RSS
środa, 31 marca 2010
Hellblazer

Moj ulubiony komiks, najlepszy na swiecie.
Lepszy niz Sandman. Lepszy niz Thorgal.
Manga moze mi sie podobac, szczegolnie tak dobrze napisana ORAZ narysowana, jak `Death Note`.
Ale nie masz, jak dobry stary zachodni komiks, a szczegolnie taki, jak `Hellblazer`. Bogowie, jakie to jest dobre...
Co jakis czas mam jazde na rysowanie Constantine`a, i tu wrzucam owoce tej obsesji. Wiecej w galerii :D



The way I see it by ~Nonko on deviantART
poniedziałek, 29 marca 2010
Typ osobowości
Oto kolejny zbiór prawd o mnie, uwaga, uwaga :D

Twój typ osobowosci:

Ludzie o tym typie charakteru sa spokojni, refleksyjni i idealistyczni. Interesuja sie sluzba ludzkosci. Posiadaja dobrze rozwiniety system wartosci, który wcielaja w swoje zycie. Wyjatkowo lojalni. Latwo sie przystosowuja i sa ugodowi, pod warunkiem, ze zadna z cenionych przez nich wartosci nie jest zagrozona. Sa zazwyczaj utalentowanymi pisarzami. Potrafia myslec szybko i na wielu plaszczyznach. Interesuje ich zrozumienie innych ludzi i niesienie im pomocy.

Zawody które moglyby do Ciebie pasowac obejmuja:

Pisarze, artysci, doradcy, pracownicy spoleczni, nauczyciele angielskiego, nauczyciele sztuk pieknych, opiekunowie do dzieci, duchowni, misjonarze, psycholodzy, psychiatrzy, naukowcy, aktywisci polityczni, wydawcy, pedagodzy, dziennikarze, katecheci, naukowcy spoleczni.


Najbardziej mi się podoba, że `interesuje mnie służba ludzkości`, to czyly- żeby ta służba rzuciła fuchę u ludzkości i przeszła na mój folwark? }:D
Pasuje.
A- i aktywista polityczny. Aha! Dajcie mi się tylko wykazać! Potrzebuję furgonetkę, megafon i koszyk pomidorów! Podgniłych.
I tak Oli wyszło lepiej, bo nic innego, jak- inkwizytor typowy prosty! Ta-daaaam! No spójrzcie tylko:
`To zwolennicy rozrywki, zapalajacy swoim entuzjazmem innych. Zyja chwila i uwielbiaja nowe doswiadczenia. Stronia od teorii i bezosobowych analiz`.
Pewnie- analiza analizą, a nie masz to jak dobra pochodnia.
Zainteresowanych własnym typem osobowości zachęcam do skorzystania, o- http://pl.41q.com/
:D

P.S. Właśnie się dowiedziałam, że urodziłam się i co roku świętuję gromko --- w rocznicę śmierci Janosika -__-

piątek, 26 marca 2010
Amber! Mój aaAArrgghhhhh....

Dziś chodziłam po mieście i sobie bruździłam.
Zupełnie niezamierzenie do tego. Wszyscy jacyś tacy drażliwi od tego słońca...
Najpierw w bibliotece zadałam najniewinniejsze w świecie pytanie, mianowicie dlaczego tylko gdańskie biblioteki mają osobną kartę do każdej filii. Kartę, którą wręcza się czytelnikowi i zostawia odpowiedzialność za nią na jego głowie.
Próba przynależności do więcej, niż trzech filii, kończy się talią wysypujących się z portfela, IDENTYCZNYCH kart.
Zadałam więc to proste pytanie- a panie bilbiotekarki się obraziły.
Poszłam więc dalej, i w którymś momencie strasznie mi się zachciało drożdżówki, więc wstąpiłam do cukierni i poprosiłam o jedną, zapytałam przy tym, czy mogę sobie wybrać.
Sprzedawczyni się obraziła. :D
Dobrze, że straganiarka sprzedająca owoce nie zafoszyła, kiedy poprosiłam ją o przepłukanie mi tego jabłka- miała obok malutką umywalkę- bo konałam z pragnienia. Ale może dlatego nie dąsała się zbytnio, że wliczyła mi to w cenę i zapłaciłam 10 groszy więcej.
Pan w zielarskim tylko na mnie dziwnie spojrzał, kiedy go radośnie poinformowałam, że jak tak dalej pójdzie z cenami, założę własną plantacje rumianku :D
Wypełniwszy obowiązki obywatelskiego bratania się z ziomkami, wróciłam do domu z poczuciem dobrze spędzonego dnia :D
Ale pies ich trącał- doszły mnie słuchy, że ma być robiona ekranizacja Amberu. Wiecie- Dziewięciu Książąt, Karabinów Avalonu, i pozostałych ośmiu ksiąg dzieła Zelaznego. A może mniejszej ich ilości, dość, że zaczęłam gorączkowo szperać w internecie, typując aktorów, którzy byliby idealni jako Amberyci i Chaosyci.
Oto oni:
ERYK- Gerard Butler

