RSS
sobota, 15 kwietnia 2006
Być jak Sean Connery
Pierwszą rzeczą, jaką zauważyłam po przyjeździe do domu, była zmiana w Koyocie. No dobrze, pierwszą rzeczą po tym, jak już przestałam skakać wokół Astonoffa a on wokół mnie.
Kot leżał sobie na stole w trybie "Absolutnie-mnie-nie-interesuje-kto-przyjechał-ale-akurat-patrzyłam-w-tą-stronę".
Wzięty na ręce, zdradził jednak duże zadowolenie, natomiast ja wyczułam spory przyrost masy, futro też zgęstniało, i zrobił się jakiś taki bardziej...masywny? Ciężki klops.
Wniąsek? To przez Astonoffa. Ta mała cholera przypomina lwiątko, zaś przez swoje radosne brykanie- pijany taran na swobodzie. Mam tu w domu wyścig zbrojeń. Kot potroił racje żywnościowe i uprawia wspinaczkę po meblach, szkodnik je wszytko i uprawia free running, a co w tym wszystkim ludzie? Jak się określić na linii frontu?
Zwód taktyczny, oto co należy robić.
Podrzucić szkodnikowi przynętę (" Asztonoff, goddammit, play with the mousze") i poczekać, aż potknie się o swoją głowę. I wtedy umknąć cichcem, zabierając prowiant. W lasach mamy jeszcze jakieś nie spacyfikowane przez służbę leśną schrony...
Natomiast zobaczyłam wreszcie zdjęcia, przedstawiający właściwy Sopot. Nie jest zaskoczeniem, że twórcą jest ktoś mojej krwi, harr harr....Są piękne. Prawie nie widać na nich ludzi, za to całą perłowo-fioletowo-siną grę świateł o zmierzchu, oglądaną z latarni morskiej. Tak...Czas dokarmić ptasią grypę. >:)
***
Po rekonesansie: wyburzyli "Bar pod Wierzbą". Co za strata...Niezapomniane powroty nad ranem, kiedy przed morderczą trasą w górę Monciaka można było się posilić, podręczyć obsługę swoim kacem (lub banią), regularny przystanek brackiego i jego wesołej kompanii...Ciąg dalszy wspomnień biegnie trasą Enzo, plaży nocą, Gratki i imprezek na Winieckiego. Choć te już nie po drodze, ale Bar pod Wierzbą to było jedno z węzłowych miejsc Sopotu.
Już nie ma. Postawią tam pewnie centrum handlowe, nazwą "Sopot Plaza Junior" i ruszą z wielką produkcją pocztówek.
Dalej: zalew obcej czerni. Usłyszałam narzecze niemieckie, francuskie, włoskie, chińskie, angielskie i bliżej niesprecyzowany dialekt latynoski. Wszystko szło ku morzu- może jak lemingi?..
I spotkałam jednego znajomego z dawnych czasów. Tylko jednego, ale jakby z zupełnie innego życia, i też skończyło się wspomnieniem wina na plaży.
...jak mogę ignorować tyle znaków?>:P Hej ho, to the wine-mobil!
CURRENT MOON