RSS
niedziela, 28 lutego 2010
Black sun

 Dziś po raz kolejny dotarło do mnie z całą jasnością, że nie ma dla mnie innego wyboru, jak być mało tego, że poganką- człowiekiem Dyskordii.
Wyobraźmy sobie chłopca, zapuszczonego, zaniedbanego; jego kanapki pleśnieją w plecaku i nikt nie sprawdza, czy je zjadł. Nie wiadomo, czy ktokolwiek sprawdza, czy on w ogóle jada.
Pierwszą komunię rodzice przegapili, nie poszedł.
Z mojego osobistego punktu widzenia- jeeej! Z punktu widzenia przyczyn, dla których tak się stało, że nikt się po prostu nie interesował- fatalnie.
Chłopiec jest w kościele z grupą świetlicową, i przede wszystkim myśli, że ksiądz ma na sobie strój Świętego Mikołaja (ornat) a także bardzo, bardzo chce iść do komunii, po opłatek; jak wszyscy.
Pozwolilibyście mu?
Katolik najwidoczniej nie. Bo zasady. Bo hierarchia. Bo są warunki do spełnienia. Nie może należeć do grupy wybrańców tylko dlatego, że CHCE.
A że było kiedyś "Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie"? Pff, zaszłości, zaszłości... To za poprzedniego systemu, wtedy mężczyźni nosili kiecki i w ogóle- Jemu nie o to chodziło. Wszak.
Żal mi dzieciaka, znowu nigdzie nie może przynależeć.
Wstrząsem są odkrycia co do ludzi, którzy potrafią być tak bezlitośni. A ponoć to "pogaństwo" jest synonimem bezduszności...

To jest zaś mój fetysz, moje czarne słoneczko *_*




Black sun in a green world.

Like having a black sun in a green world.



sobota, 27 lutego 2010
Ten pieprz..ny postsentymentalizm

Do jakichż wybiegów trzeba się uciec w dzisiejszych czasach, żeby wypożyczyć "Anię z Zielonego Wzgórza"!...
Bo są książki, do których co jakiś czas potrzebuję wrócić; nawet nie do całości- ot, przeczytać, kilka rozdziałów, początek, sam koniec... Nawet, jeśli są to książki z dzieciństwa; nie stanowią już większej pożywki dla wyobraźni, ale między innymi bodziec dla pamięci, bo wraca do mnie wspomnienie mnie samej z czasu, kiedy czytałam daną rzecz po raz pierwszy, a przede wszystkim- tak ciepełko się robi :). Trochę sentymentalizmu -myślałam sobie, naiwnie- nigdy nikomu nie zaszkodziło.
Otóż, okazuje się, że szkodzi, bibliotekom.
W Sopocie nie było nigdy żadnego problemu! Widno mieszkańcy Sopotu mają na tyle rozwinięty zmysł orientacji w przestrzeniach zamkniętych, że urządzenie księgozbioru młodzieżowego i dla dorosłych w jednym i tym samym (Oł maj GAD!!) przybytku nie jest przyczyną duchowego zagubienia i licznych, zdecydowanie już fizycznych, zaginięć.
W Gdańsku, tej kochanej mieścinie, są osobne biblioteki dla dorosłych- gdzie, wiadomo, same brudy i perwera- i osobne dla dzieci.
Gdzie woleliby wypożyczać rzeczy tylko i wyłącznie dzieciom, a najlepiej, żeby w ogóle nikt dorosły się tam nie zapisywał, bo psuje statystyki.
W związku z tym szybko wymyśliłam dziecko, pod czujnym okiem surowej pani bibliotekarki. Poszło mi naprawdę gładko, lata tworzenia postaci do RPG nie idą w las, zresztą- już to kiedyś przerobiłam, u fryzjera, kiedy uwięzłam, mokrogłowa i z kawą, między jedną panią, plotkującą o wnukach, a drugą panią, plotkującą o innych małoletnich osobach -_- Do dziś wspominam ową godzinę ze zgrozą... XD
Ale najbezczelniej w świecie wypożyczyłam "Anię.." dla fikcyjnego dzieciaka w wieku nieokreślonym, teraz tylko będę musiała przetrzymać książkę następne dwa tygodnie, bo nie mam pojęcia, jak szybko teraz smarkacze czytają.
Pewnie niezbyt szybko -_- Mam nadzieję, że w ogóle; na pytanie "Która klasa?", bez zająknięcia powiedziałam, że czwarta.
Oni już czytają, przynajmiej większość, w tym wieku, right?...
Ale uważam, że to dyskryminacja dorosłych i nędzna kampania przeciw literaturze sentymentalnej! Kiedyś wychodziły tego całe serie, a że były to wydania tanie a często się ukazujące, Madre nam je regularnie kupowała: całą Montgomery, jakieś "Córki kapitana okrętu", "Tajemniczego opiekuna", "Polyannę", etc. Urocze, pensjonarskie, nie na dzisiejsze czasy- po prostu ślicznościowe. Akurat na przedwiosenną chandrę.
A tu się okazuje, że nie wolno mi do tego wracać! Mroczne, zakazane materie! Teraz mi czytać tylko pseudopsychologiczne powieści feministyczne, względnie pamiętniki wojenne.
Tymczasem, spacerując rynkiem wrocławskim, co dostałam od uśmiechniętego młodzieńca? Dużą błyszczącą ulotkę, głoszącą: "Ziółka, tabsy, bonga, faje- legal high!" i adres sklepu _-_
Ruja i poróbstwo!... ale no homo.

