RSS
sobota, 31 marca 2007
Jeszcze jeden czubek dzisiaj, choc poranek swita... ( hej!)

Pozegnanie z Chinami bylo podobne do powitania Japonii jedynie powierzchownie. W Szanghaiu na dowidzenia osaczyl mnie nadgorliwy pucybut, ktory przypadl do moich stop I salwowalam sie ucieczka, skaczac ponad jego rekami; dostalysmy z Monika propozycje pracy w filmie- czesta fucha dla bialych tutaj- oraz zostalysmy zaskoczone koniecznoscia zaplacenia podatku w porcie- nowina, o ktorej prozno szukac informacji na stronie firmy. Taka niespodzianka.

Szczesciem, wygrzebalam jeszcze te 22 yulki.

Wplyniecie do Osaki, wszedzie blogoslawienstwo ruchomych schodow, na ktorych troskliwie stawialam mojego kaleke. Ale kaleka czy nie- na przetrzepanie, wielki jest, pewnie po brzegi pelen peyotlu I psylocybow. Po czym pani mundur patrzy na moja papierowa torbe, z ktorej wystawal ananas. “Ach tak? Na puranto chekku biegiem marsz! “

No to poszlam. Panow mundurowych az dwoch zmobilizowano; wywlekli nie stawiajacego oporu ananasa z torby, I zaczeli go ogladac ze wszystkich stron. Jakzesz zalowalam, ze nie mam trzcinki, zeby puknac pogladowo w ananasowe podwozie I powiedziec: “Ananas.” :D  Panowie pouczyli mnie, ze to owoc jest, wiec wyjatkowo tylko pozwola mi go przemycic do kraju; po czym jeden z nich rutynowo szarpnal kawalek siatki, wystajacej z torby. “Co tam jest?”. “Tam? A, banan, mandarynki…” “BANAN!” wrzasneli jednym glosem, sugerujacym gumowe rekawice, maski I gasniczke z cieklym azotem.

Wywlekli banana, mandarynki takoz, I juz zaklejaja mi siatke oznakowanymi nalepkami…..Zabieram. Pan ruchem nerwowej matki, tulacej dziecie na widok pijanego skinheada, przygarnal siatke do piersi. “Nie!” zawolal zalosnie. “Puszczaj, nedzniku; zjem sobie” mowie. “Zjesz???” “ Zaplacilam- zjem. Moje.>_<”  “Tutaj” zazadal piskliwie.”Teraz”. No to jadlam sobie bananka, pod czujnym okiem pieciu panow mundurow, z kolaczaca sie w tyle czaszki mysla, ze takie sceny to w filmach widzialam. Tylko ze takich filmow nie ogladam przeciez.

Jeden z mundurow, juz widac ustaliwszy, ze ja to sama kontrabande przemycam, rzucil sie czujnie na kolejna siatke, I poddal bedace tam lampiony badaniu prawie organoleptycznemu. Bo to mogly byc przeciez przemyslnie zamaskowane baklazany, wiadomo. Tak dzikie plemiona musialy ogladac lunete pierwszego bialego zeglarza. “Co to?” spytal nieufnie. Przysiegam, z trudem zwalczylam pokuse, zeby powiedziec ”Jablko”. Witamy na stacji Czubasowo Glowne.

Lato sie zaczyna. Mam w marcu odpowiednik polskiego rzeskiego lata, ale juz z zapowiedzia duchoty, przemykajaca sie w powietrzu. Poki co, wieje sobie cieply wiatr, pekajacy od bogactwa zapachu- pieknego, ciezkiego, slonecznego aromatu. Ten jeden plus z powrotu. Ananasa zas, jesli wytrzyma jeszcze troche, zjem na Wielkanoc. Prawie wyglada jak wielka pisanka. Z czubkiem. O_o’

poniedziałek, 26 marca 2007
Dziennik pokladowy V- impresje

Jutro opuszczam Chiny. Kurz. Smrod. Brud. Ludzi tak ciekawskich, ze warto rozwazyc zainstalowanie sobie na barku siodelka, zeby mieli gdzie oprzec brode, gdy kukaja ci przez ramie. Ludzi w stanie permanentnej wojny z woda i pachnidlami. Ktorzy jednak na najchmurniej wymamrotane "Dziekuje", zawsze odpowiedza "Prosze", i nieoczekiwanie pomoga ci wniesc walize po schodach. Po czym sprobuja sprzedac termos za jego czterokrotna wartosc.

