RSS
środa, 28 kwietnia 2010
Dralion

Szykuje mi się pierwsza po trzech latach majówka w Polsce.
Trzy lata temu to było Tokio.
Dwa lata temu- Fukuoka.
W zeszłym roku- spływ kajakowy w okolicach Bjerringbro, w Danii.
W tym planowaliśmy zrobić wypad na nasze polskie łąki sioła, lasy i jeziora.
I co? I póki co za oknem króluje szarość i ziąb, właśnie to- wciskający się pod ubranie, wilgotny, ohydny ZIĄB. Taka to wiosna.
Nie tracę wszak nadziei. Tym bardziej, że strasznie mi sie chce iść w głuszę, nawet taką udomowioną, odbijającą po łuku od Kartuskiej. Industrialny, śmierdzący Gdańsk w przedziwny bowiem sposób połatany jest obszarami dzikiej natury. Żal tego nie wykorzystać; może znajdziemy jaki czołg na mokradłach.

Obejrzałam "Dralion", kolejne show Cyrku Słońca.
Rozczarowałam się nieco, zważywszy, że muzyka tutaj jest jeszcze piękniejsza, niż w "Alegrii", ba!- lepsza, niż w "Varekai".
Bardzo nostalgiczna, momentami smutna... Prześliczna.
Ale na płycie.
Bo podczas występów, na żywo, wyszła skrzekliwie i nie do pary z występem. Jakoś...pasowała, jak kwiatek do kożucha, nie mam pojęcia, jak to jest możliwe, ale- zgrzytała.
Choć mam kandydatkę na winnego.
Babeczka, która towarzyszyła głównemu śpiewakowi- o nim za chwilę- postanowiła zrobić karierę na tym występie, wybić sie za wszelką cenę, pokazać i zaistnieć.
I dawała pożal-się-boże popisy solowe, jakiś wyduszone z gardła trele, pseudo-soulowe manewry wokalne, widać było, że za każdym razem próbuje ściągnąć na siebie maksimum uwagi, być ważniejsza nawet niż wyginający się akrobaci i połykacze ognia, do których akurat należał numer.
Tragos.
Główny wokalista, który w założeniu był centralną postacią fabuły, to Erik Karol. Ścieżka dźwiękowa wiele dla mnie zyskała po tym, jak dotarło do mnie, że to on śpiewa w tym utworze (klip nie związany, ale ładny, więc niech bedzie :):

Zaczynam gubić rozróżnienie między falsetem a kontratenorem. Ja bym dała głowę, że Erik jest tym drugim; a tu na sieci znajduję stwierdzenia, że "skala jego głosu jest niebywale rozpięta, tak, że może śpiewać niemal falsetem".
Przede wszystkim- jakie "niemal"?!
Po drugie- falset brzmi zawsze strasznie piskliwie i nienaturalnie (stąd nazwa). Erik Karol to wg mnie uzdolniony kontratenor i basta.
Dla porównania- inny utwór, który zawiera oba jego głosy, męski i kobiecy.

Ale samo show mnie rozczarowało, bo było zwyczajnie nudne. Standardowe numery Cyrku, jak fruwanie na szarfach, było jak zawsze piękne. Ale "Dralion" to przede wszystkim cyrk azjatycki i tradycyjne sztuczki i wyczyny akrobatyczne ze Wschodu. Wszyscy wiemy, że Azjaci, zwłaszcza Chińczycy, to niedościgli gimnastycy. Ale nie było w tym wszystkim tej radości z występowania, tylko chłodna, czysta kalkulacja. Emocje pojawiały się na scenie wtedy, kiedy występowali nie-Azjaci: klauny, żongler, tancerze powietrzni. Oni tworzyli tą właściwą, magiczną atmosferę Cyrku. U reszty widziało się skupienie, wysiłek, precyzję. I zero ognia. Przypomniał mi się od razu odcinek Kaleido Star, kiedy wystąpiła tam mistrzyni Diablo. Która również dała wyśmienity pokaz, technicznie doskonały i---tego samego dnia rozwiązano z nią kontrakt. Bo ludzie się znudzili.
Teraz się zastanawiam: jeśli w Dublinie chcą wystawić "Saltimbanco", show sprzed lat, to----to jest szansa, że kiedyś uda mi się obejrzeć "Varekai", mimo że teoretycznie występują z tym tylko do końca tego roku :)
And that's what I call good news :D

