RSS
piątek, 27 kwietnia 2007
A Boryyynaaaa....

Powolutku sie toczy. Na zajecia ladnie chodze, az dziw. Dziw, bo chyba mnie zajecia nie chca. Owoz: razu pewnego po zajeciach nr jeden zostawilam kurtke i torbe na lawce, wyszlam sobie na 10 minut, wracam- kurtka i torba sa.

Lawki nie ma.

....

Osobiscie podejrzewam Chinczykow- tego narodu tak duzo, ze kto jak kto, ale oni to musza miec wyszksztalcona umiejetnosc szybkiego organizowania sobie przestrzeni zyciowej, zwlaszcza w sytuacji nadmiaru uzytkownikow lawek. Ale zeby nie bylo, ze jestem paranoikiem; teraz po prostu mieszkam w kraju paranoikow, gdzie koledze nie pozwolono zapisac sie na silownie, bo- ma tatuaz! Od razu go rozpracowali...

...Wizja Chrisa, wyrywajacego starszym paniom torebki i pomiedzy jednym mordobiciem a drugim podpalajacego przystanki autobusowe, rozbawila mnie setnie, bardziej, niz samoczynnie znikajaca lawka. Chrisowi powierzylabym mediacje miedzy katolikami a protestantami w Irlandii, oraz zadanie poinformowania w spokojny sposob swiata, ze za 10 minut bedzie ten caly Koniec. Ale ma tatuaz, bandyta. Rozumiem, dlaczego Japonczycy upodobali sobie te lamerskie naklejanki w ramach tatuowania sie- bo to, widac, nie przelewki, albo tatuaz, albo onsen. Ja jednak mysle, ze tak naprawde silke posiadaja chopaki z jednej bandy, i jakby zobaczyli kogos z tatuazem innej bandy- to by podpalili przystanek.

I silke takoz.

Jak ktos chce troche wiesci z mojego zycia, to dzien na uczelni uplywa mi tak:

poniedziałek, 23 kwietnia 2007
Teraz na ciebie bunraku...
Pozostaje dla mnie tajemnica- jedna z tych Wielkich Zagadek Obcych Kultur- dlaczego Japonczycy tak namietnie chodza na bunraku. Rownie dobrze, ba!- lepiej mozna sie wyspac we wlasnym lozku, nizli na przymalym teatralnym fotelika, w dusznej atmosferze nieklimatyzowanej sali teatralnej.
Spi polowa widowni. Polowa trwa w udreczonym stanie polowicznego letargu, gdy maja jeszcze na tyle samozaparcia, by klaskac w odpowiednich momentach.
Reszta- przytupuje z wigorem solowkom na shamisenie, i kiwa z przejeciem glowami, gdy jeden lalek, umierajac, przez dwadziescia minut wyjawia historie swojego rodu, zawiklana lepiej, niz klasyczna wenezuela. O_#
Ja tam sie tylko modlilam, zeby dran wzial i skonal wreszcie.
To jest to- malo akcji; lale pikne, ale sie prawie nie ruszaja- taki styl, zen, wabi, sabi i wasabi. Swoja droga, do czego sie tu ruszac? Przegadane watki. Tresc sztuk sprzed kilkuset lat ...NIE przemawia do mnie swoja logika, czy tez jej brakiem fabula p.t. `Jestesmy szczesliwi, bedziemy mieli dziecko, zyjemy dostatnio- popelnijmy wspolne samobojstwo! *_*` .......Oczywiscie. Pierwsze posuniecie kazdego szczesliwego stadla. Jak dla mnie bomba.
No i czy to tylko ja, czy po pewnym czasie kazdy ma ochote zastrzelic kantora?...
Ale za kulisami bylo przednio. Mieli martwego smoka. I mnostwo lalek, oczekujacych w pozornym bezruchu, az wszyscy wyjda, by wtedy ozyc, zejsc z kolkow, i oskorowac gada, porozlewac drinki, i otruc szatniarke.
W lalkach jest cos tak samo zlowrogiego, co w manekinach, ale przez to jeszcze bardziej mnie fascynuja.

Stand-by......Wkrotce zgasna swiatla, a wtedy....Ha- a wtedy sie zacznie.

Ruchoma glowka na patyku...To musi byc ciezkie nie-zycie- byc dekapitowanym co wieczor; udreka Asurow bez mala. Takie lalki musza zywic wiele urazy do lalkarza...
Sakura sie skonczyla, ale bylo to piekne. Tak sliczne, ze naprawde poczulam szczery zal, gdy przeminelo. Jakis taki....smutek...od miski...A i krukow jakby mniej :(

Zolwie za to, nieczule, wystawiaja ryjki do slonca. No tak, gdy kruka nie ma , to zolwie harcuja, jak mawiali Indianie.