A i tak te umoralniające opowiastki dla dzieci mogłyby spokojnie niekiedy stanąć koło dzieł Kinga i Mastertona, np. Mary Poppins:
wtorek, 23 lutego 2010
Annoying orange/Amazing breslau

Wróciłam parę godzin temu z Wrocławia.
No lubię to miasto, nawet zachmurzone. To był bardzo energetyzujący, weesoły weekend, a gdybyśmy maszerowali z konfratrami w nieco innej, eee....kolumnie ideologicznej- już byśmy ganiali jak szaleni między padającymi z niebios gromami, albowiem podczas tego pierwszego, postnego dla niektórych, weekendu zaliczyliśmy: pijaństwo, tańce, hulanki, swawole, hazard, bluźnierstwo (podczas wizyty w Muzeum Narodowym, gdzie były te wszystkie inspirujące figury świntych...) i świętokradztwo (podczas małej zabawy rysowniczej) *__*
Nie rozpisując się niepotrzebnie- wrzucam niektóre foty:

Breslau
A także, w ramach odpowiedzi na Charliego Jednorożca i prezentowany przezeń poziom abstrakcji- Annoying Orange :D Endżojnt!
środa, 17 lutego 2010
Lew, czarownica i stara loża...tfu! szafa.

"Stała, wstrzymując oddech, z otwartymi ustami. A miała do tego powód: po tej stronie struienia leżał lew (...)
- Jeśli jesteś spragniona, przyjdź i napij się.
Głos na pewno nie był głosem człowieka. Był głęboki, trochę dziki, mocny, przywodzący na myśl ciężkie złoto. Julia nie przestraszyła się, bo nic nie mogło jej już bardziej przestraszyć, ale głos napełnił ją innym rodzajem lęku.
- Czy nie chce ci się pić?- zapytał Lew.
- UMIERAM z pragnienia- powiedziała Julia.
- A więc pij. (...)
- Czy przyrzekniesz, że nie...że nie zrobisz mi nic, jeśli się zbliżę?
- Ja nie przyrzekam - powiedział Lew.
Julia była już tak spragniona, że zrobiła krok do przodu nawet o tym nie wiedząc.
- Czy ty zjadasz dziewczynki?
- Połykałem już dziewczynki i chłopców, kobiety i mężczyzn, królów i cesarzy, miasta i państwa- powiedział Lew. Nie powiedział tego tak, jakby się chwalił albo jakby żałował, albo jakby był zły. Po prostu to powiedział.
- Nie mam odwagi, aby podejść i pić - odezwała się Julia.
- A więc umrzesz z pragnienia - rzekł Lew.
- Och, nie! - zawołała Julia, robiąc jeszcze jeden krok w jego stronę.- Czy nie mógłbyś pójść i poszukać sobie innego strumienia?
- Nie ma innego strumienia - odpowiedział Lew.(...)"