..Jeszcze jeden kawalek Erika, bardzo piekny *__*
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
O asertywności

Dzisiejszy odcinek chciałam poświęcić uczuciom i tej osławionej asertywności, i zabawnie dzień dał mi dziś ku temu powód.
Mianowicie- ciepło dziś było, nad wyraz. A ja, z tym nieco może staroświeckim wychowaniem, jakie odebrałam, nie zwykłam przebierać się w miejscach publicznych. Po prostu zakodowane mam, że wszelkie obrządki wokół swojego odzienia cżłowiek odprawia w jakimś prywatnym miejscu, nie na ulicy. Nie uchodzi.
A tu nagle upał, ja w rozognionym od ruchu i skwaru centrum Gdańska- co robić?
 Oczywiście, przejrzałam w myślach wszelkie miejsca, gdzie mogę się schować w toalecie i zdjąć sweter spod płaszcza. Ale to by trzeba było przejść pół miasta, topiąc się z gorąca.
Muszę zaznaczyć, że długo wytrzymałam. Ale jak mnie światła przetrzymały na wyjątkowo skwierczącym kawałku ulicy, pomyślałam sobie: "A weźże zdejmij ten cholerny sweter i nie rób scen!".
Tak. Walczmy z zaszłościami!
Zaraz przy przystanku autobusowym był parczek. Zatrzymałam się tam, złożyłam zakupy na ławce, zdjęłam płaszcz i zaczęłam ściągać sweter.
I co? I zaraz żulowaty typ z czerwoną gębą, siedzący dotąd na odleglejszym murku- po prawdzie, zauważyłam go dopiero, kiedy wstał- zerwał się z miejsca i tak zatoczył kółko wokół przystanku, żeby przejść obok mnie, tak blisko, że się niemal otarł o moje ramię.
-____-'
BLEEEEEEH!
Nigdy więcej nie powiem słowa na stare, dobre wiktoriańskie zasady wychowania.

No ale to właśnie pasuje idealnie do notki o asertywności.
Tej wspaniałej asertywności, która nagle pojawiła się wśród nas i uczyniła życie wielu ludzi rajem na ziemi.
Bo teraz oni nie są chamscy! Oni tylko wyrażają siebie.
Nie są obcesowi i nieprzyjemni- oni tylko nie tłumią swoich emocji. A spróbuj się choćby skrzywić, to się dowiesz, że to jawny dowód na to, że jesteś przeżytkiem minionej epoki, ciemnogrodem i w dodatku tyranem, który chce ludzi niecnie tłamsić i ograniczać ich swobody.
Bo, jak mówią, "nie są odpowiedzialni za cudze uczucia".
No i pięknie.
Tylko że odpowiedzialność za cudze uczucia to nie to samo, co odpowiedzialność za własne słowa oraz LICZENIE się z cudzymi uczuciami. Nie mówiąc o czymś takim, jak kultura osobista...
Jeśli strzępisz sobie jęzor bez uważania na cudze uczucie, to licz się z tym, że ten ktoś bardzo asertywnie i z całym szacunkiem dla własnych emocji kopnie cię w tylec, i się skończy, babci sranie.
Teraz już w żadne subtelności i dyplomację nie trzeba się bawić, kindersztuba-śmindersztuba, a ja ci powiem dokładnie, co myślę i jak się czuję, choć być może wcale cię to nie interesuje, ba- powiem ci, co myślę o tobie i twoim życiu, choć wcale mnie o to nie prosisz, ale ja wyrażam siebie i guzik możesz w związku z tym.
Na kursach powinno sie podkreślać jedną, podstawową rzecz:
asertywni to mogą być ludzie kulturalni.
Jednak to by znacznie zmniejszyło szeregi chętnych na takie kursy, więc nie ma co robić sobie nadziei.


sobota, 24 kwietnia 2010
Pizza pizza!

