RSS
poniedziałek, 31 grudnia 2007
Miazmaty

  Co się dzieje w te święta...Przede wszystkim z wolna przekształcam się w kolekcjonera długich, pasiastych skarpet, którymi zostałam zarzucona w sporej ilości- na własne to, nieskromne życzenie, przyznaję. Następnie, przy wigilijnym stole, rodzina zadziwiła mnie zażartą dyskusją o tolerancji, przy czym nie spodziewałam się być tego samego zdania z akurat tą jej częścią...No no. Cuda, cuda. Ale bo też ludzie błędnie zakładają, że jak już tolerancyjny, to na całego, akceptujący caluteńki świat ze wszystkimi jego aberracjami, i otwierający ramiona w szerokim geście na każde zwyrodnienie. Bo tolerancja, panie dzieju.-----------Be-ze-duura. Teoretycznie miłość- szczególnie w chrześcijańskim wydaniu- też ma zakładać, że będziesz miłować wroga swego i tego, co ci krzywdzi bliskich. Hę? Kto ten dzielny, kto się zgłasza?...

Tiaa... Co nie znaczy jednak przecież, że nie spełniając tego warunku, człowiek jest niezdolny do miłości w ogóle, prawdaż? Co bardziej dowcipni- konkretnie jeden ksiądz, jak poznam namiary, to podam adres parafii- głosi, że zgodnie z pierwotnym zastosowaniem słowa 'tolerancja' nie znaczy ono ani cierpliwości, ani wytrwałości, a 'naśladowanie wroga' ( ja chcę taki słownik etymologiczny, jaki ma on księżulo...). Ergo- każdy człek, mieniący się tolerancyjnym, jest w istocie łotrem i ladaco, godzącym się na mord, sodomię i czarnoksięstwo.

No. Zawszeć to lepiej wiedzieć, za co cię wieszają, taka jest moja opinia.

Ponadto zanurzam się w miejskich uciechach; od poniedziałku niemal co wieczór zwiedzałam rozmaite punkty miasta, pulusujące nocnym życiem. To, co w dzień siedzi w ukryciu, a nocą rozprostowuje skrzydła; te nienaturalnie barwne światła, specyficzny gwar tłumu, nastawionego na muzyczno-alkoholowe doznania, nieodparty urok klubów, i odprężenie, jakie czeka w środku przy barze. Ech...Cudnie było, jak na koncert parę dni temu przyodziałam się w takarazuczny fraczek. Industrialny surwiwal, myślałby kto, hłe hłe; nikt by nie zgadł, że to ubranko "fańkluuubuuuu", muehehe...Bez różowych wstawek, na szczęście, jego natura pozostała zatem nieodkryta. Uwielbiam to. Zaiste, dobrze jest być nocnym stworzeniem.

I raczę się, raczę z upodobaniem. Już najstarsi Indianie wiedzieli, że najlepszym środkiem wzmacniającym krew jest czerwone wino, a już na pewno lepsze to, niż dać się wprasowywać między rentgeny i inne narzędzia szatana. Szlachetne zdrowie...Gdzie jesteś, cholero jedno??

