RSS
czwartek, 29 maja 2008
Mdłości

Wygląda na to, że znów się pomyliłam w ocenie ludzi.
Choć nie tyle pomyliłam, co zbyt wielkodusznie zarezerwowałam pewne cechy dla wąskiej tylko grupy. My bad.
Chodzi o wspominane już równie piękne, co puste, deklaracje i kwieciste obietnice, które przypisałam Japończykom.

Coż za niesprawiedliwość!...Cesarzowi co cesarskie, mnie co boskie; Polacy tak przodują w miodopłynnych potokach pustosłowia, że można się ugiąć pod naporem tych absolutnie nic nie znaczących dźwięków.

Przede wszystkim sądziłam, że taka masa wazeliny jest właściwa jedynia prześmiewczym filmom z epoki demoludów, Rejsy nie Rejsy, czy inne Misie.

Otóż niektórzy przenieśli ze sobą cenną umiejętność lukrowania prosto w XXI wiek. A ja muszę te wszystkie brednie przetrawiać. Słucham, przekładam na japoński, i jest mi coraz bardziej niedobrze.

Przede wszystkim jednak przeraża mnie jasny fakt, że dla tych ludzi ich własne słowa nie mają żadnej wagi, żadnej wartości. Jednego wieczoru deklarują dozgonną przyjaźń i braterstwo, szermując słowami tak cennymi i pięknymi, że strach pada na samą myśl, że możnaby je potraktować jak serwetkę do wytarcia musztardy z wąsa.
Widać można. Bo już następnego dnia potrafią bez powodu ryknąć na człowieka, zelżyć grubym słowem, a nawet zagrozić jego cielesnej spójnosci.

Widzę czasami, że niewiele ich powstrzymuje przed rękoczynami- a czy ktoś inny, poza nimi samymi, doprowadza ich do takiego stanu?
Nie! Tylko oni w taki a nie inny sposób potrafią reagować, kiedy zbywa im na argumentach w dyskusji- wcale nie tak zaciętej. Po prostu gdy im braknie słów- co przy ich ubogim słownictwie nie jest trudne- zaczynają bluzgać a grozić, ciskając w niebyt usmarowaną musztardą serwetkę.

...Przesadziłam dając im całą noc na zmianę opinii: potrafią w jednej chwili, ze łzami wzruszenia, kadzić komunały o wieczystej przyjaźni polsko-japońskiej, by 15 minut później śmiać się w kułak z „jebanych pekińczyków”. Mistrzowi metamorfozy! Henry Jekyll to przy nich amator.

Z weselszych wieści: na hali fabrycznej jest mrowie robactwa. Nie ma dnia, bym nie zobaczyła jakiegoś wielonogiego mieszkańca Ciemności Pod Maszynami. Ale, co dziwne, mnie większym obrzydzeniem napełaniają półprodukty BS’a. Przykłady?
Jest taki moment w produkcji, kiedy się oczyszcza głowicę wytłaczarki przed przerwą. Wyciąga się z niej tzw.płetwę- bo też istotnie ma to-to kształt gigantycznego rybiego ogona.
Klucha tłustej gumy, obła i odrażająca, jak odrąbany kawałek cielska morskiego potwora. Paskudztwo, napełnia mnie najczystszym obrzydzeniem.
Albo moment, kiedy inne partie gumy rzuca się na walcarkę, a one początkowo nie chcą sie wcale ładnie rozprasować. Ten zrywający sie w błyskawicznym tempie z walca ogromny strzęp czarnej, drgającej konwulsyjnie masy...
Tak musiało wyglądać dzieło Apollina- oskórowany Marsjasz- na ukończeniu, kiedy to wciąż pulsująca krwią skóra zwisała w parujących płatach wokół kostek krzyczącego w agonii satyra.

Hm. Tak. Otaczają mnie te i inne obrazy. Cóż dziwnego, że pragnę, by ta praca już dobiegła końca?...
Lecz najciekawsze w tym wszystkim jest to, że chyba nigdy nie miałam takiego natłoku pomysłów, jak teraz; mój zeszyt roboczy pęka od szkiców, które stopniowo przenoszę na większe kawałki papieru, i gdy wreszcie nadejdzie upragniony weekend- zamierzam zająć się nimi w pełni.
Ale na litość- nie mówcie, że moja wena karmi się tylko bluźnierczymi obrazami wszelkiego plugastwa! Implikacje tego są zbyt straszliwe, by myśl tę ponownie przetwarzać- be gone, demons, live me with me death-note...

