RSS
czwartek, 31 grudnia 2009
Drogi do domu

Podroz do domu zajela mi dwa dni.
Od 5 rano w poniedzialek, kiedy to wsiadlam do samochodu, wiozacego mnie do Liverpoolu, do 9 rano w w srode, kiedy wreszcie wkroczylam do wlasnego przedpokoju.
Ubogacajace doswiadczenie.
W poniedzialek swiat spowijala gesta, mleczna mgla, gestniejaca z kazda chwila. Najlzejszego podmuchu wiatru.
Cisza, zastoj, biel.
Najpierw trzymano nas na lotnisku w niepewnosci, co godzine podajac komunikat, ze wylot opoznia sie 60 minut, i prosimy czekac na kolejne instrukcje, ktore niebawem nastapia.
Dobrze, ze w swiatecznym `krakersie` (papierowe cukierki, ktore dwie osoby lapia za konce, ciagna, z komu zostanie w rekach wieksza czesc, zgarnia fanta, ktory sie chowa w srodku) dostala mi sie malutka talia kart; urzadzilysmy sobie szulernie.
Wreszcie, po obwieszczeniu kolejnej zmiany godziny lotow na Isle of Man i do Krakowa, nas wyslano do bramki 40.
Strzezcie sie tej bramki, ludzie lecacy z Liverpoolu dokadniebadz.
Bramka 40 to zle wiesci.
Lot odwolano, zebrano nasze nagle nic nie warte bilety, i polecono porobic sobie rezerwacje na kiedy indziej.
W kolejce do `przebookarni`czekalysmy ponad godzine. Co jakis czas przez tlum szla fala poglosek; sa loty z Doncaster!...Czeka tam na nas nasz samolot! Gdansk nie zezwala na zadne ladowania! Ale jak sie wyleci z Londynu, to zezwoli- ale to trzeba juz teraz jechac!....I doplacic do biletu 170 funtow. A lot z Doncaster jest juz pelen, wykupiono wszystkie miejscowki. Ponoc do niedzieli nic nie lata... Do Katowic tylko lataja. A gdzie w ogole jest to Doncaster?!....
I tak w kolko. Histeria rozprzestrzenia sie szybciej, niz pozar w Borach Tucholskich. Mialam wrazenie, ze jestesmy jedyna wysepke w morzu podenerwowania, lawiny pytan (zadawanych czesto nam, ktore, jako osoby zachowujace spokoj, zostalysmy widac uznane za lepiej poinformowane). My i kilka osob kolo nas.
Jedna z nich byla A., ktora zostala naszym gospodarzem tego dnia, kiedy juz sie okazalo- po ponad godzinie oczekiwania- ze nie ma zadnych lotow do Gdanska az do srody, a i ten to byloby tylko pojedyncze miejsce, nastepny samolot w niedziele, za to we wtorek po poludniu leci z Liverpoolu do Warszawy.
Przenocowalysmy wiec u A., wczesniej polaziwszy sobie po miescie, w nieco tylko rzednacej mgle.
Wrazenia z tego spaceru niezwykle...
W kazdym razie A. i P. ugoscili nas po krolewsku, napoili winem i oddali sypialnie pani domu, solenizantki tego dnia. Na urodziny zreszta nas zaproszono (!), ale my odpadlysmy juz ok.20. W koncu z niedzieli na poniedzialek - ktory okazal sie wyjatkowo dlugim i ciezkim dniem- spalysmy nie wiecej, niz trzy godziny.
Spotkanie z tymi ludzmi, w calym zamecie owych dwoch dni, bylo fantastycznym doswiadczeniem, niewatpliwie najcenniejszym.
We wtorkowe poludnie bylysmy z powrotem na naszym starym, dobrze znanym lotnisku. Przywitalysmy sie kordialnie z niektorymi pasazerami, znanymi z poniedzialku; powymienialismy kilka uwag odnosnie noclegu w Liverpoolu, i planow przedostania sie do Gdanska... W koncu wspolne wygnanie zbliza :P
Samolot byl spozniony 40 minut, ale jak i dnia poprzedniego- karcioszki, pasjans, koczowanie na dywanie... W koncu wystartowal.
Kilka rzedow przed nami siedzial chlopczyk, mniej wiecej dwuletni, z ojcem. I jednego i drugiego slychac bylo nadto wyraznie: dziecko darlo sie jak opetane, a facet podbijal wspolpasazerom cisnienie tekstami w stylu: `No o co ci chodzi?! Zamknij sie juz! No ku*wa mac, przessstan!`. Wzor rodzicielskiej troski. Okazuje sie, ze siedziala tam rowniez i matka chlopca, ale ani przez moment sie nie zainteresowala potomkiem. Zobaczylam ja dopiero przy wysiadaniu, kiedy popychala starsze dzieci do wyjscia. Mignely mi wowczas platynowe, natapirowane wlosy i biale kozaczki.
Ola mnie straszyla, ze na pewno spotkamy tych ludzi w pociagu.
Ha.
Pociag.
Wyruszac mial planowo o 22:55, by w znoju i mozole, przez 8 godzin, wlec sie do Gdanska.
Wyruszyl o 23:45, i wlokl sie 9 godzin.
I kiedy tak kwitlysmy na urokliwym dworcu Warszawa Centralna, bo juz nam zamkneli Zlote Tarasy, zgadnijcie, czyje to platynowe loki mignely mi w oddali?Ha-haaa.... Koszmarna Rodzinka -_-`
Na szczescie w pociagu juz ich nie widzialysmy, petalo sie za to mnostwo juz swietujacych Sywestra dresikow, ktorzy robili awantury, bo pociag byl tak napakowany, ze brakowalo miejsc siedzacych.
O dziwo- tramwajow nie odwolano, nie spoznily sie, a nawet!- podjechaly pod dom, jak szyny prowadza. Takze najwidoczniej nasza pula przygod sie do srody wyczerpala :P
Szczesliwego Nowego Roku wszystkim!
czwartek, 24 grudnia 2009
Przekręt z choinką, czyli święta w Anglii

