RSS
środa, 27 maja 2009
Noergaards-Roskilde

Dzis cwiczylam z maczetą.
Oczywiscie treningową, o tępych, szerokich krawędziach. Ale jednak byl to sluszny kawalek stali. Nie macie pojęcia, jak wyostrza się koncentracja, kiedy ktos ze swistem zamachuje się na ciebie kawalem metalu O.O
Dni mam teraz naprawdę bogate, wypelnione roznorodnymi zajęciami, bo poza intensywnym packaniem w pracowni i rownie intensywnym trenowaniem Escrimy, większosc wolnych godzin poswięcam graniu, co dzien trochę więcej.
Cala Bjeringbronx Kirk Orchestra tak robi.
Najpierw bylo to dla potrzeb nagrywania- zeby poszlo gladko, w miarę szybko, z minimalną iloscią korekt i powtorek.
Teraz jest jeszcze lepiej, bo w sobotę gramy koncert na mini-Roskilde, festiwalu, urządzanym w ten weekend przez szkolę- tak, zeby ci, ktorzy nie jadą na prawdziwe Roskilde, poznali choc echo smaku tej imprezy.
Akcentem szkolnym mają byc dwa z trzech szkolnych zespolow, ktore zagrają między zaproszonymi, PRAWDZIWYMI zespolami; wystąpimy z mieszanym repertuarem, zlozonym z kawalkow swoich- i coverow.
Tak, będzie duzo obcych ludzi, ktorzy wejdą `za biletami`; i owszem, chyba dostanę przedtem ataku serca, bo za grosz nie czuję się przygotowana, tym bardziej ze- jako nowy czlonek zespolu- ponad polowy repertuaru, czyli ok.pieciu piosenek, nauczylam się dopiero dzisiaj XD I to tak na szybko.
Jesli w sobotę zagram to wszystko bezblędnie, to jestem cholernym geniuszem.
A teraz- kilka przesmiesznych filmikow dla odpręzenia :D Polecam, obejrzyjcie kazdy do konca! To w koncu tylko parę minut, a jest boskie, ja kwiczę ze smiechu za kazdym razem, gdy to oglądam :D

Troche cicha czesc trzecia... `Just...just one moment of peace...Puleeease` :DD
sobota, 23 maja 2009
Punkt siedzenia

