RSS
poniedziałek, 29 grudnia 2008
The beat goes on

Co za miszung.

Najpierw poszłam w drugi dzień świąt na "dziadka do orzechów", wystawianego w Operze Bałtyckiej- swoja drogą, marna inscenizacja; Czajkowski, oczywiście, broni się sam, ale poza prześmieszną sceną z tańcem śnieżynek, przy której to płakała cała widownia, spektakl był mniej niż średni. Do tego nie przepadam za budynkiem Opery- jest jeszcze paskudniejszy od Teatru Wybrzeże, któy przynajmniej ratuje wachlarzowaty układ widowni. Opera (i Filharmonia w jednym) zaś to postpeerelowskie, toporne formy, płyta z pseudodrewna i barierki z pochlapanych olejną farbą, ciężkich sztab. Bleh.

Przyjemniej było natomiast popatrzeć na świąteczną publiczność, wśród której było znacznie mniej niż zawsze przypadkowyh widzów. Te kulturalne, inteligente twarze; ładna polszczyzna i strój odpowiedni do okazji...Rzadko mi się zdarza widzieć takie natężenie ludzi z pewnej sfery, a było mi to potrzebne szczególnie po natłoku wrażeń powstałych w wyniku zetknięcia z rzeczywistością uliczno-tramwajową; jak haust czystego powietrza.

Zaraz po spektaklu wymknęłyśmy się z wonnych oparów kultury wyższej i pomknęłyśmy na imprezę. Przyznam, że ciężko się baluje w towarzystwie stylistów i wizażystów, krótko mówiąc: specjalistów od tego, jak kobieta ( i mężczyzna też, a co, niech sobie nie myśli!) powinna wyglądać. Zgroza; ciągle chciałam łapać za lusterko i schowawszy się za nim- oceniać swój makijaż i dobór biżuterii; na szczęście wykład odnośnie moich kolorów i najwłaściwszej mieszanki szamponów koloryzujących, która "najlepiej wyciągnie moje oko" (Giaaaa! O_o) w końcu pochłonął mnie bez reszty.

Ale pojmujecie ten stres, prawda?... Jednak faceci nie powinni się AŻ TAK znać >_< To deprymujące. Nawet u gejów ;)

I pierwszy raz bawiłam się w towarzystwie, jakie znałam tylko z sitcomów, znaczy: jakaś niezbyt trendy opinia, albo niedobrany żart, i człowiek pada porażony wzgardliwą ciszą, jaka wokół niego narasta. Mi się udało tylko raz, za to w duchu najlepszych burlesek braci Marx: w trakcie bowiem dowcipkowania na temat specjalnych -ponoć teraz popularnych- gatek, sztukowanych gąbką, coby pośladki jędrniejszymi się jawiły. Strasznie mnie ubawił pomysł noszenia gąbki na tyłku, na co nagle reszta (do tej pory dywagujących z uśmieszkami na ten temat) ludzi zmierzyła mnie zimnymi spojrzeniami. Ups }:P Zdaje się, że to jakiś temat-szyfr w niektórych kręgach, i wygląda na to, że połowa zebranych tamtego wieczora ludzi miała na krzesełkach bardziej miękko od innych :D

Ech, życie. Poza tym stwierdzam po raz nie wiadomo który, że przebywając zbyt długo z branżą, człowiek nie miałby sznas się uchować jako wielbiciel shonen-ai. Niemal połowa moich znajomych z tęczowej strony mocy to ludzie głęboko osadzeni w materii; dla których najważniejszą cząstką człowieka, stanowiącą o jego wartości i przeżywaniu, jest- penis. Długotrwałe obcowanie z nimi strasznie mnie przygnębia- bo dla nich istnieje tylko to ciało i wygląd. Nie mogę się dopatrzyć głębi, wyobraźni (nie ukierunkowanej w stronę wyrobów z gumy) czy choćby śladowej duchowości- oczywiście, jeśli mowa o diwach z nocnych klubów, to nie ma się co dziwić; ale mimo wszystko odsetek ludzi, ulepionych z samego tylko mięsa i żyjących dla "mięsa"- zdaje się być wyższy, niż wśród heteryków. Smutne.

czwartek, 25 grudnia 2008
Kilka słów o Łukjanience

W dwa dni przeczytałam dwie kolejne książki Łukjanienki, i nie mogę wreszcie odwlekać krótkiego podsumowania twóczości tego najsłynniejszego obecnie rosyjskiego psychiatry.

