RSS
poniedziałek, 29 maja 2006
―Tu Mewa, tu Mewa, wzywam Wilgę! Obiekt uzbrojony, powtarzam: obiekt ma butelkę.

Albo mieszkam w pięknym, wyrafinowanym kraju, gdzie ludzie pragną uczcić swych bogów racząc się duchowa strawa, albo powab darmowej rozrywki jest wprost nie do odparcia. Zaś bogowie i tak łakną krwi.

W Noc Muzeów zmierzyłam się z Übertlumem. Najpierw w Zamku; przebiłam się przez gęstą ciżbę na World Press Photo, chciwie wgapioną w liczne obrazy zwłok, lubo przyszłych zwłok, ale ewidentnie będących na ostatniej prostej do Wielkiego Przejścia.

No rewela. Tez mi sztuka: zrobić „mocne zdjęcie” z trupem dziecka w roli głównej.

O ja durna, przeca tam głęboki przekaz tkwi! Myśl ukryta i symboli w bród. A ów przekaz to: dead bodies everywhere!.. O, Miszczu Obiektywu....>_<’

W Muzeum Instrumentów Muzycznych mogliby mnie zamknąć. W tej Galerii Cieni.

Snułam się jak błędna, tylko bezwiednie przesuwając kciukiem po opuszkach palców- mój stały gest nałogowca na głodzie. Paznokcie za długie. O dobre 1,5mm.

Zafrapowała mnie konstrukcja pewnego fortepianu, wiec zerknęłam na rewers. Gdy wstawałam, obok mnie przemknął widmowo sznurek czujnych pracowników. „Watching you...”. W sali wypełnionej fortepianami - i jednym pianinem -_-‘ – tętno skoczyło mi chyba tak, ze można mnie było brać za żywą.

Właśnie wyłaziłam spod kolejnego fortepianu, gdy obok, już zupełnie jawnie, wyrósł łysy pan, i gładko a fałszywie zaproponował pomoc. Drań, nawet nie poczekał na pytania. Myślał, ze nie nastąpią? Uhuhu....naiwny. >:)

Rozpoczął wykład z historii, który regularnie przerywałam.Chyba mnie nie polubił.

Machając niezbornie łapami, łysy rzucił: „Mamy fortepiany: stołowe (mach!), skrzydłowe (mach!) i pionowe (pół macha)”. Patrzę- zaraza, pianino pokazał. Wielkie, czarne, rzeźbione późne rokokoko - ale pianino, do cholery!

I pytam z powątpiewaniem- zali to ma być ów fortepian pionowy??? Łysy uśmiechnął się sucho ze źle skrywana pogarda. „Nie, proszę pani; to akurat jest pianino. PIANINO.”

Bardzo chciałam zrobić mu coś złego, ale tylko zapytałam, dlaczego pewne instrumenty nie maja ani pedałów, ani liry. Ha!- celnie wymierzony atak. Tętno mu skoczyło, i dobrze, bo jakoś tak dotąd niezdrowo wyglądał. Musiał sam wleźć pod fortepian, a kiedy wylazł- co za przemiana! Lico pokraśniałe, błysk w oczach- nadto może morderczy jak na mój gust, ale przezornie od jakiegoś czasu zatrzymywałam ludzi torba, żeby mieć osłonę świadków.

Nie wiedział, oczywiście.

Pokonanego, złamanego, zostawiłam na placu boju i nucąc uszłam w noc.

Miłośnikom silnych wrażeń nakazuje iść po zmroku do Muzeum Etnograficznego na Grobli.

Tam, w pokoju bez okien, stoją szklane trumny, a w nich powoli wirują purpurowe i granatowe manekiny w tradycyjnych strojach z regionu.Cały myk to fotokomórka. Gabloty stoją ciemne i uśpione, dopóki koło nich nie przejdziesz; wtedy z nagła rozbłyskuje światełko i z półmroku wypływa martwa twarz manekina, w komecie zdartym z dawno zakopanej panny.

Klawo jak cholera, Egon!.. You say you’re not afraid? Oh, you will be...you will be....Zwłaszcza gdy wraz z przebudzeniem kukły, w eterze ożywa głos starej kobiety, nucącej ochryple diabelskie kantyki.

Na mą dusze ( gdziekolwiek jest..-_-‘ )- włos na głowie powstaje.

Poszłam jeszcze przed snem posiać trochę terroru w Muzeum Narodowym. Czym? Plastikową butelką, no a czym innym?!

Oto czego się ludzie boją tymi czasy.. Jedni klaunów (bo są złe), inni pustych butelek ( bo są złe gdy są puste, wiadomo, ale po co zaraz ta trauma?!..). Kazali mi schować broń do „torby”, czym rozśmieszyli mnie do łez. Ale posłusznie owinęłam materie torebki wokół 1,5 l butelki, przez co ta ostatnia wyglądała jak wieżyczkowy z czołgu, którego ktoś dziabnął w rzyć klarnetem.

Udaremnili mój plan, o doloż!...A jednak, jak podziałała odrobina zbrojnej perswazji!- pracuje tymczasowo dla Narodowego. Następnym razem przykulam tam bańkę po piwie- oddadzą mi tą budę!Z dobrodziejstwem inwentarza- no co, w końcu jestem tam na jednym obrazie, nej?

