RSS
czwartek, 28 grudnia 2006
Z perspektywy karpia Wigilia to Holokaust...

Swieta I po swietach. Jakby ktos zauwazyl, ze byly, tutaj….Tutaj nie ma swiat tak naprawde. Wtorek np. byl dla mnie po prostu dniem, kiedy po 17 w Nakamura-ya jajka sa w promocji. Malo swiateczna perspektywa, jakkolwiek zmieniajaca sie znaczaco wobec faktu posiadania/nie posiadania cieplego jajka na sniadanie. Siedzac z butelka wina jako wiernym kompanem nocy, wystraszam sie na smierc jakimis durnymi filmami o duchach. Dzis nienawidze Japonczykow- coz, skosow ogolnie- nienawiscia czarna I gorejaca. Przeszlo mi jak tylko udalo mi sie szczesliwie od nich odseparowac w swoim pokoju. Jakis szczegolny powod? Zeby miec ochote powystrzelac te pokraczne, kolebiace sie ohydnie karakany, z ich kretynskim wiecznym wyrazem niezrozumienia na twarzach, ktory stanowi najszczelniejszy skafander izolujacy od porozumienia?...Nie wiem. Po prostu mam ich dosc.

Ktos wychlal moje mleko, a ktos- ukradl parasol. To nie byl dobry dzien, zeby mi sie te rzeczy przytrafily.

Ale spotkanie wigilijne uznam za udane; ludzie sie postarali, naprawde. Wspaniale wrecz sie spisali, przygotowali jedzenie najbardziej zblizone do tradycyjnych odpowiednikow, nawet- choc w wyniku nieporozumienia, ale zawszec- ladnie sie co poniektorzy ubrali. Zabawne- z czworki Polakow troje mialo krawaty ( Gosia wolala korale). Jeszcze ktos uzna, ze u nas taka swiateczna, partyjna tradycja…

Z polskich potraw zaserwowalismy nalesniki z kapusta I grzybami, salatke makaronowa-tunczykowo-kukurydziana, ciasto serowe oraz paczki chipsow I ciasteczek. Byly takie swiateczne specjaly, jak wypalajace podniebienie koreanskie `cus` na patelni, smazona cukinia, kanapki, onigiri, ziemniaki w mundurkach, ciasteczka, znow nalesniki…Wino I sake. Zadnych koled, ku uldze wszystkich. Zraziloby mnie to tak samo, jak rzecz, ktora odkryl Grzechu w malej wnece miedzy domami naprzeciwko Nakamury. Ot, wkleslosc, powstala w wyniku nie przylegania do siebie dwoch domow, zabudowana deskami, kawalkami blachy I strzepami szarej dykty. Na tych dechach- wisial wytlaczany w blasze wizrunek Jezusa, wyjatkowo paskudny, emaliowany, blekitno-bialy. Wneke garnirowaly stosy starych puszek, doniczek I sloikow. Gapilismy sie na to oniemiali. Nie wygladalo mi to na zaden oltarzyk, ale tez z drugiej strony- w jakim celu ktos mialby wieszac w dziurze miedzy domami chrzescijanskie dewocjonalia? Zniesmaczylo mnie to, choc wiadomo, ze daleko mi do religijnej pruderii.

Poniedzialkowe swietowanie przybralo postac swiatecznego obiadu- takoyaki (osmiornica smazona w ciescie), przyrzadzonych w drugim akademiku. Tez owoc morza, czyli prawie jak karp. A zeby dopelnic- nieco z opoznieniem- wigilijnej tradycji rybnej, kupilam sobie puszke rybek w oleju. I tak nie mialam nic innego na chleb, poza upiornie slodkimi resztkami dzemu. Cale swieta niemal spedzilam w akademiku, z powodu ulewnych deszczy, jakie zalewaly Nare, uniemozliwiajac mi jednoczesnie wyjscie po czerwonego Don Simona. Czytalam, ogladalam filmy, naprawde nie w nastroju do spotykania skosow. Ach - oplatek. Podzielilismy sie ze wszystkimi. Ale jestem pewna, ze Koreanki nie wyrzucily z glow slowa `party` na okreslenie tego wieczoru. Co wiecej- jedna starala sie mnie wyciagnac do pubu; `jak juz sobie poswietujemy, zjemy- to chodzmy na impreze!`. ------Nic nie lapia. Nic.

Zblizam sie do polowy butelki. Dobrze. Zasne szybciej moze.

