RSS
wtorek, 24 lutego 2009
Proba mikrofonu

Sytuacja dzis na chorze:
*teacher* Ok, so sopranos sing `Oh-`
Me: Oh. Where is it? Oh, that? Oh.
Adrien: Above the notes. See? A7/E Dm Gm7 F/A... :D
Me: Uuu, I like it *_* Sounds French :P

Chor naprawde rozwiera czlowiekowi gardlo, jakkolwiek by to inwazyjnie nie zabrzmialo, i jest doswiadczeniem bardzo przyjemnym, kiedy po paru tygodniach czlek wyciaga spokojnie nutke, ktora wczesniej wyciskal z siebie z najwyzszym wysilkiem. Az zal, ze tylko raz w tygodniu mamy spiew.
Za to Naked Lips sa juz zespolem z prawdziwego zdarzenia, albowiem przeszlismy wlasnie kryzys- czyli jest w historii mala drama. Wszystko dlatego, ze nie bylo naszego nauczyciela glownodowodzacego- jakas epidemia przeciera sobie wlasnie krwawy szlak przez Noergaards, sama tez chrycham niemozebnie, pokos wsrod narodu, stolowka w trakcie posilkow swieci pustkami O_O Nawet podczas obiadu- a czasami sa desery, tego nie wolno lekcewazyc -_-
No wiec- szefa nie ma, za to byl pierwszy mini-koncert dzisiaj, i wszyscy sie zestresowali.
Znaczy- ja bylam bardziej zestresowana wczoraj, bo moja zlota wspollokatorka okazala wreszcie swoja Hyde`owa strone mocy, i to kiedy? W poniedzialek.
No juz lepszego dnia na bycie czubkiem nie mozna sobie wybrac. XD
Poszlo o to, ze ponoc chrapalam. I cos wolalam przez sen- bardzo mozliwe, przy atmosferze panujacej obecnie w pokoju z latwoscia moglo mi sie przysnic, ze T. sie zbliza do mego wezglowia z poduszka O_o
No wiec w poniedzialek skoro swit byla awantura, trzaskanie pekiem kluczy o biurko i stek przeklenstw po wegiersku. Miodzio.
Chce ktos? Tanio oddam. Doplace wrecz. -_-`
Moze powinnam jej pospiewac jakies gospelowe, kojace kawalki? Jakies `You are the light`, czy cos? Bo zapomnialam ze soba zabrac paralizator.

Anyway- podczas porannych spotkan zawsze jest 10-15 minut, organizowane przez jakiegos nauczyciela. Moze to byc tez ktos z nas, ale do tej pory tylko ja sie dalam namowic na wystep, o Japonii oczywiscie -_-` Ktory to wystep wygladal tak, ze stanelam przed tlumem, spojrzalam w zbiorowe oko, zestresowalam sie strasznie, wyglosilam kwieciste wprowadzenie (`To tu sa zdjecia. Przyjemnosci zycze.`) i puscilam im pokaz slajdow, sama chowajac sie za kolumna -_-` No co, dopiero zaczynam sie ksztalcic w materii wystepow przed audyorium bardziej ozywionym, niz misie.
Niektorzy nauczyciele puszczaja nam jakas muzyke, wczesniej wprowadzajac w historie utworu, albo opowiadaja o swoich podrozach; dominuje jednak tendencja do organizowania porannej lekkoatletyki, zabawy w berka, ciuciubabke i fikolki, w kazdym razie- wszystkie sporty, ktory wymagaja noszenia spodni. Bo, oczywiscie, kazdy homo sapiens nosi zawsze spodnie -_-`
Denerwuje mnie to, bo chetnie pobawilabym sie ze wszystkimi, ale sory- nie bede sie bawic w `taczke`, kiedy mam kiecke do kolan. Albo za kolano. Albo do ziemi. Faktem jednak jest, ze- tylko ja jedna XD To jest jawna dyskryminacja- myslicie, ze znajde jakis kruczek na to w konwencji genewskiej?...
A to pare fotek z prob Naked Lips 8-)