Azjaci nie maja ladnych dloni. Ich dlonim brak smuklosci, ladnego ksztaltu, wyrazistego rysunku kosci- czegokolwiek, co czyni dlonie interesujacymi. Sa to raczej nadmuchane pontony, z krotkimi wypustkami spuchnietych palcow, tym brzydrzych, ze czesto zwezajacych sie ku koncowi- co w sytuacji, gdy nasada palca to istna kielbaska, daje naprawde nieladny efekt. Miekkie, gabczaste poduchy, w ktorych stawy sa zaznaczone co najwyzej silniejszym natezeniem zoltego.

Ale natura im to wynagrodzila. Wszystkie skosy sa muzykalne. Japonczycy wyja w barach karaoke i na wszelkich rautach; Chinczycy wyja wszedzie. Nuca, gwizdza, w glos spiewaja, kiedykolwiek i gdziekolwiek doslysza zew wyzszej jazni, by upiekszyc swiat radosnym trelem. I to naprawde jest fajne- bo nawet jesli nie porywaja cie ich piosnki( zawsze nasilajace sie w poblizu nas -_-'), czujesz nagla wolnosc wlasnego glosu. I tez mozesz dac popis.

Polowa ludu ubiera sie w czarne i szare samodzialy i ortaliony, zachowawcza burosc, ale ta druga polwa- to teczowe odpryki. Widac zolty, turkusowy, fioletowy, rozowy, a nade wszytko- czerwien. Czerwien kroluje, i to w tym pelnokrwistym, goracym odcieniu. Czerwone kurtki, plaszcze, sukienki i kubraczki; czerwone torebki i kozaki; wszystko w oprawie wybijajacych sie ogniscie lampionow i flag. Niewielu znam ludzi, ktorzy nie bali by sie tej wlasnie barwy; zawsze ja czyms lamia. Chinczycy, ilekroc cos trafi w ich gusta, biora to z calym dobrodziejstwem inwentarza i ekploatuja na maksa. Nurzaja sie w tym z pasja, zapamietaniem i do cna, jak swinki w blocie. Zadnych polsrodkow; czy to chodzi o zachodnie zarcie, japonska mode, natezenie glosu, mimike, czy kolory. Na 100% i jeszcze ciut.

Moze i Czerwone Sloneczko lezy wypchane i nawoskowane w mauzolemu na placu Tiananmen, czy gdzie tam, ale Czerwone Gwiazda lsni i kroluje. Wszedzie. Na planach miasta, czy na rozkladach jazdy autobusow, punkt "Jestes tutaj" zaznacza wieka czerwona gwiazda. Status pracownicy banku, wymieniajacej znienawidzone jeny z rak bialej imperialistki, znaczy rzad czerwonych gwiazdek ponizej numeru seryjnego robotnika. Partia nie wszystek umrze. Na konce pierdutnie w Chiny wielka kometa- czerwona, rzecz jasna.

