RSS
wtorek, 28 listopada 2006
Bollywood Pooowroot

Zeby nie bylo tak do konca japonistycznie- obejrzalam dwa kolejne wielkiej zacnosci filmy, Fanaa i Omkara. To pierwsze- interesujace na poczatu z dwoch powodow, pierwszy: gra tam Kajol, drugi- 3/4 filmu krecono w Polsce. Wieole uciechy mialam z faktu, ze podczas poscigu zolnierzy za pakistanskim terrorysta przez osniezone stoki gor Kaszmiru, skutery sniezne przemykaja obok kepy goralski krzyzy, sterczacych dumnie na srodku kadru :D.

Film mnie zachwycil, jak powinien porzadny bollywood. Splakalam sie cztery razy, jesli dobrze licze. I jakzez moglam twierdzic, ze Aamir Khan to oblech? On tylko tak, dla niepoznaki, na poczatku.....*_* A muzyka- najpiekniejsza na swiecie. Zwlaszcza motyw przewodni, harrr.......

Omkara zas- to gratka, bo sie dzieje tam, ze hoho, a najlepsza bomba jest to, ze glownego zlego, iwul and wiszus bedgaja gra- ta tam, ta tam!- Slodki Rohit z Kal Ho Naa Ho!I gra go....oblednie. Jest wspanialy po prostu. Ze tez sie dorobil takiego cialka swoja droga.....Nie dla niego garniaczki i pulowery, jeno skora pantery. O boszszsze, jakie to zle bylo, co wlasnie napisalam :DDDDD Anyway, dwa dni z zyciorysu mialam wyjete, ale jakie to bylo odswiezajace- zamiast wiecznie jednako usmiechnietych masek japonskich twarzy, moglam pogapic sie na nadekspresyjne twarze Bollywoodzian ( moze bollywodzian? To tak swojsko brzmi, jak oni z Bollylodzi. Ne, Abbie? :P ) Arrr....dni hegemonii Baranka policzone. Chce plakat z Saif Ali Khanem! Najlepiej z Vivekiem Oberoiem w objeciach }:P Rany julek, w tym filmie sa  takie MOMENTY...O_O Normalnie naprawde sie nie widzi, zeby mezczyzni ciagle lapali swoich koegow za twarze, i patrzac z bardzo bliska w oczy mowili : `Alez jestesmy czarujacy.. ` XD Uwielbiam ten film :DD

sobota, 25 listopada 2006
Zaczelo sie dziac...

Najpierw- niespodziewana nasiadowa nad nabe w washitsu. Wbilam sie na nia, I nie zaluje tego braku kindersztuby, bo zaiste- bylo wybornie. Kameralnie, przy Elli Fitzgerald, w goracej atmosferze parujacego garnka…Nabe- to cus a`la nasz eintopf (no, takie to `nasze`, ze ja pierdziu ej..:D ) ktory caly czas stoi `na ogniu` , I sie w nim pyrczy, ludzie na biezaco zjadaja, I stale cos sie tam wrzuca. Najlepsze byly halunkowate grzybki, ktore wyzeralam calymi pekami. Bylo piwnie I halasliwie, wiec w pewnym momencie dolaczylo sie paru Chinczykow, ale!- I tu przelom w wilku morskim- bylo wesolo. Serio serio! Choc Teia wzielo na zwierzenia, I caly czas mnie klepal po udzie w kordialnym gescie zbratania, naprawde fajnie sie gadalo. Przede wszystkim- o bogowie, nareszcie- po japonsku. Nawet z bialasami po japonsku, tak z rozpedu :P

Ja nie mialam specjalnie melodii na balowanie tego wieczora, bo wlasnie zaczelam rysowac  Wstrzasajaca Historie Fantastyczna, I strasznie mnie to wkrecilo; ale, jak bylo do przewidzenia, melodia wkrotce sama przyszla. Widzac jednak, ze o nedznej 24 towarzycho zmniejszylo sie do Chrisa, Alfa, Emi, Teia I Kyo, I wszyscy jacys tacy zaspani- szybko skontaktowalam sie z moimi agentami w Rumours. ( a tak, bo Rumours to Ostatni Przyczolek, Ostatni Przyjazny Dom na Sanjoudori, Reduta Ordona, etc. Pub z fajna muzyczka, zakreconymi barmanami, I tlumem obcokrajowcow, probujacych na chwile zapomniec, ze sa w Japonii :D), a oni mieli dla mnie dobre wiesci. Wiec dopilam piwko, poszlam przebrac sie w cos…wygodniejszego :DD I na rowerku pomknelam w nocne miasto.

Tu: pojawia sie Impresario. To, okazuje sie, wazna postac, ktorej obecnosc- zwykla przeciez- urasta tu do rangi WYDARZENIA, co mnie cholernie irytuje, choc wczoraj juz tylko smieszylo. Po raz- jakby nie bylo, I. nie sposob `odczynic` na jakis czas, przeto jest tym, ktory cie zawsze anonsuje (naturalne..-_-`), wherever you may wonder. Dwa- moze  czasem wyswiadczac przyslugi; minus jest taki, ze nie ma wolnego, co doprowadza mnie niekiedy do szewskiej pasji, zwlaszcza, kiedy miast ze mna- faceci rozmawiaja z nim. Wiec ja tez o nim tu chwile porozmawiam. Zeby nie bylo; moj Impresario w koncu.

