RSS
niedziela, 28 listopada 2010
Z gór II

Pensjont śpi, telewizory powyłączane, panuje senna, jak zastygła w lodzie atmosfera, niczym żywcem wyjęta z powieści Vesaasa. Słyszę krakanie wron; słońce wstało nad górami, a nieskazitelny i pozłacany śnieg stanowi idealne wykończenie zimowego pejzażu
Odpoczywam.
Mimo, że ten zjazd w Szklarskiej był, w sposobach wypoczywania, szalenie podobny do Nordconu, odpoczywam setnie.
Czuję się tak, jakby mnie przeniosło do Wioski Bożonarodzeniowej z "Nightmare before Christmas". W sieci przeczytałam sobie horoskop, i stało tam, że wyjazd w ten weekend będzie najlepszą możliwą dla mnie rzeczą, że spojrzę na wiele spraw z innej perspektywy; no i oczywiście- że znajdę miłość.
Perspektywa na pewno mi się poszerzyła. Widzę góry, widzę ich niesamowite piękno, coś, na co do tej pory..może nie byłam odporna, ale nie dotykało mnie to z taką mocą, jak teraz. Wczoraj zeszliśmy do miasteczka; popróbowaliśmy gorących oscypków z żurawiną, obejrzeliśmy nowy, budujący się wyciąg na Puchatku, kupiłam sobie prześliczny kalendarzyk na przyszły rok, a potem razem ze wszystkimi poszłam do rychtycznej karczmy, idealnie komponującej się z czytanym obecnie "Wiedźminem". Drewniane ławy, wzmacniane stoły, przystosowane do tłuczenia w nie kuflem, małe, osadzone w grubych ścianach okienka, pęki ziół i czosnku na belkowaniu. Grzane wino, gwar rozmów, ciepło.
A wracając zobaczyłam błysk metalu na śniegu. Podniosłam znalezisko- spory srebrzysty kolczyk w kształcie serca, z ozdobnym napisem "Love".
Prawdziwie, moja miłość. Zimna i kłująca.

Zaraz się zbierzemy i może wypełzniemy na spacerek, w dół krętymi spadzistymi uliczkami, albo w górę, po zaśnieżonych zboczach- muszę się na zapas nałykać tego powietrza i tej atmosfery.
W tej chwili mam wrażenie, że Szklarska Poręba jest miasteczkiem wiecznie bożonarodzeniowym. Tu też mogłabym pomieszkać. A w ogóle to chcę już święta.
sobota, 27 listopada 2010
Z gór

Powinnam była napisać notkę wcześniej, zapisać na usb i wrzucić teraz, piękna, wycyzelowaną i treściwą.
A tak- siedzę w górach. Ludzie powoli się szykują na kolejną imprezę. Temperatura spadła dużo poniżej zera, w przyszłym tygodniu ma być -15 stopni. Śnieg do pół łydki.
Udaje mi się ten weekend. Nie mogę jechać na tegoroczny Nordcon- pojechałam do Szklarskiej Poręby. Nawdychać się innego powietrza. Przestać myśleć o pracy, albo- w ramach podbudowywania się- posłuchać, jakie wałki mają inni w pracy.
Nawet nie Schadenfreude- po prostu świadomość, że nie mam tak najgorzej.
Ale bardzo będę się starała wyrwać chociażby ze wsi, w której obecnie mieszkam. W tym tygodniu raz wysiadł prąd. Nagle zapadła absolutna, gęsta, nieprzenikniona ciemność; jedynie przejeżdżające z rzadka samochody rysowały na chwilę linię szosy w panującej czerni.
Prąd nie wrócił tego dnia już. Nie było do roboty nic, nawet pisało się ciężko, bo przy jednej świecy.
Dobra, nie mam co cieniować. Nie mam melodii na pisanie.
Ruszyć się. Ruszyć dalej. Argh, zmiany!...
sobota, 20 listopada 2010
Sounds like falling spirit