Szanghai. Jedyne- poza drobna mzawka w Shijiazhuangu- chinskie miasto, ktore widzialam w deszczu. Wszedzie kurz, pyl, slonce przez smog- i tylko placzliwy Szanghai, cholerne pieklo, przez ktore przedzieralam sie dzis drobnymi kroczkami, wybiegajac mysla tylko o jeden ruch w przod; byle do S.; byle do metra; byle do drugiej stacji; byle do hostelu. Walizka co i rusz walila sie ciezko z wozeczka na ziemie, skladajac bron, i proszac o dobicie. Ze srodka, po otwarcu, unosi sie gesty zapach owocow; mysle, ze niektore mandarynki zle znioly podroz. Noc w trumience- czyli na gornej lezance pociagu, na dlugo zostanie we wdziecznej pamieci mojego kregoslupa. Teraz, w hostelu, slysze housik- naprawde dobry housik, zapewne wlasnosc jednego z obecnych tu bialych- i wiem, z bolesna pewnoscia WIEM, ze do takiej muzyki pobawie sie za pol roku najwczesniej.

Niech zyje Czerwone Sloneczko. Na pohybel skosom. Jutro prom- i duuuzy zapas piwa na nim. Veni, vidi- wina!!!

środa, 21 marca 2007
Dziennik pokładowy IV...i beczułka rumu
Mówią, że człowiek uczy się na błędach....Ale czasem taka nauka to nie w las, a z lasu przychodzi, wiec warto niekiedy szurnąć ją na zapiecek i ponowić pierwotny błąd w nadziei, że.
W niedzielę poszliśmy świętować, najpierw do klubu Mezzo, który primo: nie był, wbrew nazwie, branżowy, choć pełno w nim było zblazowanych Chiczyków, którzy byli, zaiste, branżą z Brooklynu. Bo byli..."so black!" XD. Secundo, decybele wytłaczały mózgami klientów uroczny wzorek na lamperii; tertio- mimo ogłuszającego jazgotu, nie było parkietu. Wyszliśmy, ja- po uprzednim strząśnięciu z rękawa pani z obsługi, która tam zawisła, zdecydowana nie wypuścić nas bez walki, gorączkowo trajkocząc o darmowej wódce, jeśli byśmy zostali.-_-'
Nie zostaliśmy. Kto durny by został, jak jawnie mu grożą baijiu'em??!*
Ponownie w Rolling Stones. Z tym że, słysząc łupankę na dole, poszliśmy tym razem do klubu na piętrze, gdzie akurat odbywały się jakieś występy, striptiz i karaoke w jednym. O_o Cokolwiek. W ramach zdobywania urodzinowego wina, dobre 20 minut legitymowałam się, i poddawałam swoją twarz oględzinom, czy ja to aby na pewno ja. Właśnie siedziałam sobie wygodnie na kanapie, racząc się cygarem, gdy wywołano mnie ( "Mali! Mali!". Jak dla mie, w tej literówce tkwi coś złowrogiego XD ) na scenę. Poszłam tam, na srebrzysty stołek barowy, kiwając uprzejmie głową na wszystko, co gwiazdy na scenie do mnie mówiły-cokolwiek to było, przytakiwanie uznałam za bezpieczna formę konwersacji- strzepując dyskretnie popiół na lustrzanną posadzkę, potem zainkasowałam wino, podpaliłam sztucznym ogniem tapirowaną grzywkę głównego gwiazdora i umknęłam w mrok.
Zebrało nam się na tańce, to zeszłyśmy do piekła dźwięku i pobouncowałyśmy trochę na ruchomym parkiecie, zręcznie unikając macantów; prosta obserwacja- jak pojawiała się za nami nieruchoma sylwetka pana w marynarce, czas był najwyższy transmigrować. ( Co polegało na wepchnięciu między nas i macanta ofiary, a następnie szybkiemu przerzuceniu własnej osoby w powstałą lukę. Zaczynam nabierać w tym wprawy XD ). Potem i tak przenieśliśmy się na wyższy poziom lokalu, i tam urządziliśmy prywatny parkiet, nagrywając radośnie bulwersujące dowody naszego rozhasania. Bogini Kali, taniec Johny'ego Bravo i menuecik, proszę uprzejmie. Próbę wdarcia się na kolejne elementy wystroju sali uniemożliwił czujny jak ważka kelner, który własnym ciałem zagrodził drogę do interesującego obiektu. A niecnota...
W pewnym momencie- szok nad szoki. Bowiem między jednym chińskim techno-hitem a inną chińską przeróbką disco...poleciała polska piosenka.
Ale jaka.
Na początku nie wierzyłam własnym uszom. Potem popłakałam się ze śmiech....znaczy, czystego wzruszenia.  A potem- jedyne, co mogłam zrobić. Head-banging do "Bania-u-Cyganaaa! Bania-u-Cyganaaa! Do raanaa!!...".
Ze wszystkich możliwych....
Nie ma co. Uczciłam. Niech sie święci, kark mnie boli do teraz, a samo wspomnienie straszliwego likworu, skrytego pod nazwą "czerwonego chińskiego wina", a będacego w istocie baijiu'em z sokiem- wywołuje łzy. Też wzruszenia. Nie inaczej. :P
1) A w klubie- bilardzik....I klimatyzacja, że proszę siadać. :P