Nawet w przedstawieniach teatralnych przeszkadza mi ich bawienie sie z motywami chrzescijanskimi. Oczywiscie, ma to swoje zrodlo w tym, ze ich nie lubie. I drazni mnie ociezalosc umyslowa, u kazdego, niezalenie od narodowsci. Dobra- u nich bardziej. Tak, ze mam ochote podbiec do Japonca, ktory z entuzjazmem lapie sie za stwarzanie `teorii`, I odebrac mu wszelkie do tego podstawy, jak wyrywa sie kunsztownie wykonane zabawki glupawemu dziecku. Nie baw sie, popsujesz, I jeszcze kogos tym pokaleczysz. Maly idioto ( tak, to nie sa slowa dobrego psychologa, ale na bogow- tu juz elektrowstrzasy nie pomoga, w zwiazku z czym znajduje osobliwa przyjemnosc w nazywaniu symptomow oraz dolegliwosci samej w sobie –jej pelnym, zasluzonym imieniem). Nie oni. To nie ich swiat, nie ich krag kulturowy, nie sa w stanie tego zrozumiec. Obawiam sie jednak, ze nawet dominikanskie metody perswazji by im tego nie wtloczyly do tych krzywych lbow, w ktorych kolacze jedynie, ze chrzescijanstwo ze swoja symbolika jest `gocikku` I `kakkoi`, nalezy zatem je zaliczyc do szerokiego asortymentu gadzetow, ktorymi sie mozna kreowac. Jak Hello Kitty I zlote dzety na obcasach kowbojek. Nawet heretycy z nich najbardziej lichego sortu…

Ale nie myslcie sobie, ze jest mi zle. Ze bylo mi zle w swieta- nie bylo. Jako rzeklamludzie byli swietni. I lubie takoyaki, naprawde.

sobota, 23 grudnia 2006
Wesolych Swiat

Tak, tak, to banalne, wszyscy w swieta tak tytuluja swoje wpisy, i pisza, jak dobrze wszystkim zycza, choc tak naprawde- i tu zaczyna sie wlasciwa tresc `swiatecznego` wpisu-  maja zasrane swieta i nienawidza swojej choinki, a karp jest z puszki i w ogole- jak mi zle jak mi smutno.

Blarh. Ja wlasnie zjadlam pseudo-okonomiyaki i niebawem ide sie socjalizowac z lokalnym kolektywem gaijinow w Rumoursach, choc za bardzo mi sie nie chce. Na razie. Ale sie pewnie zachce :) Swieta moja nie sa oblozone zawartoscia niczyich watpi, ale jednak nie bardzo chce byc sama. Mam wieniec laurowy zamiast choinki, ale jest naprawde ladny i naprawde zycze dobrze wszystkim tym, ktorym zycze.:D Zas karp? Ktos na niego spadl ( `こいに落ちた...`)i mysle, ze pozostane przy nalesnikach, oraz oplatku :D Ale z motywem ryby- zawsze cos.

Przede wszystkim- Maman, wszystkiego najlepszego! :DD

Teraz reszta- wszystkiego najlepszego, ale nie ludzcie sie, jest w tym nieco inny ladunek emocjonalny, niz w zyczeniach powyzej, ktore sa kompaktowe, dwupak, z bonusem w postaci wykrzyknika :P Niech sie swieci, niech sie kreci, a na Nowy Rok prosze o przesyl pozytywnych fluidow za oceany, powinien dotrzec- zwazywszy na roznice czasu- dokladnie wtedy, gdy trafi mnie pierwsze ukaszenie 1-go stycznia O_o` Ooo, jak pierwszy dzien roku potrafi dotkliwie kasac...

Z wiesci z mojej strony komputera? Mam naprawde popsuty ten rower moj zielonny. Pedaly strasznie ciezko chodza, co sprawilo, ze mam nogi- zwlaszcza prawa..- jak nieco groteskowa postac z komisu o superbohaterach. No rewelacja, to takie kobiece...-_=` Tylko kolana juz mnie nienawidza, za te wszystkie wieczory w washitsu. I to nawet nie to, ze siedze w seizie, bo tak nie jest, kiwam sie jak Wanka wstanka, co rusz zmieniajac ulozenie odnozy, ale po prostu siedzenie na glebie przez cala  tak zwana `impreze` to masakra, zbrodnia i kolanobojstwo. Dowalic do tego rower ze spizu, z kamiennym lancuchem i wazacymi tone pedalami? Naprawde zaczynam juz chodzic jak tubylcy, powloczac ciezko mackami. Na bogow...Jak snieg spadne, beda pierwszym bobsleista Nary, bo jak rymne na najmniejszym kawalku sniegu, to tak pozostane, zmieniajac jedynie swoje polozenie wzgledem reszty wszechswiata. A to za sprawa- slizgu! Tak jest! :DDD

W ten sposob wrocilismy do kwestii zyczen (zycze sobie ladnego przyspieszenia).

Najlepszego. :D

piątek, 22 grudnia 2006
It`s just another musical...