Zabawnie.

Niewiele się różnią od tych w Polsce- w domu unosi się zpach kapusty i grzybów, na zewnątrz to śnieży, to panuje chlapa, ja jak zwykle zwiewam z kuchni najdalej, jak się da... :P

Z reguły daleko się nie da i nie na długo. XD

Wiele rzeczy mnie zdumiało po przylocie. Pierwsza i najważniejsza: kompletna bezradność Anglików wobec odrobiny śniegu. Droga z Liverpoolu do Blackpool pełna była emocji, bo niekiedy widziałam całą sylwetkę samochodu, jadącego przed nami, odbitą w lodowym szkle, pokrywającym jezdnię. Trasa, obliczona na godzinę, w obliczu tempa 20km/h wydłużyła się dwukrotnie. Dalej: śnieg szybko topnieje, zamieniając się w głęboką po kostki, chlupiącą masę, z którą nikt absolutnie nic nie robi!

A czy trzeba tak wiele? Kawał dykty przybitej do kija, i odgarnąć błocko z ulic. Mam wrażenie, że Brytyjczycy, cokolwiek zdezorientowani, wycofali się po prostu do domu, coby przeczekać. "W końcu sobie chyba pójdzie."

Kolejne zdziwienie spowodowała obserwacja ulic, i wygląd mieszkańców miasteczka. Wiem, że zima ma swoje prawa, ważniejsze, żeby było ciepło, niż żeby było ładnie, ale na bogów- w sklepach mają taki wybór...! Ja sama natychmiast po odespaniu podróży, rzuciłam się na zakupy, bo to jest po prsotu szaleństwo i oczopląs murowany- tyle ślicznych rzeczy, i tak różnorodnych! Byłabym w stanie wydać tam majątek: w Claire's, Accesories, na ciuchy, kosmetyki, biżuterię...W Polsce wybór jest niewielki, a większość sklepów promuje jeden, dwa style ubierania się, niewiele od siebie różne. Zaś większośc kosztuje trzy razy tyle, ile w Anglii. U nas wciąż sieciowe sklepy mają taki status, jak na Zachodzie butiki -_-'

W Anglii można się wykreować, jak tylko dusza zapragnie. Więc skąd te nijakie burki, powycierane spodnie i wszechobecna szarzyna- po prostu nie pojmuję. Ludziom się zwyczajnie nie chce? Nie zależy im? Kasia zapewnia, że Manchester to zupełnie co innego; tam jest barwnie i rożnorodnie. No bo studenci.

