RSS
poniedziałek, 24 listopada 2008
Bazyliszka Mariacka

 

Eksploruję Gdańsk na różne sposoby, czy to pieszo- z łubianką pełną dóbr z odległego ledwie 1,5 kilometra sklepu, usytuowanego na samym najczubasiastszym czubku Cygańskiej Góry- czy umysłem samym błądząc po nieistniejącym już świecie z prozy Huelle czy Grassa. Ale zabawna rzecz: choć sumiennie czytam te malownicze kawałki, i piękne to rzeczywiście jest, ogarnia mnie co najwyżej melancholia na myśl o zmiecionym z powierzchni Polski mieście; jednak wystarczyło, by w tekście pojawiło się słowo „Sopot”, w zdaniu opisującym ładną trasę okołooliwską, a moje skupienie zyskało nową jakość, zainteresowanie skoczyło o dodatkowe kilka kresek. Nu wot...Może ja i nie takie stare drzewo, żeby jednej czy drugiej interwencji ogrodniczej nie przeżyć, ale żaden ze mnie Danziger. Co tu dużo gadać...Lubię mój sopocki grajdołek.

W piątek zapoznałam się z jednym z gdańskim klubów i spędziłam tam uroczą noc, choć na koniec, zupełnie bez złych intencji, buchnęłyśmy z Fasolką czyjąś kurtkę, mylnie sądząc, że Florek-sierota wyszedł półgoły na mróz.

Cóż- nie zrobił tak.

A teraz ja tam muszę wrócić i grzecznie oddać kurtkę, może człek, którego zmusiłyśmy do hasania po mrozie w pulowerku, przeżył to doświadczenie i kiedyś zgłosi się po swoją własność XD Z innych plusów- tej nocy potwierdziło się, że ja nie muszę być w trwałym związku, ba- nie powinnam! Skoro nawet przypadkowy nieznajomy, człowiek, z którym raptem przetańczyłam pół nocy, nagle wyskakuje z małżeńskimi pretensjami, że „tak mało czasu mu poświęcam”. O_o’’ Ghhhk! Ja chyba po prostu przyciągam maniaków. Specyfika miasta, bez ochyby.

Teraz zaś miałam okazję pospacerować po Gdańsku w doborowym towarzystwie, robiąc za przewodnika-amatora dla H.&M., że posłużę się takim przebiegłym kryptonimem.  Poszliśmy między innymi do bazyli(sz)ki- w ramach niedzielnej łaski na wejściu wyjątkowo nie było herodbaby-bramkary, która ostatnio spłoszyła mnie i jeszcze grupkę pechowych turystów grubym „Ale tu sie płaććciiii!!”. Ruja i poróbstwo, od odpustów, przez bilety do kościoła, a tylko patrzeć, jak mili bracia chrześcijanie będą mogli sobie kupić wejściówki do samego raju. Kanciarze...

W Mariackim niewiele się zmieniło, choć od czasu, gdy byłam w nim ostatnio, stracił nieco z surowego uroku betonowego schronu. Ściany pobielona jak pruska stodoła, po kątach rozrzucone okazy sztuki sakralnej z wielu epok- zbiór, którego różnorodność jest cudowna w swojej przypadkowości. Czy ktoś kiedyś zwrócił uwagę, że na „Sądzie ostatecznym” Memlinga większość aniołów- poza kilkoma spedalonymi serafinami- ma czarne skrzydła? I że po stronie zbawionych nie ma bodaj ani jednego mnicha, za to po stronie piekielnej, ho ho...Widzieliśmy interesującą grupę posągów: chudy jak Św.Hieronim starzec z niedorzecznie rozłożystymi- w porównaniu do wyniszczonego ciała- skrzydłami, został uchwycony w tanecznym półprzyklęku przed rozpląsaną postacią niewieścią o pozłacanych sutkach. Śmiałe przedstawienie jak na świątynię katolicką, nie powiem :P Obie Madonny, Ostrobramska i Jasnogórska, tkwią na przeciwległych ścianach, jak bossowie gangów, którzy przyszli na ustawę i na razie tylko obcinają wrogów twardym spojrzeniem; nadziane na kawałki metalowych sztab figury aniołów o foremnych, giętkich ciałach i niedorozwoju umysłowym, wpisanym w krzywe, psychotyczne uśmiechy; posąg tańczącego króla, którego oczy wyglądają tak, jakby ekstatycznie wywrócone do góry białka miały zaraz drgnąć, przebijając człowieka palącym spojrzeniem ożyłych znienacka źrenic; wreszcie obraz „JezuufamTobie”, który nie pozostawia patrzącemu najmniejszych wątpliwości, że Jezus powstał z martwych. Ale najpierw sobie w grobie tak fest poleżał.

