RSS
sobota, 28 listopada 2009
Oj, tańcowalibyźwa- ale mała izba! :D

Co tu dużo gadać- naprawdę zachorowałam na stroje ludowe.
Nie że wszystkie, z każdego regionu, ale te lubelskie i łowickie, no i cieszyńskie, gdzie kobiety noszą takie łańcuszki przy serdaku... Jakie to wszystko śliczne i kolorowe! *_*
Możliwe, że to reakcja na zimową kolorystykę polskich ulic- co było do przewidzenia, z moim zamiłowaniem do kolorów; dzień w dzień widzieć te czarne, szare i bure kapoty?... Słabo się robi; słabo, posępnie i zimno na duszy.
Może dlatego ostatnio sama noszę nadzwyczaj papuzie zestawienia barw. Jednak taka śliczna lubelska czy łowicka kiecka, albo przynajmniej stylizowana na strój ludowy, to byłoby to.
Tak samo zastanawiałam się nad polskimi tańcami ludowymi, ale już z mniejszym zachwytem. Porównałam je sobie z tańcami afrykańskimi.
I w czym tkwi różnica: w Afryce taniec to była zarówno rozrywka, jak i modlitwa, odwzorowanie życia, pracy na polu, łowów, cała ich obrzędowość, namiętności życia, związanie z ziemią, przodkami- wyrażała się w tańcu. Można wręcz powiedzieć, że tańcząc, wybijając stopami rytm w spękanej ziemi, potwierdzali i wzmacniali swoją z nią więź.
U nas taniec to była tylko uciecha. Zwykła rozrywka albo rytuał godowy. Dlatego te oberki i kujawiaki wydają się jakieś takie płaskie i powierzchowne; no owszem, kręcą się wesoło w kółko jak bąki, panny piszczą, panowie wydaja gromkie okrzyki- a wiadomo, że chodzi tylko o ten stóg siana za stodółką.
Być może ubogość przekazu i kroków w polskich tańcach ludowych wynika poniekąd właśnie ze stroju? Te sztywne bawełniane serdaki, grube kapoty... Co innego można w tym robić, poza kręceniem się w kółko, z prostym grzbietem?
W afrykańskich przeciwnie, elastyczne gibanie się całego ciała, wszystkie te krewkie i nieokiełznane hołubce są możliwe m.in. dzięki lekkim, nie krępującym ruchów strojom, lub- ich brakowi, po prostu.
Górnie rzecz ujmując: bawełniana, suto haftowana zbroja obyczaju odcięła nas od natury :)
Paradoksalnie, żeby tę więź odzyskać, już lepiej zabrać się za afrykańskie tańce, niż wpisywać w szeregi Mazowsza.
Co do samych naszych rodzimych tańców: i w kujawiaku, i w oberku jest taki krok, kiedy mężczyzna, trzymając wirującą pannę w pół, fruwa wokół niej w przysiadzie, co jakiś czas opadając w przyklęk, przez co jakby sunął goleniem po ziemi.
przez chwileczkę tylko. Potem znów w przykucu, i znów przyklęk...
Pewnie kiedy jeden kolega Kolberga z drugim poszli na wiejską potańcówkę, żeby nauczyć się tańców i przekazać je potomnym, byli świadkami jak Antek z Jaśkiem wzięli się za obtańcowywanie dziewcząt, ale zdrowo popiwszy- potykali się cięgiem.
Jednak, przechowując wykreowany przez Orzeszkową romantyczny obrazek chłopa polskiego, badacze nie dostrzegli w tym wpływu gorzałki i zaliczyli to pijackie wleczenie nóg za sobą w listę króków tańców naszych ludowych :DDD
No i mammy: hyc hyc- Łup! wloooook....hyc hyc- Łup!.. :D
środa, 25 listopada 2009
Plemienne fluidy