Juz od tygodnia mam spuchnieta stope, i kustykam po szkole, w poszukiwaniu jakichs bodzcow tworczych, zeby cos porobic ciekawego i innego niz zawsze, skoro wedrowanie, jazda na rowerze, slowem- wszystkie czynnosci motoryczne, dostarczajace mi na codzien tyle radosci, mam mocno utrudnione, jesli nie uniemozliwione.
Zawsze konczy sie w pracowni -_-` Jestem w przedziwny sposob wyprana z nowych pomyslow na spedzanie czasu, a malowanie- coz, odpreza mnie bardzo. Nawet jesli pozniej ledwo stoje, a kregoslup krzyczy do mnie brzydko duzymi literami XD
Gwoli wyjasnienia- nie wiem, co mi sie z noga stalo. Boli. I dzieje sie tak od imprezy w Watergate w Berlinie- na ktorej bylam trzezwa, wiec nie moglam sobie zlamac konczyny o bar i tego nie pamietac. Ot- tajemnica Watergate nadal nie rozwiklana, choc Amerykanie moga twierdzic co innego :D
Ale po Berlinie zostala mi jeszcze garsc refleksji, ktorymi pragne sie podzielic.
Spowodowaly je rozne drobne uwagi, ktore padaly z ust obcokrajowcow, a ktore uswiadamialy mi roznice w swiatopogladzie, doswiadczeniach zyciowych, bagazu wynikajacym z pochodzenia z takiego, a nie innego kraju/regionu wreszcie.
Np. kiedy podczas jednej z przerw autobusowych wedrowalysmy z Juti i Mette uliczkami malego, niemieckiego miasteczka ze zgnilym bajorem posrodku rynku w ramach atrakcji turystycznej, zawedrowalysmy do mini parku. W ktorym po trawnikach rozsiane byly naturalnej wielkosci posagi z brazu, wyobrazajace zwierzeta: kaczki, dzikie gesi, psy... Dzik zaskoczyl mnie zupelnie, bo tkwil na poly ukryty za krzakiem jasminu, wiec nagle objawil sie moim zdumionym oczom, i wywolal reakcje instynktowna.
Nie, nie zrobilam sceny rodem z `10.000 B.C`, nie rzucilam sie na biedaka z wlocznia i dzikim wrzaskiem; ale nieco---uskoczylam w bok -_-`  YES, I DID, sopockie lasy wyksztalcaja w czlowieku zadziwiajaca szybkosc reakcji XD
Mette spojrzala na mnie z zaciekawieniem, wiec pomyslalam, ze warto rozwiac podejrzenie, ze mam zaczatki Huntingtona.
`To odruch; ten dzik wyglada bardzo realistycznie, a w Polsce mamy ich naprawde duzo ^^``
Zaciekawienie Mette wyraznie wzroslo.
`Posagow?` spytala domyslnie.
......
Nie wiem, dlaczego dla Dunczyka bardziej oczywiste jest, ze czlek bedzie mial posagofobie, niz ze w jakims kraju dziki moga swobodnie biegac po lasach i siolach (i nadmorskim bulwarze tez, gwoli scislosci XD)
Nastepnie byla rozmowa o podrozowaniu, roznych srodkach lokomocji miedzy innymi tez, i wtedy to Mette powiedziala z rozmarzeniem:
`Lubie podrozowac po wschodniej Europie; tam wciaz maja te starenkie pociagi, wiecie..`
Automatycznie pomyslalam o parowozach i zastrzyglam uszami, zadna wiedzy, gdzie to jeszcze takich uzywaja, co bym mogla sie tam udac.
`I jak sie jedzie- kontynuowala M.- to one tak turkocza: ta-TA-ta-TA, ta-TA-ta-TA...`
O_O
Jej `starenkie pociagi` to nasze pospiechy i ekspresy, srodki lokomocji dnia codziennego, bo przeciez nie wszystkich zaraz stac na rozbijanie sie intercity co niedziela.
Dla niektorych to juz relikt, owiany mgielka nostalgii, jak parostatki i dorozki; wyobrazenie takiego pociagu, to Przygoda! Powrot do Przeszlosci i Wyprawa na Dalekie Rubieze! Latajacy Holender w formie naziemnej!.. O_O
Ja tez wole te turkoczace pociagi, kolyszace sie na boki, jak tez wlasny termos i walowe przedkladam nad jedzenie zakupione z eleganckiego wozka; jak kupujesz sobie plastikowego rogala z plastikowa czekolada, i kubeczek kawy, to klimat jest nie ten. Nie ma w tym ducha podrozy.
Pamietam, jak kiedys wyciagnelam swoj termos w Intercity; i spojrzenia, jakimi obdarzyli mnie inni podrozni z przedzialu. Bo to takie passe! Kompromitacja! I pewnie jeszcze zaraz wyciagne jakies -o bogowie- kanapki?
Wyciagnelam 8-) A co.
Takze cieszcie sie, ludzie, poki mozecie naszymi `Bachusami`, `Mieszkami` i "Ślązakami", bo zazdrosci nam tego zachodnia Europa :D
Trzeci wreszcie moment iluminacji nastapil w zupelnie innym miejscu i czasie, mianowicie w pociagu do Arhus; Anna (Wegierka) zapytala nas w zadumie, tonem zdecydowanie sugerujacym odpowiedz twierdzaca:
`Wy tez tesknicie za gorami?`
Oczy musialam miec na pol twarzy ze zdumienia; dlaczego mialabym tesknic za gorami?! Coz za dziwne przypuszczenie!
Dopiero pare sekund pozniej zaskoczyla empatia; dla mnie jest oczywiste, ze wszyscy tesknia za morzem. Jak mozna przedkladac gory nad morze? Jak ma sie morze- ma sie wszystko. Gory sa dobre raz na jakis czas, ale co- tak bez morza zyc? Poszaleli?
Proste zdania; zupelnie przypadkowe, niewinne uwagi, a troche luftujace swiatopoglad :)
O, albo na przyklad to: w Danii swietuje sie radosnie 1-go Maja; wszedzie lopocza czerwone flagi, maszeruja orkiestry dete, i w miejskich parkach rozkwitaja namioty, serwujace piwo i wurst. Ech, naiwnosci...
Pamietam PRAWDZIWE obchody 1go Maja, w kraju, w ktorym to bylo swieto panstwowe, wazniejsze, niz Boze Narodzenie; dzien wolny w szkole, ruch uliczny zastygly, mieszkancy zbierajacy sie wzdluz trasy, ktora szedl pochod, kolorowe choragiewki, ktore wczesniej urobilismy na pracach technicznych, a przede wszystkim- rowery z kolami przeplecionymi pasami kolorowej bibuly. Jak ja marzylam, zeby miec taki rower z bibulkowymi kolami!...
A w Danii tesknia za czyms, czego nie poznali z autopsji, i popijajac piwo w cieniu czerwonych flag, plotkuja, jak by to bylo wspaniale, gdyby. Hm :)