Cieszę się, że nie przebywam w tej chwili w powietrzu.
Ani nie planuję w najbliższym czasie- nie wiem wprawdzie, czy w piwnicy nie zagnieździł nam się Front Wyzwolenia Judei, z masą tykających pomysłów na przełom w Sprawie, ale zgodnie z moimi planami, pozostanę na razie w bliskim kontakcie z ziemią.
Przestrzeń nad chmurami nie odpowiada mi teraz z tej racji, że ja lubię ludzi i ruch, ale wtedy, kiedy chcę i w takich ilościach, jakie uznam za zdrowe.
W powietrzu ruch teraz panuje niemożebny; na własne oczy obserwowałam wczoraj start pięciu samolotów w przeciągu 11 minut. W ciągu następnych pięciu wylądowały dwa.
Za dużo tego szcześcia w przestworzach, jak na mój gust.
Fasolka wróciła bezpiecznie ze Szwecji, z jej relacji wynika, że Szwedzi są jeszcze bardziej---specyficzni, niż Duńczycy, z alkoholem rzeczywiście są straszne wałki i kontrola jak u Orwella, nie mówiąc o tym, że są, fakt, doskonale zorganizowani i zdyscyplinowani, ale przy tym sztywni i kostyczni, a największym wybuchem i żywiołową manifestacją uczuć wobec człowieka to...uścisnąć mu dłoń oburącz. -_-'
Nasze witanie i żegnanie się "na misia" to dla nich chyba wirujący seks i szaleństwo zmysłów, ruja i poróbstwo, Sodomia i Gomoria w jednym :DD Nie muszę chyba mówić, że strasznie się do tego garną.
Ale sam pomysł szkoły drugiej szansy jest doskonały, szkoda tylko, że w Polsce jest tak mały odzew. Projekty są współfinansowane przez Unię i miasta, więc to tylko kwestia wzięcią się w garść i zgłoszenia udziału swojej placówki.
No ale to by trzeba się wziąć do jakiejś pracy, nie... Lipa, panie. Zupełnie jakby nie było w Polsce problemu młodzieży ze środowisk patologicznych. Normalnie żal.com.

Tymczasem- zwierać poślady, pastować kredensy i gracować trawnik, bo zbliża się----tadam, tadam---- Miedzynarodowy Dzień Płynu Do Mycia Naczyń!!! |(^o^)/
Serio. 20 maja. Zostało już naprawdę mało czasu, żeby zorganizować orkiestrę, odnowić drogi i poszykować dzieciom krakowskie ubranka, także dość tego opieprzania się, do roboty, narodzie.
Na zachętę- śmieszny filmik :D


czwartek, 22 kwietnia 2010
Filmy, filmy

Na różne rzeczy można być uczulonym.
W moim przypadku jest to standard: kocia sierść, kurz, kiwi. Wulkan.
Tak, ten islandzki gnojek jest alergenny. I z racji tego, że północno-zachodni wiatr z uporem godnym lepszej sprawy nawiewa nam wszystkie dobrodziejstwa, jakie z z krateru wylazły, ja w ciągu trzech dni zeżarłam cały zapas wapna.
I już powinnam łyknąć nową porcję, inaczej zdrapię sobie skórę z szyi. A wiatr się nie zmienia.