Idac do Rumoursow, wybralam takie ciuchy, ktore latwo bedzie mozna przewietrzyc, albo uprac I blysawicznie wysuszyc,bo tam smrodno od fajek. Niestety (stety?..) te akurat ciuchy wywlekaja I. z urlopu. Mozna powiedziec, ze swietowalam ( on swietowal?) towarzyski sukces. Sama swoja obecnoscia zalatwil mi darmowego drinka od pijaniutkiego Alana, ktory swintuszyl okropnie, ale nie gorszylo mnie to zupelnie; przede wszystkim- trzeba by zobaczyc Alana, I mean- pewni kolesie moga fantazjowac o orgiach z masazem w zenskim akademiku, a I tak pozostaja pocieszni I zabawni, do tego zupelnie niegrozni - chyba to najwazniejsze. Dlatego wolalam towarzystwo pelnego typowo brytyjskich pomyslow Alana, ktory wprost mi powiedzial, co by chcial zrobic z Impresariem I reszta trupy (ktora- jak na artystow przystalo- odniosla sie do tego z blaza) od towarzystwa jednego z dwoch poznanych Hindusow, ktory udawal, ze patrzy mi w oczy (Frodo, eyes up here….) I na moje niezobowiazujace stwierdzenie, ze strasznie duzo w knajpie dymu, zaiskrzyl bon motem:` And you`re SMOKIN` hot!...`. -_- Synu….idz I nie grzesz wiecej. Smiesznie wygladali mlodzi Japoncy, ktorzy przyszli zadac szyku wsrod gaijinow, I z uporem godnym lepszej sprawy siedzieli w puchowych ortalionowych kurtach, z czapkami naciagnietymi na nos. Yo yo yo, czarni bracia….Jak tez jeden Hiszpanopodobny lowelas z powiewajacym z tylu lokiem, ktory przybyl blyskajac zlotem na wszystkich palcach, I posylajac tysiace lsnien z grubego zlotego lancucha, wylozonego na burke. Podal mi reke w zabawny sposob, jakby wierzchem dloni do gory, I caly czas byl taki wiecej `omdlewajacy brut` :D Tez nie sciagnal szuby. Pewnie zmarzly mu przeguby…:P Nie wiem, taka moda chyba, ja zas- wioska, plaszcz zdejmuje, narazajac I. na umizgi, a czapki to jeszcze nie zaczelam nosic….Ha! Wiem! Chopaki tez maja impresariow I ich chronia w ten sposob! Tak mi sie cusik wydawali, zaszczuci…:PP

O uznalam, ze juz sie nacieszylam towarzystwem, poza tym, nie bylam pewna, czy iskrzacy Hindus dlugo da rade nie skrecac sobie karke, tak usilnie probowal zapuszczac zurawia w moj dekolt. Wiec zawinelam sie w jesionke ( jak to Ptyska okreslila z uciecha: `Ale sobie pierdolnelas futerko…!` XD ), wsiadlam na dzielnego Rosynanta, I wystartowalam z piskiem opon, bo nie bylam pewna, czy aby ktory nowy kolega nie wylezie za mna sie `zegnac`, czego nie chcielismy specjalnie. I szlakiem weza przez nocna Nare, wyciemniona jak przed nalotem, cicha I pusta. Ani jeden samochod nie mignal na horyzoncie, cale miasto moje.

Co by nie powiedziec- 楽しかった. :D Zamierzam kontynuowac dobry nastroj, I dzis- wielki bal u Gucia, na obiad, miast niesmiertelnego spaghetti- ziemniaki. :P A co, jak szalec to szalec *o*

poniedziałek, 20 listopada 2006
Japangeddon

Jednak moze byc pieknie. Nawet w straszliwej, trwajacej dluuugie godziny jezdzie autokarem tkwi obietnica postoju (to brzmi jak koan…Ludzie, cytujcie to, bo moge nigdy wiecej nic tak swiatlego nie wymyslic! :D). Zacznijmy od tego, ze byla sobie wycieczka. Z sasiedztwem w autokarze trafilam nie najgorzej,ale I nie najlepiej- kolo mnie siedzial Chris the Military Man. Ktory nie lubi Japonii, nienawidzi faktu, ze tu jest, I obwieszcza to co I rusz, czy kto chce tego sluchac, czy nie. CALA DROGE malkontencil. Owszem, pani pilotka byla irytujaca, albowiem BEZ PRZERWY mowila. I nawet piosenki spiewala. Niekiedy jednak mowila rzeczy interesujace, ktore pozwalaly zabic nude, bo ilez mozna z zainteresowaniem chlonac widok za oknem, ktory, jaki by nie byl piekny - jest ciagle taki sam! A po pierwszym wstrzasie na dzwiek jej spiewu, I odruchowym `Aaaa, kill it!!..`- podobalo mi sie. Ladnie spiewala. Ale Chris uznal, ze na pewno znacznie bardziej wole sluchac jego jojczenia. -_-`

Glownym celem wycieczki byla wyspa Shikoku z oslawionym dzieki `Bochchanowi` Sosekiego onsenem. Ale po drodze bylo jeszcze pare przystankow, miedzy innymi- z moim pierwszym Ulubionym Miejscem W Japonii. Ale po kolei…Swiatynia Kousanji   mnie zachwycila. Naprawde, bylam chyba jedynym bialasem, ktorego nie razily pikaczne kolorki budowli- ale w koncu ja lubie jeden poznanski kosciolek na gorze sw. Wojciecha :P  Kompleks swiatynny jest wielki; niesamowite bylo zwlaszcza `piekielko`: wydrozone wewnatrz gory korytarze I naturalne pieczary, wypelnione tysiacem wizerunkow Buddy Amidy, wychylajacych sie zza kazdego zalomu, wygladajacych z nisz i polek, a nawet, zdaloby sie, przyklejonych do gladkiej skaly lub ukladajacych sie w stalaktyty I kamienne patery... Cos niesamowitego. Ale to jeszcze nie jest TO miejsce. Moim miejscem, do ktorego niechybnie wroce, jest Miraishin no Oka, czyli- Wzgorze Ufnosci w Przyszlosc….かな?. Cale wzgorze jest jedna wielka rzezba z bialego marmuru. To miejsce jest magiczne, promieniuje takim pieknem, ze zbywa na slowach, by to oddac. W dodatku bylo przepiekne popoludnie, slonce chylilo sie ku zachodowi, a my wedrowalismy jak urzeczeni, wsrod fal, unieruchomionych w lsniacym kamieniu.

Oczywiscie, zrobilam tam sobie pare wymyslnych zdjec. Takiego cuda nie powinien kalac banal. :D

Reszta wycieczki- w duzej mierze `zwiedzanie z autokaru`- nie warta osobnego opisu. Hotel. High tech, polaczony z tradycja, bo wszystkie pokoje byly tradycyjne, Pierwszy raz spalam na regularnym futonie, polozonym na matach…Kolacja tez byla wydarzeniem, po raz- bylo tego zarcia jak dla bardzo glodnego osumosana; po dwa- bylo to oblednie pyszne; po trzy…..`Pogadajmy` dobiegl mnie cichy zdesperowany glos z talerza.