CORWIN- Hugh Jackman:


JULIAN- Jonathan Rhys Meyers:

BRAND- Nathan Filion:

BLEYS- Ewan Mcgregor:

CAINE- Peter Serafinowicz:

BENEDICT-Ray Stevenson:

RANDOM- Damien Lewis:

GERARD- Angus Macfayden:

MANDOR- Ralph Fiennes:

MERLIN- Matthew Bomer:

LUKE- Ioan Gruffudd:

FLORA- Rebecca Madder:

FIONA- Christina Hendricks:

LLEWELLA- Claire Danes:

DEIRDRE- Megan Fox:

VIALLE- Rachel Weisz:

DARA- Lena Headey:

LINTRA- Miranda Richardson:


Otwarta dyskusja odnośnie Dworkina (Ian McShane? Kenneth Brannagh?)i Oberona, a także królowej Rebmy :)

środa, 24 marca 2010
O polskiej fantastyce

Słoneczny dzień pod banderą "Dream Theatre"- regularnie wracam do tej kapeli, jednej z moich ulubionych. Szczególnie na początek wiosny- dobry podkład pod burzącą się krew, chęć zmian, jakiegoś wielkiego a radosnego Ka-BOOOM! Naprawdę, na przedwiośniu czuję się jak na lekkiej bani, kręci mi się w głowie, produkcja adrenaliny wzrasta, nosi mnie i mam ochotę coś wyczynić.
Gdyby nie ta cholerna astma, miałabym wentyl bezpieczeństwa pod postacią treningów, a tak...Ech.
A'propos wentyli: mamy kolejny dowód sprawności nieustających starań policji, która walczy o ---miłość i sprawiedliwość! "__"v
Pod Poznaniem odkryto i zlikwidowano największą jak dotąd plantacje maryśki, kilka wielkich, podziemnych hal, z dość zaawansowaną automatyką, systemem kamer, itd.
Haj-ho, Silver, jak dobrze, zostaliśmy uratowani! Teraz państwo nie będzie stratne, bo przecież gdyby zioło rozchodziło się bez przeszkód po kraju, to jeszcze obywatele przestaliby kupować alkohol, fajki... I przepada dochód z akcyzy.
Ale to się nie zmieni.
I tak dobrze, że Polska nie jest bardziej podobna do potwornej Przenajświętszej Rzeczpospolitej, jaką opisał Piekara.
Swoja drogą- smutny kompleks wyłania się z ogółu polskich książek fantasy/s-f.
Potworny kompleks, brak, głód- jak to jeszcze ująć?... Którego próżno szukać w tego typu literaturze amerykańskiej czy rosyjskiej. A przynajmniej nie objawia się on w 80% wydanych tytułów.
BABY. BABKI. LASKI. SEKS. DUPY. CHĘDOŻENIE. PIERSI. BIUST. CYCKI. SEEEEEEEEKS. I jeszcze więcej dup.
......... -_-'
To jest naprawdę żałosne.
Biorę książkę uznanego i wydawanego na potęgę autora i spodziewam się historii. Przede wszystkim historii. Tak, jak u Gaimana, Zelaznego, Bułyczowa, Łukjanienki, Duncana, Kaya.
W których, jeśli jest seks, to uzasadniony, w dobrze dobranych momentach, i w dodatku pięknie opisany. Nie ma taniego porno, ani bezhołowia z gatunku: "To jest fantasy, no nie?...To możemy przyjąć, że w tym świecie rozpasane samice wałęsają się wszędzie, i można z nimi...wszędzie...i ja też bym mógł i...i...*___* <pąs> I robiłbym to wtedy tak...i tak...i jeszcze tak....a tak nie wiem, czy się fizycznie da, ale opisze to, a co tam!"
<puke>
W polskich filmach, po prawdzie, nagość też nie jest ładna. Taka dość rozlazła i obrzydliwa, a przy tym równie częsta, co zbędna w połowie przypadków. Ale co tak- film bez gołego zadka zrobić?
Bez sensu.
Mam dość czytania o miłości/intymności przez pryzmat męskiego (polskiego+męskiego) spojrzenia na sprawę. Bo jest strasznie prymitywne, niskie, wręcz zezwierzęcone. Wsadzić- wyjąć.
I zakwiczeć ze szczęścia. -_-'
Pięknej fantastyki wobec tego nie w Polsce mi szukać, nie.
A polskim autorom życzę częstszego wychodzenia na miasto, spotykania żywych, prawdziwych kobiet. Bo czytanie takiej onanistycznej literatury jest równie wątpliwą przyjemnością, jak obserwowania ekshibicjonisty, tańcującego za krzaczkiem.