`(...)
At the end of the day,
They don't mean what they say,
They don't say what they mean,
They don't ever come clean -
And the answer -
Is it's all a facade`

wtorek, 27 maja 2008
Aktorzy przyjechali!...

W zeszły poniedziałek lało jak na przednówku pory deszczowej, więc zmarźnięta i przemoczona poszłam do leja, i tam, susząc ubranie i przy okazji rozgrzewając członki, obserwowałam sobie z góry całą maszynę, stanowiącą moje środowisko pracy.
Maszynę i obsługujących ją ludzi.
Dlaczego nie może być przyjemnie i miło, jeśli może być odwrotnie?...
Bardzo ciężko sie pracuje w warunkach wzajemnej wrogości i szukania okazji do zaczepki, tyle powiem. Tym bardziej, że przez tłumacza przechodzi wszystko, co strony chcą sobie przekazać, i jak taka siatka oddzielająca kibiców dwóch drużyn- przepuszcza ogólny przekaz i nastrój, ale co cięższa artyleria zostaje na nim.

Niewdzięczna praca, słowo daję.

Nie twierdzę zaraz, że jestem szalonym empatą, ale czuję nieznośną duszność i udrękę, kiedy tkwię pośrodku wymiany ognia i muszę przekazywać życzenia wzajemnej śmierci ze strony A do strony B. Ilość tej nienawiści i jadu...Wstrętna jest.
Nikomu zaś nie przyjdzie do głowy, że tłumacz to żywy człowiek. Że raz- mówi tyle razy więcej od zebranych, ile osób bierze udział w konwersacji, dwa- nie jest nieczuły na emocjonalny ładunek, taki z lontem w dodatku.
Ja wiem, że to może przychodzi z czasem, i na pewno nie zapłakuję sie w nocy, bo się operatorzy pokłócili z Japończykami. To spływa po mnie raczej bez śladu.
Ale niesmak, paskudne mdlące uczucie, jak wywołane wstrętnym smrodem- smrodem rozkładu ducha i kultury, najpłytszych, najniższych emocji, jakie mogę sobie wyobrazić- pozostaje ze mną długo. Nawarstwia się.

Ponadto ja nie jestem najemnym komediantem. Nie jestem tam po to, żeby odgrywać operę pekińską; np.przychodzi do mnie Adam, i rzuciwszy szybko spojrzeniami na boki, mówi konfidencjonalnie: „Ej, zapytaj się za chwilę Hitomiego, ale tak wiesz- że niby to wyszło od ciebie- dlaczego wszyscy byli na przerwie, a Adam nie. Bo ja się nie będę sam prosił, niech on zauważy, że mnie pominął!”
Chociaż...czemu nie, widzę już nawet oczyma duszy, jak powinnam to zainscenizować: noc, zamglona ulica, suche liście miotane wiatrem, idzie człowiek w łopoczącym prochowcu i twarza skrytą w cieniu kapelusza; ja idę z drugiej strony; też łopoczę. Kiedy mijamy się- akurat pod gazową latarnią- ja wyjmuję trawkę z zębów i rzucam cicho: „Dlaczego Adam jeszcze nie był na przerwie”. Na co on odpowiada równie cicho: „Ciotka Hiacynta dziękuje za prezent”, szybko podaje mi małą kontrabandę, kiwa nieznacznie głowami, i znikamy jak cienie w mrokach Brooklynu.
...
Na bogów, litości -_-‘
Hitomi nie lepszy: co i rusz, kiedy tylko operatorów nie ma w pobliżu, zwierza mi się, opowiada o postępach szkolenia, co idzie nie tak jak by chciał, który z operatorów sobie radzi lepiej, który gorzej...To miło, że mnie obdarza takim zaufaniem; ale jeśli ma w tym ukrytą intencję- konkretnie: poprowadzenia szkolenia w sposób nieoficjalny- to trochę bez sensu sobie wybrał słuchające ucho. Bo jeśli myśli, że to co mi mówi, w magiczny sposób stanie się wiadomym również operatorom, to jest w dużym błędzie. Chce im coś powiedzieć- niech idzie i mówi. Żadne tam pokątne, kanałami nieoficjalnymi idące, aluzyjki i pomrukiwania, które ja mam potem z poczuciem misji a dyskretnie przekazać. Najlepiej podczas przerwy obiadowej, i sformułowane tak, jak by to były moje własne uwagi.
Czy oni są niepoważni?!...