Grzmialo...I trzeslo sie tez. Drzwi mi az wypaczylo, i teraz skrzypia niemozebnie. A ja oczywiscie nie pamietalam, pod jaki mebel sie wchodzi, zeby bylo bezpieczniej, moze dlatego, ze idea przysparzania sobie warstw, ktore ci opadna w chmurze pylu na glowe w razie co- nie porywa mnie szczegolnie. Ale to ta moja dziwna logika; ktora nie pozwala mi za bardzo zrozumiec, dlaczego ludzie przychodza spac na bunraku, oraz- dlaczego tak kochaja te smierdzace jelenie?!.. O_o`

środa, 18 kwietnia 2007
Sakura, tajemniczy łowca i czarne ptaszyle
Burgeois. Nie inaczej mozna okreslic kogos, kto po raz trzeci idzie na ta sama sztuke. I zeby byla jeszcze jakas wybitnie dobra....Ale wytlumacze sie:........
....BO TAAAK!!! :P
`Sakura * Secret Hunter`
Najlepszy byl ten ostatni raz; bo dostalam bilet- to po raz. Bo siedzialam prawie na kolanach u top star- 7 rzad, czyli tak blisko, ze przy odrobinie złej woli mogłam łapac przechodzace aktorki za nogi lub poły kostiumow- czego jednak nie robilam- oraz gapic sie na nie dowoli- co rozbilam z upodobaniem. Musume yaku (role kobiece) odwzajemniały spojrzenia i smiały sie szeroko, ilekroc złowiły nasz wzrok; otoko yaku- sztywne, szklany wzrok, twardo wbity w pustke i tylko nieco bardziej drzące dlonie, rozchwiane pozy, napiecie, slowem- cool&distant, and fuck-off-from-my-super-me emanacje.
Sorry for breathing....
Wreszcie po trzy- bo po skonczonym spektaklu poszłam na obiad z grupą starszych fanow, nadwornym lekarzem aktorek (najsłodszy Japonczyk pod sloncem *_*), oraz- samymi aktorkami.
Sztuk dwie. Przyszły znacznie pozniej, niz my. Najpierw, na nasz widok, otokoyak wpadł w panike i niemal przywitał sie czołowo z framugą w probie ucieczki -_-` Potem, stymulowany lekko przez musumeyaka- usiadl spiety naprzeciwko Moniki- musumeyak naprzeciw mnie.
Tam, pod ostrzałem spojrzen, zjadły i wypiły, na ile im pozwolono, bo szybko nastąpiła scena jak z filmow z Alem Pacino.
Podstolny przemyt autografow.
Aktorki dostawały pod stolem sztambuch, pismo, program teatralny- cokolwiek; rzucając dookoła czujne zerkniecia, gryzmoliły parafki, po czym ta samą tajną droga odsyłały pismo do włascicielki, deal był wtedy zwienczany wymianą dyskretnych ukłonow juz nad stołem.
Obserwowałam to z fascynacja; zdumiewało mnie przede wszystkim, jak niewielkim nakładem sił potrafili przemienic zwykłe mazniecie autografu w ....prostytucje podpisem. _(o_o;)\
Ale i tak najsmieszniejsza była rozmowa z dwiema leciwymi fankami zuki. Wypytywały sie, oczywiscie, grzecznosciowo o moje powiązania rodzinne, znaczy- rodzenstwo. Zeznałam. Gdy doszłam do brackiego, babcie roztkliwiły sie znienacka.
- Ach!- zaszczebiotały- Wiec braciszek malutki...!
- Nie. W sumie to pracuje.
-....
-......o_o?
-.....
-...-_-`
Nie rozmawiały juz ze mna potem wcale. Mysle, ze uznały mnie za klamce i hultaja. Podczas gdy ja, w drodze absolutnego wyjątku, udzielilam pelnej, szczerej odpowiedzi.... Tak sie postarałam, a tu co- sie nie przyjeło.
Wniąsek?
Nie masz nad konfabulacje.
Najlepsze, co sie dowiedzialam, od Kiity senseia wlasnie- albowiem jest ci on amatorem motyli. Taki pewnie, co to z wielkiej milosci przybija je do scianki pudeleczka, i przesloniwszy szybka, oglada truchelko z udobolstwem.
...nie zebym go krytykowala, mam taka mumie u siebie w pokoju; tyle za ja juz martwe znalazlam, swietokradczo zmiotlam ze sciezki i umiescilam na widocznym miejscu.(#_#)/ Dobry Mumiach nie jest zly....
Anyway- najwieksze motyle w Japonii sa CZARNE.
O_O
Ale gupi ci Japonczycy.
Pierwszy raz slysze, zeby kto `motylami` nazywal kruki. :DDD
Moje czarne sloneczka......*____*
Nieochotniczy corpus delicti. Delektowalam sie nim w istocie...