niedziela, 22 lutego 2009
O sztu(cz)ce

W nadchodzacy czwartek mamy urzadzic wieczorek polski.
No, w zasadzie baltycki, bo urzadzamy go slowianska czereda, podzielona na dwa przyjacielskie -i w ramach kolezenskich szturchancow celujace w siebie rakietami ;P- obozy: w naszej grupie sa my i Slowak, a w drugiej jest Estonka, Litwinka i Lotewka.
Poczatkowo umyslalismy zrobic pierogi- na co podejrzanie mocno naciskal jeden z nauczycieli- ale nie udalo nam sie nigdzie zakupic kiszonej kapusty. Jednak jako ze kuchnia kupila juz wielkie ilosci suszonych grzybow, to wola boska i skrzypce- zrobimy zupe grzybowa i juz.
Estonia i Litwa zaopatrza wieczor w procenty, zas co do czesci rozrywkowej- mamy juz pewien plan.
Nauczymy ludzi poloneza :D Tyle ze kusi nas strasznie, zeby przemycic do krokow podstawowych kilka piruetow i taniec na rurze- kto tam sie zorientuje...
Sam wieczor rozpoczniemy czestujac nauczycieli chlebem i sola, choc M. twierdzi, ze to nie jest zadna tradycja, ale ze wczesniej upieral sie, ze Malbork zabytkiem jest na wskros polskim- puszczamy mimo uszu jego zastrzezenia.

Mlodsza milczy uparcie na swoim blogu, wiec ja obwieszcze wszem i wobec, ze dostala sie na uniwerek w Salford *_* Domyslam sie, ze na kierunek Art&Design.
Szczesna wiesc; chwalilam sie nia wokol kazdemu kto chcial sluchac; byl to akurat piatek, i zadanie rysowania perspektywy na sztuce. Iben dlugo stala nad moim rysunkiem w milczeniu, wreszcie zapytala, jaki to, mowilam, kierunek ukonczylam, i -gdy jej powiedzialam- jaka zamierzam droge kariery po tym wybrac.
Nie omieszkalam jej wspomniec o sukcesie Kasi, na co ona powiedziala cos, co mnie troche przybilo: ` A, cieszysz sie, ze przynajmniej ona pojdzie w sztuke?`
Ha. Czy to dla ludzi takie oczywiste? Ze jesli sie nie skonczylo kierunku artystycznego, i zamierza sie wykonywac zawod, nie zwiazany ze sztuka- to znaczy moje calkowite i nieodwolalne odejscie od tworzenia w ogole?
Dlaczego jedno mialoby sie rownac drugiemu? Dlaczego mialabym zarzucic cos, co jest trzonem mojego istnienia, tylko dlatego, ze w papierach bede miala wpisane `tlumacz`?
Czy to mnie przekresla jako artyste? Juz mi nie wolno? Co determinuje bycie/nie bycie artysta? Wiem, ze to jest trudne. Wiem, ze jesli sie pracuje w regularnym wymiarze godzin (o nadgodzinach nie wspominajac), to pozniej wykrzesanie z siebie energii tworczej po pracy jest wyzwaniem.
Ale nie moge zniesc, kiedy ludzie kreca nade mna glowa ze wspolczuciem, jak nad `pogrzebanym talentem`, bo przeciez `zyciowo jestem kim innym`.
Cala masa ludzi powinna przeczytac `Demiana` Hessego.
Ja sama powinnam przeczytac to ponownie, zanim dam sie swiatu przekonac, ze faktycznie: jestem kim innym.