Potem bylo picie I karaoke, Chinczycy sie popili I wyczyniali Rzeczy, a potem- zebralysmy sie w piatke I poszlysmy na nocny spacer. W centrum- ktore zajmuje jeden pasaz, a potem jest juz kosmiczna pustka I tylne pletwy Wielkiego Oma (Swiete Rogi)- kroluja rzeczy nawiazujace do `Bochchana`. Miasteczko na tym w koncu zarabia; oslawiony onsen kasuje nawet za trzy minuty korzystania z suszarki do wlosow. Przed dworcem jest fontanna z goraca woda, ludzie siedza na laweczkach wokol I mocza w niej nogi. Klimat…

Potem poszlysmy do hotelowego onsenu- nie zamierzalam placic paskarskich cen tylko po to, zeby rozregulowac sobie pikawe we wrzatku. Hotelowy byl w sam raz. Ubralysmy sie w yukaty I poszlysmy. Na poczatku, oczywiscie, bylam dosyc zazenowana, w koncu w naszej kulturze nie ma tradycji lazni publicznych, gdzie sie czlek rozbiera przed innymi, tylko ewentualnie plaze top less, I sauny. Ale to szybko minelo, bo nikt sie tu takimi drozbiazgami nie przejmuje ( w przypadku Japonek, to NAPRAWDE drobiazgi…):P ). Dobra, gdybym miala isc sama, I do onsenu pelnego tubylczyn, to bym zrezygnowala. Ale szlam z innymi bialaskami, a skosow bylo malo o tak poznej porze. Wiec chwile zabawilysmy w basenie zadaszonym- a potem przenioslysmy sie do zewnetrznego, umiejscowionego na tarasie, wychodzacym na ogrod. I to bylo swietne- wkolo szklace sie zimno, kleby pary buchaja znad basenu, a my, trzymajac tylko nogi w goracej wodzie, siedzimy sobie na murku, jakby to bylo lato, I kontemplujemy nocne niebo. Onsen fajna rzecz. :D

Ale dosyc zachwytow; czas na konkrety :P Spotkalismy duzo ludzi zyczliwych, I troche niezyczliwych. Wiadomo, wszedzie tak jest. Ale gdyby pogrupowac typy  nastawienia wobec `Obcych`, to cus za malo mi zlotego srodka. Albo czuje sie zalana potokiem zyczliwosci, ktora dla mojego wszetecznego serca nie jest niczym kojacym, a raczej podejrzanym; nieuchronnie bowiem wywoluje pewnosc: `Czegos chca. Ciekawe, w ktorym momencie sie dowiem, czego…`; albo spotykamy sie z antypatia. Oczywiscie, my w Polsce tez tak robimy; zwlaszcza jesli sie mieszka w miescie, gdzie 7/8 mieszkancow zbija kase na zagranicznych turystach. Dominuje wtedy to charaterystyczne pomieszanie pogardliwego rozbawienia z zadowoleniem, ze jednak tych gupich uciazliwych turystow tak latwo namowic na wydanie u nas talarow. Ale nie slyszalam, zeby u nas za skosem ktos wrzasnal ` Kitajec do domu!`. Czarni to osobny rozdzial…. A za kolega tu wrzasnieto: `Go back to America!`, choc on nie z tych. Kurna, love&hate relationship, naprawde….Z jednej strony- nasladuja zachod jak glupi, farbuja sie, maluja, trymuja I wypychaja, zeby wygladac jak typ europeidalny, z drugiej zas zywia do nas niechec. Kompleks, wiem…Ale jaki kompleks mialy dziewczyny, ktore przed onsenem robily sobie zdjecie z tekturowymi postaciami Bochchana I Madonny? Bo gdy grupa rozbiaca zdjecie poinformowala panne, ktora wlasnie obfotografowano, ze wyszla lipnie, ta parsknela zniecierpliwiona, I rzucajac nieco w nasza strone rudym lokiem, odparla ze zloscia, ze to przez te gajiny, co tu przylazly, nie mogla sie skupic. Popatrzylysmy na siebie z Silvana- I przeszlysmy na japonski. Panny zniknely jak zdmuchniety plomien. Tak, tak, wiem, to jest wlasnie ten typ wieszania psow na Obcych, co u nas. Ale triumf nasz byl wielki. }:D

Ale wezmy samo stypendium. Przyjechalam tu, bo ladnie zdalam egzamin, tak? Mam sie tu uczyc jezyka I ichniejszej kultury, tak? Na to dostaje kase od rzadu, jasne, prawda? Otoz malym drukiem na bilecie do Japonii musialo stac napisane, ze jade w  podwojnej roli `student/ nice zoo monkey`. Co jakis czas jest jakis raut na uczelni, I my MUSIMY w nim wziasc czynny udzial. Zaspiewac piosenke. Zatanczyc. Zaklaskac uszkami I zrobic stojke bokiem. Rozumiem- raz, na imprezie przywitalnej; ale- cyklicznie, co minimum dwa tygodnie?? A odmowa nie wchodzi w rachube; jak mnie poinformowala starszyzna akademca- pakujesz sie w klopoty, jesli nie tego nie robisz. Boszszsz…..jednak zupelnie jak w Poznaniu!...Lepiej- cus jak PRL. Nie pojdziesz na apel I pochod 1-majowy?..Zakarbujemy to sobie, obywatelu, dobrze zakarbujemy…Niby nic wielkiego. O~wa, zrobisz co chca, pousmiechasz sie przez dwie godziny I masz spokoj. Korona z glowy nie spada, a kase w koncu dostajesz. ALE….widzicie to ale? Prostytutka moglaby wyciac ten tekst I wkleic na swojego bloga. Z ta roznica, ze ona pracuje, a ja jestem wrabiana.

Inny sposob dzialania Japonczykow, ktory doprowadza mnie do szewskiej pasji, to latwe tworzenie z jednostek jednolitych grup. Wychodzilam z pokoju ostatnia, I odwolano mnie do kontuaru, bo ponoc z lodowki wypito jakies dwa soki. Ja nic nie pilam; przekazalam im ta wiesc, I kieruje sie do autokaru. Wolaja. `Ale Marianna-san, wypito dwa soki`. Moi- blank face. ` Co teraz co teraz`. Po kilkakrotnej probie powtorzenia mojej kluczowej dla sprawy wiadomosci, widze, ze to do niczego nie prowadzi. Wiec sugeruje, zeby zapytac reszte dziewczyn. Skosy rozjasnily sie, slyszac taki konkret. Dziewczyny zaprzeczyly. Nowy frasunek na twarzach Japoncow rozplynal sie, gdy dostrzegli jakze oczywiste I klarowne wyjscie z sytuacji: `Marianna-san, wypito dwa soki z lodowki`. Mord w moich oczach, bo wiem, co uslysze. `Trzeba zaplacic.` Wracam do autokaru I siadam na miejsce. Mam ich w dupie. Po chwili przyszli- I cala zlozona konwersacja sie powtarza, nim wreszcie przyszlo im do glowy zapytac osobiscie pozostale. Gdy Mitusi-sensei poszla, wlaczyl sie Kyo, Chinczyk. ` Jak sie wypilo sok z lodowki` zaczal pouczajaco ` To trzeba za niego zaplacic`. Znaczy- podejrzewam, ze tym ostatecznie czasownikiem konczyla sie jego wypowiedz. Nie wiem, nie dalam mu jej zakonczyc, bo nie chcialo mi sie dluzej nie wsciekac, Wiec sie wscieklam, odgryzlam mu glowe I mialam swietny dzien do konca wycieczki.