Kolejny skradziony moment w sieci. Nie wiem, jak dlugo jeszcze wytrzymam takie zbieranie chwil, w ktorych moge wejsc do WIRED.
Ciemnosci na zewnatrz chwilowo sie rozproszyly. Przez ostatni tydzien wychodzilam do i z pracy w identycznej, niebieskiej szarowce, w swiat oklejony gabczasta mgla, wilgotny i smetny. Przykre jest to, ze ten zewnetrzny mrok co jakis czas da sie rozegnac. Natomiast inny jego rodzaj...
Nie wiem, moze istotnie jest tak, ze ja w kazdej pracy czuje sie jak na zeslaniu. Jak to jest, miec prace, ktora sie lubi? Do ktorej az przyjemnie pojsc? Naprawde, chcialabym wiedziec. Ma ktos taka praca? Moze mi opowiedziec o niej i o tym uczuciu pogodnego oczekiwania, kiedy sie rano wychodzi z domu w ziab i mrok, i nie po to, zeby przez nastepne 8, a wszerszej perspektywie- 40 godzin czekac do takiego dnia, jak dzis? Kiedy sie mysli goraczkowo, co ja tu do ciezkiej cholery robia, i gdzie jest to miejsce, w ktorym powinnam byc?! Bo to, do stu diablow, z pewnoscia nie jest tu.
Dziwne, przez pierwszy miesiac jeszcze wierzylam, ze sie przyzwyczaje. Ale to bylo zanim sie pojawily konflikty. Nieprzyjemnostki. Mala bicz z HR`u sie nie liczyla, byla za durna, zeby naprawde mi zalezc za skore. Za to teraz...
Nie potrafie przezwyciezyc nieprzyjaznej atmosfery. Nie pomaga nawet karmiacy mnie nieustannie cuksami sympatyczny kolega, dziouchy ze szwalni czy kilku przyjaznych Japonczykow. Oni ostatnio tez zmienili swoj stosunek do mnie- ciekawe, za sprawa czyich slow?...A, hun. To nie jest cale moje zycie. Tylko ta jego czesc, ktore pozwala mi je podtrzymac  -_-
Najwiekszy smiech budzi fakt, ze ja wiem, co jest jedna z istotniejszych przyczyn, ktore zapoczatkowaly zmiany. Wiem- i nie mam jak tego udowodnic. Cokolwiek bym powiedziala na wlasna obrone, zabrzmi jak wymowka i bajanie, fantastyczna opowiastka. Ze co- ze dzwiek pily tarczowej, tnacej metalowe rury, doprowadza mnie niemal do katatonii? Ze z bolu ledwie moge myslec?
Ciekawe, czy kiedys zajma sie tym odpowiednie urzedy, i tak, jak teraz trwa spoleczna rehabilitacja ludzi z ADHD, kiedys ludzie z nadwrazliwoscia ktoregos ze zmyslow tez beda mogli liczyc na zrozumienie. Nie beda musieli sie bac oskarzen o wybujala wyobraznie i muchy w nosie.
Ale teraz po prostu wkurwia mnie niemozebnie, ze daja sie dzien po dniu torturowac i nie moge slowa powiedziec, bo to tylko wywola pogardliwe skrzywienie warg czlowieka, ktoremu sprzedawana jest bajka tak niewiarygodna, ze pieciolatek by w nia nie uwierzyl. Dzwiek nie moze bolec. Nawet nie jest glosny przeciez. Rejestry, jakie znowu rejestry?
Doprowadza mnie do pasji fakt, ze ja moglabym sie zwijac z bolu, ale poniewaz nikt poza mna go nie odczuwa- i mnie sie odmawia do tego prawa. Non posso.
W domu robie sobie kompresy z ciszy, wzglednie z jazzu i kojacego, chropawo-cieplego glosu Johnny`ego Casha, na zmiane. Jazzamor, Ian Simmons, Elvind Aarset; `I won`t back down`, sacza sie z glosniczkow, delikatnie, finezyjnie, pieknie. I bez sensu, bo nastepnego dnia znow wiertla I pily rozchrzaniaja mi osrodek bolu na kwarki.
Poszlam w zla strone chyba. Teraz musze znalezc sposob w miare bezkolizyjnego sposobu wymanewrowania stad. Czasu mam nie tak juz wiele, ale skoro w obecnej branzy czekaja mnie albo fabryki, albo belferstwo, to w zajebiscie zla strone poszlam.
Sek w tym, ze do stycznia musze wytrwac. I na bogow- nie wiem, skad czerpac sily.