Obejrzałam ostatnio parę filmów.
Ponieważ zaś rzadko jestem z aż tyloma względnie nowymi produkcjami na bieżąco- podzielę się moimi drogocennymi opiniami odnośnie tychże ^^

HOLMES
Nie lubię Jude'a Law. Jude Law'a. Jude'a Law'a. Tego pana z inicjałami J.L. :D
Typ ma jak dla mnie prostacką twarz, płyciutką i w ogóle jakiś taki oślizgły jest.  Bleh. Zaś co do filmu- nie jestem do końca pewna, czy to było na serio, czy to był pastisz, zupełnie jak "Spirit" Franka Millera.
Ten Holmes to po prostu House 200 lat wcześniej. Socjopata, nieprzystosowany, gadający bez uważania co mu ślina na język przyniesie, raniący ludzi na prawo i lewo, z ADHD i umysłem jak kopiec mrówek. Do tego potwornie niechlujny i żądny wrażeń jak Tyler Durden. Żeby doprowadzić od tego Holmes'a do Holmes'a książkowego, trzebaby podać bohatera starannej lobotomii, a najlepiej napisać go od nowa, także- nie, to nie był Sherlock. To był awanturnik, i nie w angielskim, dżentelmeńskim stylu, tylko rozdarty amerykański zabijaka z Bronxu. Co to w ogóle za pomysł, dawać historię o Sherlocku Amerykańcom? Cieszę się, że nie wywaliłam forsy na obejrzenie tego w kinie.

GALERIANKI
Wbrew różnym opiniom na sieci, uważam film za bardzo dobry. W dodatku ładnie zrealizowany, jednak co świeża krew to świeża krew. Wystarczy nie dopuszczać więcej tych zramolałych szyszek polskiej kinematografii do kamery i od razu staniemy na nogi. Doskonałe zdjęcia, świetna gra, nawet tych bardzo młodych debiutantów. Nie mówiąc o samej historii i zakończeniu. Godne, bardzo godne.

JAK WYTRESOWAĆ SMOKA
Wielkie tak. Uśmiałam sie jak norka, animacja przednia, historia zwarta i wciągająca, zupełnie inaczej, niż ---

PERCY JACKSON I BOGOWIE OLIMPU
Zostawiłam to sobie na (prawie) sam koniec. Widząc trailer, spodziewałam się czegoś lepszego. Żadnej perły, ale dobry film przygodowy.
Cóż... Cienkusz jak herbata po dwóch sekundach parzenia.
Oczywiście, wszystko zależy od herbaty, tak też i tutaj był plus. Który się nazywa Sean Bean, pojawił się na początku i na końcu, poburczał na wszystkich i wyszedł, ale dzięki temu film nie był do końca stracony, bo dla dobrego aktora nawet dwie sekundy to mnóstwo czasu i możliwości.
Reszta... Uwaga, spoilery.
Percy to chłopiec cokolwiek ztraumatyzowany. Nowa szkoła niczego nie poprawia, rzucają się na niego jakieś potwory, ojczym to nicpoń..
Na domiar złego wielki jak dom, czarny minotaur -wg chłopca-zabija mu matkę. Każdy normalny człowiek dostałby conajmniej histerii, a potem katatonii. Co robi Percy?
"Darn it".
A w każdym razie emocjonalny odpowiednik tej reakcji.
Brosnan...Niewiele robi. Nie jest zły, ale też nie zapisuje się w pamięci niczym szczególnym.
Natomiast Uma Thurman mnie zaskoczyła. Bo koniec końców jest przecież niezłą aktorką. Nie wybitną- ale niezłą. Może nadmiar filmów ewidentnie kiczowato-komiksowych (Batman, Kill Bill) wpłynął na jej warsztat aktorski, nie wiem, dość że jej grę można swobodnie przyrównać do wyczynów Lady Gaga w teledysku do "Telephone", szczególnie do scenki między 7:00 a 7:40 sekundą.