Zeby nie bylo za powaznie i filozoficznie, powroce nieco do mego konika.

Nazywa sie Gucio, i jest troche garbaty.

...

...Dobra, chodzi mi, of koz, o musicale. Pare dni temu obejrzalam sobie przecudnych spektakli pare (za posrednictwem ekranu, niestety, ale nie mam maszyny czasu, jeszcze }:)) Obsmialam sie do lez- prawdziwych!- i to smiechem malo subtelnym i powabnym, ale prawde rzeklszy, zwykly smiech sie przez mnie przetoczyl, zadusil i umarl, a pozostalo kwiczenie ze smiechu, tluczenie reka o blat biurka, spadanie z krzesla i ogolny harmider osuwajacych sie w ladnym stacatto cial sasiedzkiego kolektywu, zeszlego na zawal przy moim kolejnym perlistym wybuchu radosci :D. Na Swaroga, jak ja lubie Takarazuke!!.. Komedie zas wybornie im wychodza. Aktorki chyba same tak uwazaja, i w jakims masochistycznym odruchu (niedobry Zgredek!..)karza sie za nadmiar uciech uzywaniem angielskich slow. Dlaczego, o dlaczego one to sobie robia?? Przeciez ja ta meke wyczuwam nawet przez eony, przez tafle ekranu, i opar pikseli. Co prawda, kulam sie przy tym ze smiechu, i generalnie- ich masochistyczne zaciecie sprawia mi duzo radosci...( Aaa....Kira....KIRAAAA!!!! :DDD ) Ale bo one z upodobaniem robia sobie ( i lingwistycznym swirom) krzywde starannie dobranym slownikiem, pelnym wyrazow typu: world, little, beautiful, lonely. Mgiaahahhaa!! Bajer, bajer! Jak mozna z powaznym licem wysluchac, jak ktus spiewa: `I wanna LOCK with you..`. Hehe, `Chce ci zakrecic loka` :DDDD--- 

ALe absolutnie mnie zachwycil remake piosenki M. Jacksona ` Beat it`, dla lepszego odbioru dopasowanej do jezykowych uwarunkowan widowni: ` Beat it! beat it..beat it! beat it.. この町から beat it!..` ( `Kono machi kara beat it`, w wolnym tlumaczeniu- `beat it z tego miasta`) Rotfl :DD

Ale zaprawde, najbardziej umarlam, kiedy w jakims romanticznym kawalku, otokojak wzial, ponucil melancholijnie- i nad wyraz dzwiecznie- rozsnuwajac   czar, ktory nastepnie zniweczyl bezpowrotnie w momencie, gdy wykonawszy polpiruet, powiewajac, migocac i bedac w ogole jednym wielkim KYA- zabulgotal cos w mece. -_-` Niech zgadne- `world is more beautiful with you, my lovely doll` :DDDD Eeeech, no naprawde, przepiekna sprawa *__*

I tak od paru dni znow jestem w szponach glodu teatru, nie rozstaje sie z piosenkami z Les..pardon: Los Miserablos, i Tanz Der Vampire, i nawet na zajeciach sobie nuce. Chodz wymiana zdan

Valjean:
Mi nombre es Jean Valjean

Javert:
Y yo soy Javert
Procura no olvidar que yo soy la ley
Dos cuatro seis cero uno

mnie po prostu zrozklada na lopatki. Tez ze smiechu. Wychodzi na to, ze ostatnio sie duzo smieje... XD Ciut opetanczo jakby..? Ah, well, jak dobrze, zem wsrod szalencow, znikne w ich tlumie...}:)

środa, 20 grudnia 2006
La résistance

Wedle mojego kolegi, jestesmy pokoleniem Nic, ktoremu odebrano mozliwosc buntu. Co prawda, juz Mrozek to pisal, w `Tangu`. Na co wymachiwanie piescia, jesli trafiasz jedynie w pustke? Nie ma przeciw czemu wymierzyc tego ciosu.

Zatem moge sie poczuc uprzywilejowana, bedac w Japonii. Japonczycy bowiem z uporem probuja nas wcisnac w trybiki swojej gigantycznej maszynerii spolecznej. I proces ten kuleje, no nie wychodzi, wszystko zgrzyta, sypia sie czesci…Musza choc czastka mozgu zdawac sobie z tego sprawe, stad moze ten spanikowany wyraz twarzy wielu autochtonow, kiedy sie do nich zblizamy- w koncu podchodzi do ciebie popsuty robot, kto wie, do czego zdolen..!

A mimo to probuja dalej, jak ruchome figurynki na wielkim zegarze, uderzajace regularnie mloteczkiem w gong o pelnej godzinie. Ping-pong( ten zegar juz dawno przestal dzialac..) Ping-pong ( I w ogole go tam nie ma..)Ping-ping..!