Tylko jakiego rodzaju studenci uczą się w 3mieście, skoro ulice u nas wyglądają tak, jak wyglądają? Ochronka, wszyscy jak z jednej taśmy? Nie wiem, co by trzeba zrobić z ludźmi, żeby przestali bać się kolorów i indywidualnego dobierania sobie ubrań, w miejsce ściągania gotowej kompozycji z wystaw sklepowych. Może zmusić do noszenia mundurka/odzieży firmowej przez 5 dni w tygodniu }:P

Ale tak poza tym Blackpool się zmieniło na korzyść. Wyładniało. Zrobiło bardziej przyjazne, miłe dla oka. Mniej miłe dlas stóp, brodzących w lodowej pulpie, szczególnie, kiedy się targa 7-kilowego indyka, ale nie bądźmy małostkowi :P Ptaszyl, nawiasem mówiąc, pływa teraz w wannie; rozmraża się. Ot, różnice kulturowe. U nas to jest karp :D

Zaś wspomniany przekręt z choinką wyniknął był zupełnie niespodzianie: otóż już po przystrojeniu okazało się, że najbardziej reprezentacyjna strona drzewka wypadła od strony stołu, nie otwartej przestrzeni pokoju. Więc Fasolka myk! złapała za stojak i przekręciła całość o 15 stopni :D Przekręt z choinką- i polski akcent zapewniony :P

Wesołych Świątków życzę ^^

czwartek, 17 grudnia 2009
The Killing Ground, czyli przedświąteczna gorączka

Połowa grudnia.
Fasolka wpada przejęta do domu.
- Śnieg pada!
Ja, kręcą głową:
-No powariowali chyba...