Najsamorzód, żeby było jasne: uwielbiam jego twórczość. Mimo oczywistych minusów, jakie zaraz wymienię, jest po prostu świetny. Bardzo kojarzy mi się ze stylem pisania innego mojego guru, Zelaznego (niech spoczywa w pokoju, skoro już, bezczelny typ, zmarł). Ale -korzystając z dziewiczego gruntu gdańskich bibliotek- udało mi się przeczytać kilka nieznanych dotąd książek Seriożki, co czyni listę tych przeczytanych całkiem juz pokaźną: wszystkie cztery Patrole, Zimne brzegi, Nastaje Świt, Spektrum, Brudnopis, Linia marzeń i Imperatorzy iluzji. Wobec czego mam dowody niezbite, że ten człowiek- pisze w kółko jedną opowieść. Pisze doskonale! Ze znawstem tematu, w jakim buszuje, niewieloma naprawdę wtopami logicznymi, operując pięknym bogatym językiem...Jedną historię. Owszem, ma cały wachlarz motywów, czasem z jakiegoś rezygnuje, czasem jakiś dobitniej podkreśli, ale pozwolę sobie je teraz wypunktować:

- światy równoległe; czy to schowane za drzwiami wieży, czy po drugiej stronie cienia- inne rzeczywistości, dostępne nielicznym;

- moce lub umiejętności potrzebne, by się do tych światów dostać;

- Ludzie obdarzeni mocą, specjalni- w grupie innych specjalnych; mogą to być zdolności magiczne, może być posiadanie żelaza czy znajomość sekretnego Słowa Mocy; i tak wydają się pętakami w porównaniu do tego, który gdzieś tam się wśród nich czai...

- ...Wybraniec; Mesjasz, Największy Mag albo Zagłada ludzkości, naturalnie- mimo woli, albo nawet jej wbrew;

- dwunastoletni, czarujący chłopcy -_-;

- bohater, który jest wyrzutkiem, ale jest dobry, John, naprawdę dobry; często nawet o tym nie wie, ale jest w nim coś specjalnego;

- walka najpierw zgodnie z regułami systemu, następnie wbrew systemowi, potem otwarty bunt, wreszcie zdrada ze strony przyjaciela (zawsze), a na koniec Odkupienie i łyżka mistyki, żeby w miarę zgrabnie zamknąć opowieść.

Znając to wszystko, wiedząc, że taki a nie inny jest model Sergiuszkowych powieści, nie pojmuję, jak potrafię dać się im tak złapać, tak uwikłać w fabułę, tak absolutnie przykuć do historii, że nie mogę jej rzucić w kąt dopóki jej nie skończę. I mimo tego że przebieg fabuły jest przewidywalny, mimo iż po kilku chwilach mogę z dużą dozą prawdopodobieństwa zgadywać, że ten oto zdradzi, albo okaże się zapomnianym królem- czytam jak szalona, co więcej- autor potrafi mnie zaskoczyć i wywieść w pole, nadal!...Mimo, że schemat znam na wylot, on posługuje się nim z takim mistrzostwem, że dech zapiera. Pokrzepia mnie to, że Zelazny też bywał powtarzalny, ale na szczęście napisał taką masę książek, że, chciał czy nie, wkradła się w nie różnrodność :P Widzę więc szansę i dla Rosjanina. W bibliotece została mi jeszcze jedna jedyna jego książka. Odwlekam moment, kiedy ją capnę, na razie- dla złapania tchu- wzięłam się za "Rytuał" Diaczenków, ale, wciąż czując posmak doskonałego pisarstwa Łukjanienki, sceptycznie jestem nastawiona do miłosnej opowieści o smoku i księżniczce -_-'

wtorek, 23 grudnia 2008
Więcej Światła!