Wynudziłam się jak mops.
I wreszcie---

PARNASSUS
Jeszcze raz niechże mi wolno będzie stwierdzić, jak wiele straciliśmy przez to, że nie dano Gilliamowi zrobić żadnej części "Harry'ego Pottera", mimo iż tego życzyła sobie Rowling. Scenariusz już byłby i tak gotów, więc nie mógłby wprowadzić zbyt dużo chaosu, a o ile magiczniej by się zrobiło. Zamiast topornego filmowego bryku do książek, mielibyśmy regularny film o magii.
W każdym razie Parnassus- rewelacja. Tylko dlaczego u Gilliama zawsze pojawiają się wielkie głowy i transseksualni policjanci? :D Stories he could tell...
niedziela, 18 kwietnia 2010
Chilli-Willy-Wonka

Ostatnio nie sypiam zbyt długo.
Nie dlatego, żebym nie chciała, nie. Bardzo by mi się podobało.
Ale w pewnym momencie się po prostu budzę, po- dajmy na to- pięciu godzinach. W głowie delikatnie anonsują się pierwsze igiełki bólu, powieki zdają się szorować o powierzchnię gałek ocznych, a mimo to- sen odpływa, jak linia wody na blacpoolskiej plaży.
Trwa to już dobry tydzień, zastanawiająco, bo właśnie miniony tydzień należał do szczególnie intensywnych, jeśli chodzi o rysowanie... Jednak nie należy zaraz akceptować zbyt łatwo nasuwających się wniosków, wszak przesidywanie 11 godzin przed kompem nikogo jeszcze nie przyprawiło o bezsenność, prawdaż...
W każdym razie- nie sypiam dobrze; toteż wczoraj byłam chyba najbardziej zmarnowaną Alicją świata. Rzeczywiście, jakbym wpadła do króliczej dziury, głową w przód, a potem łyknęła sobie tego i owego z przypadkowo znalezionej butelczynki...
Albowiem wczoraj było weselicho znajomych, ale nietypowe- bo przebierane. Ostatnie kilka godzin, poprzedzające imprezę, kucałyśmy z koleżanką przed knajpą i wmawiałyśmy ludziom, że tu będzie pro-gandziowy happening, bo zawzięcie malowałyśmy na fioletowo, srebrno i złoto zebrane na kupkę pieńki, gałęzie i zakupione uprzednio pieczarki, a następnie kleciłyśmy z tego rozkosznie psychodeliczne konstrukcje, którymi zostało umajone wnętrze lokalu.
Powód? Tematem było "Po drugiej stronie lustra", toteż nielicho mnie zdziwiła wieczorem para w krakowskich strojach ludowych, El Mariaci czy beduin, ale musieliśmy się ze znajomymi zgodzić, że nie wszyscy widzą to samo po drugiej stronie zerkadła.
Początkowo umyślałam być Czerwoną Królową, ale wyznam- zawsze chciałam choć raz się przebrać za Alicję.
No i tak uczyniłam :D
Fotami dysponuję niewieloma, może z czasem ścignę oficjalnych fotografów,  póki co jednak- prezentuję tych kilka ekspresjonistycznych fotek, jakie cyknęłam- pragnę zwrócić uwagę na formę weselnego tortu. A jaki się podniósł krzyk, gdy panna młoda ruszyła z nożem, żeby go kroić... :P
Po drugiej stronie lustra
Przebrała się olbrzymia masa ludzi, było istne zatrzęsienie Zajęcy i Kapeluszników, a Alicji chyba z pięć (ale każda kompletnie inna :)), toteż K. była naprawdę wyjątkowa, w swoim stroju flaminga, z imponującym różowym kuprem :D Który później odczepiła i przeobraziła się w Czerwoną Królową.
Na wejściu rozdano nam materiały do larpa, coś w rodzaju wstępniaka i kartę do głosowania, którą później uczciwie przehandlowałam na alkohol.
Głosy-śmosy...8-)
Najlepiej, że każdy powinien był mieć jedną tylko kartę, ja jednak zupełnie przypadkiem, drogą oszustwa, weszłam w posiadanie kolejnej. Ale moja uczciwość nie pozwoliła mi użyć jej w sposób niegodny, oddając więcej głosów, niż reszta graczy, zatem---również przehandlowałam ją na alkohol ^^ Jak ja lubię LARPy... I nie ma się co oburzać, to tylko element mojej ravnoskiej natury, z którą to przecież nie należy walczyć, każdy psycholog wam to powie!
Wanna see a trick?... by ~Nonko on deviantART