Znaki czasów, a czasy globalnego ocieplenia.
Kiedy wreszcie przyszedł mrozek i zaczął popadywać nieśmiały śnieg, nie tylko drogowcy byli zaskoczeni.
I dobrze, wreszcie zimno zelżało, i smog opadł. Da się oddychać!
Tymczasem: ilości kawy, jakie wprowadzam do systemu w ciągu doby (bo nie dnia), osiągają ostatnie nowy wyżyny; zapaliłam lampki, które i tak przez cały tok oplatają pianino, i to by było na tyle w temacie świątecznych akcentów w domu, nie mam do tego głowy; mnóstwo roboty, która z tajemniczych powodów (wcale nie związanych ze spychotechniką, jaką uskuteczniałam również przed prelekcją -_-') nawarstwiła się właśnie teraz, i brak paru Bardzo Ważnych Rzeczy, które muszę jeszcze zdobyć przed wyjazdem- tworzą moje przedświąteczne otoczenie.
W dodatku zmarnowałam kilka godzin wczoraj, szukając w Gdańsku przyjemnej knajpki, gdzie grupka znajomych może się spotkać. I albo warunki rezerwacji bardziej przypominają wymuszenie z zastraszeniem naraz, albo w lokalu cuchnie papierosami lub smażeliną, żadna z których to woni nie jest tym, czym człowiek chciałby nasiąknąć.
Pod względem wieczorno-nocnego życia Gdańsk to, cóż- Kościerzyna.
A, i wyprawa do pewnego indyjskiego sklepu, w celu wymiany udziabanej bransoletki, utwiedziła mnie w przekonaniu, że Gdańsk to jednak, mili państwo- wieś. Mentalnie głównie.
To było bardzo przykre doświadczenie, ale trzeba je opisać, no bo na litość. Z chamstwem musimy walczyć.
Para w sklepie, która w ogóle zachowywała się tak, jakbym im przeszkodziła w Rozstrzygającej Rozmowie, była ponura, nabzdyczona i mrukliwa. Dziewczyna niechętnie, ale zgodziła się wymienić uszkodzony towar, ale chłopak- w eleganckich dresach, z kapturem zaczepnie nasuniętym na twarz, rękami założonymi tak, żeby tym bardziej poszerzyć- wizualnie- już i tak rozdęty bluzą tors- postanowił walczyć.
I zaczęło się, kłótliwie dopytywanki, "że niby co"- bardzo konkretne pytanie- jakbym już wcześniej w krótkich słowach nie wyjaśniła; dziewczyna zaraz przyleciała, w nadziei, że jej rycerz wywalczy zwycięstwo, i generalnie zmusili mnie do dokładnego a ponownego opisania, jak przebiegł cały zakup. Bardzo chciałam tego uniknać, bo to już brzmiało jak oskarżenie, a owo źle wpływa na wszelkie rozmowy.
Oni jednak najwidoczniej szukali awantury.
Smutne, bo byli zapewne przekonani, że ich kantuję jak złoto; ja natomiast jestem przekonana, że do magicznej przemiany bransoletki całej w uszkodzoną mogło dojść tylko w sklepie, kiedy zostawiłam koszyczek z zakupami u sprzedawczyni, a sama z naręczem ciuchów poszłam do przymierzalni.
Wiecie, tak żeby było uczciwie i jasno; wiem, że przed świętami zwłaszcza sprzedawcy są nerwowi, więc nie brałam do przymierzalni koszyka z biżuterią, żeby nie było potem jakiejś nieprzyjemnej sytuacji- kto miał kiedykolwiek do czynienia z nadgorliwymi ochroniarzami z Rossmanna, wie, o czym mówię.
W każdym widzi się złodzieja; więc zostawiłam biżu przy kasie. A w domu odkryłam, jak niezwykle się zmieniła, w warunkach miękko-zafoliowano-bezpiecznych.
Musiała uderzyć o kant szarawarów, bez ochyby -_-'
Zresztą- wszystko może się zdarzyć, mogło umknąć uwadze sprzedawczyni, że pakuje mi inną, uszkodzoną bransoletkę; chodzi o to, jak się potem taką rzecz załatwia.
Po dobroci było to absolutnie niemożliwe.
Chłopak przeobraził się w rozdartą, ordynarną przekupę i niestety, musiałam zmienić ton. Wymienili mi towar, i prawidłowo, ale kiedy chciałam pójść na górny poziom sklepu- nie przepuścili mnie!
...
Szkoda, bo sklep fajny, ale póki co odradzam robienie tam zakupów (naprzeciwko baszty Jacek, narożny sklep indyjski). Do czasu, aż ktoś się ulituje, otworzy portal i odeśle tych wybitnie niedopasowanych do miejsca ludzi, do ich świata Dody, dresów i białych kozaczków, bo bardzo muszą się męczyć, znalazłszy się znienacka w świecie kadzideł, zawojów i pasów do tribala.
Ja chcę ekipę z dawnej sopockiej Manasnieby! ;__;
...Ciekawe, czy już mam swoją fotkę jak z "Misia",  "Tych klientów nie obsługujemy"? }:P
poniedziałek, 14 grudnia 2009
Wspominki przetrwańca

