RSS
środa, 29 grudnia 2010
W droge, lisku
To bylo bardzo mroczne Yule.
Coz za ironia- gdzies w bolach i wybuchach niszczacego zaru rodzilo sie Slonce, podczas gdy u mnie przechowywal sie Aryman.
Cisza. Ciemnosc. Zapomnienie.
I sznur lampek choinkowych wokol pianina.
W zyciu nie spedzilam tak ponurego, samotnego dnia 25 grudnia.

A ta notke pisze juz po raz trzeci, bo dwukrotnie zniknela. Blog sie przelogowal. Bloxie zjadlo tekst podczas wrzucania.
I juz mi sie po prostu nie chce.
Dodaje to do stosiku drobnych przykrosci losu, jakich sie nie spodziewalam, a jakie i tak sie zdarzyly przez te kilka dni.
 
Z calej tresci poprzednich dwoch wpisow powtorze jedynie dwie uwagi.
Najciekawsze zyczenia tego roku: kiedy brnelam Kartuska, po kolana w kaszy sniegowej, idaca z naprzeciwka kobieta nagle zatrzymala sie obok mnie. Ja tez przystanelam.
Musialo to wygladac, jakbysmy sie umawialy.
`To skandal- rzekla kobieta z pasja- Powinni to byli odsniezyc przed swietami, przeciez tu sie zabic mozna!`. `Skandal- odparlam bez wahania- glowna ulica Gdanska, a - o...`. Kobieta kiwnela glowa, czemus bardzo rada; `Wszystkiego dobrego!` rzucila razno i pomknela w dalszy szus. Tez jej pozyczylam i odpelzlam w swoja strone. Gdyby to byl Bollywood albo musical z lat 40tych, pewnie bysmy jeszcze cos odtanczyly, wraz z paroma przechodniami, policjantem, piekarzem, zamarzajacym pod krzaczkiem zulikiem i garscia okolicznych kolednikow.
Sama kasza, zalegajaca na wszystkich trojmiejskich chodnikach, to jest juz prawdziwie forma sztuki. Daleko posunietej abstrakcji.
Chyba, kiedy zaczal padac ten potezny niekonczacy sie snieg, drogowcy z histeria zaczeli posypywac wszystko piachem, a kiedy sie zorientowali, ze snieg nie chce przestac spadac niebios, z piskiem porzucili kubelki i rozbiegli sie w panice.

Ja zas, wrociwszy na chwilke do domu, znow musze przyznac racje Kapuscinskiemu, tym bardziej, ze jego slowa pasuja zarowno do niego, wielkiego reportera, jak i do podroznika tak maciupenkiego formatu, jak ja.
Ja juz najwidoczniej nie istnieje w swiecie moich `lokalnych ludzi`. Jestem zawsze w formie przechodniej, ciut za progiem, na wylocie, wlasnie wezwalam taksowke, pisz na poste restante.
Rodzony-cioteczny brat nie znalazl czasu, zeby sie ze mna spotkac.
Czytaliscie `Solaris`? Pamietacie opic tego czarnego morza? Ktore bylo zbita, nieprzenikniona masa; mam teraz wrazenie, jakbym probowala zanurkowac w takim morzu, a ono odsprezynowuje mnie na wielka odleglosc. Ni dy rydy. Komplet. Wszystkie miejsca wyprzedane.
Jak ten lisek, chodzacy kolo drogi, poza koleczkiem; tyle ze ci w koleczku se po prostu tancza na ludowo, a nie, w jakies liski sparszywiale sie bawic.
W kultach solarnych jest ten moment, kiedy Slonce musi przejsc przez swiat podziemny; na wlasny uzytek nazwalam to sobie Czasem Arymana.
---Czy jest mozliwe, ze nazywajac rzecz, przywiazalam ja do siebie?
wtorek, 21 grudnia 2010
Polajanki