Zima, zima...Szaro-zielona i wredna. Na skutek nieszczęśliwego wypadku moje okno się nieco rozszczelniło, co dodatkowo czyni moją przygodę z brakiem gazu jeszcze bardziej ekscytujacą. Żałuję, że -wbrew pogróżkom synoptyków- nie spadł śnieg, wygrałabym wówczas z hrabiną Zajączek o kilka długości. Tymczasem śniegu nie ma, nadal panuje burość, a ja umyśliłam sobie, że jadąc na północ, w szarości białych nocy, monotonię duńskich miasteczek i brak życia nocnego, powinnam się zaopatrzyć w zielone soczewki. Niewiarygodne, jak bardzo ten delikatny zielony filtr rozsłonecznia barwy! Nie wiem, doprawdy, dlaczego utarło się powiedzonko o "różowych okularach"; zieleń wystarczy, by świat wokół się aż jarzył!.. Choć z drugiej strony, mając na oku soczewki w kolorze morskim, na pewno używam więcej jaskrawych odcieni w rysunkach, co tylko im może wyjść na dobre.

Swoją drogą, trzeba wam wiedzieć, że podstawą mojej twórczości jest solidna wiedza. Dosłownie. Żeby widzieć dobrze blat biurka i kartkę, spiętrzyłam na fotelu trzy potężne woluminy dotyczące malarstwa i rysunku, przykrywam swetrem dla większej wygody i na tym to tronie Sztuki zasiadam. Da Vinci tak miał? No miał czy nie? :D 

W Sztuce się teraz pławię, ot- w piątek zawitałam do niszowego klubu morskiego Zejman, ukrytego na cyplu jak baza partyzantów, żeby świętować przesilenie przy dźwiękach harfy. Impreza była bardzo niszowa, naliczyłyśmy wszystkiego 15 osób- poza barmanem- co jednakowoż stworzyło możliwość pobrzdąkania na wspomnianej harfie i zacieśnienia międzyludzkich więzów. Oraz uświadomienia sobie własnej śmiertelności- zewnętrzny pozór lokalu, jak też zaparkowana przed nim na kilku spróchniałych kołkach wielka i stara łódź rybacka, górująca nad człowiekiem jak dogorywający lewiatan, sprzyjały szybkiemu rachunkowi sumienia. Wystawiam vat jakby co 8-)

Tak zaś wygląda moje świąteczne drzewko- oba "drzewka", no bo co, jak szaleć to szaleć :) Wesołych Światków wszystkim!

ta jest u mnie...

...a ta w kuchni :)

czwartek, 18 grudnia 2008
Na północ!

