RSS
wtorek, 29 kwietnia 2008
Tęczowo się dzieje

Odkryłam kolejną rzecz!
Trudno mówić o zrozumieniu, bo na bogów- żądze żądzami, ale nie każdy Radziwiłł, żeby mu na usta zaraz wypełzało.
A tu proszę, jednak. Nie rozumiem tego mechanizmu, ale fakty mówią same za siebie.
Chodzi zaś o to, jak to się dzieje, że zatwardziali heterycy w pierdlu szybko ulegają swojej chuci i przechodzą na tęczową stronę mocy. Bo oto, co widzę:
jesteśmy tu już trzy tygodnie, i mimo krewkiego odgrażania się oraz warkotania na widok każdej babki poniżej 40stki, nasi panowie nie odnoszą chyba pożądanych sukcesów na polu łózkowym.
Przeto, zrezygnowani, przenieśli łakome spojrzenie na obiekt bliższy, bardziej ochoczy, przy tym wdzięczny cel przyjaznego napastowania. Swoich kolegów.
Słowo daję, gra wstępna musi już trwać od dobrego czasu, bo obietnice, jakie sobie składają, są bardzo pomysłowe, dosadne i malownicze.
Czasem, dla porządku chyba, posnują senne dywagacje odnośnie tego, czy suche, blade Japonki w biurze noszą stringi czy raczej wojskowe reformy, po czym wracają do proponowania koledze penetracji ucha językiem. -_-'
Ale czy ja ich tam znam...
Może wcale nie zmienili stron :P
O tym, jak sie nie znamy, świadczyć może dzisiejsza scenka, kiedy przypadkiem spotkałam grupkę operatorów w drodze do tego samego sklepu. Jaka wzajemna obcinka, niczym psy, które sie znają z widzenia, ale jeszcze nie miały się okazji obwąchać- wszyscy się nawzajem lustrowali z zainteresowaniem ( dobra, ja ich, a oni mnie -_-" ), bo jako żywo- rzeczywistośc dnia wolnego różni się od tej w pracy, a człowiek wyłuskany z roboczego waciaka jak nie ten sam.
Golas to zawsze golas.
A'propos wąchania: ostatnio na meetingu siedział koło mnie Długi, który co jakis czas zabijał mnie zwierzeniami typu, że się ślini w nocy, i czy ja też tak mam XD
Ale w pewnym momencie znienacka pochylił się nad moim ramieniem, po czym orzekł z zadowoleniem, że ładnie pachnę, i co to za perfumy ( jak łatwo się domyśleć, to było na początku dnia, kiedy człowiek może pachnieć jeszcze czymś innym poza gumą -_-'). 5 minut póżniej zaś- przykleił nos do karku Grześka, siedzącego po jego drugiej stronie, i skomplementował go z takim samym uznaniem.
Powiadam wam- ciekawostka wielka.
W minioną niedzielę ja z kolei przeniknęłam na japońską stronę mocy, bo spędziłam dzień jak rasowy Japończyk, najpierw na meczu baseballa ( z którego wreszcie zaczęłam coś rozumieć..), potem zaś- w centrum handlowym. I wierzcie czy nie- było rewelacyjnie, świetnie się bawiłam.
Omg...Czy odtąd moją mekką i miejscem początku bedzie Klif w Gdyni?.. XD
Hope not.
Przede wszystkim, pojechaliśmy tam z koleżanką z pracy, po drodze słuchając j-popu i japońskiego hip-hopu, na meczu kibicowaliśmy jak Japończycy, uderzając jedną plastikową tutką w drugą, a w centrum kupiłam takie rzeczy, że śmiało mogłabym błysnąć w Kansai.
Błysnąć w pełnym tego słowa znaczeniu -_-'
Nie do końca więc tak samo, jak w Polsce :)
Wtapiam się, wtapiam, i sprawia mi to szaloną przyjemność.
Główną jednak moja radością i pocieszeniem na wszelkie troski- jako że nie mogę zobaczyć Kiriyan, i bardzo mi smutno z tego powodu- jest Bollywood.
O ironio- jestem w Japonii, a mi Indie w głowie... XD
Ale to zdrowo. W tej pracy częste a gruntowne przeczyszczanie kanalików łzowych jest jak najbardziej wskazane, więc to dla zdrowotności.
Serio, tyle bolly, ile w pierwszym tygodniu pobytu tutaj, nie obejrzałam przez cały miniony rok.
Tylko szok potem jest większy, keidy po obejrzeniu filmu z Barankiem wychodzę z hotelu, i widzę kwiat japońskich mężczyzn, wątłych i przypudrowanych, lub dla odmiany- przypominający dango. Zuooooo.......
Ale faceci to jedno; oglądam bollywoody także dla postaci kobiecych, jakie tam sie pojawiają. Naprawdę, w indyjskim kinie są te kobiety piękne, silne i zmysłowe, przede wszystkim zaś- dojrzałe i kobiece.
My mamy Rzepichę.
Ale Japończycy - mają dzieci. Kult młodości przeciągnięty poza dopuszczalny margines, mangi shota, lolitki, bardzo dorosłe kobiety w słodkich skarpetkach z kokardkami, mówiące piskliwymi dziecinnymi głosikami, i małolaty występujące we wszystkich reklamach. Ideałem jest kobieta-dziecko.
Co jest chore, dziecko to dziecko, kobieta to kobieta.
Nic dziwnego, że niektórzy operatorzy- w chwilach, kiedy nie pochłaniają ich plany chłostania kolegów- nazywają gospodarzy krótko: pedofilami.
Trudno się dziwić, jak inaczej może to wyglądać w oczach kogoś z zachodniej kultury? Nie za dobrze, Bob; nie za dobrze.
Wolę Bollywood. Tam to wszystko zdrowsze, a jakie piękne.
Piękny Baranek przede wszystkim *__*
To wracam do słuchania "Main Hoon Don", od razu wszystko jakoś nabiera smaczku :D
Let me sleep, let me dream....
niedziela, 27 kwietnia 2008
Odkrycia