piątek, 20 lutego 2009
Szoste z szesciu

We wtorek przeplynelam pierwsza w zyciu dlugosc basenu.
Moim wlasnym stylem, Unoszacego Sie Liscia (I Z Kontrolowana Desperacja Machajacego Rekami), ale pamietajcie o waznym fakcie:
jeszcze miesiac temu nikt by mnie nie sklonil do swobodnego wejscia do basenu i polozenia sie na wodzie, jako ze ostatnie moje spotkanie z basenem
mialo miejsce w drugiej klasie podstawowki, kiedy to wuefisci, moje smiale dokonania z deska mylsnie poczytawszy za przejawy
plywackiego talentu, zabrali mi deche i wrzucili na gleboka wode.
Teraz jestem niemal mistrzem w swobodnym unoszeniu sie, z chwilowymi, ale nadal swobodnymi okresami zanurzenia.
Po ktorych dziarsko wyskakuje ponad powierzchnie, co tylko swiadczy o mojej tezyznie fizycznej, bo nie kazdy topielec (no, dobra, w moim przypadku: niedorobiony taki) ma tyle animuszu; wiekszosc
zdradza daleko posunieta marudnosc, wrecz -nie bojmy sie tego powiedziec!- ociezalosc. Ruchowa i zyciowa.
Lecz nie ja, o nie. Poza stylem Liscia, opracowalam takze autorski styl Pijanego Mistrza na Falach Dunaju- bogaty i wyrazisty; Dryf Kontynentalny- bardzo podobny do Liscia, ale tu w machaniu odnozami wiecej jest
przypadkowosci, przez co plyne malowniczymi meandrami, wlazac ludziom w trase, i rozbijajac sie o nich bez litosci; styl Baletowy- skakanie
na palcach przez cala dlugosc basenu, przy jednoczesnym trzymaniu rak w zasadniczej pozie baletowej,  oraz wreszcie- moj masterski chwyt, scale-breaker i master killer, czyli Crowling Dog-Hidden Frog  8-)
Pomieszania crowla i stylu pieskiem.
Jest na tyle skuteczny, ze utrzymuje mnie na powierzchni przyzwoity kawalek czasu, a zawiera przy tym odpowiednii ladunek dramatyzmu, zeby
mnie chciano natychmiast z wody wylowic. Cel zatem osiaga.
Jestem wielka *_*

Co do zdjecia - dla tych, co nie wiedza, zabawa polega na tym: otworz swoj folder `Moje zdjecia` (czy jego odpowiednik). Znajdz szosty folder, a w nim szoste zdjecie.
Wrzuc je na bloga i opisz sytuacyje, na fotce uchwycona.
Mialam ci ja z tym problem, oj mialam... W ogole nie ma folderu na zdjecia i tylko zdjecia. Nie mowiac o tym, ze nie jestem autorka polowy z tych,
ktore obecnie mam na dysku. Wiec opis cyrkumstancji popelnienia zdjecia moze mi nastreczyc niejakich trudnosci...


Na zdjeciu jest koelga Balazs, Wegier, ktory jest bardzo umuzykalniony, spiewa i gra bez oporow wszedzie i na wszystkim. Robi rowniez za jeden z wokali w Naked Lips (niebawem nowa plyta! NIe przegap!) :)
Zdjecie popelnione przez Terezie.
piątek, 13 lutego 2009
Wycieczka po Skandynawii
Nie wiem, na ile ta wycieczka była w planach „od dawna od sprzed wojny”, a na ile wpłynęła na nią wizyta dziatwy gimnazjalnej z Australii, Portugalii i paru innych krajów w Noergaards, która w zeszłym tygodniu najechała szkołę, zaczęła hałasować po korytarzach, wypierać nas z kina i wyżerać nam owoce. W świetle jednak ostatnich przeżyć, podczas wypełniania bogatego planu, zaczynam wreszcie przychylać się do wersji pierwszej.
Naszym celem było pierwsza na świecie „szkoła ludowa”, czyli folk highschool w Roedding. Miejscowość ta leży na południowo-zachodnim brzegu Danii, niedaleko Szlezwigu, wjechaliśmy zatem w strefę kontynentalnych mrozów i śniegu. Ja miałam zimowe buty, ale większość ludzi miała adidaski, a dwie panny jeszcze gorzej, bo trampki- w centralnej Jutralndii jest naprawdę łagodny klimat.
Nim dojechaliśmy do celu przeznaczenia, zatrzymalismy sie nad morzem. Jak sie cieszylam na ta czesc wycieczki... Tymczasem czekalo mnie straszliwe rozczarowanie. Blotnisy, nieruchomy zalew, przez srodek ktorego biegnie przejezdna w czasie mrozow szosa, az do widocznego na horyzoncie cypla. Wszechobecny smrod grzezawiska, bloto, zero fal, poszumu morza, slowem- ZERO MORZA, jakiego mozna by sie spodziewac po kraju obleganym przez wody z trzech stron, a momentami nawet czterech. Blota, trawy, bagno i smrod. Pff. Ale slonce bylo piekne.