Na koniec zaś kwiatek: wczoraj był kolejny nomikai, na którym mistrz znów posadził mnie koło siebie, ale trzymał ręce przy sobie. Teraz tylko opowiadał wszystkim wokół, jak to podczas pewnego wyjścia do karaoke ja się tak upiłam, że musiałam wracać do domu. To, że próbował mnie obmacywać, więc uciekłam, uznał za informację wyjątkowo nieistotną.
Gościu po pamiętnym karaoke pomógł Harunie zamówić dla mnie bilet na „Draculę”, więc sądziłam, że próbuje się zrehabilitować za swoje zachowanie.
Tymczasem on chyba myśli, że ma mnie w kieszeni.
Tiaaa.....Czekam na kolejne takie kłamstwo. Czekam na nie niecierpliwie.

 
W weekend odpoczęłam fest, choć bardzo intensywnie; cały wywczas bowiem w Tokio spędziłam. W sobotę, po spotkaniu z ludźmi z Nara Kyouiku Daigaku, i po kolacji z Sawadą, podczas której oczywiście wydało się, że zamierzam od następnego dnia szukać biletu na „Me and my girl”- ruszyła reakcja łańcuchowa.
Zaczęło się od Sawady i jej „Wiesz co, zadzwonię do znajomej, może ona będzie wiedziała od której jest narabi (wyczekiwanie w kolejce po bilet)”, potem było jeszcze kila telefonów, tym bardziej budujących napięcie, im później były, wreszcie ostatni telefon o 23:30 – „Masz bilet na 15:30”
Radość moja nie miała granic.
Mimo przegadanej z R. niemal całej nocy, zwlokłam się o świcie i pojechałam do Yurakucho na irimachi. Planowałam znaleźć tokijski fanklub Kiriyan, przywitać się, i zapytać, gdzie – jako nie-członek – mogę stanąć, żeby coś widzieć, a nie przeszkadzać.
Nie dali mi.
Wciągnięto mnie szybko w szeregi fanek, przybranych w granatowe stroje klubowe, ktoś dał mi kartkę, na której mogłam napisać kilka słów dla Kiriyan, szefowa fanklubu przyniosła mi ich tokijski papiurek do zbierania punktów za idimachi i demachi...papierek, który z reguły dostaje sie tylko i wyłącznie będąc członkiem FC i płacąc roczną składkę O_O Najlepsze zaś było, kiedy się przedstawiam, a szefowa wpada mi w słowo: „Porando no kata desu ne” ( „Z Polski, prawda?”) XD------- THEY KNOW.
Wskazuje też na to kolejny tekst Sawady, kiedy w przerwie między jednym lakonicznym telefonem a drugim, ktoś zaśmiał się, że taka akcja z powodu biletu dla mnie... „
そうです、皆マリアンナを知ってるから。有名人です。
Czyli pokrótce- wszyscy mnie znają; jestem sławną postacią.
XDD Naturalnie, to było półżartem, na pewno. Ale frapuje mnie to drugie pół...
Także pobyt w Japonii uznaję za kompletny. Widziałam Kiriyan, poszłam na spektakl. Spędziłam przy teatrze całą niedzielę, zamarzając na kość, bo oczywiście w weekend musiało lać... -_-‘  Ale warto było. Jeszcze parę irimachi przede mną, i to stanowi główną moją pociechę podczas tych dni wśród dzikich.

Trzeba mieć swoją przestrzeń, trzeba sie ratowac. Jeszcze w sumie tylko miesiąc, prawda?

 

poniedziałek, 19 maja 2008
Tokio Babilon

  Były plany szaleństwa i wyzucia się z sił wszelkich w nieprzytomnym tańcu. Nie wyszło z tego nic, za to wyszło coś zupełnie nieoczekiwanego, nowe doświadczenie i masa wrażeń...nie zawsze przyjemnych.
Weekend zaczął się przemiło, wypadem małej grupy na kręgle...

... na ktorych radzilam sobie swietnie, i do karaoke.
Sądzę, że to napiętnowało mój wywczas, bo karaoke miało się okazać moim przeznaczeniem na kilkadzieścia następnch godzin. Może dłużej, to się jeszcze zobaczy.
Piątkowa izakaya była miejscem maleńkim i uroczym, tradycyjne wnętrze i nowiutkie ekrany ciekłokrystaliczne z zainstalowanym programem do karaoke. A nade wszystko- babcia-właścicielka, zanosząca się piekielnym chichotem, ilekroć którykolwiek z białasów zrobił coś (wg niej) zabawnego. Powiedział coś po japońsku. Wziął do rąk pałeczki; zjadł nimi coś. Golnął nihonshu szczodrym łykiem.
Babcia absolutnie wymiatała. :DD