2) Fajrant...

3) Widok z krawężnika, znad butelki Tsingdao: jadłodajnia na kółkach.

*baijiu- perfumowana chińska wódka, w skrócie: ZŁO

piątek, 16 marca 2007
Dziennik pokładowy III
W minioną niedzielę wyruszyliśmy na rekonesans nocnych uciech miasta. Lokal, nazwy którego nie pomnę, ale znaczniejszy w mieście, za mylącą kurtynką z pasków pociętego plastiku krył przestrzenie lustrzanych posadzek, dywanów, dyskretnie rozmieszczonych świateł i bramki wykrywającej broń masowej zagłady na wejściu. Obsługa w liberiach osaczyła nas bez litości i nie spoczęła, dopóki nie usadziła w loży, pełnej czerwonych kanap, otoczonej szklaną barierką, żeby nie umknęło nam nic z widoku sali, a my- Z widoku reszty sali. -_-'
Zapewne za sprawą budzącego respekt posturą Omara, odzianego w elegancką czerń, z zaczesanymi w mafioski kucyk przyżelowanymi włosami, traktowano nas jak Mambo Kings bez mała: taca Coli w prezencie, jak i talerz owoców czy dzbanek lodu, jeden pan w liberii, pełniacy rolę nadwornego trefnisia...Pełna obserwa. Parkiet był interesujący, bo bouncował na resorach, na barze tańczyły znudzone tancerki i jeden radosny transwestyta, ale już mniej radośni byli wytwarzający mikroklimat Chińczycy, którzy zawsze wokół nas ścieśniali szyk, pusząc w tańcu godowym skórzane kurty, ciepłe bluzy i swetry...Do kroćset, co na to konwencja genewska, hultaje, broń biologiczną wytwarzali.
Ale prawdziwie z lokalu odstraszył mnie hałas- nie wiem, ile to było decybeli; miałam trzy warstwy chusteczek w uszach, tej pierwszej w pewnym momecie nie mogłam wydłubać z czaszki.. O_# To wstalim i wyszlim.

Wtorkowym rankiem zaczęła się wyprawa do sztolycy. Podróż porannym autobusem...Obywatele potokami spływający do rezerwuarów służby państwu. Już dymią kotły i garkuchnie, starsza parka gra przed sklepem w badmingtona; ludzie beznamiętnie prześlizgują się między sznurami pojazdów w sennym balecie, jakby pieszczotliwie muskając połami płaszczy mijające ich tony żelastwa. Siedzę na samym przodzie i patrzę przez opar snu na samochody, jadące pod prąd, na czołowe z autobusem. Dźwignia skrzyni biegów znika w dziurze, wybitej w podłodze obok fotela kierowcy. Przez ten otwór widzę szkielet podwozia i umykający asfalt.
Pekin...Wszędzie rusztowania i dźwigi, Gogong rozbrzmiewa werblami młotków, sam pałac skryty jest za maskującymi makietami, jak stara kokietka za wachlarzem. Dławiący, zawiesisty smog; Pekin jest szary i spłowiały aż do zmroku. Dopiero noc rozpala w nim barwy- Houhai, dzielnica klubów, płonąca jak żagiew neonami i lampionami, z czającymi się w mroku naganiaczami, którzy opadają człowieka jak sfora. Moloch, Nowy Babilon, i nawet tego nie kryje...