Nastepnie odwiedziliśmy Ribe, najstarsze miasteczko w Skandynawii, znane choćby z pierwszej na tych ziemiach katedry. Jest prześliczne; czyściutkie, schludne, poukładane z typowym także dla Niderlandów ułożeniem domów - krótszą ścianą przy ulicy, żeby płacić mniejsze podatki. Niewysokie kamieniczki, o małych płaskich oknach i ślicznych drzwiach; wazy z kwiatami, dzbanki i figurynki w oknach, niepobielane pruskie mury lub różnobarwne tynki... Cukiereczek.

Do tego fantastyczny przewodnik, który z diabelskim błyskiem w oczach raczył nas opowiastkami o królu Krzysztofie, zdradzonym i zamordowanym w rzeczonej katedrze, lub cuchnących możnych, pochowanych pod posadzką tejże; o żonie krawca, spalonej za czary na Ribe’owskich błoniach (po czym miasto natychmiast obłóczyło się w żałobę po „tragicznie zmarłej żonie naszego biednego krawca”. Ha! Typowe -_-); powodziach zalewajacych miasto regularnie i powyzej glow, dopoki nie postawiono sluz przy ujsciu rzeki; biskupie utłuczonym dzidą przez Wikingów, którym ani w głowie było się nawracać, czy wreszcie smaczną historię o piratach, którzy porwali kupca Hansa Jersena, mając w planach zabić go i wypić jego wino, po czym kupiec i jego ludzie odbili piłeczkę, rozbroili piratów, dowieźli do Ribe, a tam wesołą kompaniję ścięto, i jej głowami przyozdobione to oto pole. Na tykach, proszę państwa; na tykach.
Cudny człek, takiego przewodnika to naprawdę aż miło opłacać. Zwłaszcza, że nie ja płaciłam :D
Czwartek był spokojny i nudny, ludzie dla podtrzymania pozorów życia ponownie obchodzili pozostałe pokoje, żeby sprawdzić (znowu..), komu co się dostało i porównać, kto ma lepiej :P Na widok mojego wszyscy się dziwowali, że „taki maleńki!”. Heh... W polskich akademikach nigdy nie byli. Przemieszkałam w rozmaitych akademcach calutkie niemal studia, i to zaczynając od czwórki (przez połowę czasu to była piątka) w Zbyszku, heloooooł...Więc o czym my mówimy.
Dla mnie własny pokój, choćby nawet i malutki, na poddaszu, ale z moim własnym, osobistym, dużym lustrem, własnym stolikiem, i szerokim parapetem, na którym można się wygrzewać, to prawdziwy luksus. Na bogów, toż dopiero w Japonii, dwa lata temu, pierwszy raz w życiu miałam własny kąt.
Roeding Hoejskole to zespół budynków gospodarczych, przerobionych na szkołę; po prawdzie ostatnią krowę sprzedali ledwie jakieś 20 lat temu, do tego czasu to istotnie częściowo była farma. Nie ma tam aż tylu atrakcji, co u nas, szkoła jest ciemniejsza i bardziej cicha, ale np.sień naszego tymczasowego dormitorium oraz kilka klas tamój przypominała polski dworek typowy prosty. Ciekawe.