Dzis trzy osoby usilnie probowaly wydusic ze mnie przeprosiny.
Jedna dwukrotnie.
Oczywiscie, nic nie uzyskaly, w dodatku jesli spodziewaly sie chocby przeprosnej postawy; wybraly mega zla droge.
Proba odreagowania na mnie tego, ze ktos na tych osobach sie wczesniej wyzyl, wlacza we mnei wsciekle czerwone swiatlo.
Nie wiem na pewno, ale podejrzewam, ze wynika to z tego, jak ludzie interpretuja cichosc, spokoj. Powiedzmy nawet: spolegliwosc. Ktora jest w istocie niczym innym, jak baaardzo zdystansowanym podejsciem do pracy i swiata, o ile nie jest to praca/ta czesc swiata, na ktorej mi mega zalezy.
Nie zalezy mi- co nie znaczy, ze olewam. Po prostu sie tak bardzo nie przejmuje.
A jak sie nie przejmuje, nie przejawiam ani wiekszych ambicji w owym obcym mi kierunku, ani gestow zaborczych nie wykonuje, ani emocja sie nie unosze, po prostu- cichosc. Jedna wielka cichosc i zorganizowane wykonawstwo.
No i ludziom sie wydaje, ze w zwiazku z tym moga mi wejsc na glowe, bo jestem slaba.
Bardzo zla droge wybrali. Jeszcze chyba nigdy nie przeprosilam nikogo, kto sie tego z wrzaskiem domagal. Nie mowiac o tym, ze sie specjalnei nie poczuwam do winy: jesli Firma sepi na tlumaczy, to niech nie ma pretensji, ze jedna osoba nie jest w stanie podolac wszystkiemu, co sie na nia zwala.
Dla siebie usprawiedliwien nie szukam- powinnam sie byla pewnie bardziej postarac czy cos- wiec tym bardziej nie zamierzam sie usprawiedliwiac w oczach innych.
Ale to bylo fascynujace- obserwowalam wysilki i ataki tych trzech osob jak zza szklanej szyby, te pretensje i proby wycisniecia ze mnie skruchy...Jakby dzialy sie na innej plaszczyznie. Jak na ekranie- nie moja rzeczywistosc.
A glownym celem moich przeprosin mialoby byc sprawienie, zeby te osoby poczuly sie lepiej same ze soba. Mialy troche wiecej szacunku do siebie.
Przy tym wszystkim- mimo pewnej madro-strasznej rady, jaka kiedys otrzymalam (`Nie przepraszaj! Przestan ciagle przepraszac`) , jakos nie przestalam. Jesli sie czuje naprawde podle z tym, co zrobilam, przepraszam. Taki moment ekspiacji za wlasne skurwysynstwo, ach- scuzatte, mio engleze...
Ale tu? Rany, bo ja jedna nie zdolalam pociagnac obowiazkow zdolnych do obdzielenia trzech osob praca na trzy dni, moj jeju...Zginal ktos?
Pfff.
Choc Japonczykowi myslalam, ze przyfasole. Bo juz naprawde przeciagal ta farse w nieskonczonosc- wiem, wymog kulturowy, obok stal `nowy` z Wysp, wzorzec, wzorzec... 
U mnie z przeprosinami jak z wiara: nie wyglaszam czegos, w co nie wierze.
Po prostu.
Udlawilabym sie na drugiej sylabie ze wstretu wobec samej siebie, a jeszcze nie chce.
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Dziwadla