Najsamprzód taka oto refleksja: szkoda, że jadąc na stypendium, odwiedzałam Japonię po raz pierwszy. Mając za sobą pierwszy szok, wywołany różnicami kulturowymi, odeszłoby mnie sporo stresu i nerwów. Teraz śmiać mi się chce, kiedy- pamiętając moje przeprawy- teraz ja muszę tłumaczyć właściwości Japonii operatorom, wkurzającym się, że ludzie przed nimi uciekają, że nie ma imprez, że w firmie są traktowani jak małe niedorozwinięte dzieci, itd.

’ve been there, ‘ve dun that.

Jednak sytuacja operatorów (z których większość jest jak małe, niedorozwinięte dzieci -_-‘) jest o tyle lepsza, że ludzie w firmie są kompletnie inni od tych, których ja spotkałam na uniwerku. To nie są płochliwi jak sardynki studenci, którzy na widok gajina uciekają z trwożnym piskiem; tutaj wyrażą krótko podziw, że się gada po ichniemu- i przechodzą nad tym do porządku dziennego. Aż za bardzo niekiedy, slang lokalnych operatorów nadal jest dla mnie wart dobrego kryptologa.. o_O”
Względnie Japończycy sami próbują mówić po polsku do stargardzkich operatorów.

Na początku byłam niewąsko zadziwiona tym, że po paru tygodniach miałam znajomych wśród tutejszych. Rzecz, która w Narze zaistniała po pół roku najwcześniej. W niedzielę idę z grupką takich znajomych na mecz baseballa, za parę tygodni- na kręgle. Inna Japonia, inni ludzie.

Ja też musiałam się zmienić; mam nadzieję jednak, że nie do stopnia, który zasugerowano na ostatniej firmowej popijawie (chleb i igrzyska fundują nam co tydzień, taka marchewka, z zakamuflowanym gdzieś bez ochyby kijkiem; tylko jeszcze nie wiem, gdzie...) Usłyszałam wówczas, że jestem „zupełnie jak Japonka” (日本人らしい). Czym mnie pognębili strasznie, bo tuszę, iż nie jest jeszcze tak żle z moją wyobraźnią, poczuciem humoru i nogami. Ale że zaraz próbowali mnie namówić do ślubu z jakimś nieśmiałym, podfarbowanym młodzieńcem- składam to na karb tych niewczesnych swatów. -_-‘

