RSS
sobota, 29 marca 2008
Gynvael tedd deireadh..

Budzę się, świadoma, że owóż i minęła Wielkanoc.

Przechodzę przez jadalnię, udekorowaną pisankami, czekoladowymi jajeczkami i żółtymi wstążkami, wśród zielonych łodyżek kwiatów doniczkowych. Na niektórych bimbają się papierowe motyle i lekko przetrzebione kurczaczki. Wielkanoc. Wiosna.

---myślę sobie, po czym drżąc z zimna nalewam sobie gorącej kawy, owijam ciaśniej płaszczem, i zasiadłszy na fotelu, siorbię, patrząc ponuro na bałwana za oknem.

Co tu się w ogóle dzieje?!..

I tak dobrze, że udało się wywołać nieco słońca, choć nie wszystko poszło do końca zgodnie z planem i śnieg pozostał. Niezupełnie taki efekt, jak w Krakowie, hę? Ale na bogów- widzieliście, jaką oni mieli Marzannę?! Niesioną przez radosny tłum wielką Lodową Panią. Nie to, co my: mała, trzęsąca się z zimna grupka na chłostanym wichurą, śniegiem i deszczem molo, kiedy ciskałyśmy naszą ukręconą z gazet i gałganków małą Marzankę w lodowate odmęty. Nie chciała się, zołza, zapalić, to powtykałyśmy w nią zapałki, jako symbol ognia- siarczany piercing, specjalność zakładu.

Dla przyzwoitości, nim wykonano egzekucję, została wcześniej ogłuszona, ale walczyła do końca- wichrzysko się nasiliło, a molo aż trzeszczało pod naporem na wpół zmrożonych fal. Potem jej rozkrzyżowany zezwłok, jak blady upiór, długo unosił się na powierzchni rozkołysanego morza. Nie wiem, czy zatonęła; śniegi ciągle wracają, jak pogróżki zza grobu... Za mało nas, za mało. Tyle tylko, że słońce wróciło, zawszeć jakaś wygrana.

"Ore kachiii!..."

Tak.. /pąs/  Khem, więc o czym to ja...

A, wiem.

Przechadzam się teraz przez iskrzący się w wiosenno-zimowym słońcu Sopot, spoglądam na rozmaślonych mieszczan i uśmiecham pod nosem łaskawie.

Do usług.

Ale lepiej, żeby w przyszłym roku więcej nas ruszyło oddać ostatnią posługę Zimie, bo nierychło zobaczymy prawdziwą wiosnę na Wybrzeżu.

Przede wszystkim chodzi bowiem o to, że kawa mi za szybko stygnie, kiedy taki ziąb. A zimna kawa to zło jest. Przecież.

piątek, 14 marca 2008
"These are my friends.."

Gram va banque.

Gram ostro.

Piszę notkę bezpośrednio w oknie bloga, a nie, asekurancko, w Wordzie, ale cóż? Kiedy wszystko to, co umieszczam- choćby na mgnienie chwili- na twardym dysku, jest widoczne na przynajmniej jednym komputerze w pokoju. Może tylko jednym- moze nie.... Stała czujność!

Na fali- nie wiem, wiosny chyba, choć znowu jest wredna piździawa, a słońce oglądam głównie przez szybkę- zastanowiłam się nad mechanizmem relacji międzyludzkich, i doszłam do konstruktywnych wniosków: radośniej ruszyłabym ze śrubokrętem w łapie do iskrzącej mikrofalówki, niż do tego właśnie mechanizmu społecznego- z czymkolwiek. Dziwne tam rzeczy siedzą.

Dziwy i potwory.

Może dlatego, kiedy tylko wsiąknę za bardzo w jakąś grupę, kiedy czuję, że stoją już nieco za blisko, zbytnio żądający uwagi, wglądu w moje/ich życie, zaanagażowania, kiedy masa ich opinii, żądań, skłębionych emocji i składu gąb gotowych do przyklejenia anytime- ma już się zamknąć wokół mnie z mokrym mlaśnięciem- znikam. Biorę sobie na wstrzymanie.

Socjopatia? Może. Taka, która się nazywa zdrowe podejście do życia. Dlaczego nie może być przyjemnie? Dlaczego musi być kwas między ludźmi, a im bliżsi ci są- tym większy nacisk i skutki wyżarcia? Dlaczego- przede wszystkim to- DLACZEGO ludziom się wydaje, że jeśli cie znają trochę dłużej- to mają prawo cię osądzać?

Ponieważ tego nie czaję, i jest to sprzeczne z moim światopoglądem- znikam. Bo działalność misyjna też jest obca mojej naturze, to już nie czasy Torquemady. Ale zdumienie moje jest wielkie indeed; tyle jest wsaniałych rzeczy na świecie; tyle cudownych możliwości, żródeł przyjemności, tyle zabawy!...

Tymczasem cała rzesza ludzi zachowuje się wypisz wymaluj jak skrzaty w "Opowieściach z Narni", które, mimo wyzwolenia z ciasnego, śmierdzącego pokoju, tkwiły w uporczywym przekonaniu, że brudne ściany nie zniknęły; i siedziały w kupce, złorzecząc na siebie nawzajem i na los parszywy, zamiast podnieść głowy i zobaczyć błękit nieba.

Zajebiście błętkitny błękit, mogę powiedzieć.

CURRENT MOON