Wyprawa na murek najlepsza z tego wszystkiego, choć odbyła sie w wonnym chińskim autobusie, i miała jeden straszliwy moment, kiedy musiałam przejść przez ulicę O_O. Ale przykleiłam sie jak cień do grupy tubylców, których wielkie toboły niosły nadzieję, że jak coś w nas puknie, to toboły złagodzą impet. Godzinna jazda, w połowie przekimana; w pewnym momencie ocknęłam się ze świadomością, że - widzę błękit nieba! A na jego tle...
Na jego tle mur.

"(...)Z drewna- lecz podmurowany"...Z daleka widać było nie podbielane mrówcze stada, obłażące go z pasją, lecz ja dotarłam na część, gdzie nie było żywego ducha, poza mną, wiewiórką i sroką. Robił wrażenie. Na moim sercu zwłaszcza- myślałam że wyskoczy nosem, wypychając wcześniej płuca przez uszy.
W basztach, niczym tolkienowskie potwory, czaili sie sprzedawcy pamiątek, namolni i agresywni. Myślę, że pisarze, którzy umieścili w swoich fikcyjnych światach Jedyne Przejścia, takie jak mosty, tunele i baszty spinające mury- musieli kiedyś wpaść w łapy tych z Murka. Zarobiłam kilka ciosów folderem w awers, nim sprytną zmyłką, rozrzuconymi grzebieniami i ciosem zasadniczym prostym przedarłam się na drugą stronę.
By stanąc twarzą w twarz z pionowymi chodnikami i ponad półmetrowymi stopniami, zapraszająco zrzucającymi kogoś co jakiś czas do swych stóp...
A może to ludzie się sami rzucali? Może Murek tak wpływa samobójczo na co wrażliwszych? Misio też miał jakieś desperackie pomysły...

niedziela, 11 marca 2007
Dziennik pokladowy II
Przemierzam pylące ulice Shijiazhuangu z cichym szelestem przesuszonych wlosow i skory, przy wtorze chrzestu obrczonej pancerzem kurzu odziezy. Moje buty mogłyby zagrac w filmie o postapokaliptycznym swiecie (zawsze wrozyłam sobie choc w czesci kariere w showbiznesie:D ). Niewykluczone, ze jedyne omiyage, jakie przywioze sobie z kontynentu, to bedą balsamy, w ilosci, ktora wywołałaby pąs zawstydzenia na twarzy Ramzesa jednego z drugim. Obalsamuje sie tak, ze kosci sobie tez nawilze, a co. Powietrze tu ma gestosc, zapach i smak, osiadajacy metalicznie na gardle i podniebieniu. Widze, jak po moim przejsciu zostaje korytarz przetarty w przestworzu...
Jeszcze jedno omiyage nabyłam sobie dzis, przytulone do serca przetransportowałam do mieszkania i zazdrosnie schowałam do walizy, holubiac swoje szczescie w drzacych dłoniach: 1,5 kg płatkow owsianych. Co za towar lewantynski...-_-' Bez orzechow, miodu, curku, nori, soli, cukru 2, i sosu sojowego, zwykłe, pospolite płatki owsiane. Ale bedzie, wyzerka ...*_*
W Chinach nie marnuje sie ani kawalek przestrzeni. Ludzie zyja na ulicach rownie swobodnie, co pod dachem; kramy rozlozone na calym chodniku, towary w stosach podpieraja sciany, przy krawezniku ludzie na stoleczkach obieraja warzywka, kawalek dalej stoi parujacy kociol, w ktorym sie cus zlowieszczo gotuje, ludzie wokol siedza, jedza, czasem stoja, ale tylko moment, bo zawsze sie znajdzie powierzchnia, na ktorej da sie usiasc. Nieopodal dziewczyna robi przepierke w misce, posciel sie suszy na drzewach, drutach, linkach przeciagnietych miedzy znakami drogowymi...Budzimy sensacje, ktora moze sie m.in. objawic tym, ze podczas jedzenia obiadu w jadlodajni dostajemy od szefa kuchni waze Zupy Szefa Kuchni- glutowatej substancji z na pol surowym jajkiem w srodku, mmm-hmm...Delicje.
Jedzenie w Chinach to naprawde objawienie. Zastanawiam sie, gdzie sie stoluja wszyscy ci biali, ktorzy posluchali rad umnych tego swiata, i unikaja garkuchni ulicznych. Co oni jedza?! I czy wiedza, czego nie jedza, i co w ten soposob traca?
Wokol widze rozwiniety PRL- ktory by tak wygladal, gdybysmy doszli do punktu, ze byloby cos na polkach. Liche bo liche, ale jest i schodzi; tu zycie toczy sie zywiolowo i bez zahamowan, wiec ten CHRL sie kula zwawo. Wszystkie splowiale szyldy, sklepy i restauracje w betonowych barakach, smierdzace kanalizacja sklepiki, i piaskowe "chodniki"- wyglada jakby dawno temu cos tu wybuchlo, i zostalo posklejane z resztek przez ocalalych, ktorzy bardzo zacnie sobie radza z kawalkiem sznurka i sterta kartonow na trzykolowym rowerku, dysponujac w tym momencie praznie dzialajaca firma przewozowa. XD