Policzylam sobie, ze gdybym chodzila na urodziny wszystkich znajomych z FB, to co najmniej cztery razy w tygodniu jadlabym tort O.O
Swiat niesie w sobie zalazek blogiej szczesliwosci, i nawet jesli czlowiek nie skorzysta z calopaku, to ma SWIADOMOSC.
Swiadomosc tortu, w tym wypadku.
Niezjedzonego i nie odkladajacego sie w biodrach- tym bardziej :D
Choc taki kremik, prosze ja was....Czekoladowy, z rumem...M-m. Bliss.
Jestem wlasnie po pierwszych zajeciach z afro jazzu.
Kondycyjnie to, mili panstwo, leze i kwicze, w koncu przez minione dwa miesiace moja glowna dzialalnoscia sportowa byly Przygotowania Do Nordconu (psyk, psyk, mrug, mrug, milcze jak grob) und nicht mehr, poza tym przeziebienie to slabnie to dochodzi do sil, wiec lezakowalam jak przednie Don Perignon; dzis przypomnialam sobie, ile miesni moze czlowieka zabolec podczas wchodzenia na kraweznik.
Ale bylo swietnie :D
Na razie jest przewaga `afro` nad `jazzem`, ale tribala tez zawsze chcialam poprobowac. Wyszedl ze mnie dziki, no wiedzialam, ze predzej czy pozniej dosiegnie mnie plemienny zew. Nawet sie dochrapalam pochwaly  *_*
Czyli zabranie wloczni bylo dobrym pomyslem ^^ Nastepnym razem zabieram wioskowego szamana i lamparcia skore, a co- trza sie pokazac! I odbic nasze slonie. Czy cos.
piątek, 20 listopada 2009
Tabor odjechał

Mój świat legł w gruzach.
Wróciłam właśnie (między innymi) ze spotkania autorskiego z Jackiem Milewskim, cyganologiem, autorem zbioru opowiadań "Dym sięrozwiewa", na którym się dowiedziałam, że część legend cygańskich, które Jerzy Ficowski zebrał i opublikował w tomie baśni "Gałązka z drzewa słońca" jest niczym więcej, jak wytworem wyobraźni pisarza!
O rozpaczy!...Czyli że co? Że gwiazdy wcale nie powstają od uderzenia brzozowym kosturem w palenisko, ślad ptasich łapek nie jest wcale tajemnym pismem, a w dziuplach drzew nie mieszka Matuja?? W co wierzyć- KOMU wierzyć? Chyba znów poprzestanę na perskiej poezji winnej, bo gdzie nam, śmiertelnikom, dociec Prawdy...
Dociekać można, a jakże.
Ja decyduję się wierzyć, że te najpiękniejsze baśnie są prawdziwie romskie. Tako rzeczę. 8-|
Po licznych tego wieczoru spotkaniach zachciało mi się tańczyć, ale że godzina -22 z kawałkiem-  była zbyt wczesna, by móc spodziewać się szalonej biby gdziekolwiek, a także w związku z faktem, iż większość moich znajomych (nie cieszyć się, i w 3mieście i w Poznaniu :P) nie należy do specjalnie tańczących, musiałam powściagnąć zapał. Wracałam sobie za to nieśpiesznym krokiem, przyglądając nocnemu Gdańskowi- nocny Sopot znam jak własną kieszeń.
Potrzebuję jakiejś baśni, szczypty magii, żeby to miasto do końca przyswoić. Już się znim oswoiłam, przyswojenie to kolejny etap.
Bardzo w tym pomaga opowieść utrzymana w kliamcie realizmu magicznego; jednorożca w ogrodzie. To rzeczywiste, namacalne miasto- i magia. Coś takiego, jak "Nigdziebądź" czy "Stoneheart"- opowieści, które pięknie kształtują Londyn magiczny.
O Gdańsku, jeśli się nie mylę, nic takiego nie powstało. Będę musiała zatem zrobić tak, jak z Poznaniem- sama coś napisać, dla własnych potrzeb.
Tymczasem w pociągu czytałam felieton Pawła Amnuela "Czas połamanych rowerów", w którym autor ubolewa nad zgonem rosyjskiej hard s-f, głosi wyginięcie myślących czytelników i upadek standardów, jako argument podając fakt, iż "Fałszywe zwierciadła" Łukjanienki zdobyły nagrodę Interpresskonu, wyprzedzając tym samym "Granicę" Diaczenków.
Hm.
Już kiedyś się wypowiadałam na temat mojego szczerego uwielbienia dla książek Łukjanienki; facet po prostu świetnie pisze i tyle.
Zaś Diaczenkowie są dla mnie synonimem kiczu i tandety; ich twory są straszliwe i banalne, akceptowalne jedynie w sytuacji, gdy uznamy je za powieściuszki dla dwunastolatek. Ich pisarstwo jest skrajnym przeciwieństwem tego, czym jest twórczość laureata Interpresskonu.
Ale pewnie się znają z Amnuelem, albo go kiedyś pochwalili może?... I się poczuł zobowiązany do krucjaty?
Bo nie wiem, dlaczego zagorzały miłośnik i twórca hard s-f pała taką miłością do książek o królewnach i smokach.
Co do samego ginącego i tak przez Amnueala opłakiwanego gatunku- ja rzeczę: i bogu dzięki! Hard s-f... Dla mnie jedynym strawialnym hard s-f są "Tapatiki".
No, ok- cykl Harrisona o Stalowym Szczurze takoż, i jak już, to w ogóle twóczość amerykańskich pisarzy. Potrafili przekazać odpowiedni klimat otwartego i pełnego śmieci z NASA wszechświata, bez zamęczania czytelnika spiętrzonym do ósmej potęgi technicznym bełkotem czy mętną kosmiczną kabalistyką.
Zresztą- mnie bardziej, niż zawiłe losy gwiazd, interesuje- czy się da je stworzyć tym brzozowym kosturkiem czy nie da?...
środa, 18 listopada 2009
Wiuuu...