Wybacz, Abbie dear, ale cóż warte czytanie tego, bez owego nagrobnego drzewka powyżej?

sobota, 06 maja 2006
Milna Yahan Kal Ho Naa Ho
Wystając tydzień temu swoją porcję przed dziekanatem, zabijałam czas uważnie studiując różne interesujące napisy w gablotce przed. Pouczające zajęcie; jeden z napisów krzykliwe głosił: "Starości lat ostanich!..". Hehe,a co z "młodością lat pierwszych"? Ale głupi ci Rzymianie.
Dziś na plaży był turniej łuczniczy; jeszcze na Monciaku widziałam grupki dumnie pozapowietrzanych młodych ludzi, prujących z blazą samym środkiem, żeby broń Cthul nikomu nie umknęło, jakim to prześwietnym zajęciem się parają i przypadkiem parać będą właśnie w najbliższej przyszłości.
Już z daleka widać było na plaży kolorowy tłumek. Kiedy się zbliżyłam, nie mogłam sobie odmówić radosnego przekleństwa w momencie, gdy zdałam sobie sprawę, ze są poprzebierani. Fik. No tak, ale widać w 3city nie można se poszczelać, nie mając przy tym pasa słuckiego i wąsisk pierwszego Piasta.
Ciekawe, czy by wystarczyło, gdybym przyszła i powiedziała tylko "Łe jejkujejku laboga". Zawszeć to jakiś folklor. :P
Pomijając, oczywiście, szeroki przekrój przez "Thorgala", dojrzałam m.in. Pana Wołodyjowskiego, Legolasa, Świętego Mikołaja i Rzepichę.
Dobra, może ta czapka była bez pompona i płytsza, ale czerwona, z białym futrzanym otokiem. Święty Mikołaj. >_<
Ciekawy był pan w zielonym kubraku z nastroszoną białą kryzą, odzian w rajtuzy i gustowne ciżmy. Przebrnął przez piach, z pietyzmem ustawiając na wydmie pokal z piwkiem, i zaczął trzaskać fotki cyfrówką. Potem zawinął się z piwem na sąsiednią wydmę, widać nie gotów zmieszać się z pospólstwem.
Ach, była też Vermeerowska Koronczarka i parę dziwko-gejsz szatana,  quasi-jedi też się gdzieś tam poniewierał. Najlepsze było, że w żaden sposób nie zabezpieczyli wejść na plaże, wychodzących na wysokości tarcz. Ktoś miałby ale niespodziankę. " O, czuję już tą bryzę muskającą moją twaaarrrghh!...." Rotfl.



środa, 03 maja 2006
'- Czejen doma je???'
Do jakiego stopnia może sięgnąć niszowość?
Kto w ogóle chce być niszowy, poza pająkami?
Choć nie, to też jest stereotyp. Weźmy Ludwika na ten przykład.
 *To ja! Ten niepokorny!...* nucił niechybnie, maszerując zawzięcie po jasnej płaszczyźnie ściany. Wylazł ze swojej przytulnej niszy i źle by się to dla niego skończyło, gdyby w porę nie wycofał się na z góry upatrzone pozycje. Mam wąski margines tolerancji dla niebłaganodiożnych.
Będziemy walczyć do końca świata, jak kosmiczni adwersarze, aż w końcu wielki wybuch położy kres zmaganiom tytanów. Wygra ten, co pierwszy wlezie do niszy na czas.
A niszowo-offowi skini? W bonżurkach i z cygarami, błyskający wypolerowanymi glacami pod subtelnym światłem kandelabrów, z muzyką sączącą się z głośników....
Dokąd zmierza ten świat; nawet odcinając się od nisz, zajmuje się 'no-niszas' nisze.
Choćby mały występ. Albo nawis. Niezobowiązująca formacja skalna.
I'm Jack's abandoned nisza, jak mawia Wialdzi Szandara Sledzewe Łecz.
Kiedy szwendam się po lasach- offowo unikam światowego blichtru; kiedy ostentacyjnie przechadzam się po Sopocie- nurzam się w trendzie clubbingu w plenerze; a gdy nie idę na molo, bo prędzej pęknę, niż zapłacę tym kutwom za prawo chodzenia po MOIM molo- niszowo przechadzam się po plaży, nawiązując kontakt z Matka Ziemią.
Jakiś taki egzystencjalny smutek mnie ogarnia na myśl o niewykorzystanym potencjale głównego nurtu; jeszcze z tylu rzeczy można utworzyć zgrabną niszkę! Wydrążenie choćby, a z czasem się poszerzy, zrobi jakieś zasłonki, lamperyjkę jak malowanie- i piknie, można się wbijać w bonżurkę!

Aha- to miało być wprowadzenie o Bollywoodzie. Ale tak powstają nisze- przez niewypowiedziane. To czysta metafizyka. Albo krecia robota, na jedno wychodzi- wychodzi na moje. Bollywood będzie offowy, mark my words.

Poza tym nisza  brzmi jak liszaj.

Pracuję teraz nad rysunkiem, które punktem centralnym i najbardziej kontrastowym, jest obnażona sempiterna modela. Skąd doprawdy ten wątek o wydrążeniach- nie pojmuję, to też pewnie metafizyka łączy.
CURRENT MOON