Postać dyrektora placówki mnie na moment zafascynowała, ponieważ w oparciu o jego przemówienie powitalne mogłam wypunktować sobie cechy charakterystyczne skandynawskiego akcentu w angielskim. Twardo wymawiane slowa, poszatkowane na ostro brzmiace, niemal wyszczekiwane sylaby, upodabnialy go do gestapowskiego robota; jednak przy tym wszystkim typowe dla Skandynawow jest ubezdzwiecznianie i zmiekcznie zglosek palatalnych i przedniojezykowo-zebowych, czyli np. „subject” wymawiaja jak „sapciekt”, z takim wiecej holenderskim „s/sh”, czy „injection” jak „incieksion” (odsylam do piosenek Bjork- cudnie tam to slychac). Co w polaczeniu z ostrym szatkowaniem slow daje efekt zaiste kosmiczny O_O
Poza tym z bardzo germanskim zadufaniem w sobie wyglosil, ze Dania nigdy nie miala rewolucji, albowiem narod ten potrafi znalezc wyjscie z problematycznych sytuacji na drodze dyskusji. A jak! Cos tez mi sie wydawalo, ze ta strona natury Wikingow byla zawsze niedoceniana. Zawolani dyskutanci!
W piatek wreszcie opuscilismy historyczna, ale szalenie depresyjna szkole, i wyruszylismy szlakiem przygody. Najpierw- straszliwe rzezby wspolczesne duetu francusko-dunskiego...

 ...do obejrzenia ktorych trzeba sie bylo skrabac po osniezonych wzgorzach, w zwiazku z czym szybko przypominalam balwana, szczegolnie po tym moim firmowym, znanym juz szeroko w Nagano, a wciaz spektakularnym slizgu - po skarpie tym razem. Za to gawiedz sie ucieszyla, niech maja...-_-‘ Zemszcze sie pozniej.
Nastepnie resztki mostu Wikingow, gdzie przeobrazilam sie w trolla...

Nastepnie kamienie runiczne w Jelling- pierwszej stolicy i kolebce Danii jako krolestwa- i kurhan pierwszego krola, oraz smutne swiadectwa ciosu zadanego wierzeniom Wikingow przez ekspansywne chrzescijanstwo, czyli runiczny Jezus Jozefsson.

I wreszcie powrot do Noergardu. Wiecie, jak sie ucieszylam? Jakbym wrocila conajmniej do duzego pokoju, do wlasnego fotela i kubka herbatki, po prostu do Sopotu. Nie ma co, zadomowilam sie juz tutaj :)

sobota, 07 lutego 2009
Nagie usta atakuja

Zalozylismy kapele. Nazywa sie Naked Lips (co, przetlumaczone na dunski i niewlasciwie wymowione, przedzierzguje sie wszetecznie w Naked Lesbians, ale za to nalezy winic tych Dunczykow i ich brudny jezyk) i istnieje juz szosty dzien. Na razie gramy covery- wystepuje jako bebniarz w jednym kawalku, i jeden z trzech wokali w drugim, ale powoli nabieramy wiatru w skrzydla. Nie zdziwie sie, jesli niebawem na szpalty gazet pojdzie wiesc, ze Naked Lips ruszaja w trase.
Szukajcie nas na youtubie 8-)
Poza tym- porzucilam gry paletkowe na rzecz literatury angielskiej. Gra w badmingtona wedle regul nie ma sensu, poza tym wszyscy podchodza do tego strasznie powaznie. Boszszsz....Przeciez to ma byc zabawa! Tak samo, jak siatko-pilka, czyli miks siatkowki i noznej, ktory uskutecznialismy na obozie szaolin- wszystko zalezy od kreatywnosci graczy. Ja mam bardzo duzo kreatywnosc, a reguly tylko podcinaja jej skrzydla- nie moge na to pozwolic!
Natomiast na literaturze jest bardzo zabawnie, tym bardziej, gdy mozna sie wreszcie powyzlosliwiac do kogos, kto to zalapie. I nie oburzy sie na uwage, ze Blake chyba po prostu lubil bol, i bez ochyby pisywal na ciezkim kacu. Heh...
Wczoraj byla pierwsza wieksza impreza, wiec dzisiejszy dzien uplynal leniwie, niemrawo i w kontrolowanym bezruchu. Ale ze zostaly mi dwa ostatnie kupony na piwo, wazne do polnocy, nie mam wiekszego wyjscia- czy moja mizeria sie nigdy nie skonczy?!...Choc nie, nie lezalam przez caly dzien: znowu powyzywalam sie na workun treningowym, tyle ze tym razem `nakryl` mnie na tym jeden z Dunczykow, ktory teraz popatruje na mnie z niejakim szacunkiem.
Ech, te prawa dzungli...Kopnij stol, a nozyce ci sie uklonia. Life  -_-
A ten film dzis obejrzalam. Naprawde coraz bardziej lubie hipitihop :D