Dzis przed obudzil mnie dzwonek I jednoczesne pukanie do drzwi. Ogolnie- larum. Ktoz tam stoi u drzwi I kolacze….A ktozby? Tei-san, of koz. W polsnie zwloklam sie z lozka, wzielam z biurka telefon, I wciskajac go pod poduszke, polozylam sie na powrot. Pragne tu zwrocic uwage, jak doskonale wyksztalcone I gleboko zakorzenione mam odruchy przewrotnego sprzeciwu. Mialam nastawiony w telefonie budzik, na , i nie chcialam, by Tei uslyszal dzwonienie, bo wtedy nie danoby mi spokoju. Furda szkolenie przeciwpozarowe, jakie urzadzono bladym switem- nie jestem na kolonii karnej, by zrywac sie, gdy po korytarzu chodzi jakis dran z megafonem I nawoluje ludzi do pobudki.

Cala karna czesc `kolonii` wrocila, gdy wlasnie gotowalam sobie jajko na sniadanie. Oczywiscie, Tei wyciagnal podreczna lampke z kieszeni, ktora tam na stale zainstalowal, bo nigdy nie wiadomo, kiedy bedzie okazja kogos przesluchac. Dlaczego nie otworzylam drzwi? DWA RAZY pukal, I dzwonil. -------Jeszcze sie tym chwali, kutasidlo----On powinien nosic naszywke w klapach swoich obcislych marynareczek `Kaowiec`, a ja z kawalkiem kreda pojde do damskiej toalety. Ach, Himanshu za to gorliwie mnie poinformowal, ze o 14 jedziemy wszyscy sie szkolic na wypadek trzesienia ziemi. Autobus bedzie podstawiony pod uniwerek - chyba po to, zeby nikt nie nawial. Stana tak, zeby zatarasowac brame. -_-` Moja pierwsza decyzja- nie pojade. Nie I _uj. Co mi szkodzi jechac? Nic, absolutnie! Tyle, ze mialam zupelnie inne plany; mialam jechac do Osaki, do Quatre Reves, I to w towarzystwie dosc pozadanym. Nie lubie samej mysli o tym, ze ktos rozporzadza moim czasem I mna sama. Gdy mysl staje sie cialem….coz, naprawde zaluje, ze Mrozek nie moze sie przekonac o tym, ze nie wszedzie bunt stracil na celowosci. A jaka to rozkosz, to trudno opisac. Gdy ta glizda, Tei, przylatuje, I informuje cie, ze o tej I o tej godzinie MASZ BYC tam i robic costam. A ty, wysluchujesz go grzecznie do konca, po czym, smakujac to slowo, mowisz….`Nie.` *_* ` To rozpacz, zaiste, ale mam juz inne plany.`

Zadawszy sobie jednak trud przebicia sie przez pancerz przekory musze przyznac, ze chce to zobaczyc. W zyciu nie bylam na szkoleniu przeciwtrzesiennoziemnym, to bedzie ubaw.

*** Mialam racje- to byl ubaw. Szkolenie skladalo sie z szeregu symulacji. Cale jedno skrzydlo budynku to taki mini lunapark. Najpierw uczylismy sie korzystac z gasnic: ustawieni rzadkiem przed duzym ekranem, patrzylismy na symukacje ognia; gdy pojawial sie czarwony, alarmujacy napis LAPAJ GASNICE, mielismy wielkim glosem zakrzyknac `Pozar!` I lujnac z gasnic. Ja wrzeszczenie zostawilam Japonczykom, sama skupilam sie na gaszeniu, bo skosy, widocznie zbyt pochloniete pokrzykiwaniem, sikaly woda wszedzie, tylko niekoniecznie w zrodlo ognia. Niektorzy z upodobaniem polewali meble, pozostajace zupelnie poza zasiegiem ognia (tia, nie masz nad profilaktyke, jak ci sie popiol ze spalonego dachu na glowe sypie..-_-` ). Dobry byl gosciu, co psikal woda jeszcze potem, jak ekran zgasl. Maniak, jak na moj gust, aquaman, pewnie jego fetysz to waz starazacki.