wtorek, 19 maja 2009
The Murder of Crows

W Berlinie się dzieje. Nieustannie.
Nie trzeba mieszkać koniecznie w zdominowanej przez kolorowe mniejszości dzielnicy, ale to jednakowoż ułatwia ujrzenie wielu niecodziennych widoków czy odwiedzenie nietypowych imprez w jdnym z wielu squatów miasta.
Mieszkaliśmy przy Schlesiches Tor, 10 minut piechotą od East Side Gallery, przy moście łączącym świat zniewolony z Zachodem.
Jako grupa ze sztuki mieliśmy odwiedzić wiele wystaw, skończyło się na bardzo nielicznych, przy tym w większości współczesnych ekspozycjach, które tylko ugruntowały moją opinię o dominującym typie sztuki współczesnej.
Antrios- i wszystko jasne -_-'
Dla niektórych "o, nad poziomy wylatuj!"-dzieła, jak dla mnie brud na ścianie. Punkt widzenia zależy od puntu siedzenia }:P
Najstraszniejsze były bohomazy w Kunst-Werke-Berlin, np. czarna smuga na szarym tle, czy biały płat materii, z kilkoma szwami fastrygą na środku. Ale cztery wielkie, kolorowe--- czipsy, jakie obejrzeliśmy w ramach zapoznawania się z rzeźbą współczesną, walczą dzielnie o nagrodę Złotego Szpadla XD
Szczęściem była instalacja dźwiękowa w Hamburger Banhof, autorstwa Janet Cardiff i Bures Millera, zatytułowana "The Murder of Crows", i zaprawdę- jeśli będziecie mieli okazję wybrać się na to, nie wolno zaprzepaścić tej szansy.
Cudowne; świeże i porywające.
Siedziałam na kamiennej posadzce w ogromnej sali, prawdziwie hangarem się wydającej; pomiędzy ludźmi, na krzesłach, stały głośniki, niczym obojętni, czarni posłańcy. Nad nami zamykała się kopuła z takich samych, podwieszonych głośników, łącznie było ich 98 sztuk.
Wystarczyło zamknąć oczy- i niemal czuło się na twarzy wiatr z widmowych skrzydeł setki przelatujących kruków, wokół szalała wichura, burzyło się morze, rozbrzmiewały kroki, przejeżdżał pociąg...Wiem, że ani słowa, ani filmiki na sieci tego nie oddadzą, ale słuchowisko jest magiczne.
Trzeba tam być, w tym wirze żywych dźwięków. Naprawdę- kiedy śpiewał chór, słyszałam wyraźnie drżący oddech śpiewaka, którego głos dobiegał z najbliższego mi głośnika.
Wysłuchałam tego trzy razy; tylko trzy, bo czas naglił, miasto czekało, etc. Ale gdyby to ode mnie zależało, zostałabym tam do wieczora.
Dla zainteresowanych- nieco linków:
http://www.youtube.com/watch?v=Xfa2fvWZ6II
http://www.art-in-berlin.de/incbmeld.php?id=1633
http://www.cityofsound.com/blog/2008/09/the-murder-of-c.html