Wśród tych wszystkich atrakcji dziwnie mocne wrażenie wywiera stara, XV-wieczna pieta dłuta tajemniczego „Mistrza z Gdańska”. Ot, pyzata matka boska, Jezus o dziwnie sztywnym korpusie, nie do końca proporcjonalne ciała, typowa praca średniowiecznego artysty. A jednak warto się przyjrzeć dłoniom obu postaci i wyrazie oczu Marii; i cóż, że anioły mroku, że bojowe Madonny, złotocyce bachantki i Jezus-zombi- odkrycie potężnych emocji, czających się w splocie tych drewnianych rąk, jest jak szok elektryczny; założę się, że równie poruszeni byli Florentyńczycy, kiedy Michał Anioł odsłonił wdzięcznie przegiętego Daffidka. W niektórych dziełach po prostu tkwi moc. O_O

Wreszcie przeparadowałam w mojej czerwonej uszance przed zerkającą na mnie czujnie a z ciekawością rosyjską wycieczką, odwzajemiłam się spojrzeniem pełnym ukrytych (nawet przede mną) znaczeń i prysnęłam przetestować piwo bananowe. Test wypadł bardzo pomyślnie- Gospodin, cara chrani! 8-D

A tu moja wersja komiksu- cóż, jego skromnej części raczej- który możecie obejrzeć na blogu Tenelli :)

 

wtorek, 18 listopada 2008
Siztaaz comando

Dowiedziałam się nowego chwalebnego szczegółu ze swojej wczesnej młodości!

Otóż dziecięciem będąc kilkuletnim, niezwykle upodobałam sobie wykorzystywanie słów aż poza granice ich sensu. Takie jest ponoć ćwiczenie we współczesnych książkach dla domorosłych filozofów, którzy chcą w sobie wykształcić wrażliwość na świat i odkryć nowe aspekty bytu: powtarzać jakieś słowo - lub swoje imię- tak długo, aż stanie się nic nie znaczącym dźwiękiem.

Rany...To ludzie po to muszą aż książki czytać mundre? Pff. }:) Opanowałam to jeszcze w dziecięctwie, i to na najbardziej kontrowersyjnym przykładzie. Otóż każdy paciorek, zamiast słowem "amen", kończyłam bluźnierczym "Bobek", doprowadzając tym moją przyszywaną babkę do spazmów. Nic nie odnosiło skutku, ani łagodne perswazje, ani surowe słowa nagany. Bobek wieńczył każde modły, a dorośli nie zdołali znaleźć sposobu, by skruszyć moją naturę heretyka. Heh, zawsze byłam człowiekiem dyskordii! Poza tym to tak miło jest się dowiedzieć o sobie czegoś pozytywnego dla odmiany :]

Mrozy nadeszły i skuły nasze góry (Matarniowy Wierch) wieczną zmarzliną. Niedługo moja czerwona uszanka wyjdzie z szafy; jeszcze przyszyję do niej odblaskową rybkę, i zima nareszcie zyska nieco powabu! Trzeba się czymś optymistycznym pokrzepiać w sytuacji, gdy na ogrzewanie i ciepłą wodę w mieszkaniu nadal widoki mamy marne.