Czyli kilka dowodów na to, że "Kroniki Narni" to opowieść kryptomasońska. A tak, bo z racji tego, że przemęczam swoje oczy, albo czytająć albo wślipiając się w monitor, na śniadaniową lekturę wzięłam sobie "Kroniki". Może oczy nie odpoczywają, ale umysł na pewno, niestety- nie jest to tak do końca książka z gatunku tych, co to pozornie są dla dzieci, ale gdy czyta je dorosły, nagle odkrywa dziesiątki ukrytych znaczeń.
Ja odkryłam tylko jedno: wszędzie ci illuminaci! XD
Najsamprzód- cytowany powyżej tekst. Jakaż symbolika! Wiedza jest dla każdego, kto po nią odważnie sięga i nie da się zaślepić strachowi ani niedowierzaniu. I jest to wiedza najgłębsza, jedyna- gnosis.
Dalej: w którymś momencie Aslan sam siebie nazywa Wielkim Budowniczym Mostów. A-HA!
Następnie- bohaterowie wyruszają na wyprawę, czy raczej- wyprawy, z których naistotniejsza prowadzi na wschód- wiadomo co to oznacza, spytajcie choćby koleżków z OTO. Podróż Wędrowca Do Świtu- czyli do zarania, do źródeł, zresztą kraina Wielkiego Budowniczego leży na wschodzie, poza tarczą słoneczną, tam leży WIEDZA @_@ Podróż inicjacyjna po wizję, illuminację, wtajemniczenie... Na bogów, Lewis mógł się już po prostu podpisać kielnią 8-)
Inna wyprawa prowadzi wgłąb ziemi, do walki z Panią Otchłani- vide Królowa Nocy w "Czarodziejskim flecie" Mozarta, operze, jak wiadomo, przesyconej symboliką wolnomularską. Władczyni Otchłani opętuje młodzieńca, odbiera mu pamięć, wolę i wolność (ważne symbole gnostyckie), zamyka w czarnej jak noc zbroi i grzebie za życia w podziemiach.
Wyzwolony, młodzieniec zostaje królem.
Wreszcie- nieustanne odwoływanie się do rodzaju ludzkiego jako do "Synów Adama" i "Córek Ewy", czyly- archetypy, które szukający oświecenia bardzo cenili (Biała Czarownica, ta, która sprowadziła wieczną zimę na Narnię, to Córka Lilith. A-HA!)
Jest to bardzo wiele alegorii gnostyckich, ale masoneria też z nich czerpała, a nazwanie Aslana Wielkim Budowniczym... I have no further questions 8-)

"Kroniki Narni" masońskie, "Alicja w Krainie Czarów" szamańska, "Koziołek Matołek" satanistyczny zapewne... Sama radość.
Analizę jakiej lektury powinnam zrobić teraz? :D

Z ciekawostek: my mamy Śledzika, bo my są nad morzem; Poznaniacy Podkoziołek, bo spalili dwa ofiarne koziołki na swoim ratuszu :P reszta Polski - Ostatki, bo ostatni przychodzą mi zawsze do głowy.  A wiecie, co mają Anglicy?
Dzień Naleśnika.
Naleśnik - pancake - Mr. Cake - Mistery Cake- tajemnica- MASONI @_@.........
Anglicy obchodzą dziś Dzień Masona!
A z nas się śmieją, że pijemy herbatę z cytryną, pff...Może nie aż tak, jak pan poniżej, ale znajomy Anglik, kiedy nie chciałam mleka ani cukru do herbaty, nagle spojrzał na mnie z jakimś takim chochlikiem w oczach, i zagrał va banque:
"A może cytrynę?.."- rzucił, mniej więcej takim tonem, jakby wykonał eksperymentalne coming out przy teściach .
"O tak, chętnie, a wtedy z cukrem ^^" odparłam, a Paul aż się zatoczył do kuchni ze śmiechu :D