Spedzajac zime na zachodnich Rubiezach, spotykam sie z mnostwem osobliwosci. A ja marze o ucieczce do cyrku, doprawdy...
Wystarczy przejsc sie do wsi.
Porozmawiac z ludzmi. Otworzyc sie na ich -straszliwa- rzeczywistosc. Przekroczyc granice wyobrazni i sprobowac zrozumiec tak odmienne sady i sposoby zycia.
Najsamprzod: wyobrazcie sobie kogos, kto cale zycie mieszkal pol godziny od granicy z Niemcami, dysponuje znacznymi funduszami oraz solidna terenowka---kto nigdy nie opuscil granic Rzeczpospolitej.
JAK?! DLACZEGO?! KTO WZIAL SER??!!..
..zapytacie.
Nie wiem, moi mili. Umyka to mojemu poznaniu, zmaconemu pewnie smogiem, jaki sie unosi nad polami.
Czyste, wiejskie powietrze, a jusci... Mam tu powtorke z Kartuskiej, bo zima w lokalnych piecach pali sie wszystkim, ze starymi skarpetkami i przedwczorajszym obiadem psa wlacznie.
Po zapachu sadzac- pewnie i samym psem.
Dalej: pasy bezpieczenstwa.
Pasy bezpieczenstwa wymyslem sa iscie diabelskim, jak stonka ziemniaczana, homoseksualizm i kolorowe ubrania. Pasom mowimy kategoryczne `NIE`, kto sie zbuntuje- dostanie widlami i sie skonczy.
A`propos widel- dzis zebralam info odnosnie faktycznej ilosci ofiar smiertelnych na lokalnych dyskotekach.
Iiii----potrzebuje zdobyc bron. Moze byc maczeta. Byle szybko -_-`
Wracajac do tematu: pasy to tak naprawde zawieszka, w razie gdyby Przedwieczni chcieli zrobic sobie strappu z naszego samochodu. Zeby nie bylo, ze my nie przygotowani na Ich przyjscie- a skad, wszystko jest jak ta lala, czeka, byle brac. A poki co niech se dyndaja, jak musza, one pasy, no co, przeciez sie nie utnie. A nuz znienacka wyskoczy jeden Przedwieczny z drugim i wrzasnie: `Dawaj strappu!` a tu masz, nie ma petelki.
I by sie zaczelo.
Trzecia rzecz: wiara w moc niewiary.
Ha! Lokalne spolecznosci potrafia odwrocic bieg rzek oraz postanowic na glowie prawa matematyki, poniewaz w to, prosze panstwa- po prostu wierza.
I to jest to. O to chodzilo! O czysta, niezmacona zadnymi wriednymi prywyczkami wiare. Czlowiek czysty, czlowiek w stanie naturalnej, pierwotnej niewinnosci WIE, ze `globalne ocieplenie` to pic na wode fotomontaz, a juz na pewno zadne emisje pylow, dymow, spalin, gazow, srazow, freonow i promieniowania z telefonow komorkowych- NIE POWODUJE OCIEPLENIA KLIMATU. Bo nie i juz! Wszystko to wymysly korporacji i zydowska propaganda. Snieg pada masami, zimno choc szczyj w oko, NIE MA zadnego ocieplenia, NIE MA zadnego wplywu czlowieka na srodowisko.
Nie ma zadnego ksiezyca, Armstrong przeszedl sie po szopie i cyknal sobie fote na tle fototapety.
Ziemia przy tym jest plaska- a juz z tym ruchem wirowym, bah! pojechali po bandzie.
Ostatnia rewelacja i recepta na zycie: autostrada skros Puszczy Bialowieskiej to jedyna opcja rozwoju Polski, ku lepszej, pelnej gazu i ropy, jarzacej sie dobrobytem przyszlosci. Ekologow nalezy, oczywiscie, powywieszac, bo to oszolomy i warcholy; las jak las, wyrabie sie jeden, zasadzi drugi, sprawa nie warta tego calego krzyku, a autostrada, no ludzie- miejmy jakies `pjorytety`.
I tak to objawione mi zostaly moje straszliwe braki w przygotowaniu do zycia na wsi spokojenj, wsi wesolej.

A dzis dostalam smsa z Ksiezyca. Brzmial tak:

`Wroce dzis pozno, wiec mozesz przyjsc po rzeczy bez strachu, ze mnie spotkasz. Ksiezyc.`

Alez!..Janku...;___;

piątek, 17 grudnia 2010
Kocham pana, panie B.Cristofori

Uff, udało mi się. 

Jak zapewne niektórzy zauważyli, mój blog na kilka dni zbanował wszystkich, ze swoją tworczynią włącznie. Klasyczny motyw, zbuntowany konstrukt... Tacy zawsze prędzej czy później kończą w płonącym młynie. Kiedyś jeszcze przerobię tą historię na pouczającą opowieść wielkiej wartości, tymczasem jednak przezornie zamilknę- była to bowiem bez ochyby interwencja PKP, poruszonego moimi jakże nieprzemyślanymi słowami krytyki.

Zaczęłam już mieć rzuty na czapę, spowodowane brakiem pianina. Stojąc na hali produkcyjnej kątem oka widzę pod ścianami skrzydła fortepianów, niczym sylwetki Paziów Królowej, powiększonych do rozmiarów, uświadamiających człowiekowi,  że przyszedł czas odpłaty za szpilki i szklane gablotki.

W istocie są to oczywiście rozmaite pudła, płachty i plansze do pakowania, spowijania i przekładania pokrowców samochodowych; jest to dla mnie jasne ilekroć spojrzę na nie wprost. Ale ledwo odwrócę głowę- widzę je. Czarne, skryte za płachtami, wszędzie- fortepiany. Ciche, groźne i wyczekujące. ..Dowiedziałam się ostatnio, że Kaszubi ubudowali największy fortepian świata; będzie stać w Szymbarku, robiąc konkurencję kolejnej chlubie Kaszub, czyli domkowi stojącemu do gory fundamentem. Pniemy się śmiele, a nasz kraj przedmiotem zawiści jest palącej. W końcu skończymy w młynie, mówię wam.