Potem symulacja tajfunu. Z poczatku, widzac za gruba szyba barierke ustawiona na wprost poteznej rury, bylam pewna, ze leja z tej rury hekatony wody pod cisnieniem Ale to byl tylko dmuch. Ustawilismy sie, kazdy przy barierce, cuskolwiek zastraszeni licznymi ostrzezeniami pani przewodniczki, ja od razu zacisnelam oczy, bo nakazala tak zrobic noszacym soczewki.. Zaczyna wiac. Z poczatku lekko, potem coraz mocniej. Ale ni razu nie byl to dmuch silny na tyle, by szarpnac czlowieka za ramie. Ot, tyle tylko, ze wlosy mi wirowaly nad glowa. Podejrzewam, ze prawdziwy tajfun to zupelnie inksza inkszosc. Troche rozczarowana, poszlam do symulatora trzesienia ziemi. Akurat miotalo sie na nim kilku Chinczykow, potem na platforme weszli Japonczycy- I tak samo. Trzeslo nimi, rzucalo, tracili rownowage, panny piszczaly…`No, no` mysle sobie. Wchodzimy, pani przewodniczka znow karmi nas szeregiem ostrzezen, wlacza przelaczniczek…I czuje sie jak w poznanski tramwaju! Troche rzuca, troche sie skreca, ale ni razu nie stracilam gruntu pod nogami, zas barierki trzymalam sie jedna reka, bynajmniej nie dla szpanu, tylko dlatego, ze chcialam jednoczesnie ogladac symulacje trzesienia, ktore rzekomo my odczuwalysmy, na komputerowej makiecie miasta. `E- mysle- dala taryfe ulgowa gaijinkom. To nie mogla byc nawet trojka. Co za lipa.` Okazalo sie, ze wszyscy mieli siodemke. Ale wystarczylo spojrzec, jak ludzie stawali- kurczowo wczepieni w barierke, na sztywnych nogach, usztywnione ciala, podniesione barki…Lamerzy. 8-)

Ostatni przystanek- komora dymna. :P Trzeba bylo wejsc do ciemnego pomieszczenia z licznymi zakretami, dymem, I wyjacym w oddali alarmem I znalesc z niego wyjscie. Kaszka z mleczkiem, zwlaszcza ze plan pomieszczen byl wywieszony na zewnatrz. A jednak, pare dziewczyn, juz na piewszym zakrecie, zaczelo popiskiwac. -_-` Jaaa nie wiem, czy ludzie sobie tak szybko potrafia wkrecac klime, czy po prostu lubia dzwiek swojego wystraszonego glosu? Bah!..Ale bylo fajnie, naprawde. Choc mialam nadzieje, ze dostaniemy na koniec cukierki w ksztalcie gasnic. ~.~

Powracajac do kwestii buntu: nie robi duzej roznicy fakt, ze jestem w Japonii. Mam problem ze sluchaniem drogich mi ludzi, ktorzy mi dobrze zycza. Jednak tym trudniej mi jest, gdy sprawa sie tyczy Japonczykow, ktorzy moim zdaniem- ile bym nie lubila ich jezyka, kultury I kilkunastu osobnikow- sa chodzaca patologia… Myslalam, ze padne wczoraj: kilkoro z nas wzielo udzial w `seminarium`, prowadzonym przez nauczycielke francuskiego. Cala klasa, pelna przejetych uczniakow, I nasza mala grupka, scisnieta w obronny kordon pod sciana. Najpierw bawilismy sie w pantomimy I jakies klaskanie, zeby wzbudzic ducha jednosci grupy ( przyznam, ze calkiem zreczna technika), a potem, podzieleni na grupy, mielismy rozbudzac ducha braterskiej przyjazni miedzy narodami. Uczniaki wprawdzie stracily zapal do zaprzyjazniania sie ze mna, kiedy wyjawilam, ile mam lat. Ale pytali m.in. co rozni Japonie od naszych krajow. Co jest uderzajaca wrecz roznica. Popatrzylismy z Remim na siebie. `U nas, jak sie ludzie chca bawic, to nie ida do karaoke, tylko do klubow.` `Do klubow???` zakrzyknely dzieci zdumione. ` No, tak…Takie, wiecie, gdzie sie tanczy..`. `TANCZY???`- pobladle lico, rozszerzone oczeta, szok..

To nie patologia. To chodzacy defekt genetyczny.

czwartek, 14 grudnia 2006
Uchylaja sie drzwi galerii

Jakze przydatna taka bezsennosc....Skonczylam klip, dorzucilam jeszcze jeden obrazek z czegos, co zapowiada sie na zbior wisielczej interpretacji bajek, w kazdym razie zapraszam serdecznie do mej Galerii Cieni...* tu dudniace echo powtarza ostatnie slowo....`wino...wino...wino....`. Dobra, chyba komus echo zwialo, przyznac sie, kto zlopie winsko beze mnie??? }:P *

Tak sie wszyscy pultali, ze nie pisze nic przez szereg dni, a jak napisze- to jakby nikt nie czytal.  W tej ciszy uslyszalbym glos z Litwy...! Eeeeee, tego, no dobra, to wlazic do galerii :D Ja dzis nie mam weny na pisanie, moze po wrzuceniu tego wreszcie zasne snem spokojnym, malo znojnym i upojnym.