Przekaska do piwa:


W sobotę powinnam była wyczuć, że coś jest nie tak, bo w ogóle nie czułam iprezowego dreszczyku. Na bogów, w ogóle nie czułam, że jest sobota!..
Toteż nie powinno mnie dziwić, żę najpierw próbowałam wysiąść na niewłaściwej stacji, dziewczyna, która zaproponowała inną niż ja chciałam miejscówkę na bouncy wykręciła się w ostatniej chwili, my z R.szukałyśmy owego lokalu ponad godzinę- i ostatecznie mnie doń nie wpuszczono, bo nie miałam żadnego dokumentu, orzekającego o mojej tożsamości i- zaznaczył bramkarz chłodno- o wieku.
Myślał, że mi pochlebi?...Niech się wypcha, nie polubiłam drania. Ruru-victim* >_<
Bo widzicie, jest taka rzecz, że pewne rzeczy się mnie...po prostu nie imają. Rzeczy powszechnie- i błędnie doprawdy- uznawane za nieodzowne w dzisiejszych czasach.
Z reguły albo rzadko pamiętam je ze sobą zabrać –telefon na przykład- albo po prostu nie używam- zegarek-, czy najczęściej po prostu nie mam nigdy pojęcia, gdzie aktualnie są. Vide dokumenty.
Po co mi?!..Na co dzień, jeśli nie ma mi to załatwić żadnej zniżki, dokument traci dla mnie większe znaczenie. Owszem, wiem, że muszę go mieć, jako obywatel. I mam. Gdzieś, w biurku pewnie.

Także chciałam zanurzyć się w uciechach miasta, a tymczasem nie dane mi było; miasto ugięło swoją membranę, po czym nagle odsprężynowało, odrzucajac mnie na kilkanaście wypełnionych wściekłością metrów. Tej nocy nie byłam uczestnikiem, tylko obserwatorem. I na bogów- jakkolwiek nic nie dorówna nocy przetańczonej do dobrego housu, tak to, co widziałam wędrując przez Tokio, na zawsze pozostałoby ukryte przed moimi oczami, gdybym spędziła noc w czterech ścianach lokalu.

Przez Shibuyę do Shinjuku, on and on...Odwiedziłyśmy parę lokali i podejrzanych spelunek, dowiedziałam się między innymi, że dziewczyny, które wyglądają jak prostytutki, pewnie są zwykłymi obywatelkami, wystrojonymi przy sobocie, lub- bo tak.
Prostytutki często noszą dżinsy i sweterki zapiete pod szyję. Krążą niespokojnie po swoim odcinku ulicy, zagajając mężczyzn. Raz nieopatrznie stanęłam na ich terenie, wypatrując w gąszczu pobliskich neonów czegoś, co by zapewniło godziwą rozrywkę. Sądziłam, że grupka rozgadanych kobiet w pobliżu to po prostu jakieś laski wracajace z pracy przelotem przez pare barow.
Dopiero R.odciagnęła mnie kawałek dalej, filując nerwowo na ostre paznokcie i zimne spojrzenia nagle ucichłej grupki.
O pewnej godzinie większość cywili jest już zadekowana w klubach, barach i karaoke; na ulicach zostaje tylko sex biznes; klienci i obsługa. Wszędzie, na każdym rogu, w zaułku, bramie, pełno czrnoskórych. Wielcy faceci o ruchliwych oczach, którzy mówią do ciebie, a wzrokiem cały czas przeczesuja ulicę.
Naganiacze.
Jeden nawet zdołał nas namówić, żebyśmy za nim poszły- obiecujac pokazac nam dobry klub w Shinjuku, ale kiedy zniknął nam za kolejnym – znów o kilka latarni ciemniejszym niż poprzedni- rogiem, R.capnęła mnie za łokieć i rzuciła przez zęby „Teraz!”. Dałyśmy szpulkę, aż gwizdało w uszach.

Najlepsze, że ryzyko porwania, gwałtu, znarkotyzowania i co tylko - było istotnie okropną myślą; ale mi tak naprawdę cały czas krążyła po głowie natrętna wizja, jak budzę się w wannie pełnej lodu, i mam o jedną nerkę mniej.
I włos mi na głowie powstawał XD
I know, I’m weird.