Nie wiem, kto będzie na owym lewiatanie grać, poza okazjonalnymi występmi- jak choćby najbliższy, z udziałem Możdżera. To cudo techniki będzie się zajmowało głównie Byciem Chlubą i Cudem Techniki. Piszę o zawiści, ha...Z uporem łupię w rozklekotany syntezator i jednocześnie obliczam, że z ilości materiałów, zużytych na Fortepianillę, można było zbudować dwa normalne instrumenty. Zamiast okazjonalnych fleszy aparatów, klawiszy często dotykałyby conajmniej dwie pary rąk, kilka osob więcej zostałoby uszczęśliwionych możliwością grania na instrumencie doskonałym. Kto wie, może jedna z nich byłaby akurat właścicielem Białego Fortepianu- tak, MOJEGO fortepianu, który tym samym, wobec nieoczekiwanego pojawienia się w życiu dotychczasowego właściciela nowego pupilka, przesunąłby się w tkance rzeczywistości i stanął nieco bliżej bycia naprawdę moim. Żadnego przedmiotu na świecie nie pożądam tak bardzo, aż wstyd przyznać; zdecydowanie nadwątla to moje światłe dążenia ku wyżynom ducha. Srał pies wyżyny, Ja.Chcę.Mój.Fortepian. JUŻ. Pragnę go tak mocno, że niemal czuję, jak to pragnienie bije ode mnie falą, rozbijającą strukturę wszechświata na kwarki, by złożyć ją na nowo, w jakiś nieoczekiwany, ale zapewne straszliwy kształt. Może to się już dzieje, i jutro obudzimy się w pustynnym krajobrazie post-atomowym, którego środkiem będzie kroczyć, depcząc miasta i tratując cywilizacje, Biały Ignaz Bosendorfer, Zguba Narodow...

Podobny do poniższego obrazek - wielkie sale, komnaty, korytarze i buduary, wypełnione fortepianami wszelkich kształtow, szpinetami, fisharmoniami, klawesynami, klawikordami i pianinami- często mi się śni:

All MIIIIINE!....you have to be...Ignaz, widzę cię.

A parę dni temu wprowadziłam niechcący interesującą zmianę do "Sanctusa". Zniechęcona płaskim i bezdusznym dźwiękiem syntezatora, wciskałam jak szalona rozmaite guziczki, łącząc tubę i szklaną harfę, organy i brass ensemble, aż nieoczekiwanie uzyskałam to, że od połowy klawiatury do końca basow przetransponowałam dźwięk całą oktawę w górę. Kiedy zaczęłam grać"Sanctusa", wyszło coś kapitalnego *_* To nie moja kompozycja, więc mogę powiedzieć śmiele: ta nowa wersja jest przepiękna. Już drugi dzień z rzędu chodzę nieprzytomna po pracy, bo w myślach wciąż to gram. Ach, wszechświecie...rozpadaj się szybciej, zarazo.