Ale wczorajszy wypad do Tokio na zakupy tylko to potwierdził. Spotkałam się z R., współstypendystką z innego miejsca i czasu; większość dnia, zamiast łazić po sklepach, (i tak ostatecznie kupiłam zupełnie co innego, niż to, po co przyjechałam :P) przesiedziałyśmy i przegadałyśmy, głównie o tym, że człowiek przyjeżdżający do Japonii, i czlowiek po pewnym czasie wyjeżdżający z niej- nie jest taki sam. Nie chodzi o to, że przytył 100 kilo, choć wolałabym naprawdę, żeby tej części rzeczywistości nie było -_-‘. Jest naprawdę odmieniony.
Rozumiem na przykład potrzebę ludzi, którzy cały tydzień noszą mundurki, żeby w dzień wolny odpicować się jak Ludwiczek Słońce, wyjść na miasto i błysnąć w technikolorze. Rozumiem to dogłębnie XD
Więcej- mam nadzieję, że tym zaowocuje wprowadzenie mundurków w Polsce: ludzie zaczna w końcu się stroić. Nie tylko odziewać; wciągać burkę na grzbiet. Laboga -_-‘

Jedna rzecz pozostała niezmienna: koszmar japońskich łóżek w europejskim stylu XD
Z tym że tutaj Zestaw Madeja wzbogacono jeszcze o kamienną poduszkę, odporną na wszelkie formy nacisku, która połamała mnie dokładnie.

Co do popijaw: kilka dni temu pan H.(na polskie- Kanał), który jest chyba głównym odpowiedzialnym za Polaków, spytał się mnie sztucznie lekkim tonem, czy czuję się jakoś dotknieta po piątkowej imprezie, bo troska się, czy mi mistrz po pijaku czego nie powiedział. „Powiedział jak powiedział...” chciałam mruknąć, ale tak długo mnie męczył, aż wydusił ze mnie zdawkowe „Nie, w porządku”, które stanowi swoiste odstąpienie od roszczeń wszelkich. „Bo mistrz- mówi Kanał- to człowiek naprawdę bardzo przyjemny i interesujący”. Pewnie, że tak.
Przyjemny, interesujący zboczek.
Dobrze, że w pewnym momencie postanowiłam opuścić wesołe zgromadzenie, inaczej media by podały następnego dnia wiadomość o równie tajemniczym, co nieodwracalnym okaleczeniu pewnego mistrza pałeczkami. Nie doszło do żadnej molesty, o nie; ale tylko dlatego, że byłam czujna jak ważka.

Jednak zadziwiające, jak mało się tym przejmuję; rozsyłam wici po Japonii, budzę znajomych, których tu mimo wszystko zostawiłam, wyjeżdżając we wrześniu i im więcej dostaję odpowiedzi- tym bardziej czuję się jak w domu.
Głos spikera w pociągach, stężenie procentowe w wieczornym pociągu, przemykającym przez Tokio- tym powietrzem można się upić, robiąc głębszy wdech, szorowanie obcasami o chodniki, ta sama pizza ze szpinakiem w Miami Garden...
Yo, I’m back :D