A, zapomnialabym: wrzucilam pare rzeczy do galerii, takze zapraszaam :D
czwartek, 11 lutego 2010
A zima utraci swoją władzę :P

Dziś od rana trwa skuwanie z dachu śniegu i gigantycznych sopli.
Raz po raz wstrząsa całym budynkiem, towarzyszy temu grad lodowych odłamków, bombardujących parapety.
Znów nieco bliżej wiosny.
Co jakiś czas sobie wyobrażam słońce, zalewające chodniki jaskrawym blaskiem, kwitnące drzewa, jedną, lekką warstwę ubrań, ciepły wiatr dotykający skóry... To już muszę sobie usilnie wmawiać. Trwa teraz ten okres zimy, kiedy trudno mi uwierzyć, że kiedykolwiek jeszcze będzie ciepło.
Nie pomaga lektura kolejnej książki Kapuścińskiego, traktującej tym razem o południowych krajach byłego Związku Radzieckiego: Armenii, Kazachstanie, Kirgizji, mojej wymarzonej Gruzji.
Tam klimat jest bardzo zróżnicowany, pustynia- a zaraz obok pokryte wieczną zmarzliną góry.
Przy tym wyczuwa się w tej książce napięcie, ostrożne a uważne dobieranie słów i opisywanych obrazów; wiadomo, że te reportaże, jako że były pisane o "kraju braterskim w świecie socjalizmu", przeszły bardzo staranną kontrolę. Stąd oszczędne uwagi o życiu tamtejszych ludzi, stanie ich zamożności, o rodzinach, za to wszędzie wypływają oficjalne i jak pod dyktando pisane pochwały o produktywności kolektywu kołchoźniczego, postępie i tępieniu przeżytków.
I przemycone uwagi, że kobiety odwracają wzrok od obcych, że w fabrykach i zakładach można rozmawiać jedynie z dyrektorem, że w każdym mieście pisarzowi asystował towarzysz opiekun...
Zdania, akapity- jakieś takie sztywne, ujęte w żelazne ramy cenzury i prawomyślności. Mam wrażenie, że pisanie i redagowanie tych tekstów nie sprawiało "Kapuczyckiemu" radości.
Ale upał nadal potrafił opisać bezbłędnie. Stąd ten kontrast: w książce- susza, palący żar, marzenie o chłodnym wietrze i opadach, a zaraz obok mnie, ledwie o grubość ściany od mojego krzesła- śnieg, mróz, szare ołowiane niebo, i tylko wspomnienie słońca.
Słońce...Parafrazując Leśmiana:
"(...) Już ty jesteś nie dla mnie,
już nie widzę cię wcale!
Twe oblicze ukryte,
niknie w śniegu nawale (...)"

Tymczasem- spotkanie, plany, pomysły.
Czasami spotyka się ludzi, którzy sprawiają, że świat się jeszcze poszerza, jakby ktoś rozsunął ściany domu i pokazał ci bezmiar nieba i horyzont, ciągnący się w nieskończoność.
Tym trudniej czekać, aż lody puszczą i bedzie można ruszać.



***
Znów czytany Kapuściński przeszedł mi na drugą, czyli moją stronę lustra; akurat byłam nad rozdziałem poświęconym Armenii, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi. Które notabene, jeśli się nikogo nie spodziewamy, zawsze napełnia nas niepokojem- nie wiem, efektem jakiej konspiracyjnej przeszłości ten odruch, ale jest i krzepko się trzyma. No więc, zdziwiona i nieco zaniepokojona, poszłam otworzyć- dwie kobiety. Szukające ludności ormiańskiej, ukraińskiej i generalnie-rosyjskojęzycznej. Odpowiadałam im powoli, niepewna, czy to się dzieje naprawdę i czy nie powinnam jednam może się przyznać, że właśnie w tej chwili czuję się Ormianką, bo myślami jestem w Armenii. Tym bardziej, że obie budziły zaufanie; aż chciałam je zaprosić na herbatę, żeby się dowiedzieć, co je tu przyniosło z kraju, który właśnie oglądam pod postacią rzędów czarnych znaczków na papierze. Ciekawe, czy szukały kogoś konkretnego? Zdziwniej i zdziwniej...
wtorek, 09 lutego 2010
Bębniarskie jam session