niedziela, 12 grudnia 2010
Wiesci
Nieoczekiwanie mam sieć, i choć łączy tak, że przypominają się dawne, pełne frustracji czasy niepodzielnych rządów TePsy, siedzę przed monitorem, zgrzytam zębami, wznawiam połączenie co parę minut i próbują nawiązać kontakt ze światem. Świecie- ahoj. Poza tym cóż innego można robić w taki szary, wietrzny weekend? Zaczęłam tracić głos, a na dworze szaleje śnieżna zadymka, ponadto ukrywam się w pokoju przed sąsiadem, który objawiać się zaczął co weekend. Człek ów para sie podobno akwizycją, ale zawsze, zjechawszy tutaj, siedzi murem w domu, co kilka minut wypełzając z pokoju, strzelając garami, gwiżdżąc i ogólnie- wkurwiając mnie niemożebnie. Może by mnie tak nie denerwował, gdyby nie to, że poprzednim razem był stanowczo za miły jak na zwykłą, dobrosąsiedzką sympatyczność. Odkrycie, że jestem w typie lokalnych wieśnioków, rozjuszyło mnie straszliwie; teraz na każdy znak zainteresowania, przymilny gest, komplement- najchętniej reagowałabym świstem korbacza. Dziwaczne? No i hun. Dziwaczeję na tym zadupiu. Przedwczoraj okazało się również, że romska mafia też mnie lubi. Nie ma nic bardziej obmierzłego, niż widok towarzyszących ci mężczyzn, jak kulą się nerwowo, podczas gdy ktoś cię natrętnie emabluje. Jak zwykle, musiałam sobie radzić sama. Co jeszcze mnie drażni w lokalnych ludziach? Wyniesione rodem z ryczących lat 90tych, nowobogackie przekonanie o tym, że fura i komóra to status, prestiż i władza. Standardowym jest widok kierowcy, prującego przez ludną, gęsto zabudowaną wieś (pozbawiona chodników, a choćby i przyzwoitego pobocza) 80km/godzinę, z komórką w ręku. Tu jeszcze pierwszy sygnał nie zdąży wybrzmieć do końca, a już podrywają telefony do ucha, i zaczynają ploty. Niech widzi wieś! Jak to sie powodzi, a co- samochód, telefon, prowadzę jedną ręką, a jak! A tak poza tym? Cóż, telewizorek stał się moim przyjacielem. Oglądam z uwagą wszystkie wiadomości, panoramy i teleexpressy, daje mi to złudne wrażenie kontaktu ze światem zewnętrznym; zaśmiewam się z głupoty niektórych obwieszczeń, ściszam przy reklamach- wszak nie zawsze trafiają się perły w postaci HAIR REAPER'a. Ale trafiają się inne, np. informacja dla telewidzów chwilę po tym, jak z ekranu zniknął gładyszowaty spiker: "Prezenterów ubiera właściciel marki jakiejś-tam". No, no... Let's have it 8-) W którymś momencie puścili migawkę wiadomości z Вести, poruszających temat wizyty Miedwiedwiejewa w Polsce. I podczas trwania krotkiej informacji, w lewym gornym rogu ekranów wszystkich czujnych Rosjan pojawiła się mapka świata, z zakreślonym na czerwono, tajemniczym a egzotycznym krajem, Polska zwanym. Dobrze, każdy widz miał dzięki temu jakie takie pojęcie, o jakim regionie świata mówimy. A przy okazji można odświeżyć nieco lekcje z matmy i geografii, dać obywatelom jasne wyobrażenie odnośnie stosunku wielkości różnych państw i państewek wględem Imperium. Najpierw rozśmieszyła mnie ta durna mapka, ale po chwili jakoś odeszła mnie chęć do śmiechu. Najpierw pokaza sama mapke. Pozniej naniosa na nia czerwone linie ze strzalkami. A potem ---potem fala emigracji poniesie mnie az do Maine- woo-hoo, bring it on, baby! :D
sobota, 04 grudnia 2010
Hair Reaper

Omal nie zabiła mnie obejrzana ostatnio reklama do włosów Elseeve Repair. Olśniewająca modelka przeszła się po ekranie, potrząsnęła olśniewająco połyskliwą, plastikową masą czarnych włosów, spojrzała prosto w kamerę i powiedziała?
"Nie wiesz, co może sprawić, by Twoje włosy dostały to, na co zasługują? Elseeve REAPER rozwiąże wszystkie Twoje problemy'
Taaak, to jest wlasnie jedna y tych sytuacji, kiedy przychodzi mi kiwac glowa nad niedostatkami polskiego systemu nauczania jezykow obcych. Ludzie: wymowa MA znaczenie.
Wiem, co mowie: wlasnie skonczylam zajecia z dziewuszka, ktora nie umie przeczytac slowa: human.
Znaki czasow.
I jeszcze: co wszyscy jecza o ataku straszliwej zimy? Od kilku lat mamy takie, przez cale moje dziecinstwo zimy tez byly takie, wiec o co chodzi?
A chce zaznaczyc, ze nie zawsze grzeje sie przy kominie, nie szukajac daleko: trzy dni temu dotarlam do pracy i wrocilam z niej na piechote, bo nie mialam dojazdu. Tak, to wtedy byl na Dolnym Slasku ten najgorszy mroz. Tak, i wichura. Tak, mylalam, ze mi oczy pekna z zimna.
I co_ Trzy godziny sie potrzeslam i w koncu przeszlo.
A zdjecia ze Szklarskiej wrzuce w pracy, ten komp siada.

CURRENT MOON