O wpół do czwartej kierowca nocnego autobusu, z umiarkowanym zainteresowaniem czytający powieść kryminalną, zobaczył, jak tuż przed jego przednią szybą przebiega galopem facet w cylindrze z króliczymi uszami, zanim, z jakąś zaciętą determinacją, goni Alicja, a na końcu, drobiąc delikatnie w super wysokich czerwonych szpilkach, truchta królowa nocy w skąpych czerwono-różowych szatkach, gubiąc szkarłatne piórka :D
Potem tylko zapytał mnie ostrożnie, co to za impreza była, próbując jednocześnie sprzedać mi bilet ulgowy.
Powinnam częściej zakładać fartuszek XD
czwartek, 15 kwietnia 2010
Peter Steele nie żyje

Lider jednej z moich ulubionych kapel, najulubieńszej gotyckiej...
Dziwnie.
Niby Type'0'Negative czasy świetności mieli za sobą, po World Coming Down mieli dwa słabsze albumy, ale---byli.
Podobnie się czułam, kiedy podano wiadomość o śmierci Layne Staleya. Pamiętam, siedziałam wówczas w Vagoonie, kiedy w radiu nieprzyjemnie spleciono słowa "Alice in Chains" i "śmierć".
Potem spiker radośnie przeszedł do lokalnych wiadomości, muzyczka przygrywała, a ja siedziałam jak rażona piorunem, z herbatą wolno stygnącą w znieruchomiałym kubku.
Type...Moja sztandardowa kapela, gdy jesień nadchodzi, i okolice Święta Zmarłych, rdzewiejący październik rozpościera się w całej krasie i urokliwy cmentarz sopocki rozbłyskuje tysiącem światełek.
Media dowiedziały się o jego śmierci z Twittera -_- Czasy mam dziwne; już nawet prasa traktuje portale towarzyskie jako źródło informacji.
Ale obawiam się, że tym razem to nie jest ściema.
Peter Steele nie żyje :(


Creepy green light by ~Nonko on deviantART
środa, 14 kwietnia 2010
O

Fasolka miała przedwczoraj urodziny, ale planowane obchody były- a zgadnijcie. Tak! W sobotę, oczywiście.
Przemykałyśmy sie do Immersion jak winowajczynie, makijaże, jak na tą okazję, dyskretne, ja w niecodziennej dla mnie czerni, ale jednak- wychodne. I bałyśmy się, że nas dopadnie gniewny tłum, zaś po powrocie zastaniemy wycieraczkę w płomieniach. W wielkiej torbie z rysunkiem biedronki miałyśmy tort, ale cały czas posługiwałyśmy się kryptonimem "znicze", zeby nie ściągać przedwczesnej uwagi tłumu.
W pociągu wprawdzie grałyśmy w wojnę, dla zabicia czasu, i już tym samym zaskarbiłyśmy sobie kilka spojrzeń; dziwna rzecz jednak sie wydarzyła. Znacie tą grę karcianą, wojna? Taką, co to sie nigdy nie kończy, bo obrót kartami jest zazwyczaj równomierny, zawsze komuś zostaje choćby kilka i może walczyć bez końca, w długaśnej, wlokącej się jak włos w zupie rozgrywce.
Fasolka wygrała ze mną w ciągu 4 minut.
Pierwszy znany mi przypadek skończenia tej gry.
O_O
Ale ogólnie rzecz biorąc, dzień był raczej niesprzyjający duchom urodzin, i choć wysmarowałam barmana tortem, to jakoś tak ze smutkiem, a mecz w knajpowym telewizorze leciał w ciszy i był oglądany w ciszy. Myślałyśmy, że Fasolencja ma źle.
A wtedy, na drodze do knajpy, minął nas bezszelestnie orszak weselny.