Poza tym były niekończące się wędrówki po mieście, które jest jakby żywcem wyjęte z powieści Gibsona: zlepek, mieszanina, urbanistyczny kolaż; chrom i nikiel kontra blacha falista i płot z resztek fortepianu; drapacze chmur, a zaraz nieopodal zrujnowany squat. Kilka razy odwiedziłam ten najsłynniejszy, obecnie będący już głównie przestrzenią artystów, jak niegdyś Stocznia Gdańska, mianowicie Tacheles. Ale nie tylko ten; zagłębiając się w kuszący światłami, muzyką i kolorami nocny Berlin, co i rusz wkraczaliśmy w oniryczne przestrzenie, egzystujące prawdopodobnie na styku prawa i bezprawia, zamieszkane przez najróżnorodniejszy element, barwny, nieprzewidywalny i fascynujący, jak żywioł. Mekka postcyberpunku, a i tak ptaków w nim zadziwiająco wiele :P
I parków, po zmroku stających się hasz-parkami.
Wiele, wiele akcentów polskich, które kazały mi się głębiej zastanowić nad specyfiką stosunków polsko-niemieckich, tej dziwnej love&hate relationship; jedni drugich zaraz tam lubić nie muszą, ale przejść objętnie też nie potrafią, czy zapomnieć, że ci drudzy są tuż obok. Zawsze się godzi rzucić kilka kąśliwych dowcipów, po czym niechętnie przyznać, że coś dobrego też można "u tych drugich" znaleźć.
Berlin wydaje się niczym takim nie przejmować. Jakimiś poruszeniami, zawirowaniami wśród ludzików; ludziki biegają sobie- Berlin trwa sobie. W sporej części już zakwefiony, rozbrzmiewający potoczystą tureczczyzną, w którym więcej kebabiarni, niż stoisk z kiełbachą. Czekajcie, czekajcie; jeszcze będziemy przedmurzem narodów, tyle że od tej drugiej strony XD
Berlin

niedziela, 10 maja 2009
Repoman! Moj nowy idol :D
 Mialam pisac o juwenaliach, ale w miedzyczasie stracilam do tego zapal :D
Dosc wspomniec, ze byla to jednodniowa impreza plenerowa, podczas ktorej wydzialy Arhuskiego Uniwersytetu zjawialy sie szumnie i spektakularnie, w starannie wyrezyserowanej scence, by nastepnie pojedynkowac sie ze soba.
Bardzo ciekawe, byla bitwa piratow, dziewczyna na wielbladzie, statek kosmiczny, czlowiek-bomba, palenie czarownic (z prawdziwym czlowiekiem-pochodnia O_O), gejowskie malzenstwo (ktore nastepnie, zamiast na smiglym pontonie, stanelo w szranki na plywajacym malzenskim lozu) i sloneczny patrol, walczacy z gumowymi rekinami :D
A takze dwaj nasi Wegrzy, ktorzy sie upili, i rzucili wplaw przez staw, zeby dotrzec do plywajacej tratwy-baru. Dotarli do niej, ale jednego nieco ponioslo, i postanowil wskoczyc na unoszaca sie nieopodal `piracka` lodke, pozostawiona po bitwie pod piecza dryfujacego baru.
Po jego skoku z lodki zostaly drzazgi, skoczka trzeba bylo ratowac, a podczas akcji ratunkowej jednemu z niosacych pomoc zatonal telefon. Wiec dzialo sie, dzialo...Wszystkie te wydarzenia ogladalismy z zainteresowaniem, w szostke czy siodemke stojac na przewroconym wozku zakupowym, pooplatani ramionami, trzymajac sie cudzych rak, paskow i kapturow.
Nie pytajcie mnie, skad wozek sie wzial w parku, bo nie wiem XD
Zaobserwowalam ciekawa rzecz, jeszcze poprzedniego dnia w Konserwatorium Muzycznym, jakie odwiedzilismy przed jam session.
Wiele- przewaga w istocie- kobiet ma w Arhus przepyszne wlosy.
Wlasnie to slowo: pyszne. Kaskada, burza lsniacych, gestych, w artystycznym nieladzie opadajacych splotami na plecy i ramiona wlosow.
Wyglada to naprawde imponujaco, i w porownaniu do tych fryzur wytrawione chemia na jarzeniowy blond wlosy Dunek z hoejskole wygladaja po prostu zalosnie.
Splaszczone, wyniszczone mysie ogonki. A przeciez w szkole mamy mieszanke ludzi ze wszystkich zakatkow Dani, nawet z Faroe Island! I niemal wszystkie te dziewczyny reprezentuja bardzo podobny styl: dzianiny i trykoty wedle obowiazujacych obecnie, standardowych wzorcow i kolorow, czyli bezpieczne czernie, szarosci beze i biele, legginsy i sukienki-worki, wszystko nudne, bezbarwce, IDENTYCZNE.
Z obowiazkowym platynowym blondem na czele. I na potylicy tez :D
W Arhus mozna nasycic oczy mieszanina barw, wzorow, fasonow, widokiem kwiatow we wlosach, nie zniszczonych prostownicami, czy ludzi, eksperymentujacych ze swoim wygladem, ukladajacym wlasny styl, bez slepego nasladowania wystaw sklepowych.