Oraz co przykulo moja uwage w metrze. Az wymyslilam przeswietny teledysk do seta dj`a Hanedy- kopytka w japonskim metrze....

..oraz nie metrze. Ale zauroczyla mnie ta secesyjna linia. }:DDDD

niedziela, 15 kwietnia 2007
Pissed as fart...
Nie potrafie wyslowic, jaka satysfakcje czerpie z widoku zjaponizowanych Chinczykow. }:)  Widzac ich na uczelni, czy w akademiku, jak stosuja technike zapadania sie w sobie, mowia przyciszonymi glosami i nie-patrzenia na nas, bialasow, podczas gdy wewnatrz nich gotuje sie i narasta pierwotny instynkt, wielki zew przynaleznosci etnicznej, wyrazony w `HULOU...!!!`
A to nic. Nie wolno. Nie przystoi. Tak sie nie robi.
Wiec kiwaja sie ladnie, przyrzymujac pburacz maske obojetnosci, ktora ni cholery nie chce pasowac, i tylko wykrecaja galki oczne, by rzucic choc ukradkowe spojrzenie na Obcych.
Ha-o-ha.
A mnie roznosi. Szukam ujscia dla poteznej energii, wywolanej po czesci zapachem lata, po czesci faktem, ze dopiero sie zaczal semestr i niewiele jest do roboty, po czesci- bo ja juz tak mam! Za dlugo sie nic nie dzieje, i wpadam w rodzaj goraczki. Musze sprawdzic genealogie. Tam albo bylo jakies warcholstwo ciezkiego kalibru, albo cyganiel, ktorzy mi jeno w spadku nie przekazali umaszczenia.
Zas moj organizm przerzucil sie juz na metabolizm wybitnie letni; chce mi sie pic; tanczyc; imprezowac do wschodu slonca.
Przypomne wszystkim- jestem na koncu swiata; i to do tego Ostatniej Zapadlinie w Tkaninie Wszechrzeczy.
Ha-o-ha.
Gdzie byla ta sliwowica....O_#


Obrazek nie z tematyki japonskiej, ale ostatnio w tym sie wlasnie zaczytuje, i jest to genialny rysunek. Zatem.
piątek, 13 kwietnia 2007
Neo Nindża Łoriors
Swieta byly! Najlepszego, Alleluja! Urzadzilismy je, na ile sie dalo, choc prawie zupelnie jarsko, i do tego w jakis sposob bezboznie, bo baranek...nie dotrwal do swojej kepy pseudo-zerzuchy w nieskalanym stanie.
Myslalby kto- o, baranek buszujacy w koniczynie!...podczas gdy w istocie prawda jest makabryczna: otoz to sama glowa sobie buszuje. Ale komponuje sie, nieprawdaz....Z taka jakby nadzieja wyglada z komyszy, ze moze reszta sie przypalęta...

Oficjalnie zostalam nindżą. Nic prostszego; wystarczylo znalezc zamek nindża..

...umajony dla niepoznaki jakimis lampionami i krzokami; podkrasc sie don niepostrzezenie w blasku dnia, w doskonalym przebraniu turysty...

Nakryc lokalnego mieszkanca na probie wymniecia sie lufcikiem...
...slawnego `Ja tu tylko kurze scieram!`-Dibblera-Nindże-Ciemnosci; pokonac go w nieuczciwej walce i przejac wszystkie jego tajemnice, wypisane flamastrem na liczacych sobie cale trzy dni zabytkowych skrolach. I tak nastal mi dzien, gdym nalozyla szeleszczącą nowoscią, rozową czapke shinobi i ruszylam na szlak. Fotografowac nindżow, i to nie jako paparazzi, o nie: specjalnie dla mnie oderwali sie od pochlaniającego zajecia wytruwania calej wioski bieluniem dziedzierzawa, i poswiecili mi chwilke, bym mogla ponapawac sie uroda ich nindża-trampek.