wtorek, 13 kwietnia 2010
Cirque du Soleil

Dwa dni.
Tyle udało nam się wytrwać w stanie zbolałego ogłuszenia, nim pojawili się pierwsi piewcy nienawiści.
http://www.alert24.pl/alert24/1,84880,7763307,Szokujaca_homilia_w_Archikatedrze_Przemyskiej__POSLUCHAJ_.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta
Gdybym należała do tej Firmy, nie miałabym wątpliwości, że mam do czynienia z agentem konkurencji; ale część ludzi nadstawi chętnych uszu, zacznie szukać winnych, miotać się, ciskać klątwy i żądać głów.
Dlatego ja kończę ten topik.
Już nie będę się na ten temat wypowiadać; ani na temat farsy wawelskiej, ani na temat ludzkiej hipokryzji (tak jak Mo.napisała w komentarzu poprzedniej notki: nagle okazuje się, że wszyscy, co zginęli w wypadku, byli wzorcami człowieczeństwa, filarami kraju, złocistą czcionką zapisującymi się w historii Polski -_- Jakim cudem nam te kryształowe giganty umykały przez cały czas, pozostanie kolejną tajemnicą fatimską.), ani wszelakich spekulacji.

Cirque du Soleil.
Moja nowa wielka pasja.
Przepiękne pokazy, m.in. ten odbierający dech, do którego, po blisko 100 obejrzeniach, się PRAWIE już przyzwyczaiłam.

Ta muzyka..! Niestety, na ścieżkach dźwiękowych z występów są często inne wersje piosenek, trochę łagodniejsze, mniej dynamiczne, choć też ładne. I ta muzyka jest prawdziwą bombą witaminową dla weny. Szkoda tylko, że znów dopadły mnie kłopoty z nadgarstkami, a teraz także i łokciem.
Strzeżcie się, ludzie rysujący, zbyt wysokich biurek!
Teraz, zanim dojdę do siebie i będę w stanie sobie biureczko przypiłować, muszę spiętrzać na fotelu grube woluminy, żeby siedzieć nieco wyżej i mieć zdrowiej ułożoną podczas rysowania rękę XD Fun fun.

Odnośnie zaś tego, co pisałam o tańcach na rurze, że mogłyby posłużyć jako fantastyczna scena w klubie wampirów, czy innym dziwacznym miejscu nie z tego świata- voila!
poniedziałek, 12 kwietnia 2010
Po wypadku