Jeden naganiacz dopytywal sie, czy jestesmy z Rosji, co drugi zbil szybkim a pewnym `Nah...Germany, right? Or Poland`. Kolejnym wkrecalam rozne inne opcje, bo tak juz mam, ze jak ktos obcy sie za bardzo wypytuje, zawsze wychodza ze mnie same klamstwa, od imienia poczawszy, do stanu rodzinnego i wykonywanej pracy wlacznie. To odruch.
Inszy naganiacz, po kilku zdawkowych pytaniach, strzelajac oczami na prawo i lewo, spytal od niechcenia, czy nie chcemy porobic malego `arubaito`.
...
Szybko zrozumialysmy, ze musimy gdzies sie ukryc i przeczekac noc, bo na ulicach bylo juz gesto od feromonow, i ktos kto nie byl zainteresowany ani swiadczeniem, ani korzystaniem z uslug, bardzo nie pasowal. Rzucal sie wrecz w oczy.
Nim jednak ukrylysmy sie w karaoke (by przetrwac tam do rana, utrzymujac sie w przytomnosci drinkami i kilkoma godzinami spiewania), napatrzylam sie na hostessy obu plci. Dziewczyny takie same pieken lale, jak w czaspoismach, czy czesto gesto na ulicach.


To ci chlopcy...sa tak nienaturalnie gladcy, nieskazitelni i odpicowani. Otoczeni chmurka gloszaca:` I know, I`m goergous`. Ich wielkie zdjecia wisza podswietlone nad wejsciem do lokalu, jak menu; spezialite de la maison.
`Dzis szczegolonie polecamy Yoshio`


Dziwnie mi sie na to patrzylo; oni tym zyja. To jest ich swiat, ze musza byc pozadani, caly czas piekni i nieprawdziwie idealni. Wygladaja tak, jakby przy lekkim potarciu ich skora popiskiwala jak celuloza, a ulozone identycznie u wszystkich natapirowane blond wlosy sprawiaja wrazenie sztywnych peruk. Piekne manekiny; puste, idealne, nic tylko wieszac na nich markowe ciuchy, perly i pocalunki (tylko byle nie popiskiwac celuloza, bo zeby swierkna).
  Ja bym nie chciala co prawda; jest cus na rzeczy z manekinami i sztucznymi kwiatami, cos, co napawa mnie absolutna groza. Niewytlumaczalna odraza, mieszkajaca mniej wiecej na tym samym poziomie swiadomosci, co pociag do swiatla i ciepla, a takze strach przed ciemnoscia.

Do rana, niczym bohaterki horroru, kiedy przetrwanie bez snu do switu jest gwarantem happy endu, spiewalysmy, coraz bardziej ochryple i nie na temat, wszystko, co tylko moglysmy wydusic z maszyny. Gdyby nie tequilla o poranku, przegralabym ze zmeczeniem. Nagle jedna R.spoglada na zegarek, i mowi z ulga godna potomkow Noego: `Jest nowy dzien`.
Wychodzimy o 5:30 z naszego przyczolku na swiat, i zostajemy porazone blaskiem dnia. Oraz dzikim tlumem, przewijajacym sie razno po ulicach.


Wiec to prawda.
Tokio nigdy nie zasypia.



czwartek, 15 maja 2008
Sprzedać duszę za L4...Deal życia.