piątek, 09 marca 2007
Dziennik pokladowy I

Paaarostatkiem w piekny rejs...

 

Siedzac na dziobie, w dusznym pokoju dziennym, wdycham dziwny zapach chinskiego promu. Trudno okreslic ten sztynks, ale ogolnie- jedzie miesem. Surowym, nie za swiezym. Czesto tak wali u nas w akademiku, kiedy Chinczycy gotuja. Nigdy wtedy nie moge sie oprzec wrazeniu, ze w kuchni odbywaja sie zawody w rzeznictwie.

Troche buja, ale to pestka- prawdziwa meke zadaje mi wibracja turbin, ktora doprowadza do agonii moje ucho wewnetrzne. Reszta pasazerow wyglada jednakowoz na zrelaksowanych...

Podroz zaczela sie w piatek o swicie. Pociag z Nary- ja i Bagaz, oboje zaspani, Bagaz dodatkowo zly i knujacy, nie dziwota, ze ludzie w pociaga na Nambe niechetnie nas obstapili. Zreszta, w plebiscycie na gwiazde poranka przegrywalam z panem maszynista, nadajacym niezmordowanie wazki komunikat na kazdej stacji ( „Wsiedli panstwo do pociagu”); sluchajac go, mialam wrazenie ze to gadajacy Pan Spinacz. Serio, kolo mial glos jak maly wredny grzybek Kinoppi z „Magicznego Swiata Paula”; a nic tak przeciez nie rozswietla porankow sararimanow, jak posluchac Pana Spinacza. W uniformie, powaznego, urzedowego- Smerfa.

Port. Rejs.

Byly wyspy, zaborczo osaczone zoltymi mackami mgly; i morze w wielu odmianach- srebrzysta gladka plachta bez jednego zalamania, plynny metal; dzis- przejrzyste i pelne pienistych rozbryzgow. Wierzchnia warstewka wody, zdmuchiwana silnym wiatrem, przeslizgiwala sie po koscistych falach. To morze jest uczeszczane: szlaki rozbitej silnikami wody ciagnely sie jasniejszymi bliznami az po horyzont. Moglam przygladac mu sie godzinami...no i sie spalilam nieco przez to. Nie zeby bylo widac jakos szczegolnie...-_-‘

Prom jest malutki. Skrzypi i pojekuje, przywodzac mi na mysl etiude filmowa Geneta; spimy w 15matowym pokoju, na 10-12 osob, pokotem, na malych materacykach. Pokoj facetow jest wiekszy, otwarty na wszystkie strony; kobiety, odizolowane skromnie fusuma, stworzyly intymny, cuskolwiek duszny swiatek skotlowanej poscieli, dzieci i leniwej gadaniny. Tkwie glownie na pokladzie.