wtorek, 15 kwietnia 2008
Zabić tłumacza

Tak szybko jeden wpis po drugim, to do mnie niepodobne :/
Ale siedzę sobie- jak zawsze w dzień powszedni- po pracy w pokoju, spędzając czas na typowym relaksie robociarza, czyli z piwkiem i filmem. Staram się poprawić sobie nastrój, wywołany marzeniami o odległych miejscach i nieosiągalnych mężczyznach, a nade wszystko- starą jak świat prawdą: nie sposób być zrozumianym w 100%.
Ironicznie to brzmi, wypowiedziane przez tłumacza; jednak ja się ostanę przy  znaczeniu ogólnym. 100% zrozumienia....Wystarczyłoby mi 30%, plus drugie tyle- dobrych chęci. Dostaję może 15, plus kwaśną minę i masę podejrzeń.
Wiecie, to naprawdę jest przedziwne, bo jak się nad tym głębiej zastanowić- niemożność zrozumienia drugiego człowieka musiała być -i nadal z pewnością jest- powodem wojen. Kiedy nie sposób zrozumieć, co mówi ten drugi, wiadomo, że ten, który rozumie, jest istnym wybawicielem. Deską ratunku. Jedynym ogniwem, władnym połączyć dwa odległe lądy choćby na chwilkę. Władnym- czyli posiada jakąś władzę, niedostępną innym. Jeśli ją zaś ma- to niechybnie jej nadużywa. Proste? Jak drut. Logika wojenna.
On ma- ja nie mam. W sumie się dzieli- ale mógłby dać wszystko, a przecież na pewno najlepsze kitra dla siebie. Zabiję sukinsyna i zabiorę mu grabki.
To przez niego nie znam języków.
No, ale mniejsza o to.
Najzabawniejsze, że to nie Japończycy są najgorszymi współpracownikami na japońskiej ziemi, tylko Polacy. U Japończyków najbardziej męczące -rozbrajające, ale dobijające po trzech dniach- jest tylko to, że dla nich fakt, iż gadasz po ichniemu, jest równoznaczny z tym, że masz podzielnośc uwagi Napoleona i wydolność pracy centrali telefonicznej. Rozmowy przychodzące i wychodzące naraz, tłumaczysz pisemnie- i jednocześnie nie przestajesz nawijać. Przy tym załatwisz wszystkie bieżące sprawy swoich operatorów, zamówisz bilety, poklepiesz po główce i wyjaśnisz właściwości tulei typu Z.
Przecież to leży w moich kompetencjach -_-'
Ale, jako rzekłam, to tam małe piwo. Przeświadczenie Polaków, że taki tłumacz, jak automatyczny translator, po prostu wyrzuca z siebie po polsku słowa, który wpłynęły mu uchem, i przepłynęły w dół policzka, prostu do ust, bez udziału świadomości- jest twarde jak granit i niezniszczalne.
Tłumacz ma tłumaczyć, jednocześnie rejestrować pytania, biegnące w przeciwną stronę, i potem najlepiej jeszcze wyjaśnić, dlaczego tak, bo przecież w Poznaniu to inaczej było. Co, oczywiście, również stanowi część mojej wiedzy, bo jak nie jak tak.
Skąd zaś podejrzenia? Ja na pewno nie tłumaczę im wszystkiego, co Japończyk mówi. W końcu- czy chciałam przetlumaczyć pytania o tanie tajskie dziewczęta? Nie chciałam. W związku z czym- prosta matematyka- w drugą stronę to na pewno też działa. Zostawiam większosć informacji dla siebie, na przyszłość. Kiedyś, w odpowiednio wykalkulowanym momencie, zaszachuję tym wszystkich i podbiję świat.
...
Podziwiam Japończyków, że chcą współpracować z Polakami. Tak, jak się podziwia kogoś, kto próbuje nauczyć lisa uczciwości, powierzając mu swoje oszczędności. Lis na pewno wzruszy się okazanym zaufaniem i nie zawiedzie go o nie. -_-' Podziwia się- i kiwa głową z troską. Biedny szaleniec; nie wie, na co się waży.
Zaś najbardziej frustrująco-kojąca rzecz: w hotelu jest automat z piwkiem. Ma tylko dwa rodzaje, ale- zgadnijcie co. Jeden z nich to moje ulubione...
sobota, 12 kwietnia 2008
Pierożku onegai shimasu *)

Nareszcie weekend.
Mogę zapomnieć na parę dni o nieprzewodzącym prądu, azbestowym ubraniu roboczym- koszula I czapka całkiem niezłe; spodnie, bluzę I buty pomińmy litościwym milczeniem- I ubrać się jak człowiek, czyli nareszcie założyć kieckę. Oraz wreszcie może napisać parę słów o swoich okolicznościach przyrody.

Zacznijmy od tego, że nadal nie czuję, żeby mnie wyniosło na drugi koniec świata- jak niby? W czwartek poszłam do pracy, a potem w poniedziałek poszłam do pracy, czyli tyle tylko, że miałam o jeden dzień weekend dłuższy. Tak poza tym nic się nie zmieniło. Niemal.

Nasushiobara jest miejscem niezwykle urokliwym. Nawet wybudowanie fabryk nie zdołały zniszczyć tego uroku, trochę go tylko…zmutowało. A tak, bowiem BS to nie jedyna fabryka “in da fillidż”, jest ich tu kilka, stąd też wkład w architekturę miasteczka w postaci niezliczonych warsztatów, małych manufaktór produkujących uszczelki, czy stacji benzynowych (na linii jaàmiasto naliczyłam ze trzy). Piękno N. jednak nie zostało do szczętu zniszczone, tylko się nieco zdeformowało. Jest jak rzeźba z drutu, w którą ktoś powplatał świeże kwiaty.

Najbardziej niesamowite jednak są jednak góry.