środa, 04 lutego 2009
Moj wtorek wyglada tak..

Trzeci dzien kitchen duty, i juz mi sie nie chce :-/
Jeszcze tylko...cale wieki, do niedzieli, i kuniec na kolejne piec tygodni XD
Mialam opisac warsztaty pisarskie, totez to uczynie. Dorzuce przy okazji opis reszty wtroku, bo to najbardziej kompletny dzien ze wszystkich, jakie mam; i najbardziej wyladowany.
Najpierw zatem muzyka: na razie zajecia wygladaja tak, ze Martin puszcza nam jakas piosenke, a potem my ja probujemy zagrac. Oczywiscie, pokazuje kazdemu, CO ma grac, bo inaczej zrobilibysmy konkurencje Pendereckiemu -_-`
Przez pierwsza piosenke po prostu uderzalam palka w beben, bo to jednyna rzecz- poza marakasami, ktore nie byly potrzebne tak, jak mocne tapniecie w beben- ktora jako jednoreki bandyta moglam robic. Przy drugiej piosence - a bylo nia `Lady Marmelade`- robilam w wokalach. I to juz bylo znacznie zabawniejsze, tym bardziej, ze czesc spiewalismy po portugalsku. Aha, kazde zajecia zaczynaja sie od rytmiki, czyli stoimy w swoim sekciarskim kregu, i tupiemy, klaszczemy, uderzamy dlonmi w podeszwy stop, etc., zeby wyszedl z tego jakis fajny rytm. W trans sie tez mozna przy tym wprawic. Bardzo fajne :D
Potem pisarstwo. Te zajecia prowadzi bardzo mlody czlek o imieniu Ralph (przez dluzsza chwile wierzylam, ze Olaf. No bo oni tak mamrocza...) z masa loczkow na glowie i bardzo radosnym podejsciem do zadania. Na poczatek `zorganizowal` dzbanek z kawa, dzbanek z herbata, kubki i swieczki, zeby `stworzyc atmosfere sprzyjajaco kreatywnosci i otwartosci` :) Od razu mi sie spodobal :D
Potem na dwoch kartkach papieru wypisalismy po slowie- dowolnym; jakie nam przyjdzie do glowy. Moimi slowami byly `spiderweb` i `cold`. Potem rozlozylismy je luzno na podlodze, i wybralismy sobie po dwa dowolne slowa- aha, bo obowiazuja dwie reguly: `nikt nie jest pisarzem`, i `posiadamy wszystko, co tworzymy`. Czyli pomysly, slowa, sugestie, itd. - to wszystko jest wspolne. Wybralam wiec moja pajeczyne, i `miror`.
Potem- i tu zero niespodzianki- Ralph polecil nam napisac cos, cokolwiek- kilka zdan, wiersz, pomysl na opowiadanie- z uzyciem tych dwoch slow. Moja historyjka uksztaltowala sie od razu; potem kazdy przedstawil swoja wizje, moglismy dorzucac swoje pomysly lub rady odnosnie czyjegos projektu, jak bysmy to poprowadzili dalej. Potem mielismy dalsze 7 minut na rozwiniecie tego, co napisalismy, byc moze z uzyciem czyichs pomyslow. Ja dodalam do mojej historyjki pomysl Dunczyka o imieniu bodajze Soene O_o jest nas w ogole piec osob w grupie, nie liczac Ralpha. Czyli kameralnie :D