Ciekawe, czy oni tak tez rozwiazuja zagadki kryminalne? `Hmm, nie ma zadnych poszlak, kapitanie…`; `Nie frasuj sie, moj dzielny posterunkowy! Oto- zlap przechodnia tam na skwerku, jak go pomeczymy odpowiednio dlugo- wszystko wyspiewa!..` `Mon capitan, alez z pana umysl..! *_*` `Moj drogi posterunkowy, to lata treningu..`.

Ach, zapomnialabym! Mandarynkowy tabehodai! Znaczy- dostalismy koszyczki, wypuszczono nas na plantacji mandarynek, gdzie moglismy zjesc I nazbierac ile sie dalo. Dalo sie znacznie mniej, niz sie chcialo, ale przynajmniej na jakis czas zapas witaminy C bedzie. Mysle, ze…do pojutrza XD

A`propos koszyczkow: wczoraj w 99shopie jakas staruszka probowala mnie uderzyc koszykiem, ale chybila, bowiem mam refleks langusty I zrobilam unik. Przyznac trzeba jednak ze sie starala. Druga, napotkana na ulicy, miala caly kilerski wozeczek na zakupy; na moj widok zaczela gwaltownie ruszac szczekami, I oceniac odleglosc oraz mozliwosc ostrego skretu w ostaniej chwili, gdy mnie bedzie mijac; szczesciem, czy to rozpedzony wozeczek ja wlokl za soba, czy szkoda jej bylo wytracac osiagnieta predkosc, dosc ze zarzucila pomysl morderczy. Lubo go odroczyla….O_O

czwartek, 16 listopada 2006
Milutcy barbarzyncy

Swieto lasu- wczoraj podrywalo mnie trzech studencikow z uniwerku. Jest to tak niesamowite, ze sie do mnie odezwali- ale trzech ich bylo, nie mniej, dla kurazu- ze warte to jest odnotowania. Akurat przynioslam sobie ze stolowki obiad, bo slonce bylo tak obledne, ze jedlismy na zewnatrz; ale nie moglam jesc w spokoju, bo zauwazylam (chyba slepy by zauwazyl…-_-`) niepewnie przysuwajaca sie z szelestem ortalionu formacje zurawia. Jakkolwiek odnioslam wrazenie, ze ci skrzydlowi, pomocnicy, zamiast wspierac glownego petenta, nieco sie za nim trwozliwie chowaja. A petycja brzmiala: czy nie zechcialabym wstapic do klubu siatkowki, i- o, wlasnie niebawem bedzie mecz, patrzcie, te przypadki….to czybym z nim/nimi(?) nie poszla. Nie poszlabym, ale byl ubaw, zwlaszcza ze chlopaczek nie mogl pojac, ze sie NIE INTERESUJA siatkowka. I jeszcze tak wprost o tym mowie! Bezwstydnica jedna.. Tak, doprawdy, jakby to o siatke chodzilo, I mean really….Ale przynajmniej cos sie dzialo, I mi humor poprawili. :P

Sprobowalam juz kolejnego klubu. Tym razem klubu mangi. Rozbilo mnie odkrycie, ze z poznanych czlonkow, ledwie dwie osoby sie interesuja MANGA, bo reszta- grami. Ale pies z tym; jesli tylko beda to porzadne zajecia rysunkowe, to niech sie interesuja nawet mangowym designem plyt chodnikowych. Tutorka, zapytana, czy moglabym chodzic na zajecia z rysunku wielkoformatowego, odparla z wahaniem, I troche zgorszona, ze to by naruszylo prywatnosc modela. Nie jestem pewna, czy aby wszyscy to dobrze przeczytali: rysowanie modela narusza jego prywatnosc. QE PASA PARADOX???!!! Latanie samolotem rysuje mu karoserie?? Jak sie zamoczy wedke, to zgnije??? Arrgh! Wiec poszlam do ww klubu, zabralam swoj prosty szkicownik, I sie przyznalam na wstepie, ze nie mam zadnego profi papiuru, bo taki ze mnie prosty drwal. To sie rzucili ogladac moj blok. O_o` Testowalam w nim kredki, ktore znalazlam w drugim akademiku, I mimo, ze ludzie w klubie okazali sie byc fanami malo przez mnie cenionego stylu rysowania- oczy na trzy czwarte dziecinnego pysia, z wewnetrzna galaktyka swiatel, tlusciutkie cialka, I kawaii rasterki- efekty testow sie obecnym spodobaly, choc przy jednym rysunku ich wewnetrzne teletubisie skulily sie z trwoznym `kowaiiii`. >_< Rysunek przedstawial istotnie hardcore I pornografie, bowiem- aniola bez twarzy, stojacego po kolana we krwi. Och, och, diabel. Doprawdy…Nadmiar zlowrogiego fluidu trysnal na ich misiaczkowe serduszka, I zdjal przedwieczna GROZA. Delikatny narod, nie ma co. A Nankin 1937 to byl ledwie pijacki incydent, niewart tego calego szumu robionego przez wredne media…

Za to olowki, jakie mam od W. wywolaly taka sensacje, ze poczulam sie jak skonczony burzuj, ktory obnosi sie z trzynastowarstwowym krawatem w dzielnicy nedzy w Kalkucie. No wiem, Derwent, no wiem- profi; ale….ludzie, na bogow, bez tego klekania!...Bo czuje sie zdemaskowana. 8-) Poza tym, oni chca rysowac mange- tak? Wydaja majatek na rastry, I na specjalny super-wyczesany papier- tak? To co- na olowkach sepia??? Nie czaje tej matematyki.. A juz mega sensacje wywolalam kolejnym bezwstydnym wyznaniem, ze na tym ich bajernym papiurku uzylam awareli. JAKA ZGROZA!!!...I tutorka, tonem jak do chorego dziecka z nozem w reku: `Jest taki specjalny papier, wiesz? Do akwareli. Nazywa sie papier akwarelowy…` -_-`

Jak oni kolo wynalezli??! A, zapomnialam, nie wynalezli, od Chinczykow wzieli smigneli. Jak sie nie uzywalo od dziada pradziada akwarel na tym oto papierze, to ni nasze wnuki, ni prawnuki, nie zbeszczeszcza tak przeswietnej tradycji! Howgh! Odstepcow ukarzemy zakazem spiewania piosenki o zabie przy nastepnym nomikaiu*.