Upojnym----

---Wino. Wino..? Miec albo nie miec, oto jest pytanie, ktore zadac moglby jeno czlek bez wiary, ze zacnie podgrzane, pachnace i - moje, ukoiwszy zmysly- przegoni koszmary...

wtorek, 12 grudnia 2006
Carpe Noctem

Skad sie bierze bezsennosc? Dlaczego nagle dopada czlowieka, jak rabus w zaulku? Mimo zmeczenia, potwornego a chronicznego niedospania, pozostalosci kaca i ogolnego przygnebienia- sen byl tak daleko jak Burkina Faso, a Krolowa Nocy, zamiast posypac mi oczy makiem, przyszla tylko popatrzec, jak sie kulam w te i wewte, dreczac psyche niechcianymi myslami, a some- drutami, sadystycznie wylazacymi z materaca. Arrrgh...

O 4 przestalam udawac, ze `zaraz na pewno` uda mi sie zasnac, wstalam, zrobilam sobie herbatki i powrocilam do rysowania. Wiec sa i plusy- jeszcze jedna taka sesja i skoncze ten krotki w koncu, na bogow, klip. Nastroj mialam idealny do rysowania tego, zaiste...Do 6:30 bylam bez reszty pograzona w pracy, wtedy jednak moje oczy zdecydowanie odmowily wspoldzialania, wiec z duza doza ulgi skazanca na szafocie, gdy slyszy wreszcie obiecujacy swist stali, padlam na moje madejowe loze. Szczesciem- nie snilam.

To naprawde ciekawy czas, gdy tak nie mozna spac. Jestes tylko soba i dla siebie. To co robisz wtedy- robisz dla siebie. Bardzo podobne uczucie do tego, gdy wedrujesz przez uspione nocne miasto. I widzisz kloszardow, ukladajacych sie pod cieplym nawiewem zamknietego centrum handlowego, zas przed szklanymi drzwiami owego centrum- grupy mlodziezy, cwiczace przy tych quasi-lustrach hiphopowe uklady taneczne. Bezsennosc nie jest taka zla. Zalezy tylko, co ja powoduje. Co wiec to bylo?...

Wczoraj pocieszyla mnie bardzo wizja giganta-Muminka, roztoczona przez kolege; takze dzis, w sklepie, na widok pudelka `Mumin-cookies` zawahalam sie przez chwile, ale jednak znak ten nie byl dosc przekonywujacy, by kupic i potem z diaboliczna radoscia chrupac Wloczykija. Mimo wszystko, jestesmy krajem Filonka bez ogonka, Lyska i Rozalkowego `Matulu, matulu!..`, co stanowi wspaniala kontre przeciw Teletubisiom, i - tajemniczo: koi moje rozprzezone zmysly jak najprzedniejsza kolysanka, i lepiej niz jadalne Muminki. Ach, zasnac, zasnac....snic moze?

 A....moze lepiej nie O_o....

poniedziałek, 11 grudnia 2006
Kontrasty

Wszystko zaczelo sie od solonej lukrecji. Podstepnie nia nakarmiona, zostalam zainfekowana pociagiem do pociagow!---- Dobrze, moze nie wybiegajmy tak daleko w imputowaniu mi afektu do tych jenozercow, probujacych w dodatku mnie zabic. A wszystko przez te slawne tunele, przegryzajace sie przez trzewia Japonii jak Szej-Hulud. Pociagi pomykaja sobie radosnie, z nadgwiezdna predkoscia wskakujac z tunelu w tunel, nieswiadome tego, ze gwaltowne I blyskawiczne zmiany cisnienia, ewidentnie niedostrzegalne dla Japonczykow, wybuchaja mi w glowie poduszke powietrzna, ktora rozgniata bebenki I wysadza oczy z orbit. Masakra.

Tunele sa zle. Pociagi tez. Cukierki; cukierki sa mile :D.

Owoz jezioro Biwa. Wspaniala wyprawa, odbyta kosztem wykladu Tongu-sensei. Kwitnace kwiaty pospolu z bezlistnymi zimowymi konarami I plonacymi barwami jesieni. Swiatynia pnaca sie po zboczu gory, z drogami, odkurzanymi z opadlych lisci (-_-`)przez ekipy robotnikow roznego wieku i plci. Drogami, na ktorych strasza wielkoglowe Jizou Bosatsu. Wreszcie- przyjemna jadlodajnia I Asahi Beer, podczas obserwowania swiatecznych tlumow, przelewajacych sie ulica. No tak, swieta, swieta….Dzis oslepila mnie piramida swiatla, ktora nagle zaplonela na mojej uliczce; gdy oczy przywykly do blasku, z uczuciem zawodu stwierdzilam, ze to nie bliskie spotkanie trzeciego stopnia, jeno zamozny mieszczanin umail nieco hacjende z okazji `kurisumasu`. Na Swaroga, kolo musi kosztowac miasto niezly grosz, bo jego dom bez watpienia zlopie 8 czesc energetycznego zaopatrzenia prefektury.-_-`

I –tak! Cukierek, ofiarowany przez przemila starsza pania w pociagu! Cukierek fasolowy, z kawalkami fasoli w srodku. Czyz moze byc cos bardziej podejrzanego?!