Utarł się nowy zwyczaj w moim życiu: wypada ostatnio tak, że spędzam w Polsce pół roku, i znikam jak sen jaki złoty ^_^ Poprzednio, między jednym wyjazdem do Japonii a drugim, było to równiutko sześć miesięcy. Teraz poczekam jeszcze siódmy i ponownie uchodzę, acz tym razem ku północnym rubieżom. Ech, akurat teraz, kiedy rozwinęłam skrzydła kreacji... Zaczęło się od tego, że zaginęły wszystkie nasze ozdoby choinkowe, i choć wzdragaliśmy się przed ciskaniem oskarżeń- bombek nie było nigdzie, przepadły utrącone aniołki i mój sprasowany jak kromka chleba stary Mikołajek; krasnoludki z paralitycznie powykręcanymi kończynami i sznury dzwonków, hej....Czudiesa. Poszłam na jarmark i kupiłam po pudełku małych bombek, srebrnych, złotych i brązowych; no i cóż z tego, że z plastiku? Ja byłam gotowa wieszać na choince moje wyroby z papier-mache!...Gdyby nie to, że ledwo dokonałam zakupu, stare bombki w cudowny sposób się odnalazły -_-'  No tak, cóż. Ja i tak straciłam chwilowo zainteresowanie ozdobami świątecznymi, jako że zaczęłam z zapałem wyrabiać inne fajne rzeczy z papier-mache; kot jak zwykle sieje dywersję i wyżera mi klej, kiedy nie patrzę, mały ćpun. I dręczy Świnkę Mroku, kiedy wychodzę; wywleka ją, gdziekolwiek ją schowam, i turla po całym mieszkaniu. Wiecie, jak biedactwo teraz wygląda?! A chciałam dorobić jej skrzydełka i zatknąć na czubku choinki, argh >_<  I tak to zrobię, jeszcze zobaczycie. A owóz- fotostory nordconowe; enjoy :D

czwartek, 11 grudnia 2008
Po Nordconie

Jestem.

Przynajmniej na chwilę. Wróciłam z Nordconu, który jednak- mimo kilku niewątpliwie miłych aspektów, jak np. leżakowanie w wyściełanej trumience, skosztowanie dobrego rocznika Rh- czy pobawienie się w florystykę- był dość nudny. Taki widać jego los- co drugi udaje się wybitnie, liczę więc na to, że za rok będzie prawdziwie oszałamiający. Tymczasem odchorowuję sobie sesję zdjęciową na plaży- zapału wszyscy mieliśmy aż nadto, jednak hasanie w zwiewnych lub wydekoltowanych kiecach po plaży i nadmorskim lasku, włażenie do jam i wdrapywanie się na skarpy, cały czas w tychże przewiewnych szatkach- w GRUDNIU, jest dość ryzykownym posunięciem. Nawet iscenizacja składania ofiary całopalnej z wampirzycy nie zdołała przebłagać geniuszy pogody i nieźle nam się dostało- chyba poza Karoliną, która, jak były mors, ma chody u Posejdona, niniejszym zatem została oszczędzona :P

Przywiozłam jednak ze sobą parę fantów, obejrzałam parę dobrych filmów i ostatecznie dojrzałam do tego, żeby wyjechać. Gdzieś. Nawet mam pewien plan, gdzie, ale nie jest to jeszcze zamysł na tyle stabilny, by zaraz się o nim rozpisywać. Niechże tylko zmogę przeziębienie, a tyle mnie ujrzycie :D

Jedno, jedyne zdjęcie z naszą ekipą nordconową, jakim w chwili obecnej dysponuję :) Chociaż chłodny wiał wiaterek, poszlim sobie na spacerek..

wtorek, 02 grudnia 2008
Carmensita

Hej, czasem warto mieć telewizor, hej...Na przykład wtedy, kiedy ma tam w ty telewizji wystąpić nasz znajomek. Fakt, łobuz jeden, lecąc przez listę rozmaitych lubianych miast Polski, nie wspomniał ni słowem o Sopocie. Jakby się bał, że go zdyskredytuje tamten striptiz, pff.. Nawet nie mamy zdjęć! Peniawka jedna. Bardziej go dyskredytuje to, że w gazecie program z jego udziałem nazywał się "telenowela dokumentalna". Hyhy, Rafcio w telenoweli wystąpił... XD Swoją drogą, co to za nowa hybryda- telenowela dokumentalna. Horror dla dzieci; "Janko Muzykant-seks&przemoc" -_-' Uwielbiam język poski, tyle w nim drzemie możliwości, a co i rusz rodzi się Nowa Tradycja *_* Hej...