Aha, poszukuję opowiadań Łukianienki po rosyjsku! Muszę je dorwać, bo mam już dość zawieszania się co kilka zdań i zgadywania, jak to musiało brzmieć w oryginale. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...Współpraca zostanie doceniona! (mam kilka uszanek do rozdania). Brak współpracy natomiast- zauważony...

wtorek, 11 listopada 2008
Owoce (morza) w żelu

To propozycja kulinarna, jaką stworzyłyśmy razem z Leną i Fasolką dla bawiącej w 3mieście Warszawki, w Parlamencie, podczas przedłużającego się oczekiwania na drum'n'bassowy koncert. Ludzie, swoją drogą- nie chodźcie tam. Owszem, sprowadzają czasem gwiazdy, wystąpiła Pati Yang, Dj Vadim i Dj Krush; ale i złe rzeczy się dzieją- basy, przerzynające kościec, i sprasowujące mostek i kręgosłup w jednolitą, drobno siekaną miazgę, decybele ogłuszające nawet wówczas, gdy człek siedzi w najdalszym krańcu lokalu, zmuszające do toczenia konwersacji krzykiem...Zastanowiłam się, jacy są ci ludzie, którzy chadzają na podobne imprezy. Na pewno okaleczeni. Półgłusi, odcięci od całego morza zmysłowych doznań, które- na skutek kastracji wspomnianych  zmysłów- nigdy nie staną się ich udziałem. Smutne. I przerażające, bo w krainie ślepców jednooki to nie prorok- to mutant.

Niektóre wystąpienia, jak np. DJ'a Kluchy (no dobra, oficjalnie chłopak każe się nazywać "Lukid", ale ja przejrzałam go na wylot i poznałam mym trzecim okiem jego prawdziwą naturę. To Dj Klucha jak żywy O_O ) brzmiały, jakby grajek po raz pierwszy w życiu dorwał się do stołu mikserskiego, pełnego tych wszystkich fajnych guziczków i suwaków. Które można ponaciskać i poprzesuwać, w dowolnych kombinacjach, i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Osobiście bardziej by mnie porwał efekt koncertu, wygrywanego słomką na prawie pustym dnie szklanki po Mojito- taka słomka to zaprawdę potężna rzecz; że nie wspomnę o mocy drinka samego w sobie...Tytuł utworu- "Oczekiwanie". Tenella miała naprawdę szczęście, że kiedy przemyciłyśmy ją do lokalu (techniką podobną do tej, jaką zalecam przy próbie dostania się do snobistycznego klubu z wejściem "na dobry humor bramkarzy", w tym wypadku zaś było to po prostu uporczywe i natrętne nękanie menagerki sali), skończyły się właśnie występy Kluchy i Pati Yang (rozczarowanie...), więc załapała się na tą część, która była- dalece i śladowo, ale mimo wszystko- spokrewniona z muzyką. Przez adopcję co prawda...

Ale flądra, posypywana cukrem pudrem, z bitą śmietaną i owocami morza w żelu, jako tradycyjny trójmiejski wypiek - z pewnością potrafi rozjaśnić nawet najmroczniejszy dzień. A przynajmniej zmienić go nie do poznania.

Takie i inne atrakcje ten weekend mi umiliły; jednocześnie zaś przypomniałam sobie znienacka pewną rozmowę sprzed wielu lat, chyba najciekawszą i jedną z najbardziej ważkich w moim życiu. Na pewno najdziwniejszą; to, co wówczas powiedział mi nieznajomy człowiek przed dworcem w Kielcach, wraca do mnie co jakiś czas, i za każdym razem coraz większą część rozumiem. Coraz bardziej się z nim zgadzam. Teraz uświadomiłam sobie, że pozostał jeszcze jeden punkt; jedna, jedyna rzecz, co do której nadal mam wątpliwości, i być może to ja mam rację, a on się mylił. Ciekawe, czy jeszcze żyje...Nie będzie miało dla nikogo znaczenia (ani sensu) co wówczas usłyszałam, ale rzecz w tym, że warto czasem wysłuchać ludzi. Tych, których byśmy normalnym biegiem rzeczy zignorowali, minęli szerokim łukiem, lub uciszyli. Obecność szaleńców bożych w minionych wiekach musiała być czymś uzasadniona, więc choćby to był szemrany typek, szaleniec lub wróg- czasem warto posłuchać. I zapamiętać.