Ja jestem człowiekiem znad morza, i obecność morza jest dla mnie czymś pięknym właściwym i nieodzownym. Nade wszystko zaś- oczywistym. Obecność gór- nieustannie mnie zdumiewa i zadziwia. Tym bardziej, jeśli są to...TAKIE góry. Olbrzymie; stalowo-siny, przyprószony bielą masyw. Piętrzą się nad miasteczkiem, jak kosmiczne klamerki, które przypinają Nasushiobarę do linii horyzontu, inaczej zostałaby w sekundę zdmuchnięta przez nieślubne dziecię Boreasza, oroshi, który dmie od gór jak dzień długi.

Sama podróż upłynęła mi zadziwiająco szybko. Najsamprzód okazuje się, że dotarcie tutaj nie było takie proste; cóż z tego, że był konkretny plan, data, godzina, znana trasa? Nie byłoby zabawy bez conajmniej jednego zgubienia się członka wyprawy, prawda? Nowo przybyli operatorzy daliby radę się zgubić i na przestrzeni mieszczącej dwoje ludzi i walizkę- zgubić się bez najmniejszych trudności i z dziecięcą beztroską. Nim dotarliśmy na nasz koniec świata, panowała noc głęboka. Było ryzyko, że będzie juz za późno, żeby mi wydano klucz do pokoju, szczęściem jednak mogłam odrzucić zaproszenia ekipy do przekimania w ich lokum- pan Watanabe zorganizował mi klucz, a żegnając się, kilkakrotnie powtórzył, żebym zamykała sie w pokoju od wewnątrz, i wieczorami z niego nie wychodziła, wydatnie tym samym wspomagając moje poczucie bezpieczeństwa i zadomowienia -_-‘ No i przede wszystkim od początku podróży- do teraz, bo kupiłam sobie dziś pachnidło do pokoju - towarzyszył mi zapach antybiotyków.

Nie wiem, dlaczego! To tajemnicze jest wielce, w samolocie z Frankfurtu woń ta była najsilniejsza, jakbym siedziała w szpitalnej sali.
To nie są generalnie wyznaczniki Japonii, swoiste słupy graniczne: odór lekarstw i zagubieni Polacy. Stąd moja konfuzja, bo widzę, słyszę- no i wiem- że tu jestem. A jednak...

Wskazówką mogą być dźwięki; otaczają mnie dziwne dźwięki, których próżno w Poslce szukać. Pierwsze moje zaskoczenie, kiedy- już zuniformizowana- wędrując przez halę fabryczną, usłyszałam- bez cienia wątpliwości!- „Greensleeves”.
Myślałam, że moze wzięłam za głęboki wdech przy chemii i oto rezultaty. Ale nie! Grało i grało, irlandzko się robiło coraz bardziej na tej hałaśliwej hali japońskiej fabryki, ja zaś szłam coraz wolniej, niepewna własnej kondycji psychicznej. Okazało się, że różne maszyny, przechodząc na kolejne tryby pracy, informują o tym wygrywaną automatycznie melodyjką. Któżby zgadł, że ogumowanie kordu rozełka się tęsknie na celtycką modłę.

Inny dźwięk zaskoczył mnie już pierwszego wieczora. Nagle bowiem, w ciszy otulającej hotel robotniczy, rozległa się śpiewna, delikatna nuta. Chwilę zaś potem druga, dwa tony wyżej. Po chwili znowu- najpierw, długo, jedna, potem druga. Przez dwa dni głowiłam się nad tą zagadką, zastanawiając się, jakie źródło oraz znacznie może mieć górne e, przechodzące w g, aż olśniło mnie. Shinkansen. To, co słyszę, to melodia rozwibrowanych szyn, po których mkną shinkanseny. Być może w zależności od odległości pociągu, lub jego typu- zmienia się ton; bywał też dwudźwięk g-h.
Słyszę je co noc, i zaczynają mnie powoli drażnić. Kto wie, może ta wibracja, skoro jest słyszalna, nie jest obojętna dla membrany ucha. Ale cóż się dziwić- mieszkam dwie minuty piechotą od estakady.

Przed fabryką rośnie wielka sakura. Największa, jaką do tej pory widziałam. Gdy w piątek wyszło wreszcie trochę słońca, podczas południowej przerwy wybrałam sie na przechadzkę. Nieśpiesznie, posilając się pierwszymi w tym roku lodami w plenerze, spacerowałam sobie pod sakurą, potem wzdłuż rododendronów, zatoczyłam kółko po terenie fabryki. Motylki polatywały, słońce grzało, śpiew ptaków mieszał się słodko z sennym buczeniem generatorów...Sielanka. Róże bardzo dobrze rosną przy generatorach. Jakieś 30-40 różanych krzewów, niespotykanej wielkości, okala potęzne agregaty romantyczną bordiurą; warto pomyśleć o takim rozwiązaniu w przydomowym ogródku, oczywiście w mniejszej skali.