Oj, nie mozna sie z nimi nudzic. Tyle razy smialam sie w kulak po prostu przypominajac sobie podobne scenki rodzajowe, ze nie zlicze. Niewinni barbarzyncy…Czule dusze, gotowi ze lzami w oczach wpatrywac sie w urzekajace swa barwa jesienne drzewa, czy pobielane nadproza domow, wrazliwi na piekno do tego stopnia, ze nie mogli sobie odpuscic takiej pieknej, snieznobialej…psiej glowy.XDDDD

*nomikai- spotkanie pitne

sobota, 11 listopada 2006
Glod w Japonii

Glod imprezowy siega zenitu. Przemierzam wieczorem Nare wzdluz I wszerz, w plonnej nadziei odnalezienia miejsca, gdzie ludzie sie- bawia. Przyspieszam radosnie na widok bardziej pikacznego neonu, rozlewajacego wokol potoki blaskow I lsnien…po czym znajduje setny bar pachinko I jadlodajnie. Wszedzie to zarcie. `Super sie zabawisz!!` wrzeszczy neon.` Dwie kluski w cenie jednej! Impreza!!`. Smieszne wcale to nie jest- oni tacy sa- zoladki na dwoch krzywych nozkach. I za ta ceche ich nienawidze. Mysla, czuja I relaksuja sie- bebechem. Mistyczno-orgazmicznych doznan doswiadczaja na widok talerza z rozlozonymi w stylu zen kawalkami mieczakow. Cale ich zycie wewnetrzne- to system trawienny. Zas jesli czasem probuje sie odezwac jakis glos z wyzszej swiadomosci, wiedza, jak zaradzic awarii: ida do pachinko. Panujacy tam potworny jazgot przetacza sie przez zwoje mozgowe jak wielka niszczarka, pozostawiajac mala szara kulke, mlaszczaco lepko o scianki czerepu. I wszechswiat uratowany! Znow jestesmy jamochlonem.

A moze nie? Ich religia- trzyma sie ziemi; duchy I kami- petaja po tym padole, tak, jak mysli obywateli kraza wokol kolacji. Kazda abstrakcje usilnie staraja sie wytlumaczyc klarownymi formami, uziemic I przyoblec w konret nieokreslone wrazenia; rozmawianie z nimi o transcendencji to koszmar jest! Jak grochem o sciane; maja swoje wyobrazenia, posazki I tacke z mochi; gdzie im tam bajac o gnozie…! Sa tak prozaiczni I przyziemni, ze to graniczy z kalectwem duchowym.

Glowna rzecz, jaka moga ofiarowac swoim mzimu- to cos na zab. Of koz! A cozby innego…>_<` Ot: dzis bylam na wycieczce w Asuce. No milo, piekne miejsce, pierwsze buddyjskie swiatynie, najstarszy posag Buddy, etc. Przed ww posagiem, na prawo- ulozone w kopiec pomarancze, bardzo ladne, na lewo- pudelko na pudelku, jedzenie instant, prosto z supermarketu, polyskujace urokliwie swieza folia I informacja o jesiennej promocji. Esteci, cholera, za dwa grosze….Moze tysiac lat temu pisali piekne wierszydla ( na fali wzruszenia, wywolanego widokiem platka wisni unoszonego strumykiem krwi dworzanina, ktorego ufryzowana glowa poturlala sie wlasnie kamiennym kanalikiem), ale Polska tez kiedys byla od morza do morza. Czasy, ludzie, fryzury…wszystko sie zmienia.

Zreszta, Asuka…! Tez mi zabytek- niemal czuc jeszcze lakier; jedyna autentyczna rzecza, jaka zobaczylam podczas tej wycieczki, byl kofun. Kupa glazow, ale zrobila wieksze wrazenie, niz wszystkie swiatynie razem wziete. Taka jest metoda konserwacji wedlug Japonczykow- I tradycja, nie przecze, tez- zeby burzyc I odbudowywac wedle niezmiennego od stuleci wzorca, lecz z nowych materialow. Tak tez I maja- kraj wypelniony po brzegi replikami. Nie jestem w stanie sie wzruszyc na ich widok. Oprowadzaja mnie po wygracowanych aksamitnych trawnikach, wsrod drzew kaki, pokazuja lsniace nowoscia kamienie, ulozone w duzy prostokat I mowia: `Tu, jak sadzimy, stal palac ksiecia Shotoku. Oto widzimy jego fundamenty.` Przypuszczalnie zas, podwazywszy jeden z kamulcow, zobaczylabym niezniszczalna nalepke: MADE IN CHINA >_<` W Asuce zrobilam jedno zdjecie, na terenie swiatyni; fotke zabytkowej budowli, zapewne rownolatki swiatynnego kompleksu, bajerancko wpasowanej w otoczenie, zaprawde…

Ale Japonczycy zdaja sie nie widziec, ze tworza sobie kraj-makiete. Ich entuzjazm, dzieciecy optymizm I zapal, ktore niewatpliwie utrzymuja ich w dobrym zdrowiu do poznych lat- to jednoczesnie absolutny brak samokrytycyzmu. Widac to np.po probach nauczenia sie- poprzez kopiowanie- roznych rzeczy. Np. angielskiego. Oczywiscie, zeby dostrzec, ze powtarzaja wszystko fatalnie, I przekrecaja slowa w sposob straszliwy, musieliby umiec spojrzec na siebie krytycznie. Stad- `Puriiizuu riizu dziesto`, (*tlumaczenie na koncu czytanki).A zapytany przy okazji `kurabu` chlopiec radosnie oznajmil, ze angielskiego sie nie uczy. I w ogole sie tym nie przejmowal.