wtorek, 23 marca 2010
I wiosna

Marzanna została kolektywnie spalona i ciśnięta do morza, ale dosięgła nas jej zemsta zza grobu: i ja, i K., jesteśmy przeziębione.
Ale niepotrzebnie nas kukiełek gnębi, wystarczającym brzemieniem jest fakt, że w ciągu tych godzin przygotowywania, a następnie radosnego marszu przez miasto, przywiązałam się do niej i naprawdę ciężko mi było patrzeć, jak, wkopana w piasek na plaży, jest pożerana przez płomienie i wstrząsana eksplozjami rozmieszczonych strategicznie w jej czerepie petard.
Tym szybciej przyjdzie wiosna i tym cieplejsza będzie; bo cóż to za ofiara, której złożenie nie wzbudza w człowieku żalu?...
Ta była zaiste godziwa.
Biedny Marzannek...
I Dzien WIosny
Tymczasem, dając się omamić zajęczo-kurczacznym wystrojem naszego sklepiku, kupiłam paczkę rzeżuchy, i w ten sposób mamy jej już pięć paczek. Co roku bowiem ktoś się rzuca na promocyjne przediwlkanocne ceny, a tak znów dużo rzeżuchy nei wysiewamy, ot- jeden talerz.
I dobrze, będę mieć na cały rok, to ponoć zdrowe, zawiera żelazo i te tam...minerały, czy coś.
Ach- i dziś dostarczono mi moją zdobyczną walizkę!
Nie jest może obłędnie wielka, ale bardzo elegancka i sprzęciarska. No i jest w tej chwili jedyną walizką, jaką posiadam.
Czy fakt, że wygranie tej walizki było bodaj jedynym sukcesem minionego miesiąca, jest jakimś znakiem dla mnie? Czas się pakować i wyjeżdżać?...


niedziela, 21 marca 2010
La maquina de los sueños

Znów mnie trafił hexenschuss.
To niechybnie znak, że za dużo przesiaduje przed komputerem, i mięśnie karku i pleców mi słabną. Ale cóż poradzić, mój szczypiorku: w tej chwili wszystko, od kontaktów towarzyskich, przez pracę, aż do płacenia rachunków, bazuje na czułych randkach z rozjarzonym monitorem.
No i jest jeszcze Photoshop...
Anyway- Pierwszy Dzień Wiosny; Ostara; Jare Gody.
Dla mnie bardziej pasująca jest ta ostatnia nazwa, bo wiąże się z naszym rejonem geograficznym, tradycją słowiańską i przede wszystkim najważniejszym -wg mnie- rytuałem wiosennym: topieniem Marzanny.
Widzicie, to działa w bardzo prosty sposób, w oparciu o tzw. myślenie magiczne. Zasada brzmi tak: im więcej osób pójdzie topić Marzannę, tym szybciej przyjdzie wiosna, ta prawdziwa, słoneczna i pachnąca.
Może to durne wymysły, może tak... Część ludzi uzna to pewnie za bluźnierczą dziecinadę, inni- za ludowe bajędy, nie mające nic wspólnego z czczeniem starych bogów, bo nic nie zostało udokumentowane.
Dla mnie to ma sens i tyle.
Dlatego co roku tak ważne jest dla mnie, by zebrać jak najwięcej osób na 21go marca. Chwilę wcześniej mam urodziny, i jest to na swój sposób ważny dzień, ale z przyczyn czysto rozrywkowych; Pierwszy Dzień Wiosny jest ważniejszy.
Co roku wygląda na to, że będę topić sama (i wiosna będzie tak samo dupna, jak rok wcześniej, i rok wcześniej, i rok wcześniej...) i co roku w ostatniej niemal chwili bogowie zsyłają mi towarzystwo :) Nie lubią minimalizmu, oj nie. No i łakną krwi XD
Ale wyrażają swoje niezadowolenie w sposób dosadny: dwa lata temu, kiedy trzyosobowa grupka dotarła na sam koniec sopockiego molo, wichura, chłoszcząca gradem i śniegiem, niemal nas zdmuchnęła do morza.
W zeszłym roku, w porywach lodowatej wichury, siekącej upierdliwym deszczykiem, ja i Emilja z Litwy topiłyśmy kukiełkę w rzeczce, przecinającej Bjerringbro, pod ostrzałem spojrzeń pana z pieskiem :P
Albo to zima wierzga i kopie, walczy do upadłego; i pewnie jakby się wsłuchać w pierwszo-wiosenne wichury, możnaby usłyszeć: "If I'm going down, I'm taking you with me!"
Niebo zaciągnięte ciemnymi chmurami, grożącymi deszczem i śnieżycą, i wiele osób da sie przestraszyć, zostanie w domkach.
A my naoliwimy gardła procentami i ruszymy na plażę, by, tajniacząc się przed strażą miejską i każdym sługusem na żołdzie Królowej Śniegu, spełnić słowiański obowiązek.
Szczęśliwego Pierwszego Dnia Wiosny! :)