To właśnie działo się wczoraj w Celtic Pubie.
Pojawiłam się najsamprzód sama, zwłóczyam jeno nieco przy barze, po czym natychmiast wydobyłam bęben z pokrowca i dołączyłam do grającej już na pełnym ogniu bandy.
Gdy już dotarła do mnie reszta towarzystwa, pograłam jeszcze mało/wiele, a potem rzuciłam się w wir tańca i tańczyłam tak nieprzerwania parę godzin; parę godzin żywiołowego, nie zostawiającego w ciele żadnego zapasu energii, żadnej rezerwy "na później" afrykańskiego szaleństwa.
Było po prostu przewspaniale.
Owszem, głowa mnie dziś bolała, bo najpierw grał koło mnie chłopak z potężnym, senegalskim bębnem, potem ktoś tak nieszczęśliwie ustawił didgeridoo, że potężny jego ryk przeszył mój kręgosłup i czaszkę na wylot, ale wrażenia...
Nie do opisania.
Nie ma chyba dla mnie większego poczucia wolności, jak wtedy, gdy zapamiętuję się w tańcu.
Oto filmik- marny bo marny, ale jedyny, jaki mam; do 0:36 sekundy panuje hałas i docieranie się, potem wykluwa się rytm, ale wtedy też Fasolka postanowiła tańczyć i przestała filmować.
Ah, well :P
W każdym razie- jestem częścią tego hałasu :D




sobota, 06 lutego 2010
Jib Jab
Dla zabawy :D
Personalize funny videos and birthday eCards at JibJab!
czwartek, 04 lutego 2010
Lód na rzece M.

Najsamprzód wystarczy, że grupa ludzi rozsiądzie się na Motławie na składanych krzesełkach i zacznie w przeręblach rybki łowić. Z reguły potrzeba jescze tylko paru śmiałków, żądnych przyjrzać się sprawie bliżej.
Jeśli owi "testerzy" dodreptali bezpiecznie do drugiego brzegu, pilnie śledzący rozwój wypadków tłumek na stałym lądzie rzuca się natychmiast w ich ślady, rozbiega po rzece i zaczyna cykać foty.
No bo kiedy się znowu przytrafi? Okazja raz na 10-15 lat, chyba tyle czasu upłynęło, odkąd ostatnim razem chodziłyśmy po zamarźniętym Bałtyku, Młodsza chowała się między spiętrzonymi wysoko falami, a Gaja jej szukała.
Ciekawe jednak, że ludzie postanowili pospacerować po skutej lodem rzece w wielkę odwilż, gdy słońce leje się kawałami z nieba, panuje dwustopniowy upał i słychać dźwieczny grad sopli, odrywających się od okapów.
Ale bo wtedy lepsze światło do zdjęć, pojmujecie; lepiej wszystko widać.
Zaprawdę, mieszkańcy Gdańska to czasem dla mnie kopia mieszkańców Ankh-Morpork.
Oczywiście, nikt nie lubi, jak uderzają wokół niego pioruny, ulice pełne rzezimieszków, no i ta potwornie toksyczna rzeka...
W Lancre takiej nie mają ^_^
A co za widowisko, kiedy czasem ktoś próbuje przepłynąć łódką na drugi brzeg, panie- wnukom to będę opowiadał!...
Też oczywiście zlazłam z nabrzeża, wraz ze sznurkiem kolejnych amatorów Lodu Na Rzecze W Mega-Odwilż, i muszę przyznać- z rzeki starówka wygląda jeszcze ładniej.
Muszę jeszcze wyrazić uznanie dla niezmierzonej cierpliwości wędkarzy, którzy byli dziubani i szturchani ze wszystkich stron przez kamery i puchate, podobne do szczotek mikrofony.
Ot, proste: telewizja telweizją, mikrofony-śmony, ale rybek nie nałowią.
Już byłam na przystani na drugim brzegu, gdy minęła mnie grupa tych wędkarzy.
- Co, w telewizji byłeś?
- No, a Wiesiek został dziś w domu, dupa wołowa.
:D


Gdansk
środa, 03 lutego 2010
Trevor

Odkurzyłam sobie jedną starą płytę z różnymi ścieżkami dźwiękowymi i przy okazji wykorzystałam do zrobienia quizu. Z tym, że w przypadku OSTow dużo jest tytułów w rodzaju "XYZ Theme" czy z imieniem ktoregoś z bohaterow, co daje durny efekt, ale ciekawie wyszedł moj życiowy cel :D
Trza mi na krucjatę!