Dwóch dni potrzebowałam- no dobrze, dnia i pół- żeby dojść do siebie po prelekcji w muzeum.
Ja po prostu nie jestem do tego stworzona. Żeby przemawiać publicznie. Za każdym razem- że zacytuję z tysiąc gotyckich zespołów- jestem w agonii przez dwa dni, poprzedzające wystąpienie, i po prostu UMIERAM WEWNĘTRZNIE.
Poinformowani twierdzą, że to się nierozerwalnie wiąże z umieraniem zewnętrznym takoż, na szczęście nie mogę tu posłużyć przykładem, ale na pewno każdorazowo ten stres ujmuje mi kilka lat życia.
A dziwnie, bo przeszłam benron, przeszłam kilka rozmów w(y)stępnych, ba- przeszłam śpiewanie sopranem włoskiej ballady o miłości, publicznie. I nic, zero adaptacji. Nadal mnie to zabija, tak troszeczkę.
Zabawna rzecz- nie mam problemów z występowaniem w roli; nie, kiedy jestem lekarką/nauczycielką/wiedźmą/żołnierzem/Kapitanem Jackiem; albo kiedy tańczę. Wtedy luz, taka impra, zostaję do środy.
Ale przemawiać? Jako JA? Zgroza.
Miałyśmy mnóstwo fantastycznych wizji z Fasolką, jak to się może odbyć, względnie- jak się ratować, kiedy stres mnie nagle sparaliżuje bez reszty. Przede wszystkim moment, kiedy już rozstawię sprzęt, uporządkuję notatki, łyknę wody i spojrzę w liczne oczy bestii, a wtedy ---
Szczególnie ten trik z przeskakiwaniem z nogi na nogę, bardzo, uważam, udany na moment nagłej zawiechy prelekcyjnej. Względnie- wejść na salę, stanąć przed publicznością, potoczyć wokół znaczącym spojrzeniem, przetrzymać wszystkich chwilę, aż cisza nabierze wagi i gęstości, i wówczas ją przerwać obiecującym:
"Znam fajny dowcip."
Albo wejść na salę, z westchnieniem podnieść ze stołu notatki, i zacząć je przerzucać: "Nie, to nie...To jakieś takie drętwe, same daty....To państwa też nie zainteresuje...Edo...Nie, Edo nie...No tiaa" odłożyć gruby plik na stół, zostawiając sobie tylko mały karteluszek i rozpocząć promiennym "Tak więc Gackt, proszę państwa..." :D
Ale już po, prelekcja poszła chyba nieźle, a na pewno lepiej, niż to widziałam w swoich koszmarach. Prawo Murphy'ego, oczywiście, nie zawiodło, i moja perełka, utwór, który chciałam puścić na samo zakończenie- japoński blues- się zawiesiła i guzik, mogłam tylko podać nazwę zespołu. Jednak znając rzeczonego Murphy'ego i jego diabelskie prawa, mogę uznać, że wyłgałam się tanim kosztem. Bardzo jednak musiałam się pilnować, żeby nie uderzyć w slang. Moja polszczyzna jest cholernie zakrzaczona wszelakiego rodzaju kolokwializmami, i parę razy byłam o włos od stwierdzenia, że w kabuki używa się- w porównaniu do No- wypasionej scenografii, a enka zrobiła taką furrorę, że mała bania XD To by było...Tylko raz mi się wypsnęło coś w tej podobie, ale tak nie do końca był to slang; tylko synestezja. Ja nie potrafię mówić o muzyce inaczej, jak synestetycznie, cały czas odwołuję się do kwestii barwy i gęstości -_-' Tak ją czuję, tak ją słyszę - tak ją widzę XD I see TINGS. O_O Nic na to nie poradzę.
Najgorsze były rozpraszajki. Wiecie, kiedy musicie coś zrobić, i jest to pilne, konieczne, coś, czym zająć się należy, ale zupełnie was to nie pociąga, to w tym samym momencie macie: mnóstwo pomysłów na opowiadanie/rysunek/prezent do własnoręcznego sklecenia, mnóstwo energii na sprzątanie, i przede wszystkim- opracowanie tego prześwietnego kawałka Dorantesa, który zgrabnie łączy w sobie jazz i flamenco. I jak tu słuchać gagaku- którą, nawiasem mówiąc, bardzo lubię- kiedy cały czas w myślach gra ci ten cały jazz? :P Ale, ale- dziś rozgryzłam większość kawałka *_* Piękny dzień! :D
czwartek, 10 grudnia 2009
Enneagram i deviantart
Przypomnialam sobie pierwotny cel, z jakim zalozylam tego bloga, totez niniejszym:
http://nonko.deviantart.com/art/Energy-flow-146141697
Moje najnowsze dzielo, zapraszam do ogladania i komentowania :)

Tymczasem, wzięte od Leny :)

Your result for The Quick & Painless ENNEAGRAM Test...

4- the Individualist

Thanks for taking the test !

you chose BY - your Enneagram type is FOUR (aka "The Romantic")

"I am unique"

Romantics have sensitive feelings and are warm and perceptive.

