Wszyscy mi mówią, że mi się naprawdę trafiło, no i mam garnitur od Prady. Bardzo dawno nie widziałem się z nikim spoza pracy, ale Tadeusz mówi, że na początku tak trzeba. Zacisnąć zęby; tak trzeba, żeby spełnić kiedyś swoje marzenia. Aha, no i mam garnitur, od Prady…

 

Minęły dwa miesiące, nim je zobaczyłem. Obudziłem się o świcie, gdy wczesne promienie słońca zaczęły niecierpliwie skrobać w szybę, a ja z tępą powolnością pojąłem, że jest wiosna.

Mój boże… Kiedy tyle minęło? Chciałem zerwać się z łóżka i podejść do okna, by przekonać się na własne oczy, gdy zamarłem na widok szeregu szpetnych twarzyczek, spoglądających na mnie z morza kremowej szarości.

Na mojej zasłonie siedziały demony.

Maleńkie demonki, z wydętymi policzkami, i wytrzeszczonymi ślepkami, siedziały jeden drugiemu na głowie, i dmuchały ile sił, jakby dęły w niewidzialne trąby. Na tyle sugestywnie, że poczułem coś na kształt delikatnego powiewu na policzku. Zadrżałem, i ubrawszy się szybko, wyszedłem do pracy. Czułem jednak, jak setka naszytych na zasłonę ślepków wpatruje się uporczywie w moje plecy. Co dziwniejsze, mimo bardzo wczesnej pory, jakieś dzieci już się bawiły, bo wyraźnie słyszałem ich wyliczankę. „Osiemdziesiąt demonów na mojej zasłonie, osiemdziesiąt jeden demonów na..”

 

Rozważałem zdjęcie tych zasłon, i zastąpienie ich bardziej praktycznymi roletami, ale nie mogłem. Od dnia przyjazdu nic nie zmieniłem w tej ponurej kawalerce, nie dokupiłem ani wieszaka. Zaś demony…hipnotyzują mnie. Kiedy jestem w pokoju, mój wzrok ciągle do nich wędruje- cóż za dziwny pomysł na haft, cóż za realizm w przedstawieniu. Kiedyś wierzyłem, że takie stworzenia istnieją; ale kiedyś chciałem być też żeglarzem. Dziś, jadąc do pracy, mijałem port. Ciekawe, czy zawsze tam był? Jakoś dotąd go nie zauważałem.

 

Stoję na wprost okna.

„Sto demonów na mojej zasłonie, sto demonów...”

Północno-wschodni wiatr owiewa mi twarz i burzy włosy. Wiem, że chciałem coś powiedzieć, i gdzieś pójść, ale teraz już nie pamiętam, gdzie, i nie wierzę, by miało to jakiekolwiek znaczenie, bo… Sto demonów na mojej zasłonie śpiewa północno-wschodni wiatr. Sto demonów na mojej zasłonie…

 

Kilka dni później Tadeusz wraz z paroma urzędnikami i funkcjonariuszem policji odwiedził mieszkanie zaginionego. Z kawalerki nic nie zginęło, nie było śladu rabunku ani włamania. W szafie znaleźli jedynie kosztowny garnitur i parę eleganckich włoskich butów.

- Przykro mi- powiedział policjant, rozluźniając kołnierzyk; w pokoju było dość duszno- Przyjmiemy pana zgłoszenie, ale nie ma powodu wszczynać poszukiwań. Pański kolega musiał po prostu wyjechać.

Tadeusz pokręcił głową zdezorientowany.

- Ale praca…Nikt normalny nie rzuciłby TAKIEJ pracy, ludzie MARZĄ o takiej. Może faktycznie, wpadł w depresję? – podszedł do okna i odsunąwszy na bok szaro-kremową zasłonę, smętnie przyjrzał się zakurzonym szybom – Gdyby dało się tu choćby otwierać okna, może by się lepiej zaadaptował. Ale zabite gwoździami na amen, zero luftu.