Na sam koniec- wesoła nowina. Wygląd na to, że od czerwca będę jedynym tłumaczem „in da fillidż”. Reszta- tłumaczy, nikogo innego- wróci do Polski. Gods help me...XD

* wersja "moich" operatorów :P
czwartek, 03 kwietnia 2008
Krótka forma winna 2

Kolejne starcie :D Więc trwajcie na warcie.

Przypuśćmy, że ten świat nie jest poznany do końca.

Przypuśćmy, że są rzeczy, o których nie śnił nikt, poza filozofami, którzy potem budzili się z krzykiem, zlani zimnym potem; rzeczy, o których mieli odwagę napisać dopiero widząc bliską, dającą nietykalność śmierć.

Załóżmy, że nie wszystkie bajki i legendy są wyssane z palca- co by to dało?

Jak bardzo różna byłaby świadomość i twórcza jaźń ludzi, którzy już nigdy nie musieliby wyobrażać sobie demonów, krążących pod osłoną nocy, bo nie ma potrzeby trwonić wyobraźni na coś- co istnieje?

Cóż, moim zdaniem ludzkość by na tym straciła. Po cóż by nam była wyobraźnia, skoro największy cud i największy koszmar żyłyby sobie po sąsiedzku na mojej ulicy? Gdyby pocztę roznosili aniołowie, a znikających w pełnię dzieci nikt by już nawet nie szukał, chyba że dla godziwego pochówku.

Właśnie! Fascynująca koncepcja: jakże by to wpłynęło na rozwój architektury i usług pogrzebowych!

Grobowce zamykane od środka, arabskie lampy i stosy z siedmiu gatunków drewna; domy bez okien, podwodne miasta...

Czysta fantazja. Bajęda.

Dlatego nigdy nie napiszę o tym pracy naukowej, nigdy nie będę mógł rozsnuć tej wizji, nawet podciągnąwszy temat pod moje studia antropologiczne, bo przecież to wszystko- bajędy.

Czysta desperacja!...

Tak łatwo jest przyjąć że na odległych planetach biegają zielone ludziki, a tak trudno- że tu, w tym samym mieście, może być ktoś, kto nie umiera. Albo ktoś, kto naprawdę widzi przyszłość. Lub spełnia trzy życzenia.

Wędruję ulicami, i widzę, te prawdopodobieństwa, cienie, idee. Przemykają tramwajami; emanują ze starych kamiennych elewacji, opadają kurzem ze starych jak świat dachówek.

O tak, miejskie legendy miały gdzieś swój początek.

Lunatyk, tak na mnie mówią na uczelni. Lunatyk, wariat.

Chciałbym, żeby przestali mnie obrażać.

Ach, gdyby tak spotkać się, zetknąć z czymś niezwykłym, choćby to miała być ostania rzecz w życiu!...Bo nie pierwsza. Już raz coś takiego mi się przytrafiło.

Widziałem kiedyś naszego starego rzeźnika, jak po południu wynosił z rzeźni odpadki, tylnym wyjściem. Nie widział mnie, siedziałem sobie w samochodzie, i dla moich kolegów to już wystarczy, by twierdzić, że nie miałem szans widzieć wyraźnie. Ale ja widziałem.

Okoliczne bezpańskie psy wyczuły zapach mięsnych resztek; rzuciły się w stronę rzeźni bezładną watahą. Oczywiście, rzeźnik był bezpieczny za płotem- miał tam porządną, dwumetrową siatkę- i nawet nie odwrócił głowy w stronę skamlącej zgrai. Tym bardziej jednak nie mógł widzieć, że na płocie siedzi dziecko. Siedmioletni może chłopiec. W momencie, gdy kłębowisko psich ciał uderzyło o siatkę płotu, chlopiec zachwiał się, stracił równowagę i spadł---by. Gdyby nie to, że złapał go rzeźnik.

Na bogów, śmietnik, przy którym stał sekundę wcześniej, jest oddalony od płotu o dobre sześć, siedem metrów! Żaden człowiek nie byłby w stanie przemieścić się tak szybko!