czwartek, 11 listopada 2010
Z ruibieży świata
Skradzione kilkanaście minut na cudzym komputerze...Będąc w pracy oczywiście nie wchodzę an strony, które mogłyby naprowadzić kogokolwiek na moje prywatne życie, wystarczy mi niesamowite poruszenie, jakie wywołał w firmie wypad mój i siedmiu innych osób (w tym czterech Japończyków) na imprezę do pobliskiego miasteczka.
Wypad był w sobotę.
W poniedziałek od rana w Firmie huczało od plotek, krążyły jakieś zdjęcia- dyskoteka w owym miasteczku jest jedyną w okolicy, okazało się, że byli tam i inni ludzie z Firmy. Ale nie podeszli- podejrzewam, że z tego samego powodu, dla którego rzucali nam Spojrzenia przez pół poniedziałku: dla nich fakt wyjścia nas czterech z czterema Japończykami na imprezę był ---"znaczący" -_-'
Sama impreza była świetna, wytańczyłam się :D
Anyway- praca, wieś. W takich ramach krąży moje życie. Wścibstwo gospodarzy mnie niekiedy doprowadza do szału, toteż z prawdziwą ulgą barykaduje się w swoim pokoju, miałam też czas przeczytać kilka książek z tych kilkuset na dysku.
I straszny był mój smutek i rozczarowanie: tak jak pewne filmy (och, "Van Helsingu"...:( ), pewne książki powinno się czytać tylko raz. We wczesnej, naiwnej młodości.
Ale nie, ja musiałam sobie odświeżyć TFUrczość Mercedesy Lackey, czy Anne McCaffrey XD Cóż za błąd...
Cykl o śpiewakach Kryształu McCaffrey był dla mnie kiedyś oryginalny i niesamowity. Teraz- widzętylko i wyłacznie fakt, żę TAM JEST JEDEN WĄTEK! Autorka nawet na chwilę nie chce odstąpić od głównej bohaterki- waży sięna to jedynie w drugim tomie, a potem w trzecim przykleja się znów jak cień do bohaterki i prowadzi wygodnie jednotorową fabułę. Prawie zasnęłam z nudów przy trzecim tomie.
Ale nic nie bije na głowę Lackey. Bogowie...Ile ona miała lat, gdy to wszystko pisała? Wieczne czternaście?!
Tandeciarskie; złe; naiwne; płyciutkie; przesłodzone i SŁABEEEEE tak straszliwie!...nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek wykasuję jakąkolwiek książkę z dysku. Well...uczynię światu przysługę, zmniejszając o parę sztuk ilość kopii jej e-booków. Czytałam "Sługę magii" i aż mnie twarz bolała od mimowolnego grymasu. Chyba też zęby mnie zaczęły boleć od tego młodzieńczego angstu, jaki bucha z jej książek. Tam każdy bohater, nawet stateczny starzec, ma umysłowość piętnastolatka. Tragos.
W tym momencie zaczynam się obawiać, że dobrych pisarek pozostało na świecie ledwie garstka. Freedman. Le Guin. Hobb, ach- Robin Hobb!
Chyba jej postawię ołtarzyk dziękczynny, za to, że mnie ratuje przed zwątpieniem. Oto doskonałe pisarstwo! ...szkoda tylko, że z tłumaczeniami nie zawsze się udało -_- W ostatnim tomie cyklu o Żywostatkach, inna, niż przez poprzednie tomy, tłumaczka, zrobiła taki numer, jaki zrobiono "Hobbitowi": Bilbo Bagosz z Hobbitowa 2. Ostatnie starcie.
Bo dlaczegoby tłumacz miał sobie odmawiać przyjemności z nazwania bohaterów tak, jak mu się podoba? Niech ma też jakiś udział w kształcie powieści!
Nagle Malta stała się Słodką; Kendry- Pojętnym; Paragon- Niepokonanym; Kennit- Bystrym, Wintrow- Prawym, Brashen- Arogantem, a Reyn- Brasem O_o
Wymaga to nie lada skupienia, domyślić się, jaka postać kryje się za nowym, nieoczekiwanym mianem. Jakbym i tak nie miała głowy w ogniu po całym dniu pracy- wiecie, że teraz w pracy będzie można mnie "bookować"? -_-' Jest arkusz, gdzie można rezerwować sobie mój czas, i na bogów- czas po temu był najwyższy! Denerwowało mnie branie na siebie winy za każdym razem, kiedy o jednej godzinie pojawiali się ludzie z trzech różnych działów, twierdząc, ze przecież miałam przyjść właśnie do nich, teraz, zaraz i now.
Ech...Wkróce opiszę Innsmouth- miasteczko duchów.
Póki co- foty z Niemiec. Cieszę się, ze udało mi się tam wybrać. Potwierdzając tym samym, na zasadach myślenia magicznego,  trwającą od sześciu lat passę wyjazdową: co roku od sześciu lat przekraczałam granice. Gdyby w tym roku mi się nie udało...Ale się udało. Biorę to za dobry omen- passa będzie trwać.


Goerlitz
CURRENT MOON