Policjant i urzędnicy już wyszli, Tadeusz również odwrócił się z ulgą od depresyjnego pokoju i psychodelicznych zasłon. Pojął jednak, jak bardzo musiał być poruszony zniknięciem kolegi, gdy podczas przekręcania klucza w zamku uświadomił sobie, że mruczy pod nosem bzdurną dziecięcą wyliczankę.

„Jeden demon na mojej zasłonie…”

 

sobota, 16 lutego 2008
Wyższy/niższy świat

  W mijającym tygodniu ponownie odwiedziłam Operę, tym razem wybrałam sie na moich ukochanych "Poławiaczy pereł".
Nie zawiodłam się, o lepszej obsadzie nie mogłam marzyć: Roma Jakubowska-Handke jako Leila, jako Zurga- Tomasz Mazur, Rafał Korpik jako Nurabad, i gościnnie Dariusz Pietrzykowski w roli Nadira.
Zawsze mnie zdumiewały te heroiny, przedkładające amanta-tenora nad rywala-barytona. Jak można.... Mając w zasięgu uchu baryton- słyszeć jeszcze kogokolwiek innego :P Ja bym sie nie zawahała, Gustaw nie miałby szans z Renato, a Nadir z Zurgą. Lecz- nie tym razem; teraz miałabym poważny problem- nigdy nie słyszałam tenora takiego, jak Dariusz Pietrzykowski. Coś niesamowitego, jaką przyjemność sprawiał mi jego śpiew!
Wszyscy byli doskonali, ale istną ramę, spinającą całość przedstawienia przepyszną klamrę, stanowił doskonały chór. Jeśli dobrze zgaduję, że jego  dyrygentem był, jak zawsze, Mariusz Otto- mam ochotę uderzyć czołem przed tym chórem. Nie dość, że uwielbiam głos M.O. Takiego chóru, tak mocnego i idealnie zgranego, tak pełnego ekspresji- nie słyszałam w teatrze nigdy. Inna sprawa, że muzyka Bizeta bardzo mi odpowiada; jest subtelniejsza, niż mocno rokokowy Verdi (ilość ozdobnikówu tego drugiego często-gęsto mi zagłusza muzykę -_-' Taki ze mnie, minimialista wyszedł), a przy tym przejmująca i harmonijna. "Je crois entende" mnie nie rozczarowało; nie wzruszyłam się do łez tym razem, przeciwnie- oczy mi wyschły nadmiernie, bo zapomniałam mrugać -_-'  Zaś gdy uderzała w widownię fala dźwięku, splecionego misternie jak wielobarwny fraktal, kiedy chór śpiewał unisono- zapierało to dech. Bogowie, jeszcze czuję dreszcz na samo wspomnienie..
Nie mogę się jednak powstrzymać przed podejrzeniem, że Zurgę bardziej obchodził los Nadira, i ich wzajemna relacja niezupełnie z braterksą więzią mi się kojarzy; ledwo parę razy dzielny Zurga zanucił sennie "O, Leila, piękna, ty umrzesz." Styka. Natomiast Nadir z ust jego nie schodził- no dobrze, tylko jego imię, ale zawsze...Ach, ci starożytni. Rozdwuznacznieni do końca ;D
Jak dobrze, że w teatrach nie obowiązują dziwne praktyki właściwe Takarazuce, i nie dowiem się któregoś strasznego dnia, że pan Mazur, czy pani Handke roią taidan (odejście z teatru) u szczytu kariery. Niedoczekanie :)
 