How to Get Along with Me

• Give me plenty of compliments. They mean a lot to me.

• Be a supportive friend or partner. Help me to learn to love and value myself.

• Respect me for my special gifts of intuition and vision.

• Though I don't always want to be cheered up when I'm feeling melancholy, I sometimes like to have someone lighten me up a little.

• Don't tell me I'm too sensitive or that I'm overreacting!

What I Like About Being a FOUR

• my ability to find meaning in life and to experience feeling at a deep level

• my ability to establish warm connections with people

• admiring what is noble, truthful, and beautiful in life

• my creativity, intuition, and sense of humor

• being unique and being seen as unique by others

• having aesthetic sensibilities

• being able to easily pick up the feelings of people around me

What's Hard About Being a FOUR

• experiencing dark moods of emptiness and despair

• feelings of self-hatred and shame; believing I don't deserve to be loved

• feeling guilty when I disappoint people

• feeling hurt or attacked when someone misunderstands me

• expecting too much from myself and life

• fearing being abandoned

• obsessing over resentments

• longing for what I don't have

FOURs as Children Often

• have active imaginations: play creatively alone or organize playmates in original games

• are very sensitive

• feel that they don't fit in

• believe they are missing something that other people have

• attach themselves to idealized teachers, heroes, artists, etc.

• become antiauthoritarian or rebellious when criticized or not understood

• feel lonely or abandoned (perhaps as a result of a death or their parents' divorce)

FOURs as Parents

• help their children become who they really are

• support their children's creativity and originality

• are good at helping their children get in touch with their feelings

• are sometimes overly critical or overly protective

• are usually very good with children if not too self-absorbed


środa, 09 grudnia 2009
Nordcon 2009
Zdjecia :)

Nordcon 2009
wtorek, 08 grudnia 2009
Po Nordconie

Odzyskawszy sprawnosc juz przynajmniej polowy szarych komorek, moge sprobowac dokonac szybkiego i sucheo podsumowania- gdy bede dysponowac relacja fotograficzna, taka rowniez nastapi ^^

Tymczasem zanotowalismy:
1) piec wypadkow: w naszym najblizszym otoczeniu doszlo do nadwyrezenia kostki, obicia kolana, stracenia glosu, zatrucia pokarmowego, oparzenia drugiego stopnia, nadwyrezenie wiazadla kolanowego i rozciecia stopy. W wyniku odpowiednio: zlazenia po osypujacej sie skarpie w wysokich obcasach, zderzenia dwoch krzesel z ludzka noga na kursie kolizyjnym, wrzeszczenia po pijaku w Piekielku, *nie wiadomo*, oblania sie wrzatkiem, siedzenia w Owczarni i nastapienia boso na tluczone szklo.
W ramach akcji ratunkowych, zuzyto odpowiednio: zwoj bandaza elastycznego, *nie wiadomo*, garstke Gripexu i NeoAnginu, caly dzien na spanie, zastrzyk przeciwtezcowy+pantenol+ solcoseryl+costam srebra+zwoj bandazy, *nic* i wreszcie- piec szwow+zwoj bandazy.

2) zakosilam trzy nagrody, w trzech zupelnie przypadkowych dziedzinach: nagrode piata w finale loterii, nagrode trzecia w rysowaniu robota-kelnera i nagrode pierwsza dla najlepszej sufrazystki.
Zgaduje, ze atutami, decydujacymi o tychze byly odpowiednio: przypadek, martini oraz celnie rzucona w Meska Szowinistyczna Swinie bomba.
I zdobylam tym samym cztery ksiazki, cztery magazyny (jeden przekazalam kartelom paliwowym), dwa komiksy, i gre planszowa :D Rzadze!  8-)

3) W ciagu trzech dni skosztowalam mnogosc rodzajow alkoholu, w tym: piwa, wina, kawowki, miodowki, imbirowki, whisky z cola, zolodkowej gorzkiej, zolodkowej mietowej, zolodkowej mietowej z sokiem, Czegos Dziwnego Z Woreczka Na Kroplowke, malibu-podobnego-czegos, Takiego Rozowego Szota, ginu z tonikiem, ginu z cola, martini i kamikaze.