sobota, 08 listopada 2008
Trzecia osiemnaście do Gdańska

Magiczne słowa. Środek imprezy, szaleństwo, tłum falujący w jakimś pierwotnym rytmie, zgrany i ukołysany w równym pulsie, tak, że nawet do kolizji nie dochodzi, cały czas podbijany w górę głosem Glenskiego, który, niczym w transie, niezmordowanie beat-boxuje do mikrofonu. Dla porządku pytam w przelocie kogoś o godzinę, i słysząc "Trzecia"- gwałtownie hamuję.

Dobiega mnie cichy śmiech; "Trzecia osiemnaście, prawda?...". "To Yuma" powinien dodać...I nagle zawirowanie w tłumku, fala ludzka płynie do drzwi, na ulicę; już pędząc w górę Monciaka, widzę ludzi, którzy jak przebudzeni, rozczochrani i rozchełstani, wypadają z klubów i przyłączają do marszu na zachód. Trzecia osiemnaście, a potem jest kosmiczna pustka, i eon przerwy w komunikacji nocnej. Czuje się posmak nadciągającej apokalipsy, i ten pociąg, niczym Arka Noego, jawi się jako jedyny, który jest w stanie nas uratować na czas. Ostatnia szalupa na Tytaniku. A można się tam napatrzeć...Że ho. Ciekawsze to i zabawniejsze, niż rzekoma "komedia" "Tajne przez poufne" (Burn after reading) braci Coen. Widział to kto? Rozczarowanie sezonu, słowo daję, poza rolą Buratto, of koz. On miał zabawne momenty ("You think it's Schwin?.."), cała reszta nie warta jest opisu, więc sobie podaruję.

Wrócę jeszcze do "Portretu Doriana Graya", albowiem ku mojemu zdumieniu- znalazłam na sieci bardzo niepochlebne recenzje. Z maja, owszem, może od tego czasu aktorzy doszlifowali to i owo, Domalewski wyhodował sobie dłuższe włoski, bardziej z epoki, a Baka dopracował  upadek na metalową podłogę. Nie wiem; pozostanie dla mnie zagadką to, jak bardzo różnią się gusta moje i krytyków teatralnych. Bardzo często stoimy na przeciwnych biegunach: mi się coś podoba- krytyka zjada to ze szczętem; ja umieram w teatrze z nudów- krytycy wychwalają pod niebiosa "transgresywność i nowatorstwo", WTBFE.

Ponoć tu nowatorskie podejście było nie w smak teatralnym wyjadaczom, no a już te podkreślone sceny homoerotyczne- zupełnie nieuzasadnione. Że niby Dorian i Lord Henryk, prawda...Niedorzeczne! W ogóle, cała ta atmosfera skandalu wokół Wilde'a-sodomity jest nadmiernie rozdmuchana przez biografów pisarza, tak naprawdę on miał kompleks Edypa. Niechybnie, to to.

Moim zdaniem to, że scenografia była nader oszczędna, a do epoki symbolicznie nawiązywały jedynie fragmenty kostiumów Doriana-zepsutego i Lorda Henryka, jeszcze dobitniej wystawia ocenę talentom aktorskim obsady; oni nie potrzebowali rekwizytów, draperii i kandelabrów. Zbyteczny był obraz, czy choćby pusta rama, oznaczająca wiadomy portret. Gra artystów była tak nasycona, żywa i autentyczna, że zbędne były zabawki, których zadaniem  byłoyby dopowiadać co powolniejszym widzom "ossochozi".

Cóż, widocznie krytyka nie radzi sobie z nadmiarem abstrakcji... }:-) I z dwójką całujących się mężczyzn, u Wilde'a w ogóle nigdy nie było takich insynuacji, przecież; a "Teleny'ego" napisali pewnie jacyś niewyżyci purytanie. Jak to oni.

czwartek, 06 listopada 2008
Portret widowni Doriana Greya

Pójście do teatru, szczególnie wówczas, kiedy ostatnio było się tam ładnych kilka miesięcy temu, i tysiące kilometrów dalej- zawsze jest jak łyk boskiego nektaru.