Cuda, cuda.
Najpierw takie, że magicznymi sposoby pojawiło się światło na klatce schodowej- niebywałe; miesiące apelacji!... życia w ciemnościach!... skrobania kluczem po całych drzwiach w poszukiwaniu zamka!... i wreszcie nastała jasność. Odkrywam zatem z zadziwieniem, że ściany mamy na tej klatce biało-żółte, a poręcz i schody to cudny, kremowo-brązowo-fioletowy melanż. A jak, po pańsku!
Drugi cud to taki, że za tydzień wreszcie ruszają warsztaty afro jazzu, na które czekałam półtora miesiąca. A owóż i są!..Chyba się nie pozbieram po tej nawale niezwykłości. Tym bardziej, że dziś znów ma szaleć po Pomorzu północno-wschodni, prosto z Elzynoru; padające drzewa, zerwane trakcje, morderczy książęta...
Ale i dobrze, niech przetka Miastu kiszki. Byleby nie było mgły, to jakoś pójdzie; pomyśleć- kiedyś uwielbiałam mgłę.
A raczej nie kiedyś, lecz gdzieś. W Sopocie; w Poznaniu nawet! Ale nie w Gdańsku.
W Gdańsku bowiem, w takie wilgotne, ciepłe dni króluje smog. Gęsty, palący gardło, osiadający żelazistym posmakiem na podnienieniu, niegdyś londyński, a teraz rodzimej produkcji - smog. Ledwie stopień słabszy niż wyziew, przed którym barykadowałam się w Shijiazhuangu szalikiem.
Jest to opar do tego stopnia gryzący, że zaczęłam żywić coraz silniejszą nadzieję na rychły atak mrozu. A żeby tak wszystko wymroziła, niech tam- byleby nie widzieć gołym okiem mieszaniny, wciąganej do płuc.
Także, w radosnym oczekiwaniu na pierwsze skowyty wichury, zabieram się do rysowania- wreszcie zeszła mi z dłoni najgorsza opuchlizna pobębnowa i mogę trzymać piórko XD
Nawiasem mówiąc, ja na stewę robię coś nie tak. Inni ludzie nie mają tak zmasakrowanych dłoni po zajęciach... -_-'

P.S. Ach, no tak- do Nordconu zostały dwa tygodnie. Na Holofernesa.. XD
sobota, 14 listopada 2009
Monkey suit