4) Ocena: imprezowo- 5/5
               konwentowo- 3/5
               socjalnie- nadal nie wiem.
 Impreza byla przednia, nagralam sie w bilard, obejrzalam pare filmow, powygrywalam rozne rzeczy, potanczylam sobie, nosilam peruki, cylindry i boa, a takze nauczylam gry w liczby oraz w Stalowe Uda -_-`. Jednak znow na Nordconie duch konwentowy byl slabiutki. Trudno mi opisac tego ducha, ale to m.in. bratanie sie klubow, przewijajacy sie wszedzie pisarze i ludzie zwiazani z fantastyka, radosna i nieco biesiadna atmosfera na prelekcjach, kalambury...Klimat nerdowy ale swojski; znow tego prawie nie czulam.
Teraz za to znow czuje swoja poparzona dlon, takze tyle na dzis.

czwartek, 03 grudnia 2009
Przednordconowy wpis

Niestety, jeszcze jestem w domu, bo z powodu Reisefieber nie spalam do 6 XD
Ale dzieki temu mialam czas zobaczyc sobie swoj horoskop na nastepne pare dni.
I nie moge sie powstrzymac, przepowiednie na piatek i sobote musze tu zamiescic, bo jak rany...

Piatek:

Dzień spokojny i pewnie nic ciekawego się nie wydarzy. (mhm, na pewno) Unikaj wszelkiego ryzyka i zajmij się bardziej sprawami innych, niż swoimi własnymi. Nie rezygnuj z możliwości zabawy.(no to nie bede :D )

Miłość: Wieczorem spotkaj się z przyjaciółmi.(Spox.)

Praca: Nie podejmuj trudnych zobowiązań.

Zdrowie: Pij wodę z cytryną i imbirem. (...Nordcon. Woda z imbirem -_-)

Sobota:

Nie będziesz dziś w nastroju, aby zajmować się trudnymi sprawami. Nie zaniedbuj jednak żadnych obowiązków kosztem życia domowego. To ostatni moment, aby pomóc w zakupach Mikołajowi.

Miłość: Nie zawiedź oczekiwań swoich dzieci.(What??!)

Praca: Czekają Cię ciekawe wydarzenia. (you have no idea...)

Zdrowie: Stosuj oczyszczające ćwiczenia. (Yyy... no jasne.)