Jednakowoż wybranie się tam w towarzystwie kilku grup wychowanków placówek w podobie Caristasu, tzw. trudnej młodzieży- może być nieco ryzykowne. Zwłaszcza, kiedy na scenie daja "Portret Doraiana Greya".

Sama inscenizacja- doskonała, aktorsko świetna, nawet sam protagonista, którego grał jakis świeżynek po szkole, z paroma bardzo wyraźnymi manierkami; ale im Dorian był paskudniejszy, tym gra tegoż aktora lepsza. Ot, co zło czyni z ludźmi :P Reszta, well...Bazylego grał aktor tak fantastyczny,  do tego przystojny i postawny, o pięknym głosie i w ogóle, że ach- strrrrasznie mi się Bazyleusz podobał *_* Natomiast Lorda Henryka grał Mirosław Baka. Uwielbiam go. Boszsz, gdyby miał fanklub, to bym się zapisała...Kilkakrotnie widziałam go na deskach czy to Teatru Wybrzeże, czy to Kameralnego, ale szczególnie dwie role będę sobie cenić: Hamleta, z której to postaci Baka wycisnął wszystkie soki, nie oszczędził żadnej co smaczniejszej warstewki znaczeniowej papierowego oryginału. Jako Lord Henryl pobił wszystkie rekordy.

Ale helloooo- to był Oscar Wilde, tak? MOmenty były. I teraz wyobraźcie sobie, co mogła zrobić widownia, pełna trudnej młodzieży, kiedy Dorian i Alan zaczynają się całować i miziać na scenie, albo gdy opuszczony przez swą muzę Bazyli urządza performance, w ramach którego zaczyna się miotać nago po scenie. I tak nie było najgorzej; myślę, ze absolutna obojętność reszty widowni na sodomiczne ekscesy wywołała niejaki zamęt poznawczy dzieci, dlatego tylko jęczały ze zgrozą, kiedy Dorian zaczynał się filuternie bawić paskiem od szlafroka. Ale już nie krzyczały :D

Szok większy: świętoszkowate oburzenie niektórych wychowawców, że placówka młodzieżowa zabrała podopiecznych na "tak demoralizujacą, obrzydliwą sztukę". A ten cały Wilde to pewnie tylko jakobiński wymysł lewaków. Pedałów, Żydów, masonów i cyklistów -_-'

Taaaa... Wielkie brawa dla aktorów, że mimo tak trudnego odbiorcy zagrali mistrzowsko i nie zawahali się przed niczem.

Niczem absolutnie... Wniąsek- lubię sztukę wyzwoloną :D Ale jeszcze bardziej wyzwolonych aktorów. ;)

niedziela, 02 listopada 2008
Po drugiej stronie znicza

„Wysmukła postać niewieścia w czarnej sukni, o bladej twarzy, z której bronzowe oczy spozierały ze smutkiem i znużeniem na świat, zatrzymała się na środku drogi, przysłuchując się głosom, dochodzącym z lasu. (...) Stała bezwiednie i tylko oczy jej wodziły trwożnie wokoło, jakgdyby szukała drogi do ucieczki. (...)”

To z „Wyzwolenia pani Jutty”, która to książka nie jest, wbrew pozorom, dziełem markiza-pejczoluba. To romanticzny dramat i dramatyczna romanca J.Courths-Mahler, bardzo piękna, polecam miłośnikom trafnych metafor:

„Doktór Diehl także robił bardzo wytworne wrażenie. Jego wysmukłe roześmiane oczy spoczęły przelotnie na zebranych (...)”.

Cudne! Nagle zapragnęłam aż poczytać sobie znów coś gotyckiego. Coś w rodzaju „Sylas posępnie krążył po mrocznych korytarzach zamczyska, mnąc w rękach bluznierczy koronkowy fular w wyrazie niewyslowionej wscieklości...”