Po raz kolejny naszła mnie gorzka myśl, jak to dobrze tym Japończykom, że nie wykorzeniono u nich zwyczaju noszenia tradycyjnych strojów. Owszem, nie czynią tego na co dzień, ale jednak jest to powszechniejsze wśród narodu, niż u nas, gdzie regionalny ubiór widać tylko podczas świąt na wsiach i w ludowych zespołach pieśni i tańca.
A żeby tak na miasto wyjść, powiedzmy w Wielkanoc czy inne Dożynki, w stroju łowickim czy lubelskim- no toż przecież szopka i widowisko dla gawiedzi.
Szkoda.
Tym bardziej, że -jak widać na przykładzie właśnie Japończyków- te tradycyjne stroje z reguły służyły bardzo wyglądowi; są po prostu ładne, zgrabnie podkreślające sylwetkę. No porównajmy- Japończyk w garniturze a w paradnym kimonie. Czy nawet lekkiej yukacie... Niesamowita różnica.
Garnitury coraz bardziej ewoluują w stronę bezkształtnej kostki, mającej za zadanie ujednolicić mężczyzn. Niewielu wygląda w nich dobrze, a na pewno- mało to interesujące, bo wszystko szaro-bure, podobne do siebie, bez polotu...
Jeszcze w latach 30-tych, 40-tych podkreślały sylwetkę. Plus obowiązkowy kapelusz (mężczyzna bez kapelusza to gołodupiec i w ogole pewnie uciekinier)- sama klasa.
Naturalnie, nie opłakuję tych wszystkich wymuskanych tużurków, surdutów i fraków, paletotów i justacorpsów- choć niektóre były naprawdę twarzowe.


Tak...Nie wymagam od mezczyzn noszenia ponczoch i pudrowanych peruk, ale kiedys, ech- kiedys... Pieknie wygladali.
I wlasnie zeby choc czesc wplywow ze strojow regionalnych przesaczyla sie do wspolczesnej mody meskiej; niekoniecznie barwne hafty i pocieszne kapelutki, ale chocby ta zawadiacka bunczucznosc, jaka jest np. w stroju goralskim.

Skad sie w ogole napatoczyly te nieszczesne garnitury? Ani to ladne, ani charakterne... No dobra, wiem skad, stopniowe upraszczanie XVII strojow doprowadzilo do dzisiejszego ohydnego kaszkietu.
Ale wizja jest przednia: gdyby historia potoczyla sie inaczej, moze gdyby nie wybuchla jedna, a potem druga wojna swiatowa, ktore to wymusily na strojach natychmiastowe przystosowanie sie do walki o przetrwanie, do kobiet na traktorach a mezczyzn w okopach- co by to bylo?...
A mowiac o wojnie: ostatnio zastanawia mnie pewna reklama, jaka cocik czesto rozdzwania sie na jednym z kanalow. Otoz nagle, w przerwie programu, telewizor rozdziera sie w strasznych decybelach, wrzeszczac slogany, zachecajace wszelkich nie-Amerykanow do sprowadzenia sie do Stanow, albowiem tam zycie! tam kariera! tam sukces!...
Dziwne to to. Jeszcze nie tak dawno sporo bylo glosow, przebakujacych, ze fala imigracji tylko zagraza lokalnym rynkom pracy, no i jeszcze te drapiace roznice kulturowe, uniemozliwiajace koegzystencje ludzi roznych nacji. Zas teraz co? Cudowna odmiana serca?
Kiedy po raz kolejny wrzaskliwa reklamowka zaskoczyla mnie i maman do tego stopnia, ze az wylalysmy herbate, spojrzalysmy na siebie i jednoczesnie mruknelysmy: "Bedzie wojna."
Obysmy zapeszyly.