W Nikko spadł śnieg.
Niby ok, w końcu góry; żadne tam K2, ale jednak te 3 tysiące metrów będą. Zaś my jesteśmy 2 godziny drogi od strefy zrzutu.
Cthul łaskaw, że mój grzejnik zechciał wznowić współpracę.
A ja, naiwna, zabrałam głównie letnie ciuchy, bo maj i Japonia, panie dzieju- upały, duchota, wilgotność 200%!.. To ostatnie się zgadza, fakt. Wilgotność wielka spada z niebios kaskadami, a ja po pracy zakładam sweter pod jukatę.
Właśnie, te jukaty...Cudownie jest wrócić do wysprzątanego pokoju, rzucić waciaka w kąt, wleźć pod prysznic (zalewając przy tym pół łazienki, bo rury są nieszczelne) po czym rześko czując się i zdrowo- owinąć się pachnącą świeżością jukatką...*___*
Lękam się jedynie, że luksusy mieszkania w hotelu odbiją się potem niekorzystnie na moim Domu Przyszłości. C'mon: codziennie wymiana ręczników, świeża poszewka na morderczy jasiek i wyprasowana w kant jukata, dywan odkurzony, śmieci ewaporowane...Wszystko to może rozpuścić do cna moje chwalebne kawalerskie nawyki.
Chyba że nie; chyba że posiadanie sprzątaczki tak mi wejdzie w krew, że nie będzie innego wyjścia, jak tylko tarzać się w forsie i zatrudniać służbę. Będę tyrać po 12 godzin, żeby mi ktoś codziennie kładł świeży dywanik przed Wielkim Uchem.
Sounds reasonable.
Zdroworozsądkowe podejście do świata jest w modzie, czego dowodzi niedawny meeting, i odpowiedź głosu ze Stargardu na oburzenie operatorów, że wbrew wcześniejszym obietnicom- będą pracowali w Boże Ciało; odpowiedź gładka jak niezwulkanizowana opona: "Ale dostaniecie specjalny dodatek przecież"
I gra muzyka!
Kasa, kasa.
***
Jest taka piosenka Depeche Mode, "World in my eyes", stara, znana, niedoceniana na imprezach.
Słuchał kto kiedy uważnie tekstu? Głosu Gahana w tym utworze? Uważam, że jest to jeden z ich gorętszych kawałków. Na bogów, jeden z gorętszych, jakie znam w ogóle, żadna tam wywijająca pośladkami J.Lo czy inny boysband; oni mają cuś w tej swojej muzyce, tak niesamowicie mrocznego, z dna snu prosto... Oczywiście rozumiem, że dla masy ludzi seksowność muzyki wynika z jej pulsującego rytmu, czy półnagich piosenkarzy, prezentujących polane oliwą ciała w smętnych resztkach pociętego żyletkami przyodziewku. To nawet raczej powszechne jest, sądzę.
Ale Depeche, oni mają jeszcze te mocne linijki, takie fajne, wpadające w ucho, wypunktowane ---Momenty.
"Bring the chains (...)".
Raczej elektryzujące, nieprawdaż?...Mrryh! Jak słucham ich tekstów, rysuje mi się głównie rozmaitą psychopatologię, ale----daaaym, shiver me timbers! O_O
poniedziałek, 12 maja 2008
Koniec bajki

Skończyły się żarty, zaczęły się schody.
Co było do przewidzenia, toteż muszę grzecznie wycofać się z mojego uznania dla Japończyków jako współpracowników.
Choć tak naprawdę trudno obarczać odpowiedzialnością którąkolwiek ze stron, zawiniły raczej różnice w mentalności narodowej.
Dla Japończyków idealnym remedium na wszelkie trudne sytuacje jest piękna deklaracja. Rzucić ją, uśmiechnąć się promiennie, wszyscy się radują, słońce wychodzi, a ubogim i chromym rozdaje się łakocie.
Ideał.
Tymczasem coraz bardziej rozjuszeni Polacy żądają rozwiązań; konkretnych, jasnych, a przynoszących rezultaty decyzji. Im szybciej następuje namacalna poprawa- tym lepiej.
I to się Japończykom w głowie nie mieści. Kręcą, mamią, ślizgają się coraz rozpaczliwiej pośród półprawd i niedomówień, zachodząc w panice w głowę- when did it all go so wrong?!...
Nie potrafiąc w oczywisty sposób poradzić sobie z istotą problemu, chwytają się ostatniego pozostałego im sposobu, znanego z własnego podwórka.

Gróźb.

Jak łatwo zgadnąć, jest to ostatni chwyt, którym powinni się byli posługiwać. Do diabła, imaginujcie sobie to! Człowiek pracuje, ale czuje się zwodzony i oszukiwany, więc żąda uregulowania niedociągnięć, a w zamian dostaje: „Uspokój się, albo wylecisz”.
Pokażcie mi człowieka, który się na te słowa uspokaja.
Osobiście przyjadę zrobić mu zdjęcie.
Japończycy są przerażeni- i mają powody. Sytuacja naprawdę wymyka się spod kontroli, już dwóch supervisorów cudem uniknęło przefasonowania profilu, a na mieście zaczęły sie rozróby. Budzące grozę w żyłach- I mean, moja podstawówka nie byłam rajem ad all, ale to, co słyszę za dnia przy stole, opowiadane pogodnym, gawędziarskim tonem przez operatorów, spokojnie mieści się w ogólnym pojęciu czystego wandalizmu.
Nic dziwnego, że na gospodarzy padł strach.
Chwytają się dziwnych sposobów, by obłaskawić złego wilka; niektóre z nich wskazują na pojmowanie świata, które musiało wykiełkować na nieznanych mi rubieżach lukdzkiego umysłu, naprawdę. Na przykład nie wiem, co chciał osiągnąć K., dając sobą pomiatać na wieczornych popijawach. Jak konkretnie chciał się ponownie wkupić w łaski, pozując do zdjęć w scenkach rzekomego zaspokajania oralnie jednego z operatorów.