Smigam. 8-) Na ta wode :P
wtorek, 01 grudnia 2009
Foszek-day


Dziś był dzień foszka, takiego małego, ale zjadliwego.
Nawet o tym nie wiedziałam, dopóki nie poszłam na bębny.
Po 40 minutach zatrudniałam już całą swoją siłę woli, żeby utrzymać wyrozumiałość, ten obcy implant na planecie Mari, w granicach atmosfery. Mój cholerycki temperament prawie się wyrwał spod kontroli.
Choć nie- ja mam całkiem sporo wyrozumiałości dla różnych rzeczy, a przynajmniej staram się ją mieć, wobec ludzi z ich ułomościami, bom sama wszak nie kryształowa. Si? Si.(dobra, nie potwierdzać takim raźnym chórem, szubrawcy}8-P )
Lecz: kiedy po raz dwudziesty S. gra rytm- nie nowy! nie, nie, już go przerabialiśmy parę tygodni temu! I ludzie kiwają głowami ochoczo, z zapałem rzucają się do bębnów i grają---swoją wariację, doszczętnie ogołoconą ze wszystkich przerw, z każdej pauzy, dzielącej rytm na trzy wyraźne części; po prostu jednostajne "dudududum", a przy tym kiwają do siebie zadowolenie głowami, że tak im wyszło...Zachciało mi się wyć.
Ja po prostu tego nie rozumiem.
Przekracza to moje zdolności pojmowania; zero empatii, zero wyrozumiałości, zero cierpliwości.
JAK MOŻNA NIE SŁYSZEĆ, ŻE GRA SIĘ COŚ INNEGO??
Ok, różnie ludzie mają ze słuchem, ja dla odmiany mam głos słaby; ale jak ktoś się bierze za muzykowanie, to można się jednak spodziewać, że będzie w stanie siebie słuchać i- słyszeć?
To dla mnie to samo, co powiedzieć komuś: "Powtarzaj za mną: kacz-ka." I słyszeć: "Żu-pan.^^"
No co?! Też ma dwie sylaby, czyli prawie to samo!
Kiepskim bym była nauczycielem chyba. W którymś momencie, kiedy wyjaśnienia bazują na bardzo precyzyjnych przykładach  wrażeń sensorycznych, kończy mi się wyobraźnia. Bo też z opisywaniem jest jak z piramidą odwróconą do góry nogami: najpierw można poszaleć z opisem ogólnym, potem coraz bardziej szczegółowo, aż wreszcie, przy samej podstawie, a tuż przed tym, gdy mówimy: "Chodzi o TO" (tu: następuje prezentacja obiektu), jest: "wygląda jak/brzmi jak". Naturalnie, gdy mówimy o obrazie, lub dźwięku.
I jeśli coś dla mnie jest już najjaśniejsze i najbardziej oczywiste, rozpracowane jak liczba pierwsza, że niżej to tylko matematyczna mistyka- to ja nie umiem tego wyjaśnić, jak tylko: "Ło. Tak jak widać/słychać. Nihil supra i to tylko."
Szczęściem, nikogo nie uczę muzyki- byłabym wierną kopią pani S., hyhy... Kiedy razem z innymi nieszczęśnikami w szatni marzyliśmy o nagłym ataku 40 stopniowej gorączki przed jej zajęciami -_-'
Kiedy ktoś nie słyszy samego dźwięku/rytmu- cóż można zrobić?
Co najwyżej bić bezsilnie głową w ścianę, bo co? Wsadzić delikwentowi tutkę do uszu, żeby śmiglej renderował?
To tak samo beznadziejna sprawa, jak próbować komuś wyjaśnić różnicę między ultramaryną a indygo. Jak ktoś jej nie widzi- no to nie widzi, koniec historii. Nie zaimplantuje się automatycznej wiedzy bezpośrednio w czyimś mózgu.
Ok, wiem, że jeśli chodzi o wszelkie rzeczy, związane z muzyką (czyli taniec też to obejmuje), ja się bardzo szybko nakręcam, poziom adrenaliny sięga wyżyn, i w związku z tym potrzebuję, by tempo nauki, i samego grania/tańczenia, było odpowiednie. Drażni mnie, że po godzinie czy dwóch ludzie mają dość. Że co i rusz zatrzymują machinę i zadają drobiazgowe pytania, zamiast po prostu posłuchać/popatrzeć dobrze. Nie da się doskonale opisać rytmu czy dynamiki tańca, w którymś momencie zostaje tylko świadectwo własnych oczu/uszu.
Ok, ludzie są różne, jak to mawiają na mojej wsi :P
Ale to- nie bójmy się tego napisać, i tak, robię to z pełną świadomością, jak wrednie i zimno będzie to brzmiało- to człowieka, który załapał wcześniej, spowalnia.
Czekać, aż inni usłyszą rytm i będą go w stanie przełożyć na ruchy rąk. Czekać jedne zajęcia; czekać drugie... W dodatku w momencie, kiedy gram, i nagle muszę - po raz kolejny, bo, jak już wspomniałam, to nie był nowy motyw- zrobić 40 minutowy przestój, podczas którego bębnimy w kółko trudnościowy odpowiednik "wlazł-kotka", ZNOWU- wyłazi ze mnie całe zło.
Wniąsek: metody błyskawicznej relaksacji potrzebne od zaraz. I bardziej skuteczne, niż liczenie do dziesięciu. Ze mnie ciśnienie zeszło dopiero wtedy, kiedy niejako wymusiłam na prowadzącym, żeby zapodał nam jakiś nowy rytm. COKOLWIEK, żeby tylko rzucić coś na pracujący na jałowym biegu silnik, a nie- dreptać w miejscu, na bogów XD
Ech. Wrr, wrr. Boing.

CURRENT MOON