Ps. Polecam zajrzec pod adres http://rapturephoto.blogspot.com/2009/01/112008-wysokie-obcasy-moda-ludowa.html . Cudne zdjecia, ciekawa aranzacja :)
poniedziałek, 09 listopada 2009
Mgielnik

  Koniec końców na nogi postawiło mnie dopiero wybranie się na wieś do pani matki. Mimo 4 godzin snu w nocy i piekielnie złego humoru (7:45. Domofon. Roznosiciel ulotek/czyściciel skrzynek pocztowych/ wujek samo zło, zajedno. Mój wróg numer jeden tak czy inaczej.), a potem nieznośnego tłoku w niemrawo pełznącym autobusie, wystarczyło mi stąpnąć w opary mgły, otulającej Matarniowy Wierch, żeby mi się dusza nieco rozprostowała.
Wystarczyło czyste powietrze; nawet taki skisły, szary dzień jak dziś potrafiło mi rozjaśnić. Cóż za odmiana po gęstym, żelaziście smakującym smogu, jaki wypełnia Gdańsk, kiedy budynki są trzy razy brudniejsze, niż zazwyczaj, ludzie smętni i posypani popiołem, i nogi jakoś tak trudniej od ziemi oderwać.
Dzień pełen dementorów, w takie należy obowiązkowo zrobić coś przyjemnego. Iść do lasu. Spotkać się z kimś. Obejrzeć pogodny film. Pognieść się w autobusie z bandą utyskujących współobywateli....może niekoniecznie XD
Choć z maman tematy miałyśmy więcej ważkie i dyskurs toczyłyśmy pełen treści, a zaczęło się od Lema, którego teraz czytam.
Nie, nie powieść. No nie jestem w stanie, "Solaris" zabiło we mnie tą część ducha, która pragnęła zapoznać się z twórczością Wielkich Krajanów. A przynajmniej tego jednego konkretnego.
Ale czytam "Zapiski ostatnie". Ciekawe, czy ja też będę na starość
tak rozpolitykowana? Wątpię, to już chyba trzeba mieć we krwi.
Zamiast kawówki na przykład.
I w odróżnieniu od wielu sobie równych/zbliżonych wiekiem pisarzy i publicystów, Lem nie przekreślał nowej polskiej literatury. Był nią szczerze zafascynowany- może czasem żałował
tematyki czy kierunku, w który zmierzała, ale przynajmniej doceniał wszelkie nowatorskie zagrania stylistyczne. Psioczył na coś innego: na to, że młodzi Polacy nie interesują się polityką.
No, jak tam, moi młodzi Polacy? Interesujecie się? Nie?
Mnie polityka napełnia wstrętem, a służby zdrowia się boję.
Jaka jest paralela? Bo to aparat i to aparat, państwo- i państwo w państwie; jedno demokracja, a drugie- Królestwo. Na nic nie ma się większego wpływu, można mieć jedynie nadzieję, że człowieka nie skrzywdzą.
Za bardzo XD
Żadne słowa potępienia czy napomnienia nie są w stanie lekko wskrzesić zaufania do tychże aparatów, bo istnieje skończona suma nonsensów, jaką człowiek jest w stanie przełknąć. Potem zaś pozostaje już tylko gest z "Bravehearta"

Ja tymczasem wywaliłam dziś resztki zgniłków, za nimi poleciał fotel- był już zresztą stary i popruty przez Kojotę, kurzył i kujał człowieka różnymi takimi...Kujkami. I owóż- przestrzeń, ludzie!...Szalone połacie odsłoniły te działania. Aż się zagubiłam w drodze do komody, i tak o- już blisko godzinę tu siedzę, a zupełnie nie miałam zamiaru O_o
niedziela, 08 listopada 2009
Kacyk