środa, 19 grudnia 2007
Round And Round Inside My Wheel Lost And Torn Is How I Feel
Święta, święta...
Znowu mam zacząć wpis tradycyjnym świątecznym zwrotem? Znowu "Ave Satan"?..
Aaa, niech tam. Mam dziwny nastrój, wywołany wieloma zdarzeniami z pogranicza fantastyki naukowej i horroru, zdarzeniami pędzącymi jak żwawa lawina; porwało mnie, i za bogów już nie wiem, co się właściwie dzieje.
Obieram azymut na hiszpańskie czerwone. Półwytrawne.
Zacznę sobie od rozwinięcia wstępu.
Czy ktoś poza mną jeszcze ma problem z dostrzeżeniem świąt? Dla mnie panuje taka więcej zimna jesień; cały las jest zrudziały, widziałam nawet białego lisa, czmychającego w komysze, oraz cienie dwóch saren; niby napatrzyłam się na sarenki przez ostatni rok, ale dajmy pokój tym defekującym gdzie popadnie miejskim chowańcom- na pustyni też człeka nie cieszy "śliczny, żółciutki piaseczek".
Tak więc las- jest bezśnieżny. Zaś sporo miast- wyjątkowo- oszczędziło nam w tym roku przydługiego wstępniaczka do Gwiazdki.
Mającego początek we wrześniu -_-'
W tym roku zaskoczenie więc jest wielkie, chyba nie dowieźli sklepom łańcuchów na czas, i ktoś musi porwał cały transport wypchanych tańczących reniferów (może przy pomocy wspomnianych łańcuchów) bo w porównaniu z dotychczasowymi hucznymi kampaniami przedświątecznymi, wystawy są ciche a skromne, ulice- wręcz żałobnie ciemne.
Z rzadka tylko pątnik, idzie i brewerie z rózgami wyczynia.
Osobiście bardzo mnie to cieszy. Widok biczującego się pątnika, mm~hmm...
Nie, tfu, nie to! argh, na bogów..
Ale chciałabym mimo wszystko odczuć, że idą święta. A nie pomaga mi widok Św.Mikołaja, ukrzyżowanego na choince. O_O
Serio, wisi na poczcie; złocista brokatowa choineczka, wydrążona w środku, a w powstałym otworze- męczeńsko rozkrzyżowany krągły mikołajek. Jak bym miała dziecko w rodzinie, to już byłby prezent poglądowy.
"Pytałeś, Tito, dlaczego zamiast Mikołaja przychodzi twój tatuś...Mikołaj wpadł w kłopoty. DUŻE kłopoty."
Choć coś jakby muśnięcie dobrze znanego przedświątecznego dreszczyku przemknęło mi po karku, kiedy z okien pociągu zobaczyłam rosnące w przydomowych ogródkach choinki, okręcone grubymi sznurami światełek.
Najlepiej różnokolorowych...
Musi być świątecznie. W końcu to chyba moje - na dłuugi czas, przynajmniej- ostatnie święta w Sopocie.
Tak. Wyprowadzam się.
To, oczywiście, zbliżało się wielkimi krokami. Nie wiem, kogo teraz stać na zamieszkanie tutaj- warszawiaków na pewno; i jeszcze pół Polski, bawiącej tu w sezonie letnim, oby sczezł. Wiem jednak, że ktokolwiek sie wprowadzi do naszego mieszkania- nie zobaczy mojej ulicy Sikorskiego, z jej cieniami.
Nie będzie tak dobrze znać rysunku dachów, tworzonego przez zrośnięty z kilkunastu kamienic szary pień miasta. Nie będzie pamiętać Drzewa, Kwitnącego Zimą- ścięto je kilka lat temu.
Nie zauważy tych wszystkich cudów.
Tak, to musiało sie stać, no i mam swoją zmianę w życiu, oczywiście, tak.
Ale w dniu wyprowadzki chyba serce mi pęknie.

poniedziałek, 17 grudnia 2007
Spaleni zimowym słońcem

Zimą niesamowity jest świt.
Moment tuż przed wychynięciem słonecznej tarczy ponad horyzont i ogacające go stratusy. Wtedy nawet kałuże są piękne- wkute w brylastą ziemię gładkie zwierciadła.
Trawa, schwytana przymrozkiem, zastyga nienaturalnie sztywna, nieprawdziwa, co do źdźbła powleczona biała skuropką szronu. Drzewa otulają się woalami roziskrzonego oparu, na którego zmrożonych cząsteczkach rozpięto setkę słońc.
Blask mnie oślepia.
Minęło sporo czasu, odkąd ostatni raz pozwoliłam słońcu bezkarnie dotykać mojej twarzy. Przez ostatni rok oddzielała mnie odeń przynajmniej jedna warstwa filtra.
Wkrótce wespnie się na taką wysokość, na której będą mogły rzucić się na nie zachłanne chmury, jak kruki do wisielca. Jednak wczesnym rankiem, jadąc do miasta wiecznego (zdałoby się) nasłonecznienia, czuję młodość i świeżość tej ognistej kuli; jak gdyby została ukształtowana ledwie chwilę temu. W końcu Słońce rodzi się zimą. I tylko o tej porze roku jest mi miłe.
Nastepny ranek jest tak ciemny, jak gdyby Febusa doszczętnie pożarło ptactwo; rządzi Aryman, nocny sen się przeciąga do popołudnia, bo i tak między dniem a nocą nie ma większej różnicy; zasłony pozostają zaciągnięte przez kilka dni.
Dziwne; dawno nie widziałam w trójmieście pełnego słońca. Ziemia pod parasolem chmur, wiecznie ponura, a ludzie bezbarwni, ich bladość zaś dodatkowo rozcieńczona mżawką.
Mimo to- morze jest najpiękniejsze właśnie zimą.