Kurabu (ang.club) - tak, kolejny dowod na ich slepote. Dowiedzialam sie, ze maja tu kung-fu. Co wiecej!- shaolin. Choc autorytety zaprzeczaly z moca, ze `niby shaolin?? A skad..!`, ja I tak dowiedzialam sie, gdzie i kiedy. Bylo bardzo malo osob, sensei przyszedl spozniony, I przez caly tzw. `trening` ludzie przychodzili, wychodzili, czasem w ogole nie cwiczyli, tylko wpadli towarzysko, pogawedzic…A gawedzilo sie tam duzo. GLOWNIE to sie robilo. Slyszalam juz tlumaczenie, ze to moze przez obecnosc gaijina, ale grzeje mnie to. LAMUSIE do kwadratu I tyle. Nic nie umieli! Rozgrzewka?? Jaka rozgrzewka? Porozciagajmy sie bez niej- ale nie zamocna, tak…z 3 minuty I styka,nie? O_o`  To w ogole nie bylo shaolin,tylko `Shourinjikempo`- przedwieczny Japoniec pojechal doChin, liznal troche sztuki, wrocil do kraju- I popsul co tylko sie dalo. A to zdziwko…..Najlepiej jednak bylo, jak wspomniany chlopiec machnal pare razy kopytami, poczym zapytal mnie, czy ja sie tam w tej Polsce uczylam tych super-duper form. `No tych super-duper to nie` przyznalam, `Zupelnie inaczej to wygladalo`. `Pokaz` zachecil zyczliwie. I tu jest ta czesc, o ktorej sie Rafal nie moze dowiedziec. Zrobilam poczatek formy na pierwszy stopien. Chlopiec I jedna panna zrobili:`Uooooooo,kakkoi!!!!!` i- ARGH!!- zapytali, czy moge ich tego nauczyc. Nie czekajac na odpowiedz, zaczeli powtarzac moje ruchy- well, probowac- a ja sie odwrocilam, bo nie moglam na to patrzec. Nie wolno mi uczyc, nie mam uprawnien ani umiejetnosci, ale pare razy tak cichutko im podpowiedzialam, zeby nie robili tego tak…a tego w ogole…nie, tak tez nie…Bo to bylo straszne. Ale jak do sciany! Caly czas, z zapalem neofitow, hopsali, robili mlynki ramionami I generalnie kaleczyli. Ucieklam przy pierwszej okazji. Ale jeszcze zegnajac sie ze mna, z entuzjazmem rozbijali to watle wyobrazenie SHAOLIN, jakie mogli miec dotad. Przerobia, dostosuja, I nazwa `Droga Pijanego Mochi`. I krzyz na droge, ale nie chce miec z tym nic wspolnego. Przerwa na zjedzenie patatow w srodku `treningu` rozbila mnie doszczetnie. Ale coz, w koncu, religijny narod, a ` belly god is always- HUNGRY` O_o`

*Tlumaczenie : Pleas read this. 

niedziela, 05 listopada 2006
Wielosc japonskich tozsamosci

To oczywiste, ze jak czlowiek wpadnie w obca kulture, niczym pechowy akwizytor na spotkanie cosanostry, bedzie oceniany przez pryzmat owej kultury. Niewazne, jakby sie staral, na kazde jego dzialanie zostanie nalozona siatka identyfikacyjna reprezuntujaca kulturowy wzorzec. I wtedy, jesli biedak nie bedzie mial zbioru przekonywujacych ulotek za pazucha, skonczy sie na hiszpanskim przemysle obuwniczym- NO CHYBA ZE sie dostosuje.

Ale tez czlowiek sam sie zmienia, tak swiadomie jak i nie. Obserwujac dzien za dniem zycie ludzi z drugiego konca swiata, sam zaczyna wpasowywac sie w niektore z ich dzialan, odnajdywac w tym jakis porzadek I uzytecznosc; na zasadzie `podoba mi sie, to skopiuje I wkleje do swojego wzorca`. Tej operacji podlegla juz torba czy okulary w Osace, jak I fakt nie poruszania sie po `moim` miescie inaczej, jak na rowerze. Z drugiej strony, powtarzane po wielokroc spostrzezenia `obcych` tubylcow, tez moga wywrzec swoj wplyw. Na wiele rzeczy.

Choc akurat narodowosci mi nie zmienia, jakby sie nie starali. Ubierajaca mnie w kimono Japonka zapytala tonem raczej twierdzacym, czy ja przypadkiem nie jestem z Wloch. Udalo mi sie nie spojrzec na moje kruczoczarne loki, opadajace na oliwkowe ramie. O_# Przebog, poza moze jednym szczegolem, nie tak znowu wloskim, do cholery, nijak nie przypominam Wloszki!...Jednak, percepcja Japonczykow pozostaje dla mnie zagadka. Dla nich widac jestem sempre Italiano bez marginesu bledu. XD

To ze `Porando` myla z `Oranda` ( Holandia) to wiadomo. Ile razy posadzano mnie o bycie Amerykanka, czy Szwedka, nie zlicze. Moje nowe korzenie dodadza jedynie smaczku do dywagacji na temat greckich pozostalosci w genach, snutych przez sw.p. ciotke mitomanke. }:P

Ale nowi ludzie to nowe geby, przydane po (rzadziej) dluzszej lub (zdecydowanie) krotszej obserwacji. Walczyc z nimi? A komu by sie chcialo….Po tym roku wiekszosci z nich wiecej nie zobacze- w niektorych przypadkach stwierdzam to z zalem. Poza tym, zawszec to geby `made in Japan ` :P  Z Importu, panie tego. Czasem wywarlo sie na ludziach takie wrazenie, ze jakby mieli cie tobie samemu opisac, to bys sie czlowieku nie poznal. Scenka: wedruje z kubkiem, na dnie ktorego belta sie troche mleka z cukrem, do kolegi na kawe- prawdziwa, z ekspresu. Po drodze dolaczyl sie Chris, Amerykanin, i- jak towarzystwo z poprzedniej notki- nie majac gdzie rozladowac imprezowej energii, zamarkowal cios w strone kubka. Kubka na pyszna kawe z ekspresu, podkreslam. Blyskawicznie zaslonilam wiec przyczynek przyszlej blogosci odruchowa garda, I mimo prob Chrisa, utrzymalam ja dopoki nie dotarlam bezpiecznie przed ekspres. W pewnym momencie kawkowania, Chris spytal mnie, jak wyglada sluzba wojskowa w Polsce- mowie mu, ze obowiazkowa, nabor powszechny. Na co on domyslnie: ` A, bylas w armii?` O_O