Cale Iga-Ueno to taki wiecej plastikowy skansen nindżowy; wszystko jeszcze pachnie farba, ale trzymamy fason, do zdjatka jeden pan nindża z drugim przyjmuje marsowe miny i sklada rece w magiczne pieczecie. Bajer. Ja tez tak chce, i juz nawet kilka wymyslilam:

Ale nie winie ich. U nas, na festynach archeologicznych, tez mamy neo-rycerzy, w rycerskich trampkach.
Co kraj to inne trampki.
A ja ciagle w polatanych tenisowkach, ech....
czwartek, 05 kwietnia 2007
Wielkanocny kurczaczek po pekinsku
Wielkanoc. Ciagle o niej zapominam. Omal nie zaplanowalam sobie czegos zupelnie innego na ta niedziele, bo i tak nie mialam nic do roboty...Ale jest przeciez Wielkanoc. Nawet znalazlam swiateczny akcent, wedrujac po Kioto. Prosze- niedziela palmowa jak sie patrzy, nawet z kokosami. Bajer, co? Pisanki na drzewie.

Ledwo przyjechalam do Japonii, wszyscy sie uparli, zeby mnie dokarmiac, bo ja taka wynedzniala sie zrobilam po tych Chinach....-_-` Najpierw na spotkaniu Nippo Salonu, ale tam to po prawdzie usilowali mnie otruc. Zaczeli typowymi, tradycyjnymi japonskimi daniami, w stylu kiotyjskim, ktore probowaly zabic samym....wygladem. Jak juz sie dojrzalo cos tam na talerzu, naturalnie.

Jako ze przetrwalam nawal mdlego...braku smaku, ze znajomoscia rzeczy oraz gaijinskich kubkow smakowych poprawili straszliwa japonska herbatka oraz morderczym mochi, slodkim jak ulepek, zawinietym w bardzo, BARDZO SLONE LISCIE. O_# Dranie. Ostroznie zdrapalam liscie patyczkiem, zeby nie upuscily zadnego jadu na mochi, i zjadlam juz sama slodka kluske. Ale z nich podstepne liszki....Jest dla mnie tajemnica, jak Japonczycy z upodobaniem lacza niemozliwe do polaczenia smaki; zas dla nich samych niemozliwoscia jest przespacerowania sie kilometra do dworca. I blyskotliwy dialog z panem mundurem:
- Jak dojsc do dworca?
- No wiec autobusem 21...
- Nie, nie, jak tam dojsc?
-......( plus takie bonusy, ja koncentracja wycofana z obszarow okolomozgowych, pusty wzrok, niemo klapiace usta)
-Jak dojsc do dworca, prosze pana?
-Dojsc?
- Dojsc.
-Ale....DOJSC??!
- (z lekkim niecierpliwieniem) Ta, dojsc, prosze pana, na piechote.
- Ale......( lyp lyp, klap klap) To daleko. To niemozliwe jest.
Pol godziny pozniej dokonalismy niemozliwego. Doszlismy tam, gdzie dojsc sie nie da, i nie, nie byl to Mordor, Gdzie Zalegly Cienie.
Ale gupi ci Rzymianie....
 Wieczorem Chinczycy podali mi odtrutke, w postaci prawie takich dan, jakich probowalam w Chinach *_* Aze mie sie lezka w oku zakrecila....Tylko popijalismy to sake, zamiast Tsingdao, a to zlem bylo.
Zas co nastepnego dnia? Ledwo wchodze do kuchni- juz sie kolega Yoo-san rzuca na mnie z lyzka, zebym koniecznie sprobowala ryzyku, jaki przyrzadzil jego osobisty Robocop, suihanki czyli. Ki czort....O_o Nieufna sie robie, jak tyle ludzi nagle przedsiebierze jakies wspolone cele -szczegolnie zywieniowe!- wzgledem mnie; wrodzony brak wiary w ludzi kaze mi watpic w slusznosc owych. Jest to jak dla mnie ten moment, kiedy Jas i Malgosia lapia czarter do Santa Fe.
A w Polsce Marsz Zywych, bedacych jakas odpowiedzia na te wszystkie Noce Zywych Trupow, Wieczorki Horrorow, czy Imprezy Halloweenowe. Zywi poczuli sie samotni. To se pomaszerowali. Ja bym im jeszcze rozdala jakies ubranka, szaliki, a co, skoro kluby sportowe maja szaliczki, to niechaj Zywi nie traca nadziei, nasci, szmatke....