1.If someone says, “Is this okay?” You say?
Chassing.

2. How would you describe yourself?
Encounter.

3. What do you like in a guy/girl?
Battle in the Forgotten City.

4. How do you feel today?
Burn.

5. What is your life’s purpose?
天来~ Divinity II. (XD)

6. What's you're life's motto?
Sin City.

7. What do your friends think of you?
ティファのテーマ.(Piano version)

8. What do you think of your parents?
Cloud smiles.

9. What do you think about very often?
Marv. (-_- WTF is Marv?!)

10. What is 2 + 2?
I know who you are.

11. What do you think of your best friend?
Absurd. :DDD

12. What do you think of the person you like?
City lights.

13. What is your life story?
Nikkolash`s game. O_o

14. What do you want to be when you grow up?
Materia. XD

15. What do you think of when you see the person you like?
Untouchable. :P

16. What will you dance to at your wedding?
Miserable life. (-_-`)

17. What will they play at your funeral?
エアリスのテーマ

18. What is your biggest fear?
Untouchable. (..?)

19. What is your biggest secret?
Fight together.

20. What will you post this as?
Trevor`s lair.


A to- moje wirtualne drzewko, zasadzone w akcji posadzdrzewo 2.0
Brzozka, nazywa się Świszczypałka. Zapraszam do odwiedzin! Dzięki temu wyrośnie prawdziwy las :D
http://mari.posadzdrzewo.pl

*Heaven sent

poniedziałek, 01 lutego 2010
Zwołuję kapelę!

No dobra, bedzie tego, jak powiedział Pambuczek, otwierajac zawór z potopem.
Kłody kłodami, ale jak długo można ignorować pociski zawistnego losu, i wciąż, niczym nieszczęsny duński książe, nie nazywać ich po imieniu?
A imię ich: SA-BO-TAŻ.
Jak inaczej można to wytłumaczyć?!
Kung-fu ani forsownych tańców uprawiać nie mogę, bo- astma; grać na bębnach też nie- bo potem mam zmasakrowane (albo poparzone...)łapy; a takimi nie dam rady ani rysować, ani grać na pianinie- lecz i tego ostatniego powinnam się jednak wyrzec, bo co jakiś czas siadają mi nadgarstki oraz Moja Prawa (dla odmiany) Stopa, już drugi raz nadwyrężona od pedału -_-'
Sabotaaaaaż....
Tak, bo odkryłam już, dlaczego regularnie moje prawe odnóże jest obolałe i ponaciągane. A właśnie, w ramach przerwy w żmudnej pracy, nauczyłam się nowego kawałka (ta, ten blog powstał z myślą, żeby informować ludzi, kiedy coś wrzucam do galerii, ale że na tym polu niewiele się ostatnio dzieje- no to pomuzykalnię :P).
Z tym że ZNOWU jest to partia pianinka DO jakiejś wieloinstrumentalnej aranżacji. Ergo- potrzebuję kapeli.
I stąd odezwa: zbieram zespół. Zrobimy Swollen Foot Ensemble, albo How To Wrap This Up Project. Zwerbowałam już wiolonczelistkę, więc to piękny start!
No? Kto chętny? Na próbach będzie moja dyktatura, ale poza tym kawa i czasem ciasteczka.
A kawałek, od którego nie mogę się uwolnić, mimo, że nadgarstek w bandażach, a o pedałowaniu na razie mogę marzyć, to ów- prościutkie, przyjemne, o tysiącu możliwych rozwinięć...



CURRENT MOON