Moim zdaniem diabeł twki w kolejnej, nieuświadomionej różnicy kulturowej, ściśle- w japońskim poczuciu humoru.
Ileż to ja razy musiałam tonować operatorów, którzy ruszali z pięściami na instruktora, który ponownie nazwał ich gejami, bądź w inny, dosadny sposób nawiązał do domniemanego homoseksualizmu polskiej grupy.
Wielkie halo (choć w Stanach, i w części Europy to już by trąciło rozprawą o molestowanie): próbował złapać któregoś za krocze, nazwał pedziami i uciekł zasłaniając odbyt- typowe. Nie ma co się burzyć.
Ja to wiem.
...
I ja to wiem -_-‘

Już zarówno tłumaczyłam rozwścieczonym chłopakom, że to tylko takie żarty, a instruktorom- że Polaków to NAPRAWDĘ nie śmieszy. Senseie jednak, nieuważnie mnie odganiając, popatrywali z rozbawieniem na operatorów. Bo im się taki żarcik udał, że ho ho, wszyscy podskakują jak czajniki na ogniu, baaaardzo śmiesznie.
Dlatego też więcej nie zainterweniuję- a bo to ja jestem Gaywatch?! Widocznie słowa to za mało, nie przemówisz do gospodarzy, bo jakkolwiek wiele się mogło wyjaśnić dla mnie odnośnie japońskiej mentalności, jedno pozostało niezmienne od początku: ich brak wyobraźni.
Może więc pięść w nosie będzie posiadać tą moc przekonywania, jakiej zbywa moim słowom. Chętnie poczekam i zobaczę.
Poza tym fakt, że jestem kobietą, w jakis sposób odejmuje moim słowom, potrzebom, czy problemom, walnej części wagi, jaką mają słowa, potrzeby i sprawy operatorów.
Tłumacz...To tylko tłumacz. Operatorzy- to ci skarb! Bez nich fabryka nie ruszy!
I faktycznie, nie ruszy. Jeśli nie będzie komunikacji i porozumienia. Ponownie- ja to wiem.
Wiedzą inni tłumacze oraz operatorzy.
Japończycy nadal pozostają na tą prawdę cudownie odporni.
Ale czy to ważne, że tracę głos? Sensei chce sobie pożartować, że chłopcy są ”homo” więc choć tu, „Mariana”, i gadaj. Przekrzykując maszyny, połykając gumowy pył, próbując dokończyć nim operatorzy wpadną we wściekłość. Nic dotyczącego szkolenia, ani nie służącego porozumieniu- believe me.  Ale zdzieraj sobie głos, tłumaczu, a bo to mój..?!
Naprawdę, widzę wyraźnie, że pozycja kobiety w takiej firmie, jest zaiste nieciekawa. Ja oczywiście nie dam się robić w bambuko, ale mi to krwi napsuje, to moje.
Zaczynam wracać do mojej ulubionej praktyki, czyli rozkoszowania się wolnością osobistą w taki sposób, żeby dopiec mizoginom.

Mniejsza jednak z tym.  W sobotę śmigam do Tokio na imprezę i to się liczy :D

Oto zas rozne oblicza Fukuoki...


czwartek, 08 maja 2008
Nowe doświadczenia japońskie

Miałam początkowo pisać o czym innym, ale przygodził się weekend majowy, i co zrobić- na tyle sie działo, że wreszcie wrzucę parę zdjęć, choć spokojnych. Problemy społeczne Japonii zostawię na kiedy indziej- temat nieświeży, ale krzepki, prędko nie straci na ważności. Niestety.

W „goruden łikku” wybrałam sie na Kiusiu. Radości z wyjazdu nie zdążyło zepsuć nawet gigantyczne opóźnienie autokaru, który wystartował z 40minutowym poślizgiem, następnie gładko zmienionym w Power Slide o nominale pięciu godzin.
Tak, podróż miast czternastu- trwała godzin blisko dwadzieścia, co nie jest najlepszym sposobem rozpoczęcia długiego weekendu. Ale gorsze też bywają, więc zostawmy to; miałam na szczeście buteleczkę rozrobionego z wodą umeshu, więc podróż mi się aż tak nie dłużyła, choć Hakata Dontaku festiwal w Fukuoce przeszedł mi koło nosa i tego nie mogę odżałować.
Na pociechę- wymachująca dominikańską flagą i uschniętymi badylkami przystrojonymi papierowymi rybkami Silna Grupa Pod Wezwaniem z miejsca poprawiła mi humor :D


Działo sie odpowiednio dużo, i nocne zwiedzanie świątyni, i impreza w Fukuoce, odwiedziny w uroczym Dazaifu- z pięknym zenistycznym ogrodem- a także nieco pożywki dla upadłego ducha.