I jeszcze, troche sakury. No ladne to jest. Polejemy w lanny poniedzialek, i powiesimy na tym troche plastikowych jajek. Bedzie jak w domu.  Dopoki nas nie zlinczuje okradziony z estetycznych doznan tlum, zapewne dajac nam cos do jedzenia. O_#

poniedziałek, 02 kwietnia 2007
Niebo nad Azją
Widzialam wczoraj wyelegantowana pannę, ktora przycupnęla na lawce, skladajac na niej uprzednio wielka papierowa torbę, torebkę i parasol, w tajemniczy sposob wcale nie wygladajac na udręczona tak gargantuicznym bagazem. Sięgnęla w czeluscie torby i wyciagnęla onigiri, ale- niezwyczajne; bowiem otulony szeleszczacym zielonym glonem ryz byl rozowy. I tak sobie pomyslalam, ze kazdy niemal ziomek moj szturchnalby pierwej paskudztwo kijkiem, a potem dal do powachania psu. Nie wgryzalby się z apetytem-acz nadal elegancko- jak w przedniego kebaba. Ot, roznice.
Czym sie rozni niebo? Rozni się tym, ze się rozni. Tutaj- jest okratowane. Spętane niekonczacymi się kilometrami drutow, kabli i przewodow; choc moze powinnam odwrocic perspektywę. To my tkwimy w urbanistycznym pierdlu, i tylko lapiemy czasem przeblyski wolnego blekitu, oraz ptaszydel, ze zlosliwa celowoscia polatujacych sobie w te i we wte pomiędzy więzami industrializmu. Przestwor skowany...
A moze to chodzi o wyrobienie w ludziach czujnosci? Przeciez taka zupa elektromagnetyczna to wyzwanie dla neuronow; pozostanie czujnym wymaga dwakroc większego wysilku...
`- Kotek, wyjrzyj no, czy nie pada..
- Dobrze, kochanie...BZZZZT!` ]:PPP

Wszedzie kwitnie juz sakura. Ludzie rozkladaja pod drzewami gustowne ceratki i biesiaduja tam z upodobaniem, jedzac ryz, ryby, ryz, glony, i ryz. W powietrzu unosi się nie do pomylenia zczymkolwiek innym zapach wakacji, i wciaz mam ochote na piwo. Taki chyba, odruch somatyczny.
Mam teraz jeszcze odrobine czasu na eksplorowanie Japonii, nim przyjdzie mi znowu uzerac sie z uniwerkiem, a przyjdzie niechybnia, juz dzis zaczelam, idac na dywanik. W Gakusei Sabisu posrozyli sie, porobili grozne miny; zaraz za Funetsu, w ramach zbrojnego ramienia partii, stal jakis gruby skos w pozie zasadniczej, caly czerwony, a obrazona Mitsui odezwala sie do mnie tylko raz (Ach! serce mi pęka..), wysylajac mnie do Tongu sensei. Pewnie w nadziei, ze juz on mi powie...!
Zabawna rzecz zaobserwowalam; gdy Tongu prawil mi pouczenia- w sposob bardzo mily i niemal troskliwy-  gestykulowal swobodnie, jego mimika byla zywa, a glos dzwięczny. Gdy jednak skonczyl częsc oficjalna, i zaczal się dopytywac, jak bylo w Chinach- jego postawa zmienila się diametralnie. Splotl ramiona na piersi, przygarbil, stęzal caly....Nawet Tongu, w momencie, gdy przestaje byc urzędem, stanowiskiem, gdy nie oddziela go od gaijina gruba szyba roli, jaka wobec tegoz bialasa pelni, staje się nerwowy i niepewny. Bo zachodzi ryzyko interakcji, kiedy jest prywatnym soba. Ech...
Akcent meksykanski....

Oraz typowo japonski...
Zle oko patrzy...

A tu juz lato, panie sierzancie. Patrze poprzez kraty na naryjski brak horyzontu; las wyglada jak plama wilgoci na popielatym papierze pakowym, ktorym jest niebo. Wyglada jakby bez ustanku zanosilo się na deszcz, zimny, szary i jesienny, ale do tego przytlacza czlowieka czapa duchoty; doprawy, niebo nad Azja jest wlasnie tak zeschizowane, jak ludzie pod nim. Kto inaczej wpadlby na mysl, zeby banki zamykac o trzeciej, a jadlodajnie otwierac o 20:00? Zli ludzie....


CURRENT MOON