Miałam już w połowie napisaną notkę, kiedy wydarzył się ten wypadek i musiałam ją zawiesić, a potem przepisać od nowa.
Bo krążyła wokół pewnych słów Rimbauda, które często do mnie wracają i są mi bardzo, bardzo bliskie, ale ten konkretny cytat byłby nie tyle nie na miejscu- byłby bzdurny chwilę po katastrofie.
Bo tak się złożyło, że na kilka godzin przed wypadkiem zobaczyłam i usłyszałam jedną z najpiękniejszych rzeczy w życiu i mój zachwyt był tak ogromny, że rozsadzało mnie to od środka.
Wiedziałam przy tym, że w końcu też ta nieprawdopodobna euforia zamieni się w zwykłe ukontentowanie, iż taką piękną rzecz odkryłam, a szkoda, bo takie silne, czyste, niczym nie złamane emocje stanowią esencję istnienia- dla mnie przynajmniej.
Tak. Pod warunkiem, że nie chodzi tu o rozpacz i żałobę.
Bo słowa (nie)sławnego poety brzmią:
"Znieść można wszystko. I to jest właśnie nie do zniesienia."
Zgaduję, że on skupiał się przede wszystkim na emocjach negatywnych; dla mnie te słowa nabierają osobistego znaczenia, jeśli przypiszę je do emocji ze wszech miar pozytywnych.
Człowiek (nie mówimy tu o samobójcach i psychopatach) zazwyczaj jest skonstruowany jak emocjonalna Wańka-Wstańka; nawet kiedy ogarną go krańcowe emocje, silne wzburzenie, bezbrzeżna radość czy rozpacz ponad wszelkie wyobrażenie, i wydaje mu się, że nigdy, ale to już nigdy nic nie będzie takie samo, nie będzie w stanie odczuwać niczego na normalnym, wyrównanym poziomie, że teraz to już po prostu wybuchnie i się spopieli----wraca, prędzej czy później, do stanu równowagi.
Nieco porysowany najczęściej, ale na powrót w pionie.
I jest to konstrukcja umożliwiająca nam normalne funkcjonowanie, żebyśmy byli w stanie wrócić do regularnego życia, miedzy ludźmi, dzień po dniu. I bardzo dobrze.
Jednak kiedy odczuwam chwile tej najgłębszej, najczystszej radości i uniesienia, nie mogę znieść myśli o tym, że to minie, uspokoi się, wygładzi, fala emocji opadnie, ocknie się krytycyzm.
I ta dzika radość będzie już tylko niezrozumiałym wspomnieniem.
Jednak w takich sytuacjach jak obecna, cieszę się, że Rimbaud miał rację.
Głównie z myślą o rodzinach ofiar.
I tak, setki ludzi ginie w wypadkach co i rusz, i ich życie jest równie wartościowe a śmierć równie tragiczna, jak tych politycznych szyszek, a jednak nigdy nie byłam tak zszokowana żadną katastrofą.
Może dlatego, że ci, co zginęli, nie byli jakimiś bezimiennymi.
(Zresztą, media też starają się przydać tej tragedii jakąś jednostkową twarz- nawet już nie prezydenta, ale choćby tej stewardessy, której szczegółowy profil pojawił się na kilku portalach.
Nie była jakąś wyjątkową postacią, ani jedyną stewardessą, ale była młoda i ładna, więc robi teraz za symbol tych poległych na służbie.
BORowików też.
W którejś z amerykańskich gazet za to podano, że w wypadku zginęła prezydencka para i- rzeźbiarz z Chicago O_o)
A może dlatego, że część pasażerów "tutki" była stąd?..
Fasolka kiedyś minęła się z Kaczyńskim na klatce schodowej- jeszcze, rzecz jasna, nie był wówczas prezydentem- ja kiedyś spotkałam jego córkę; ktoś kogoś znał, czyjś sąsiad pracował z czyjąś żoną...Swoi. Sopot nie jest duży.

PS. Wiem, że w wyniku szoku ludziom się plączą języki, mówią czasem dziwne, nieprzemyślane rzeczy, nie baczą na dobór słów, ale są trzy wtopy mediów, którymi się aż muszę podzielić:
1) podczas odczytywania listy pasażerów spiker w radiu miał taki głos, jakby odczytywał numery totka, albo listę zwycięzców tegoż. Tylko czekałam, aż za którymś razem pan doda: "And the winner IS...!"
2) Też radio: "Ten kwiecień jakiś taki feralny dla Polski- mówi spiker- w kwietniu miałą miejsce zbrodnia w Katyniu, w kwietniu świętowaliśmy śmierć papieża..." O_o
3) Strona gazety.pl. Pod każdym artykułem dotyczącym wypadku odsyłacze do innych, podobnych. I co widzę, kończąc czytać jeden? " POLECAMY- Kwiaty, znicze i ludzie płaczący pod domem prezydenta". No, polecamy, polecamy, czarna wygrywa, czerwona przegrywa, ludzie, zwariowałem, pieniądze rozdaję, OKAZJA!
-_-'
sobota, 10 kwietnia 2010
Pray for rain

Pray for rain by ~Nonko on deviantART
 
1 , 2
CURRENT MOON