Moze, oczywiscie, ze tak.

Np. cukierek, wreczany na pozegnanie przez kelnerke, usmiechnieta tak, ze jeszcze troche, a bylby Kanadyjczyk. Kind of scary…Pewnie przy nastepnej pelni zerwe sie o polnocku I z maniackim blyskiem w oczach wyrusze boso do tej knajpy, zjesc edamame. Niedobrze by bylo... Bowiem knajpa jest w Nagoi, gdzie ten miniony weekend spedzilam. Ale bylo….Szwendalam sie wszedzie, troche sama, troche z Wiktorem. A w sobotni wieczor wyladowalismy w swietnym barze, gdzie puszczano A-ha, Michaela Jakcsona I jakiegos japonskiego hiciora, do ktorego obaj barmani odstawiali uklad taneczny. Od jednego z nich tez dostalam cukierka. Lizaka konkretnie, Chupa-Chups, truskawkowo-smietankowego, bo truskawka to taki swiateczny owoc w Japonii. Najlepsze jednak bylo, jak, po moich usilnych naleganiach, poszlismy do `knajpy gdzie sie tanczy`. Nie wiem, dlaczego, ale brzmi to dla mnie niemal jak ` Chlopiec, ktory przezyl`, czy `Ostatnia paroweczka Barry`ego Kenta`. Unikat pobrzmiewa tam dudniacym echem.

Za wjazd kasowali, wiec sie przedtem upewnilam: ` To taka jakby dyskoteka, tak?` `Tak` odpowiada bramkarz I wyciaga ku mnie stempel. Prrr., szalony. `Ludzie tam TANCZA, tak?` `Tak.`  Gut, stempel, wchodzimy.

Hip-hop. No, moglo byc gorzej, dobra. Ale rekonesans na parkiecie mnie po prostu rozbroil, znokoutowal, powiem nawet----zawiesil na moment. Ludzie tam byli, a jakze. W wielkich puchowych kurtach I czapach, stali wszyscy zwroceni twarza do konsolety, jakby to byl koncert, i- kiwali sie na boki jak gumbasy. Und nicht mehr!..Leci muza, inna sprawa, ze wciaz taka sama, NIC sie nie zmienia, a oni- kiw, kiw, buju buju, jak taki pajacyk na sprezynce, z podstawka mocno przytwierdzona do podloza. No, my z Wiktorem dlugo nie zagrzewalismy stolkow, tylko poszlismy pohopsac. To sie najpierw zrobil kolo nas plac, ale taki- z przeciagami. Potem zas rozbimbany tlum gumbasow wyplul w nasza strone, niczym ambasadorow do kontaktow z Obca cywilizacja, kilku lokalnych macherow, ktorzy zaczeli sie giac I gibac, nadal jednak przezornie nie odrywajac od podloza podstawki. No strasznie to smieszne bylo, choc ostatecznie to raczej frustrujace. Kiwu kiwu…Jeszcze zeby dj`e umieli swoja robote. Ale zaczynanie fajnego, znanego kawalka, by nagle go po 5 sekundach uciac i zaczac swoja, jakze zla wariacje na jego temat…Jednak mieli najwieksze kurty ze wszystkich, mentalnie byli wiec czarniejsi od Zulus Chaki. Nie pogadasz.

Ranek nastepnego dnia byl niewyrazny, I Wiktor mi dogadywal, ze tak sie konczy jedzenie cukierkow od nieznajomych, ja jednak podejrzewam, ze moze to miec jakis zwiazek z faktem, ze tego lizaka za kazdym razem maczalam w drinku zrobionym na bazie spirytusu. Ale to tylko taka moja hipoteza. Kontrasty bowiem nie zawsze sie musza gryzc, czego dowodza ponizsze zdjecia. Niech by to jednak zobaczyl Front Wyzwolenia Judei….}:D

piątek, 01 grudnia 2006
Kurasikku dizasutaa

Wczoraj spektakl w Takarazuce `Ryoma den`, I rewia pod budzacym groze tytulem `Za kurasikku- I love Chopin`. Zabralam ze soba kolege Chrisa, zainteresowanego zywotnie zywotem Sakamoto Ryomy :P Na pewno bylo to dla niego…niezapomniane przezycie. :D