 Wczoraj, dla równowagi, poszłam ponurzać się w bardziej przyziemnych miejskich uciechach. I siedząc na zarzuconej skórami sofie w jednej z podziemnych knajp nocnego Poznania, pozwoliłam sobie na skomentowanie mojego wyjazdu do Japonii, komentarz który wywołał niedowierzające parsknięcia moich towarzyszek.
Otóż rzecz zasadza się na tym, że odnośnie tego wyjazdu...nic nie czuję.
Nie ma podekscytowania, nerwów- te z pewnością pojawią się wraz z upływającym czasem; ale brak tego radosnego niedowierzania, jaki mi towarzyszył poprzednio, co widać choćby po lakonicznej informacji w poprzedniej notce. "Jadę". Tyle.
Wśród ludzi z mojego otoczenia sporo osób struga właśnie laski podróżne i szykuje porcje chininy, bo wyruszą szlakiem pasjonującym, do Australii, Stanów, na południe Francji... W miejsca mi obce, nieznane zupełnie.
Zaś stwierdzenie, które tak rozbawiło moich znajomych, było treści, że ludzie to jeżdżą w egzotyczne miejsca, ja też bym chciała...
Naprawdę, cóż mogę powiedzieć? Będę sobie siedzieć w miasteczku i pracować, taki sam rytm życia, jak w Polsce- tylko że nie w Polsce. Jak w Stargardzie- tyle że w Tochigi. Czasem na weekend wyskoczę może do Tokio- i nie imaginujcie sobie blazy w moim głosie przy tych słowach! W ogóle tak tego nie odczuwam. Duże miasto będzie blisko, to postaram się tam bywać.
Z dobrych rzeczy- przybyło kilka nowych osób, którym chciałabym przywieźć jakiś upominek z wyjadu. To znaczy, że te pięć miesięcy było więcej wartych, niż by sie na pierwszy rzut oka wydawało.

środa, 13 lutego 2008
Powrót

No i bum.

Pięć miesięcy w Polsce- i za trzy tygodnie z powrotem do Japonii, na kolejne cztery miechy. Szybko poszło.
Chciałam pisać o tym, jak dziwnie ostatnimi czasy przyciągam ludzi, którzy chcą się ze mną zaprzyjaźnić/ pozwierzać się/ nie wiem, czego chcą. XD Jak J. w wieczornym tramwaju, skutecznie uniemożliwiający mi odtworzenie w myślach cudnej arii z „Balu maskowego” Verdiego wymachiwaniem mi przed twarzą znakiem Victorii z jednoczesnym porykiwaniem „Ja też kiedyś jeździłem na Woodstock!!!”.
Jak staruszek na przystanku, który wyglądał niegroźnie, ale ledwo się zbliżyłam, gorączkowo jął się wypytywać- dokąd jadę, skąd, po co, a jego mobbinguje skorumpowana policja do spółki z rządem, i on zaraz mi o tym opowie.

Opowiedział. -_-‘

W ogóle J. był na oko człowiekiem 50-letnim, na nos- koneserem sherry, schowanym pod płóciennym daszkiem czapki, i z podbiegłymi krwia oczami. Kiedy chwiejnie do mnie podszedł, pokrzykując wylewnie, że mnie bardzo lubi, bo jestem taka miła- ok; inteligentna- wiadomo; ładna- oczywiście; biała-.....STOP.
Moja główna myśl: dlaczego to właśnie ja, wracając właśnie z poruszającej opery, wpeniającej człowieka przepiękną muzyką i uczuciami wyższymi- muszę w tramwaju dorobić się kolegi-nazisty??!!
J. jednak szybko rozwiał grozę, plując jadem na temat solarek i tipsów. Uff, na demony.
Nie przesadzam z ta aria; aktor grajacy Renato, towarzyszacy Amelii na scenie, ukradkiem- gestem wcale nie na pokaz- ocieral oczy.
Pieknie. Musze nałykac się sztuki wysokiej, nim runę między chmury, pięknym łukiem do fabryk, gdzie będę ganiać od mieszarki do maszyny wulkanizującej, i zastanawiać się, dlaczego przez te piękne pięć miesięcy w Polsce więcej nie działałam twórczo.