Ta ostatnia część była chyba najistotniejsza- poza zakupami, i przegenialną indyjską knajpką, która stanowiła zbawczy łyk barw dla wysuszonego japońskim zachowawczym traktamentem koloru poczucia estetyki. Nie dość, że dostałam baaardzo pikantnego kurczaka i olbrzymi nan (oficjalnie odtąd jedna z najpyszniejszych rzeczy pod słońcem), to jeszcze oryginalne indyjskie piwo. No, ok, chciałam Tajmahal, a że nie było- dali Maharaję, i na bogów: jeśli to to popijał Devdas, kiedy chciał się z niespełnionej miłości zapić na śmierć, to nie dziwota, że na każdym fotosie taki nieszczęśliwy.

Gorszego piwa w życiu nie piłam. Także nowych doświadczeń masa.
Doświadczenie z zieloną czapką- też przednio sie udało :D


Tak poza tym, zamierzam uzupelnic wreszcie album na Picassie, takze tam bedzie mozna podziwiac moje okolicznosci przyrody do woli :D

Porzucając ciało (nie na długo, co prawda, nigdy nic nie wiadomo...) i wracając do ducha- obejrzałam kapitalny spektakl, uwaga- NIE takarazuczny :P
„Asura-jou no hitomi” spełnił wszystkie wymagania, i nie-pokładane w nim nadzieje. Ubawiłam się tak przednio, i pozostałam z wrażeniem tak pozytywnym, że niechaj świadczy o nim ta ocena- to było ukoronowanie weekendu
*__*
Zaczyna być chyba coś na rzeczy z japońskimi aktorami sztuk tradycyjnych; o ile aktorzy filmowi to minogi bez łebka, wszyscy bez wyjątku gładkolicy i bezpłciowi jacyś tacy- aktorzy kabuki, czy kyougen nadal mają charyzmę sceniczną.
Nomura Manzai. Somegoro Ichigawa. Atsuro Watabe.
Mrrrryh!...Jakbych mogłam, to bych sobie plakaty jak małolata na ścianie powiesiłam.
Ale ni mom. :/
Mogę cieszyć oko jedynie tym, co me zdolne ręce wyprodukowały z nadesłanych printscreenów- oto Somegoro ^__^


Natomiast w czerwcu wybieram sie na musical pod szumnym, acz wyswiechtanym nieco tytulem "Dracula" *__* Najlepsze, ze role Lucy bedzie grala....Shibuki Jun. Ta, ktora w sztuce zuki `Bara no Fuuin-Vampire Requiem` grala glownego wampira :) Bedzie ciekawie...Przepiekny plakat jest do tego.  Zdobede go i powiesze zaraz kolo Somegoro, a nieco powyzej Manzaia :P

Dziś w nocy natomiast było trzęsienie ziemi. Całkiem fest- przeniknęło w mój sen i wyciągnęło mnie stamtąd. Może i dobrze?...śniło mi się, że z długich wojaży wróciłam do domu, i znalazłam go cichym, pustym a obcym. Przeprałam zatem roboczy waciak BS’a, zapakowałam trochę kanapek i przed wyruszeniem na kolejny niekończący się szlak przysiadłam na łóżku. Które zaczeło się trząść. Otworzyłam oczy- a ono dalej się trzęsło w ciemościach hotelowego pokoju. Chwilę renderowałam, po czym wstałam, zapaliłam światło w drodze do drzwi, które otworzyłam na oścież, po czym wysłuchawszy sennie komunikatu („Proszę państwa, odnotowaliśmy trzęsienie ziemi” -_-‘  Super. My też. ), skierowałam się do biurka, żeby pod nie wejść.
Wszystko to zaś w stanie na poł somnabulicznym. Szczęściem, nim zdołałam wleźć pod biurko- trzęsienie ustało; dla porządku sprawdziłam jeszcze godzinę (1:47) i poszłam spać. Przez jakiś czas jednak wciąż miałam wrażenie, że się cuś trzęsie- pewnie ja, z nieuświadomionej ekscytacji. W końcu paru kolegów się nie dało obudzić, nawet tym ostatnim tąpnięciem (pierwszym, które ja odczułam na tyle, żeby unieść powiekę XD) o sile 6,7. Także doświadczenie z roztrzęsionym gruntem także mogę zaliczyć do przeżytych.

W jednym i drugim sensie tego słowa :/

CURRENT MOON