Tymczasem Polska w niebezpieczeństwie! O_O A nawet o tym nie wie...Nasza nacja ginie, wypierana przez dziwne istoty z Niewiadomokąd, które w sposób przebiegły i piekielnie przemyślny przenikają w nasze szeregi. Bo to nie ludzie, jak ja czy ja. Nie uwierzę w to, przebóg, po tym, jak usłyszałam ich mowę. Zobaczyłam ich twarze,nie zmącone głębszą myślą. Nie rozumiem nawet ich słów, choć teoretycznie mówią po polsku- i wciąż, każdego dnia, słyszę te stwory, jak rozprawiają o ...czymś. "Zapier..iło tego ..uja, i ja pier..., no ku..wa, przecież ..uj!". O_O (to była dysputa o wyższości rowerów nad skuterami, wyczaiłam z kontekstu po mniej więcej 5 minutach). Ewentualnie: "No i teeen....Kurde, nie? Bo sobie pomylaam, że wezne ten, i ten, nie? Noo.." Nie wiem, co się dzieje O_o Gdzie się podziali ludzie, konstruujący zdania? Z myśli, jakie istotnie narodziły się im w głowach? Rośnie w siłę gatunek istot, które mają w głowie sieczkę, strzępki kolorowych magazynów, chemiczne dopalacze i kebaba. Ludzi wymiotło z komunikacji miejskiej- myślicie, że przerzucili się na skutery? <_<

A co media robią- dokarmiają te stwory! Służą im radośnie, na srebrnej tacy podając co bardziej kaloryczne kąski. "Przekrój" zeszmacił się już dawno, podejrzewam, że i inne periodyki ruszyły w pochlebczy tan, żeby pogłaskać potworki po rozłazłych niedomózgach, niedawno natomiast odkryłam -naocznie!- że do tej haniebnej kompanii dołączył "Twój Styl". Może to i "babski magazyn", ale do tej pory miał klasę. Co widzimy teraz? Jakieś tandentne, pełne wodolejstwa artykuły o trzech Polkach na krzyż, które urodziły dzieci-wow; memuary o mało znanych gwiazdkach czy przebrzmiałych aktorkach; powtarzane po raz -enty rady łóżkowe i propozycje prezentów z topowych firm polskich. Takie...nic. Jerry Springer połączony z programem typu "Największe wpadki gwiazd Holly-molly" -_-' Jeszcze daje radę Lipińska, Passent... Ale nawet horoskopy są tak bezbarwne i ogólnikowe, że przestały być choćby śmieszne. Przekartkowałam to-to w 2 minuty, i odłożyłam, czując się oszukana. Ha!- obrażona, nie bójmy się tego powiedzieć! Napisać. Cośtam :P Taki poziom niby reprezentują współczesne kobiety? Błagam, tego typu ploty to w Gali czy Życiu na Gorąco niech puszczają.

No nic, zostaliście ostrzeżeni :D Ja spadam na Nordcon, odezwę się, jak dojdę do siebie, może i jakieś zdjęcia wrzucę, a ponieważ przez czas mojej nieobecności będzie Wam na pewno bardzo smutno- obejrzyjcie sobie to oto, światełko moich oczu, no promyk radości prawdziwy :D Tylko poczekajcie, aż się wgra całe, żeby nie stracić nic z bezbłędnych napisów na dole, huhuhu...

poniedziałek, 01 grudnia 2008
Bimbo a sprawa polska

Zatem zagadnienie pierwsze- nie jest dobrze być wziętą za Brytyjkę, bo nigdy nie uwierzę, że mój królewski akcent kogoś zmylił -_-' Najpierw więc przyjdzie mi do głowy ogólna suchość przez żylastość, z nadmierną ilością wielkich zębów w twarzy (wiem, wiem, znów się wyzłośliwiam :P)- co generalnie kłóci się z moją powierzchownością, bardzo; zaraz potem natomiast- bimbo.

 OŁ MAJ GAD O_O" Czy ja wyglądam jak bimbo?!