sobota, 20 marca 2010
Najlepsze `Sto-lat` swiata
Dzieki, kochani, jeszcze raz! :D
Melo na dzielni

Właśnie się skończyła urodzinowa bibka, jaką w naiwności swej nazwałam wcześniej skromnym spotkankiem, czy jakoś tak.
Cudownie, że dzięki niej odświeżyłam kontakty, dawno już uznane za stracone na co najmniej najbliższy rok.
Fajnie, że mój przypadkowy, ale zawsze skuteczny wywiad doniósł mi, co gdańscy sąsiedzi o nas myślą.
Po kolei.
Zaczęło się chędogo. Ciasto, sałatka z podstawą z ryżu, poncz, przy tym ciasto z tzw. "secret ingredient", ciekawe, kto zgadnie, o co chodzi :P
Ludzie się schodzili i schodzili. I schodzili. I schodzili. I SCHODZILI.
W którymś momencie Em poinformowała mnie, że zaprosiła jeszcze kogoś.
I dalej się schodzili.
Ostatni gość wszedł ok. trzeciej, była to młodociana sąsiadka z drugiego piętra, którą mój towarzyski bracki zgarnął podczas fajki na zewnątrz (u nas się nie pali we wnętrzach i szlus. Nawet rodzoną matkę wypędzałam na mróz, skoro już bardzo musiała zakurzyć -_-)
Sąsiadka, miłe i otwarte dziewczę, poinformowała nas, że ta ulica to w sumie się zna jak łyse konie, każdy każdego na wylot, i szybko poszła szeroko fama, że przyszli nowi.
I oto, co o nas mówią:
1) "artyści się wprowadzili";
2) "nigdy nikogo nie widać, tylko tego kota, siedzącego na parapecie". -_-'
Z tym ostanim sprawa jest taka, że Kojot, ledwo drzwi się za mna zamkną, wskakuje na parapet i przybiera minę p.t. "od trzech dni nie jadłam, a ostatnio człowieka widziałam przed potopem" i rzuca ją oskarżycielsko w twarz każdemu, kto odważy się wprost na nią spojrzeć.
Po czym, po tych 15 minutach nieobecności, dajmy na to, wracam, i Koyota w podskokach pędzi do pełnej miski, w nadziei, że jednak dostanie coś jeszcze lepszego. -_-
A fama się niesie, niesie...
Artyści, hę?...
Ciekawe, jakie wrażenia sąsiadka wyniosła po pół godzince u nas, gdy przeszedły z wściekle pomarańczowego przedpokoju do wściekle zielonego pokoju dostała kieliszek wina, sałatkę i ciasto (z wkładką), a następnie uraczono ją fascynującą rozmową o perukach :P.
Chyba niechcący albo zdemontowałyśmy artystyczny wizerunek na zawsze, albo przeciwnie- umocniłyśmu go znacznie.
Może dlatego, mimo dresiarskich inklinacji całej dzielnicy, my miałyśmy zawsze spokój: każda szanująca się dzielnia ma swoich meneli i swoich artystów. Jedni i drudzy to świry, ale to NASZE świry.
No i bardzo dobrze :]
Sąsiadka bardzo miła, mimo tego, że niemiłosiernie często myliła "bynajmniej" z "przynajmniej" i czułam, FIZYCZNIE czułam, jak wszyscy obecni w pokoju tężeją na ułamek sekundy, zerkając po sobie, czy ktoś da coś poznać, ale nie. Wszyscy trzymali fason.
M.in.tak: :P