Zapomnialam o „bezboznym” i „plugawym”. Cholera... No nic, dodajcie odpowiednio do „Sylasa” i „korytarzy”. Albo na odwrot, bedzie soczysciej.

Wesołych Zmarłych przebiegło w miarę bezkolizyjnie, choć w napięciu. To przedziwne, ale jakoś każde święto sprzyja konfliktom międzyludzkim, a przynajmniej rodzinnym. Czy to tylko u mnie tak?...Nieważne, dość że zaskakująco mało ludzi się poprzebierało, czy też- nie dali się dostrzec w Gdańsku. Podejrzewam, że przemykali się do SKMek z wypchanymi siatami, tam, ukryci za czułym parawanem kanarów, przedzierzgiwali w fantastyczne stwory, by potem, z pełnym splendorem, wysiąść na peronie w Sopocie.

Bo w Sopocie można być dziwadłem, żadne uchybienie dla dobrego imienia. Poza nim, cóż....Lepiej, żeby cię znajomi nie widzieli. -_-‘

Albo weźmy na przykład niepokój L., co powiedzą w pracy na jego pofarbowane na rudo włosy i brodę. Co najdziwniejsze- wszyscy mu przytakiwali! Że „tak, faktycznie, może być jazda”. Dlaczego dla ludzi to normalne?! Dlaczego taka ingerencja w cudzą prywatność jest sankcjonowana- czy ludzie nie mają już za grosz poczucia własnej godności i odrębności? Nie rozumiem tego i chyba nie zrozumiem nigdy- dlaczego kolor włosów na CUDZEJ głowie ma być miarodajnym wskaźnikiem jego zdatności do pracy? W końcu- co to kogo obchodzi, co ktoś sobie robi na głowie/w uszach/pępku,etc.? Oczekuję sensownych, logicznych pomysłów. I nie, kwestia „bo wizerunek firmy” i „ludzie nie zaufają w banku człowiekowi, który ma okolczykowaną twarz” nie jest dla mnie sensowna. Wizerunek firmy to uniform, schludność i uprzejmość. Nie zaś barwa owłosienia czy kolczyki zasłaniające policzek. Idąc dalej tym tropem- nie pozwólmy niepełnosprawnym wykonywać takich reprezentacyjnych zawodów! W końcu na miłość boską: *teatralny szept* nawet nie wstaną na powitanie klienta. O_O Wstydu chyba nie mają.

Och, no chyba że wykonujemy pracę, w której nasze ciało jest znaczącym elementem przetargowym. Wtedy, rzeczywiście, posiadanie jedwabistej, gładkiej skóry i złotych pukli, które klient mógłby sobie owinąć wokół palca, może być rozstrzygające. Niestety, ale muszę tu być uczciwa, każdy związek zawodowy mnie poprze: tatuaż na tyłku nie wchodzi w grę, jest eksponowany zbyt często. W poważnych urzędach zwykle nie jest to regułą, ale wobec tego nasuwa się pytanie, dlaczego tyle osób tam pracujących jest skazanych na szaro-burość i skórę gładką a nieskalaną? Hmmm, ciekawe...Może L. nawet nie wie, w co się wpakował O_O

Samo święto, znaczy się krucjata na groby, było bardzo ubogacające; to fantastyczne, jaki się wyścig wówczas zaczyna. Konkurs na jak najlepsze, jak największe, i najpiękniej ustawione znicze; na pewno muszą być bardziej-cokolwiek od zniczy na sąsiedniej mogiłce. Cudownie, w końcu nastąpi eskalacja, i na płytach nagrobnych zapłoną latarnie.

Morskie.

Ja osobiście najlepiej na tym wychodzę, bo rozjarzony tysiącami światełek cmentarz to naprawdę przepiękny widok. Stoję sobie wówczas bezwiednie, i chłonę. Wysmukłym okiem.

Koło roku znów się przeturlało o pełne 360. Mazzltov, cosmic children! Niech ten rok będzie trochę ciekawszy w waszym życiu, niż miniony J

CURRENT MOON