Wyskoczyłem z samochodu, i zawołałem go, nie chcąc sie zbliżać do psów. Ale nie słyszał- albo nie chciał mnie usłyszeć. Zniknęli wraz z chłopcem w rzeźni, po chwili zaś dziecko, całe i zdrowe, wyszło głównym drzwiami sklepu.

Nie udało mi się porozmawiać z tym człowiekiem, ani przekonać kogokolwiek, że to, co widziałem, było rzeczywiste i potwierdza moją teorię.

Chciałbym, żeby choć jedna osoba mi uwierzyła...

Idę tak sobie miastem, i wymyślam historie, ciągnę linie prawdopodobieństwa, i wpasowuję je w miejski krajobraz. Tak naprawdę ta przemiła staruszka, dziergająca sweter na ławce w parku, może być w istocie Prawdawną Staruchą, Babą Jagą z chatki na kurzej nóżce. O, uśmiechnęła się do mnie, jakby mnie słyszała. Aż dreszcz przeleciał po krzyżu od tego uśmiechu...A, o, kałuża- wcale nie musi być ograniczoną do tego wymiaru mokrą plamą na chodniku. Mogłaby w niej nagle błysnąć zielonkawa płetwa, mignąć gdzieśna środku, może coś i plusnęło, prawie poczułem zapach morza.

Mój wujek, Antoni, który nigdy nie chodzi na rodzinne uroczystości, przewidujace wstąpienie do kościoła. Wszyscy kręcą głowami, że w rodzinie nie dość, że jest wariat- czyli ja- to jeszcze i ateista. Widziałem raz wujka, jak czekał spokojnie w pewnym oddaleniu od kościoła, czekając, aż skończy się msza. Byłem spóźniony, więc przelotnie tylko uścisnąłem mu rękę, ale mógłbym przysiąc, że chciał mi coś powiedzieć. Może tylko tyle, że nie przyjdzie na obiad- faktycznie, nie widziałem go później- ale kto to wie?...Usłyszałem tylko, jak mruknął: „Nie pchaj się do krzyża...”.

No co mam o tym myśleć?!

Ech. Gdybym tylko mógł wyłuszczyć komuś moje przypuszczenia. Ogolić wujkowi głowę, znaleźć trzy szóstki i udowodnić, że mam rację.

A tak- mogę tylko pisać opowiastki grozy, do przeczytania w gronie znajomych, przy winie, o północy. Zaraz...O, weźmy tamten widoczek na przykład: był sobie autobus. Czerwony pojazd, o szczelnie zasłoniętych oknach.

Miejsce przynoszące chlubę całemu miastu i ludziom, bo w autobusie tym, stojącym skromnie przy ruchliwym placu- pobierano krew, by następnie ratować życie setkom potrzebujących. Blady sanitariusz z ujmującym uśmiechem witał dawców na schodkach pojazdu, a następnie prowadził do środka. Ciekawe jednak, że nigdy - a przejeżdżam koło placu często- nie widziałem, by ktokolwiek z autobusu wychodził, choć wchodziło wielu....

Ech, bajania. Głowa mnie zaczyna już od tego boleć, nadmiar świeżego powietrza chyba. Powinienem się zbadać, może zresztą skorzystam z tego autobusu- krwiodawcy zawsze dostają darmowe badania. I czekoladę.

-----

Młodzieniec zapukał grzecznie w wymalowany na drzwiczkach autobusu czerwony krzyż, po czym wszedł po schodkach do wnętrza pojazdu. W środku panował półmrok, dlatego niemal podskoczył, gdy za jego plecami ktoś się poruszył.

- Proszę. Zapraszam serdecznie- przemówi miękko młody sanitariusz. Jego skóra, zapewne na tle panującego mroku, wydawała się nadzwyczaj blada.

- A. Tak, ja w sumie tylko na badania...Wie pan, miałem prześmieszną koncepcję na temat tego autobusu, nie uwierzyłby pan!..

 - Ależ wierzę. Proszę tędy.

- Mogę tu gdzieś rzucić kurtkę? Bo mi chodzi tylko o zbadanie krwi, wie pan...

- Proszę ją rzucić gdziekolwiek. Nie będzie już panu potrzebna – zapewnił go pielęgniarz i uśmiechnął się ujmująco.

 

CURRENT MOON