Tekst miesiaca, jak dla mnie. :D ` Ha, mlodziencze! Czy w armii bylam- no ba! W stopniu generala!` }:P

Ale wracajac do Japonczykow- nie ma co sie dziwic, ze oni znajduja w czlowieku jakies cechy z kosmosu, czy przypasowuja go do przedziwnych miejsc na ziemi. Sami sa wszak mega zagubieni. Nie wiedzac, kim chca byc, probuja byc wszystkim- naraz albo po kolei; mozaika, jaka przeplywa ulicami Osaki, nadala by sie do kantyny w Mos Isly. Tu nie ma niewykorzystanych nisz- widzisz wszystko, co da sie wymyslic, w rozmaitym natezeniu. Tysiace glow na Rod`a Stewarta, zarowiastych marynarek I pumpiczkow do pasiastych rajtuzow; sa garniaki I biale koszule; rowniez starannie pociete zyletkami spodnie plus maksymalnie znoszone koszulki; sa dandysi I grunge, blyskajacy bizuteria gangsta I ociekajacy mrokiem mlodociani szmatanisci w make-upie godnym kabaretowej divy. Zabawne, ze to glownie faceci tak przyciagaja uwage.  Moze dlatego, ze na Zachodzie wszedzie sa babki, ktore sie odstawiaja, I to w najrozniejszym stylu. W Japonii facet probuje przescignac dziewczyne w byciu trendy I kawaii; co i rusz widze kolesia, ktory gestem niemal nerwicowym pociaga kosmyki wlosow, muska skronie, glaska ubranko i, zdaloby sie, caly czas dyga I wdzieczy sie przed swoim wewnetrznym lustrem. W wiekszosci przypadkow ogladam to z zainteresowaniem, choc wczoraj to juz byla zgroza w pewnym momencie- lobuz, jak nic obrobil siostrze szafe I toaletke! Mysle, ze I bielizny nie oszczedzil >_<`

I mam teorie na ten temat; japonscy faceci sa jeszcze bardziej zagubieni, niz dziewczyny. W tym przez wieki patriarchalnym spoleczenstwie teraz tak naprawde rzadza kobiety, dyktuja trendy, stanowia kluczowe postaci programow rozrywkowych I glowne odbiorczynie reklam, one tez decyduja o tym, co sie podoba, a co nie. Nie dziw, ze faceci staraja sie do nich upodobnic.

Cudowna scenka wczoraj przed Takarazuka, gdzie ogladalam swoje pierwsze demachi (moment, gdy aktorki opuszczaja teatr ). Tlumy fanek, pogrupowane klubowo, znaczniejsze kluby z przodu, mniejsze z tylu, luzni gapie- jak my- w alejce na laweczkach czy przy plocie. Nastroj oczekiwania, oczy wlepione w wyjscie.

Co jakis czas wychodzi pare osob z obslugi, glownie faceci- prawdopodobnie z orkiestry. Nikt nie zwraca na nich uwagi, tak samo jak na panie z ksiegowosci, czy szatniarki. Ale widze, jak oto jeden, szczuply I gladki jak kwiat mlodzieniec, wychodzi, zwalnia z wahaniem, przywierajac jakby nieco do muru, po czym- podejmuje decyzje, odbija sie od sciany, I przesuwajac niepewnym gestem dlon po klapie marynary, czyni kilka sprezystych krokow, tygrysim rzutem glowy podrzucajac ruda naturalnie fale z Kanagawa znad czola.

Nic sie nie dzieje. Znudzone fanki nawet nie podnosza glow; jedna dalej rutynowo poprawia makijaz w lusterku, inna czyta, pare kolejnych plotkuje zawziecie w radosnej kupce, ktos tam spi . Jedyne, czego sie biedaczysko dochrapal, to kila drwiacych spojrzen poslanych znad kartek, wypisywanych okraglym kawaii pismem do majacych sie wkrotce pojawic aktorek.

Mlodzieniec zapadl sie w sobie, jakoby wiednacy lotos, I zgarbiony oddreptal niezgrabnie w mrok.

Zal mi bylo biedaka, poza tym- podziwialam jego odwage I determinacje. To byl samobojczy krok. Probowac mierzyc sie z `idealem mezczyzny`- to juz lepiej kupic sobie pasiaste rajstopki I farbe `na Stewarta`.

Ale czego nie moge absolutnie strawic u japonskich facetow, to ich dlugie paznokietki, opilowane w zabojczy szpic, wyglancowane na blysk, niekiedy polakierowane. I nie o lakier mi tu chodzi, absolutnie. Ale ta dlugosc to dla mnie szczyt niemeskosci, najwieksza creepyness, jaka dotad tu widzialam. Nasuwa mi skojarzenia z tymi wszystkimi psychotykami, zamykajacymi zony w komorkach na dachu… I jak widze te malo meskie dlonie o dlugich pazurach, zaciskajace sie miekko na damskich torebkach, noszonych zreszta czesto w damski sposob, to po prostu wyc sie chce- gdzie ci mezczyzniiiiii na miare czasu???

Orly…>_<

Sokoly….?. O_O

Herosy??!! X-DDDD

Kraj skopanych tozsamosci. Bojcie sie, bo jak wroce, moge byc tak naprawde zlowrogim klonem doktora Caligari; z wloskimi korzeniami, oczywiscie. Bede innym czlowiekiem! Przemiana juz sie zaczela, od torby i- jak widac- imienia. A bedzie gorzej….}:P

Jeszcze jeden dowod usilnego dazenia Japonczykow do jakiejs innej jakosci bytu: zamilowanie do umieszczania zagranicznych napisow na ciuchach, torbach, kubkach- wszedzie. Tylko zeby jeszcze te obce jezyki znali….

Nie odmowie sobie przyjemnosci podzielenia ta krotochwila. :D

`Rock music is never die` glosi zapalniczka; z kolei torba na zakupy obwieszcza, ze: `It is great| and I want you| you who are the bag| which is easy to use to surely use`. Fik.

środa, 01 listopada 2006
Kimono strikes back!!!