Miałam taki szczytny plan, obejrzeć sobie niemy film- na bazie prozy Przybyszewskiego- na niszowym pokazie w niszowym klubie filmowym, no i nie wyszło. Ale też wymyślili sobie miejscówkę!..Na końcu świata, we w Gdyni, w której właśnie wczoraj przygodziło mi się socjalizować z częściąGKFu i Drugiej Ery.
Stąd moja dzisiejsza kondycja, nie na niszowe imprezy, zresztą- widziałam już ten film, parę lat temu, phi. Staroć :D
Za to, wobec braku wuzetki i cienistego lasu na podorędziu, wynalazłam nowe metody leczenia kacyka. Otóż latem obiecałam koledze, że się nauczę grać na pianinie motyw z bardzo popularnego chyba obecnie serialu. Dla niektórych jużnawet pono kultowego O_o
I na śmierć o tym, rzecz jasna, zapomniałam, dopóki mi łaskawca tego wczoraj nie przypomniał/wypomniał :P
Także dziś tyle tylko, że sobie kawy zrobiłam, i cały dzionek reanimowałam się przy pianinie. Może i dużo czasu mi na to zeszło, ale jest coś osobliwie kojącego w tym, gdy tak pitolisz w kółko jeden motyw. Przysypiasz sobie, nie przestając grać... Taka technika relaksacyjna.
Dla sąsiadów może mniej, ale elo- sąsiad pokoju sobie nie wygłuszył, a na gitarze uczy się grać z zapamiętaniem i śpiewa przy tym.
Więc do grania zacięcie może i ma.
...
No. I tylko do tego. Alas! nikt go chyba nie próbuje powstrzymać przed wokalizami.
Także nawet gdy coś podejrzanie rytmicznie zaczęło pukać w sufit- zignorowałam to i trwałam w swojej nirwanie :D
Gwoli informacji- naumiałam się. Teraz muszę tylko opanować granie w stanie wzmożonej świadomości, bo somnabulicznie to panie dzieju- petarda :D
Idę po więcej kawy XD
Następuje atak materii dziwactwa...

:D Trochęcicho się zaczyna, ale jest boskie.
czwartek, 05 listopada 2009
Yo-Yo

Nie moge sie powstrzymac.
Ale takie wyszlo, ze hej...
Zabawa polega na tym, zeby wrzucic na Winampa, czy co tam kto ma, cala swoja muzyke, jaka sie ma aktualnie na kompie, wlaczyc odtwarzanie wybiorcze (shuffle), i w celu uzyskania odpowiedzi na kazde z ponizszych pytan- klikac `nastepne`.
A nastepnie wpisywac tytul, ktory sie wlaczy :D

1. If someone says, “Is this okay?” You say?
Pace verde.

2. How would you describe yourself?
The eraser.

3. What do you like in a guy/girl?
World full of nothing.

4. How do you feel today?
Freestate.

5. What is your life’s purpose?
Hope.

6. What's you're life's motto?
Forest folks.

7. What do your friends think of you?
Hurt me. (-_-`)

8. What do you think of your parents?
More than a party.

9. What do you think about very often?
Storm.

10. What is 2 + 2?
Skip divided.

11. What do you think of your best friend?
Silver dew, golden grass.

12. What do you think of the person you like?
Breath control.

13. What is your life story?
Lost & found.

14. What do you want to be when you grow up?
Interlude no.5

15. What do you think of when you see the person you like?
Analyse.

16. What will you dance to at your wedding?
Alarm call.

17. What will they play at your funeral?
Creepy Green Light ^^

18. What is your biggest fear?
If U Seek Amy

19. What is your biggest secret?
Years in the Forest

20. What will you post this as?
Yo-Yo

wtorek, 03 listopada 2009
Pod ten grzaniec

Grzaniec *___* I wszystko jasne.
Znalazła się gdzieś w domu resztka wina, nie spożyta należycie w Samhain, akurat w takiej ilosci, by po zmieszaniu z wodą i przyprawami dać dobry, rozgrzewający napój na dobranoc.
Niektórym kakao, niektórym winiacz :D
Doszłyśmy też z Fasolką do wniosku, że przyprawa do grzańca- czy to już gotowa mieszanka, czy osobno: goździki, cynamon, kardamon, imbir- powinna zawsze być w domu. Tak samo jak niektóre zioła.
Dziś zresztą zaopatrzyłam się na mieście w zioło 8-)
Czy raczej: jego mnóstwo. Trzy rodzaje :D
Będę z nich sobie parzyć różne zdrowe napitki, jako że picie herbaty w takiej ilości, w jakiej mam tendencję ją spijać, szczególnie jesienią i zimą, nie jest zdrowo.
Nawet sobie sprawiłam herbatkę co to się "Grzaniec śliwkowy" nazywa, będzie jak znalazł pod tą formę winną.
Jak już wychleję całe wino, ma się rozumieć.
Tymczasem do Nordconu zostały równiutko cztery tygodnie.
Rozpoczynam odliczanie.
CURRENT MOON