Ptaki już śpiewają. Idę spać :)
piątek, 19 marca 2010
Jajo po europejsku

Czuję się, jak przed Gwiazdką albo Wielkanocą.
Miły dreszczyk oczekiwania, w związku z nadchodzącymi pysznościami? Pudło- ból kręgosłupa i nóg.
Niby nic wielkiego się jutro nie szykuje, ot- kameralne spotkanko, ale lepiankę trza było wymyć, no i upiec to cholerne ciasto.
Przy blasku świecy, bo światło w kuchni mamy tylko nad stołem, wątły ogarek biurowej lampki. Także klimat...
...wiosenny :D Dziś, idąc na zakupy, zgrzałam się O_O
Obym nie wykrakała, ale to chyba był ostatni dzień moich najcieplejszych rajstop. A wczoraj- mojego najcieplejszego swetra. I widziałam przebiśniegi!
Wracając zresztą raźnym marszem z jam session w Papryczce, przez uśpioną i pogrążoną w przejmującej ciszy Kartuską, nie mogłam nie dostrzec- mimo zmęczenia- że panuje nocny chłód. A nie chłód zimowy.
Podczas tej wędrówki pięć razy minęły mnie wozy patrolowe. A może jeden i ten sam wóz, zataczający koło, żeby się nie dać otoczyć Indianom?...
Zawsze tak jest. Ilekroć wracam skądsiś w nocy, policyjne patrole mijają mnie niemal na początku każdej zwrotki w---jakiejkolwiek piosenki bym akurat nie słuchała.
Dobrze wiedzieć, że okolica jest pod baczną obserwacją.
Ale primo: niemiłe rzeczy mogą wydarzyć się podczas refrenu; secundo- nasuwa się myśl: czy istnieje wyraźna konieczność, żeby ta dzielnica Gdańska była tak czujnie monitorowana?...
Wyludnione ciemne ulice zawsze mi się kojarzą z pejzażami z filmu "I'm a legend". Wypełzające z ciemnych bram zombiaki, osiągające niewiarygodne przyśpieszenie w ciągu sekund...
Dlatego za każdym razem, kiedy leniwie i bezszelestnie przesuwał sie koło mnie stalowy rekin patrolówki, czułam ogromną ulgę.
Mogliby choć raz podwieźć, widujemy się już na tej trasie wszak regularnie...

A'propos permanentnej inwigilacji: na początku przyszłego roku znów nas czeka wymiana dowodów (rzeczowych). Na jakieś super-djuper-wypasione, z chipami, mikroprocesorami, tosterem i systemem karaoke bez ochyby.
Żeby na tym nowym dowodzie była jeszcze funkcja karty bibliotecznej, to bym się przychyliła ku temu pomysłowi. Każda biblioteka w Gdańsku, choćby był to mały prztyk wielkości schowka na łyżeczki, ma swoja własną kartę. A nie daj Cthul zgubić! Nic ci już nie wypożyczą, nigdy.
No, chyba że sobie wyrobisz nową kartę. Odpłatnie.
Ale chipy, elektronika, wszystkie dane zakodowane w kawałku plastiku, dostępne oczom każdego, władającego Odpowiednim Czytnikiem?...Nie podoba mi się to.
Owszem, czytam teraz "Przenajświętszą Rzeczpospolitą", a wizja tam przedstawiona jest co najmniej ponura i przerażająca, Orwell by uchylił czapki. Jednak nie sądzę, żeby tylko to nastrajało mnie pesymistycznie odnośnie tego całego projektu.
Ale teraz będziemy już tak europejscy i kosmoplepleple, że proszę siadać. Przyjdzie sezon, zjadą się zagraniczne goście, a my- o, a jaki dowodzik ładny! Plastikowy i błyszczący, a jak go przyłożyć do czoła robi PIP! i wyświetla mój horoskop na dany dzień, a także- ile jeszcze minut gotować jajko, aż będzie na twardo...Europa, panie! O_@

Ostatnia myśl filozoficzna: może Facebook i jest narzędziem globalnego ogłupiania, i mówi głównie, czy Jaś dziś powinien pocałować Stasia, czy może jednak Kasię, i tak- jest tam przypominajka urodzinowa, która pamięta za człowieka o SETCE TYSIĘCY dat do zapamiętania. Sama przegapiałabym urodziny większości moich znajomych, gdyby nie ten sprytny kalendarzyk z boku strony. Co nie znaczy, że życzenia, złożone przez FB, są mniej warte. Grzałam się przy nich przez cały dzień, co i rusz odpisując na nowe, i było mi tak błogo, że aż dostałam totalnej głupawki. Pewnie z powodu hiperwantylacji :)
Jeszcze raz dziękuję wszystkim za życzenia!