Poprawiająca natrój Prawdziwa Historia Obrazkowa- w galerii.

poniedziałek, 04 lutego 2008
P is for piano
 
 Dotarłam do interioru- nie bez przygód. W pociągu do Pyrlandii miałam bliskie spotkanie trzeciego stopnia  z moherową aktywistką - najpierw przeraziła mnie doszczętnie, bo od początku wyrażała chęć nawiązania towarzyskiej pogawędki już w Sopocie, a ja nietowarzyskie bydlę jestem. Schowałam się za słuchawkami i książką, ale jej to nie zrażało. Dała mi mnóstwo kserek z Naszego Dziennika, i przepis na grysikowe ciasteczka- była naprawdę bardzo miła-  nim nastąpił rozłam w naszych przyjacielskich kontaktach.
Stało się tak, kiedy odmówiłam podpisania jakiejś listy ( nie wiedziałam, jaki to cyrograf, i czy inkaust w długopisie nie będzie miał więcej hemoglobiny, niż ja -_-'); wtedy odczekała jakiś kwadrans, po czym zaczęła atakować "dzisiejszą młodzież" (muehe..) za zobojętnienie, samolubstwo, i wsłuchiwanie się w szatańską muzykę. Znaczy- tak myślę, ze o tym mówiłą, trochę ją Metallica zagłuszała.
Ale ja okazałam się być gołębiego serca, i kiedy zapytała mnie, co czytam, gładko odparłam, że życiorys pewnego szlachcica z X wieku.
O tym, że był przy okazji czarownikiem i egzorcystą na dworze cesarskim, jakoś zapomniałam wspomnieć. Po co się miała kobita stresować.
  Od ponad tygodnia jestem "oeru" (=office lady z japońska). Poniekąd- garsonki nie noszę, i książki o tym jak to mi każą kawę parzyć, nie napiszę (panno Amelio...), zresztą kawa i tak wyszła. Tak nad dobrą sprawę to jestem tymczasowo koujou-eru, czyli "pani fabryczna"- deaym, it sounds SO not cool...-_-'
Pracowanie za biurkiem nie jest takie złe, na pewno zaś jawi mi się jako jeszcze lepsze, odkąd oprowadzono mnie po fabryce.
Maszyny są ładne na filmach steampunkowych; w fabryce opon- nie. Budzą grozę; ok, może przyczyniła się do tego żywa gestykulacja Mariana- naszego zagranicznego przyjaciela. Nigdy wcześniej nie przyglądałam mu się zbyt wnikliwie, ale kiedy z powodu hałasu w fabryce połowę musiałam czytać z ruchu warg, a połowę- z gestów, nie mogłam nie zauważyć jego prawej dłoni. Oraz faktu, że jego palce wskazujący i środkowy składają się nie z trzech członów- a z dwóch. Ten górny został równiutko odcięty, musi dawno temu, bo blizny są w tym samym kolorze, co palec, nieco tylko bledszy niż skóra na reszcie dłoni. A na czubkach rysują się jaśniejszymi kółeczkami kości. Jak w nierealistycznym rysunku przekrojowym.
Czy chcę kiedyś zbliżać się do tych maszyn? Kto zgadnie? XD
Będę miała przez nie koszmary. Już miewam: śniło mi się, że prześladowali mnie chrześcijańscy ekstremisci, a pocieszał mnie przez telefon prodziekan ds studenckich.
I think I need help. XD
Poza tym w autobusach, kimając sobie zawsze trochę, mam osobliwą kołysankę w postaci strzępków rozmów "życiowych ludzi".
Ach, ci życiowi ludzie i ich rozmowy...
Przede wszystkim składnia, polegająca na tym, by w pięciowyrazowym równoważniku zdania umieścić trzy słowa pochodne od "mówić", przytaczam:
 "I on'wi (=ona mówi) 'Ja mówię, że to trzeba zrobić' mówi".
...
"No ale co, taka jest prawda". Ech, wy myśli przezłote.
Taka jest prawda. Jirou jest kłamstwo. Kali jest polowanie. Bwana kubwa.
Kiedyś mi ktoś postawił za wzór ludzi życiowych. Bo tacy są... nie wiem, jacy.
No życiowi są. Podsumowując, cały czas mówią o jelitach, w ten czy inny sposób.
Jak kiedyś też tak zacznę, proszę mną mocno wstrząsnąć, żebym się obudziła.
Idę spać, mam przeczucie, że dziś przyśni mi się coś wspaniałego. Coś w rodzaju dodatkowych czterech godzin snu- i pianino *_*
CURRENT MOON