Pisalam i pisalam, ale i tak nie zdazylam; Raph przygladal sie mojej szalenczej pisaninie w milczeniu i dopiero pod koniec zajec zapytal, czy wybralam slowa, ktore sama napisalam :P  Wczesniej natomiast pytal, gdy przedstawilam zrab swojej historyjki, czy to jakis stary kawalek, czy wymyslilam to teraz, na miejscu. :P Ha! Co sie dziwil? Opowiedzialam mu wczesniej o wyzwaniach, jakie sobie rzucalismy w ramach literackiej dzialalnosci Tharsis :) Zdanie poczatkowe, zdanie koncowe, konkretna konwencja, termin- start. To zadanie tutaj nie bylo takie znow odmienne.
Na  nastepnych zajeciach mamy miec konkretny plan na kawalek tekstu, ktory chcemy napisac, w oparciu o to, co napisalismy na pierwszych zajeciach. i ja juz mam :)
Potem pilates, na ktorym sobie nieco przykimalam, bo konczyl sie cwiczeniami relaksacyjnymi, w ciemnej sali, pod kocykiem...
No i chor *_* Spiewamy gospel, stojac sobie kregiem wokol fortepianu, i sprawia mi to duzo radosci; przede wszystkim moge sobie rozcwiczyc glos, spiewajac z dna przepony. Poranne spiewy o tyle to uniemozliwiaja, ze spiewamy glownie po dunsku O_o Mam zatem przed soba spiewnik, gdzie zapisane sa jedne litery, a tlum wokol spiewa zupelnie inne. Wobec czego duzo czasu, poza wyczajeniem melodii, zajmuje mi rozeznanie sie, jak sie wymawia te straszliwe `lynyrd/skynyrd` slowa. XD
Wczoraj odbyla sie pierwsza tajna impreza w malej kuchni. Balazs - jeden i drugi- mial imieniny, wiec spotkalismy sie (wszyscy Wegrzy, Estonka, Rumunka, dwoje Dunczykow i ja) w jednej z trzech malych kuchni, zeby chwilek poswietowac. Paru innych Dunczykow tez zajrzalo, ael tylko po to, zeby z oczami jak spodki popatrzec przez chwile na nasze brewerie, bo mielismy jakas wisniowe i palinke, spiewalismy i gralismy w gry zrecznosciowe. I jakkolwiek gry i piosenki by przeszly u grona nauczycielskiego, alkohol niekoniecznie. No ale to byly imieniny, tak?
W kazdym razie Dunczycy, kiedy ich zapraszalismy do stolu, wycofywali sie rownie zafascynowani, co przerazeni, szepczac pod nosem, ze to przeciez `nielegalne`. I tak! Wiem. Odezwie sie sporo wyslannikow Porzadku, ze mieli racje, ze lamanie regul to typowo polska specjalnosc (choc tam dominowali Wegrzy :P ), i ze nasze warcholstwo zawsze psulo stosunki z innymi narodami.
Ale c`mon...Jak dla mnie nie robilismy nic zlego, zaciesnialismy wiezi miedzynarodowe, i zwinelismy sie przed 24, uprzednio po sobie posprzatawszy.
Jakby Dunczykowi ktos kazal przebiec przez ulice w niedozwolonym miejscu, zeby ugasil pozar po drugiej stronie, chyba by sie w tylek ugryzl z frustracji -_-` Hyh, co mi przypomina: jedna dziewczyna na warsztatach pisarskich jest bardzo zainteesowana polityka. Od 14 roku zycia DZIALA.
To naprawde jest inna mentalnosc O_o
Nasi nauczyciel, swoja droga, wygladaja tak (poza ta babka):

Od lewej: Martin, Soeren, Andres i Jesper od literatury.
CURRENT MOON