Ps. Jamik był fajny, ale imprezy po nim nie było, więc nadal przede mną urodzinowa potańcówka, najlepiej jakieś elektro :P

niedziela, 14 marca 2010
Ku pamięci Don Alberto

Dziś 131 rocznia urodzin jednego z dwóch najbardziej fascynujących mnie ludzi.
Lecz o ile geniusz Leonarda oczarowuje i wzbudza niemierny podziw, Einstein ponadto musiał mieć gen sympatyczności.
Musiał. Nie wyobrażam go sobie niesympatycznym, nadętym, przewidywalnym i akuratnym, to zupełnie nie pasuje mi do wyobrażenia o nim.
Gdybym miała wybrać, z jaką osobistością- żyjącą lub nie- chciałabym porozmawiać, to byłby właśnie on, dopiero co po wykonaniu jego najbardziej znanej fotografii.
Gdyby żył dzisiaj, na pewno nie ubierałby się na czarno.
Jestem o tym przekonana.
Co w ogóle jest z Czernią Na Przedwiośniu???
Już zimą, w najsroższe mrozy, widywałam na ulicach jasne kożuszki, kolorowe czapki, niebieskie jeansy.
Teraz- od stóp do głów CZERŃ. Nieustający pogrzeb, falanga żałobników, kordony obrzydliwej, nudnej, niczym nie urozmaiconej, IDENTYCZNEJ czerni. Jak z ochronki: mycka, podobny do kokonu waciak, spodnie, półbuty.
Czy ci ludzie nie są zdławieni taką monotonnią? I tym, że wyglądają jak sto innych osób na ulicy?
Korci mnie, żeby kiedyś przeprowadzić drobiazgową ankietę wśród mieszczan, i wymusić na nich poważne zastanowienie się przed opowiedzeniem, dlaczego boją się kolorów.
Stawiałabym na trzy najczęściej pojawiające się powody:
- czerń jest elegancka (tak, czarne spodnie dresowe i rozwleczona bluzka z czarnej dzianiny sprawdzają się w każdej sytuacji);
- to kolor ochronny (a przecież pranie nadal robimy w balii, na tarze, więc jest to argument nie do odparcia);
- jaskrawe kolory są wyzywające, i w pewnym wieku już nie przystoją (...-_-').
No nic, przeczekam, wytrzymam. Z wiosną ludzi ogarnie szaleństwo i zaczną --- zakładać beże!!! Figlarze, pstro w głowie, nic aby tylko zbytkowali... -_- 
Czerń jako tło dla koloru, albo mocny akcent czy dodatek- jak najbardziej mi odpowiada.
Czerń królująca niepodzielnie, i to w takiej właśnie, waciakowo-przaśnej formie, doprowadza mnie do mdłości. Żeby jeszcze koronki i woale... Ech, pisać chadko.

Obejrzałam "Julie&Julia".
Jak dla mnie możnaby wyciąć wszystkie scenki z Julie, zostawiając tylko te z Julią. Historia tej pierwszej jest miałka, ckliwa i dowodzi nieprawdopodobnego narcyzmu autorki książki, na której film oparto.
Meryl jako piejąca, egzaltowana Julia Child była oczywiście znakomita.
Ale poważnym błędem było oglądanie tego filmu w nocy, kiedy w ciągu dnia zjadło się cienką zupkę jarzynową, a potem- po skończeniu sesji w Photoshopie- kilku sucharków, jakie udało mi się jeszcze znaleźć w kuchni. A- bo rysując na śmierć zapomniałam raz, że o posiłkach, dwa- o tym, że nie mam nic w domu do jedzenia.
A potem obejrzałam film, w którym bohaterem głównym (przynajmniej dla mnie) było Beef Bourguignon -____-
Gorze mi....XD
 
1 , 2
CURRENT MOON