Niedziela. Od switu morze jest w kolorze kaluzy i wzburzonego mulu. Sadzilam, ze to efekt wschodzacego slonca, pracowicie przeciskajacego promienie przez gabczasty opar. Ale to kolor morza; opalizuje niezdrowo, podczas gdy prom coraz bardziej wbija sie w sciane smogu, oblepiajacego miasto i pol zatoki. Z tej gestej ciemnosci wylaniaja sie powoli szkielety wielkich machin, jakby zywcem wyjetych z kosmicznej stacji Imperium. Tworza milczacy szpaler, grozny w swym bezruchu. Znad wody unosi sie zapach kanalizacji.

Szanghai to chaos. Zgielk, pokrzykiwania, wrzaski, trabki, gwizdki i klaksony, odglosy fajerwerkow i reklam, lawina rowerow, motorynek i samochodow. Smrody wszelkie mozliwe. Smog. Kontrasty. Ludzie chodza po ulicach, bo po chodnikach jezdza rowery i motory; papieru toaletowego nie spuszcza sie w kiblu, tylko wyrzuca do kosza obok; na dworcach funkcjonuje pan, ktorego zadaniem jest wyszarpywac chcacych wysiasc ze zbitej masy ludzkiej, szczelnie wypelniajacej pociag. Opor bialych, a jednak przyciagamy spojrzenia, choc o dziwo- jakkolwiek nachalne, nie ciazace tak na karku albo tyle glowy, jak w Japonii, gdzie wszyscy cie obserwuja, ale dyskretnie, po szpiegowsku, bys nie zdolal odpowiedziec spojrzeniem. Nie- tu jawnie wgapiaja sie w bialasow, odwracaja sie, nawet jadac srodkiem ruchliwej ulicy, w morzu pojazdow.

Nie widzialam tu jeszcze ani jednego wypadku, co nalezy uznac za cud. Ucieczka z tego infernalnego szalenstwa jest wybawieniem, nawet mimo 4 godzin w pociagu wypchanym prowadzacymi obserwacje naziemna Chinczykami. Autobahn nach Nanjin....

Nankin jest inny. Bardziej japonski, z zachodnim zmeczeniem starych drzew, z plotkami i szerokimi jak w Hadze chodnikami. Oczadziale od smogu potezne platany walcza o miasto, sa na kazdej ulicy, ich szare konary czesto splataja sie ponad jezdnia, lub rozpasanym gestem wbijaja w mur. Hostel- klimatyczny, magiczny domek, przyczajony przy duzej ulicy, z wejsciem skrytym za kurtynka, tonacy w oranzach, czerwieniach, zlocie i fiolecie. Poza nim prawie nie widze bialych, a jednak, wyjawszy standardowe „Hello!”, ludzie nas nie zaczepiaja, nie obskakuja naganiacze sklepowi z pekami folderow, nie osaczaja jak w Szanghaiu. Nankin zyje swoim zyciem, troche juz stary, troche chory- ale z powietrzem niezaprzeczalnie cudownym, co moge stwierdzic z perspektywy Shijiezhuangu, gdzie obecnie jestem.

Ale jedno jest faktem- twarz Mao wisi w kazdym znaczniejszym miejscu, gdzie wisiec cus winno. Wtedy- on tam JEST. O_o Z flaga, pekiem plastikowych kwiatkow, poznaczony przez wywrotowe muchy, srajace bez roznicy na jasnie panow i na sekretarzy; Mao tam jest nieuniknienie, rownie straszliwy, co smazone tofu, rozsnuwajace smrod na kilka przecznic w te i we wte.


CURRENT MOON