Najsamprzod- wizyta w Quatre Reves, firmowym sklepie. Chris chyba sobie nawet nie zdawal sprawy jaka sensacje wzbudzal, gdy tak sie blakal wsrod polek, niosac grzecznie koszyk, do ktorego co jakis czas cus dorzucalam :P Wielki bialas w stroju hiphopowca, ze sladem zainteresowania na twarzy pilnie szukajacy fajnych fotek Ryomy. Tak czy siak, spektakl mu sie podobal; mi tez, ze wzgledu na swietna role Kashige I wstawki komediowe, ktore byly absolutna perelka nudnawej tak poza tym sztuki. Don`t get me wrong, it`s just….I`m not into this `mastah-daimyo-obmysla-plan-podboju-Japonii-a-pomaga-mu-w-tym-gwardia-evil-leutenantow-ciemnosci-z-ktorych-wszyscy-wygladaja-tak-samo` historical stuff. I tak zalatwilo mnie na dobre 15 minut, jak sie taki daimyo pojawil, uzbrojony w nowinki techniczne (megafon czyly) I w asyscie dwoch czerwonych diablow. Serio, kolesie mieli czerwone peruki po pas, w dobrym stylu Szalonego Shite, a ciuchy jak gwardzisci z `Planety Malp`. Jak sadze- to mieli byc gaijini. -_-` Tak samo, jak burleskowa postac jajecznowlosego jegomoscia, ktory tak wiesniaczyl po japonsku, ze sie uszy w tutki ze zgrozy zwijaly. I to cale `mister siamuraj!`. Argh.

Poczem nastapila rewia.

Przebog. Nigdy…..Nigdy dotad nie sadzilam, ze bede w Takarazuce siedziec jak na mekach, blagajac w duchu, zeby sie jak najszybciej skonczylo. Ni do rytmu, ni do taktu, wsadz se d…palec do kontaktu. Zacznijmy od tego, ze sztuke pod tytulem `I like Chopin` otworzyla….V Symfonia Beethovena! Ha! Zawsze wiedzialam, ze z tych Niemcow to nigdy nic dobrego nie bedzie, szuje, naszego Fredzia oskubali!...On to musi napisal, w malignie pewnie, na swoim francajskim pianinku. Maloz tego, bombardowaly nas straszliwe remixy chopinowskich kawalkow, pociete I poukladane w muzycznego czlowieka-szczeke, troszku preludia, troszku rewolucyjnej- I znow zakropione Ludwiczkiem. O_# Czy nikt im nie powiedzial, ze...tabulatura to nie San Fransisco…?! I te sceny z kosmosu, jakas postac wchodzi, rzuca kilka nostalgicznych tekstow o zyciu Chopina, I znika zwiewnie, po czym- z wigorem wpada KANKAN! O_o  Nastepnie- scena walki na jakims sredniowiecznym zamku, tance ludzikow z antenkami na glowach, I pianista opetywany przez wampira, spiacego w trumnie fortepianu. Dobra, skojarzenie z trumiaszka poprawilo mi odbior calej sceny ;D

Ale- bylo cos, co poza wspaniala rola Kashige, mnie pokrzepilo. Tomu Ranju. Jej glos- to jest marzenie; ona I Mizu Natsuki kaza mi z otucha spogladac w przyszlosc, oby tylko zostaly wlasciwie docenione (どうでしょうね…)

I- na koniec, jednak-sugoi-sukces!! (hehe, parafraza, nie dekapitujcie) :P Chris relacjonowal, co mu sie w rewii podobalo ( to sie nazywa umiejetnosc dostrzegania dobrych stron XD ). Pikacznosc, buchajaca z kazdego detalu scenografii I kostiumow bylaby grozna nawet dla wyjadaczy; dla zoltodzioba- byla zabojcza. Ale Chrisa uwage przykul…`…There was this guy, wearing a red, spider-man`s like costume…`. Przerywam tu. Czy moglby powtorzyc, bo tak jakbym…nie doslyszala. `Well, the guy in this red costume…`. Ha. Haha. HahHAAAA! The GUY, he said, the GUY! Oo, Nyarlathothep-sama, poswiecam ci te dusze, ku czci Mrocznego Pompona! Trafiony-zatopiony, baza-baza, eagle has landed! :DD Slowem- mamy go.

Szkoda, ze taka sztuka na zakonczenie dla Kashige. Swietnie, ze taka rola na jw. Musze co rychlej obejrzec jakas dobra rewie, zeby wydobrzec I pozbyc sie wstretnego posmaku popeliny, jakim mi traci najlzejsze wspomnienie `Za kurasikku`. Still- boszszsz, jak ja chce tam juz wrocic! :D

CURRENT MOON