Dostałam potężną kolekcję broni do zwalczenie ciemności - Stos takarazuki (z Mahorobą na czele), oraz sześciopak produkcji prosto z Bollywood. Witajcie słodkie chwały godziny...Oglądając, będę czekać na kolejny przebłysk zimowej iluminacji.
poniedziałek, 10 grudnia 2007
Nordcon 2007..

Sie dzialo...
Polnocna Kongregacja w Jastrzebiej Gorze po upadku cywilizacji, uchronila ludzkosc - w mojej osobie- przed losami gorszymi od smierci.
Postapokalipsa i stan zagrozenia zaczely sie jeszcze w PKSie z Gdyni, kiedy szalony kierowca, majacy wesoly zwyczaj ruszac z piskiem (letnich) opon nim jeszcze zamknal drzwi, w pewnym momencie uznal naprawe maszyny do biletow za rzecz pierwszej wagi. Czym dorownal, ba!- przegonil luzniutko kierowcow w Chinach; jedna reka bowiem trzymajac kierownice, i z rzadka rzucajac okiem na droge,  druga grzebal we wnetrznosciach wspomnianej maszynki.
Przyznam, emocje budzil silne.
Tegoroczny Nordcon roznil sie jednak od poprzednich, na ktorych bylam. Przede wszystkim- bardzo malo osob sie przebralo, lub- stroje pojawialy sie dopiero po poludniu. Jakby za dnia ludzie bali sie przyznac, ze sa napromieniowani- co przeciez i tak bylo jasnym, skoro sie w DW Drejku znalezli -_-`
Takze na konkursie strojow nikt nie przedstawil zadnej scenki. Po prostu- przedefilowali, zainkasowali nagrody- do widzenia.
Generalnie program nie powalal na kolana. Ja jednak, bedac zaradnym czlonkiem gangu, znalazlam to i owo, zeby sie zabawic. Kilka prelekcji o nieuniknionej zagladzie. Kilka konkursow..
Na jeden sie nie odwazylam, pamietajac zeszloroczny Pyrcon- na konkursie wiedzy o komiksie robilam za widza (troche halasliwego, ale ktoz by przewidzial, ze tak sie mozna ubawic komentarzami publiki :P Poza tym ja naprawde nie wiem, jakie wydawnictwo pierwsze wydalo costam w twardej oprawie i w ktorym to bylo roku XD), za to na konkursie muzyki filmowej sie pojawilam; ponioslam wspaniala porazke, po czym przenioslam sie na kalambury, gdzie- dla przeciwwagi- odnieslismy spektakularne zwyciestwo.
To, ze pierwsze nagrody dostal kto inny, wynikalo tylko i wylacznie ze stronniczosci jury, pytania i tak byly tendencyjne.
Nam w wygraniu przyswiecaly szczytne cele, oraz bardzo silna motywacja: za kazde zgadniete haslo trzeci czlonek naszej druzyny dawal nam po lyku Najlepszej Cytrynowki Swiata *_* Szczesciem, nie zostalo to uznane za nielegalny doping...
Dla takiej ambrozji mozna bylo zgadnac i `kabaczka` i `Innych`, a nawet `matryce zmiennoprzecinkowa`, jakby zaszla koniecznosc. Na bogow...Warto bylo *_*
Samych Znamienitych Gosci tez nie bylo wielu, ale ja i tak polowy bym nie rozpoznala :/ Mialam wlasne problemy na glowie- rozpoznano mnie jako napromieniowanego mutanta, i musialam salwowac sie ucieczka, dla niepoznaki przebierajac sie w peniuary.
Zdjecia...jeszcze sie pojawia. Moj mizerny aparacik nie zniosl stopnia promieniowania, i musialam w koncu uznac jego niemoc produkcyjna.
Ale na tym jednym zdjeciu widac, jak to czasem...nic nie widac XD