Dla niewtajemniczonych: na pytanie, jaką formą materi ożywionej jest bimbo, odpowie ten oto film instruktażowy z życia bardzo popularnej młodej Angielki, Vicky Pollard...

Poważniej jednak rzecz biorąc- to trochę kiepsko, jeśli Polak, który mówi po angielsku, jest traktowany przez obcokrajowców jako ewenement i cud natury, co więcej- wspomniani cudzoziemcy nie chcą uwierzyć, że się nauczył tego w szkole, polskiej zwykłej szkole, i naprawdę nie spędził połowy życia na wykopkach w Bristolu, czy gdzie tam. I tak dobrze, że kolega Mark - Węgier, nadmieniam-  miał na tyle zdrowego rozsądku, że przerwał peany ("You're English is so....British!" -_-' ) trzeźwym "Yeah, but who am I to judge...Like I'M British or something...". On mówi po angielsku. Ja mówię po angielsku. Mój brat mówi po angielsku, a koleżanka po hiszpańsku. Żadne cuda-wianki. Ale słucham relacji znajomych różnych narodowości, jakie mieli przygody, podróżując przez Polskę, i doskonaląc sztukę porozumiewania się na migi- i za głowę sie łapię. Nawet na lotniskach i dworcach dużych miast znajomości angielskiego może się poszczycić co ósmy pracownik. Ten, który akurat ma wolne XD 

Świat dziecka-likwidacja

Przygnębiające, co? Kiedy zobaczyłam taki wielki, niezbornie wymalowany szyld, po paru godzinach przedzierania się przez Gdańsk komunikacją miejską, przez te potoki błotnego smętku i szarzyzny, jakim są- wizualnie- trójmieszczanie (w szczególności i Polacy w ogóle), zrobiło mi się nagle jakoś tak...posępnie. Pan Polikarp wygrał; Wiosny nie będzie, Baśnie umarły, a kolory są tylko dla rozwydrzonych głupków, którym pusto a pstro w głowie. Uczciwy obywatel co ranek, popijając cienką kawę, posypuje głowę popiołem, i miętosi szarawy garniak, żeby nie wyglądał zbyt frywolnie. Zlikwidować świat dziecka. I odwołać Boże Narodzenie!..Zachciewa się, doprawdy; świąt, prezentów, Mikołaja i strach pomyśleć, do czego tak dojdziemy -_-

A, mówiąc o świętach! Odkryłam prawdziwą Kolędę Piracką! \(^o^)/ Rewelacja, co? Naprawdę, że też trzeba było dopiero Szkotów czy innych Anglosasów, żeby taką stworzyć...No, po prawdzie to trzeba było Fasolki, żeby oderwała mnie od rzępolenia Piazzoli na pianinku i podsunęła mi nuty piosnek, które teraz właśnie przerabia z chórem. A przerabia tam rzeczy, że ho ho...O gejach i w ogóle :] Ale oddajmy piratom co pirackie :D Bo to idzie tak:

"Hark! The herald angels sing- glory to the new born King!"..

Aha! "Hark!"? Harrr! Wiadomo. A dalej pewnie było "glory to the pirat king!", ale nomenklatura taka nie inna nastała- trza się było wziąć za cenzorstwo. Ale każdy widzi- kolęda piracka jak ta lala ^_^

Andrzejki upłynęły tak, jak należało się spodziewać, preandrzejki (piątek czyli) też, więc nie podzielę się masą fantastycznych, błyskotliwych refleksji, jakie w międzyczasie poczyniłam, bo- nie. Powrócę z tematem, kiedy umysł mój będzie ostry niczym damasceńska stal, a wtedy- o, wtedy dowiecie się (może) czym jest poliwalentyzm, jakie istoty zdominowały podstępnie nasz kraj i dlaczego bycie wziętą za Brytyjkę może być straszliwą obrazą. Tymczasem!..:D

CURRENT MOON