Wiec-zaczelo sie tak, ze wczoraj byla imprezka. Co prawda, ludzie byli opornymi twardoglowymi, niechetnymi do pojecia -ze tak to ujme- ducha Wesolych Zmarlych. Dopiero metody nacisku bezposredniego sklonily niektorych do przyozdobienia sie nieco wedle wymogow chwili, ale reszta...Zawod wielki. A ja skorzystalam wreszcie z okazji, zeby zrobic to co lubie, to czego jestem tu pozbawiona, w miescie bez knajp, imprez, zycia nocnego ( poza jeleniami, ktore zuja swiat niezaleznie od obrotow cial niebieskich). I nie mam tu na mysli tanca na stole. Chodzi o to, zeby walnac sobie odjechany makijaz, owinac sie boa, dziabnac strzemiennego i wskoczyc w klab piany. Boa i piane musialam wykreslic z listy rzeczy-do-zrobienia, ale makijaz byl zacny, a zubrowka- jak najbardziej prawdziwa. Do rozlamu doszlo, gdy mielismy juz wlasnie realizowac plan szukania karaoke, by kontynuowac milo zaczety wieczor. I slysze - herezje. Plugastwa slysze! `Pozno jest`--23:00: `Szkola jutro`--no, jutro, wiec o co chodzi; i rzucone z pobladlym licem` Praca domowa jest!`--....litosci. JEDNA strona. Oj, roboty do rana, faktycznie, kofeina dozylnie raz!...O_o` Parszywi zdrajcy.

Poszlismy w miasto w czworke, i gdy wrocilismy po godzinie, nadszedl przelom. Abbie-sempai uprzedzila mnie, ze nadejdzie niechybnie. Przelom jezykowy, ale rodzinnego jezyka. Bowiem wrociwszy, przysiadlam na krawezniku przed akademcem, i puscilam w nocne niebo niekrotka wiazanke. Malo wyszukana, ale z serca plynaca. Opanowal mnie stan bliski klautrofobii, gdy sobie uswiadomilam, ze podczas spaceru przez centrum miasta spotkalismy mniej niz dziesiec osob. GLUUUSZAAA!!!O_O  Szczesciem, kilka osob jeszcze nie spalo- w koncu, nasaczeni alkiem jak gabki, musieli dac upust imprezowemu nastrojowi, wiec stali przed akademikiem. Yaaay, sounds lika party... Oni to pomogli mi przerwac te czarna, jakze czarna chwile.

Poranek dzis byl za to truuudny. Leb jak sklep...I zaraz po zajeciach- prace domowa oczywiscie zrobilam rano, w kwadrans- rowerkiem do Shousoinu, gdzie wreczono nam nowa porcje makulatury, ubrano w kimona i postawiono przed muzemu na dobre 40 minut, tak zeby wszyscy mieszkancy Nary aby na pewno zdazyli nam porobic zdjecia. Robili je, wierzajcie mi. Jutro kupie Asahi Shinbun, zeby wiedziec, czy odtad mam nosic papierowa torbe na glowie.

Kimono swoja droga to fajna sprawa. Ubranie go to nie takie hop co prawda. I dlaczego, o dlaczego wydawalo mi sie, ze Japonki nie nosily gorsetow??? Haha, naiwnosc...I nie jest to kwestia figury, zareczam; kolezanki-trzcinki rowniez mowily z tym charakterystycznym przydechem, jakiego nabywasz, gdy twoja przepona wita sie z kregami. Obwiazano mnie licznymi sznurami- to z kolei, dziwnym trafem, przywiodlo mi na mysl jeden podpunkt wszetecznej gry, w jaka gralam latem. Cos o erotycznym wiazaniu... Zboczone skosy.

Gdy juz obejrzalam nudna wystawe- odgrywajac wyrezyserowane scenki naturalnego ogladania, dla nieodstepujacego nas pana fotografa, instruujacego caly czas, gdzie mamy spojrzec, jak stanac, by bylo `naturalnie` O_o`- i zostalam obejrzana przez tlumy ( dwoch chikanow umknelo bezkarnie moim lokciom, niech ich szlag), powleklysmy sie - ja z narastajacym lupaniem w czaszce i piaskiem po powiekami - do ogrodu, zuzyc kupon na herbate. Ledwo usiadlysmy na laweczce- ostroznie, by nie zmiadzyc przepony bardziej, niz juz to zrobiono- kolo nas wyroslo paru fotografow, ktorzy postanowili porobic nam zdjecia, jak ta herbate pijemy. I jak jemy ciasteczko. I patrzymy na staw. I jak nie patrzymy na staw. ~_~`

Ledwo sobie poszli, ich miejsce zajal pan dziennikarz, ktoren przeprowadzil wywiad. ` Jak podobala sie wam wystawa, bardzo ciekawa, prawda?`-` Tak`- `A to pierwszy wasz raz w Japonii, czyz nie tak?`- `Tak`-`I pierwszy raz nosicie kimona pewnie, tak?`- `Tak`- `Ladne sa, nieprawdaz?`- `Prawdaz`; tu- mala przerwa w serii pytan:` Oo, ale swietnie mowicie po japonsku` ........Kolo bez ochyby jest mistykiem; wyczul nasz potencjal jezykowy w niewypowiedzianym. ~_~`

A potem zostala nam jeszcze godzina, z ktora nie mielismy co zrobic, mi dodatkowo odpadala z bolu glowa, wiec poszlismy do ogrodu, gdzie porobilismy sobie mase smiesznych zdjec. Co prawda, nie dochrapalam sie pozadanego zdjecia cyber gejszy, w okularach slonecznych,ze sluchawami i komora, ale jeszcze nadejdzie ten dzien....}:D  Straszny zas byl moment, gdy przez chwile nieuwagi zgubilam reszte i zostalam sama- w kimonie- vs wszyscy ci przeygladajacy mi sie Japonczycy; i do przebieralni musialam przetuptac drobnym kroczkiem przez caly muzealny kompleks. The horror....Po wyplataniu sie z ciasnych objec materii i wlozeniu swoich ciuchow przezjakis czas nie moglam sie pozbyc glupiego wrazenia, ze zapomnialam o czyms, lubo- nie pozapinalam sie? Zgubilam cos? Po prostu- nie czulam intensywnego naporu materii na cialo w momencie wdechu. :P Ogolnie rzecz biorac- bylo smiesznie.

W niedziele chca nas zmusic do spiewania sakury, ale mysle, ze przypadkowo tego dnia bede gdzie indziej. Norma malpki wyrobiona, so peace---off }:P

CURRENT MOON