Gdy opuszczalismy Drejka w niedzielny poranek, wszysc bladzi i oslabli po przymusowym odkazaniu, wierzylismy, ze skonczyl sie armagedon.
O, jakze naiwnie...
Pandemonium rozpetalo sie, gdy kierowca mial nas juz wszystkich poprzypinanych do miejsc, w szczelnie zamknietym autobusie. Wtedy---ten dran wlaczyl muzyke.
DISCO POLO.
Trzeba bylo kilkukrotnej interwencji, zeby sie zlitowal, i przerwal tortury. Ale slowo daje! Wszyscy sie przejmuja ciaglym lamaniem praw czlowieka w jakims Trzecim Swiecie, podczas gdy u nas, tuz pod nosem, dzieja sie takie diabelskie praktyki!
Wrocilam innym czlowiekiem O_#

środa, 05 grudnia 2007
Hedonizm? Agnostycyzm? Fatalizm? Nie- Dyskordia.}:)

`(...) inni

  Siedli na wzgorzu w pewnym oddaleniu
  I mysli wzniosle wymieniajac, wiedli
  Dyskurs wysoki o Losie, o woli
  O Opatrznosci i przewidywaniu`

                                                Milton `Raj utracony`

Po tej strofie odechciewa mi sie wszystkiego. Nie znajduje juz w powyzszych tematach nic odkrywczego, traca straszliwa nuda, i marnowaniem tlenu. Dyskurs o losie i kluskach w sosie, pffff... Czesciej i chetniej sie teraz dyskutuje o zawartosci watpi, a i do ciekawszych wnioskow dojsc mozna. I nie jest to bynajmniej wylacznie zanizenie pulapu- powiedzmy sobie szczerze, jaki sens maja podobne dysputy, jak ta na wzgorzu?
Null. Niente. Absoluta nada.
Strata czasu. Nawet czytanie o tym nuzy mnie smiertelnie, slowa maja taki posmak, jakbym zakasila brudna kartka, na ktorej je spisano. Ksiazka, istotnie, poszla w kat; ale bo tez traktuje! O koszmarnym przelomie XVII i XVIII wieku, czasie jednoczesnie wielkich odkryc- i totalnego ciemnogrodu.
Sek w tym, ze ciemnogrod nadal sie bezczelnie panoszy w roznych niszach cywilizacyjnych, a wielkie odkrycia byly odkryciami- wowczas.
Dzis zas to oczywistosc. O ktorej nie chce mi sie czytac pelnego peanow monologu (nazwanego mylnie powiescia), jakim to wielkim czlowiekiem Newton byl, ze wzial i odkryl.
No brawo. Tak bylo, tak bylo. Zegnam ozieble z domieszka ironii.
Z drugiej strony, smutna to konstatacja: oni walczyli z owczesnym swiatem naukowym, odkrywali w trudzie i znoju, dokonywali przelomow na skale stuleci, po czym po trzystu latach swiat ma za komentarz tylko jedno:
`Piardy`
No ale w koncu- dla mnie to tylko moment w zamierzchlej przeszlosci. Punkt.
A kogo by interesowal statyczny, zakurzony punkt.

Miast tracic czas, chcialam sie podzielic refleksja odnosnie tych filutow, klasykow.
Maja oni to do siebie, ze czesto tworzyli utwory jak wyrafinowana rzezbe z drutu, poplatane, zlozone, wycyzelowane i pogiete, niewatpliwe majstersztyki, gladzace ucho krytyka, choc targajace synapsy wszystkich innych.
I dopiero gdzies w srodku tej plataniny- jedno-dwuminutowe pasmo idealnej harmonii i absolutnej wirtuozerii.
...Po ktorym wracamy do szarpidrutow.
Ale ta minuta wystarcza, zeby mi sie pluca rozpekaly niemal, bo nie jestem w stanie przyjac i przetworzyc takiej dawki plynnego piekna.
Rachmaninow tak robi. I Grieg.  

I dlaczego, ja sie pytam, nie mozna zrobic calego utworu takiego pieknego? Bylaby sliczna smierc, z peknietymi plucami i usmiechem na twarzy.
Ale nie. Bo- ten piekny kawalek musi wytworzyc kontrastowa wysepke w piekle halasu. Punkt wlasnie.
Dranie. -_-` Wszedzie mnie dopadnie ta cholerna matematyka, choc z dwojga zlego wole ja nizli wysokie dyskurse o Sensie wszystkich Sensow.
I tak dopadnie nas nieunikniona entropia- i z ta optymistyczna wieszczba na ustach oddalam sie na Nordcon.
Hail Dyskordia!

CURRENT MOON