Z nowszych wiesci- dzis pierwszy raz w zyciu sprobowalam swoich sil w grze w tenisa. I powiem wam- sa szanse! Sa szanse, ze kiedys naucze sie trafiac w pilke. Ale to dopiero wtedy, kiedy przestane podskakiwac z ekscytacja za kazdym razem, kiedy przeciwnik posle pilke w moim kierunku; smiem mniemac, ze szanse odbicia wzrosna wowczas o dobre 50% -_-`
A moze nie moglam sie skupic przez tego Graverobber`a?..A bo jestem ci ja teraz pod wrazeniem nowego widowiska muzycznego, wlasciwie rock-opery. Rzecz zwie sie `Repo! The genetic opera` i jest to wyjatkowe, niespotykane raczej polaczenie musicalu i horroru.
Ale takiego strasznego horroru, gdzie duzo krzycza i krwi tyla, ze moglby kryta zabka...O_o
Z tego, co posluchalam do tej pory, muzycznie nie powala na kolana, ba- choc trufno ferowac wyroki bez obejrzenia calosci, na razie wyglada mi to na taki wiecej `gothic-rock-opera-mhrok! mhrok!- drink my blood and live forever, before I eat your liver` twor dla mlodocianych fanow filmow z flakami -LECZ.
Jest piosenka Graverobber`a, ktorego gra Terrance Zdunich.

I trudno. Jestem z Addamsow. A co mi tam. Piosenka jest boska; nie moge przestac jej sobie nucic w myslach -_- No posluchajcie tylko...


piątek, 08 maja 2009
Jam session w Arhus

Dwa dni pod rzad wyprawialismy sie do Arhus. Dzis opisze ten pierwszy.
W srode bylo to za sprawa Martina, ktory w ramach projektu grupy muzycznej zabral nas na jam session do Fatter Eskil- zaczynam sie zzywac z ta knajpa, jako ze wystepowalam jako bywalec tejze: w koncu bylam tam juz caly drugi raz 8-)
Na poczatek jednak wyciagnelam Unige i Karin na miasto, jako ze w Fatter Eskil szalal jakis komik estradowy, co- z braku wspolnego mianownika komunikacyjnego- niespecjalnie nas interesowalo. I w magiczny sposob- dziwy, dziwy, doprawdy 8-) - dotarlysmy do pubu, gdzie lecial mecz.
Tak, TEN mecz, polfinaly Ligi Miszczow *_* Straszne cierpialam meki, probujac przez cala srode wybrac miedzy jam session a meczem. Wygral jam, ale prowokowalam los do rzucenia za mnie moneta, przychodzac z duzym spoznieniem na bus, ktory mial nas zabrac do miasta. Wiec mozna sobie latwo wyobrazic, jak przeszczesliwa bylam, kiedy zobaczylam w Arhus huczacy od ludu pub, z obiecujacym poblaskiem telewizorow na szybach.
Zdazylam na ladne 15 minut. Nie mialam za bardzo pojecia, ktorzy sa ktorzy, i nie kibicowalam konkretnej druzynie. Moje sympatie podczas meczy zreszta czesto wyksztalcaja sie podczas gry, czasem tylko zapamietuje jakas druzyne za wczesniejsze, ladne akcje. Albo za sympatyczne wrazenie, jakie sprawiaja twarze graczy :P Albo za to, ze choc sie tak bardzo staraja, to ciagle im nie wychodzi XD
W tym przypadku moja sympatia byla po stronie gry jako takiej; z czasem jednak, obserwujac desperackie, acz mizerne wysilki panow w zoltych koszulkach, rejestrujac zrozpaczone twarze kibicow i ogolne wrazenie zoltej kupki nieszczescia wobec niebieskiego pazura, szalejacego po boisku, pozalowalam biedakow i sie naprawde ucieszylam, kiedy w 92 bodajze minucie nieboracy strzelili gola. Dopiero po kilkunastu sekundach radosnego podskakiwania dotarlo do mnie, ze otacza mnie kordon milczacych, nieporuszonych fanow Chelsea ^.^`
Ale sytuacja byla i tak nietypowa, bo nigdy w Polsce nie widzialam, zeby w jednym pubie mecz ogladali kibice obu druzyn i po rowni wiwatowali, kazdy swoim. W arhuskim pubie atmosfera byla zdecydowanie bardziej sportowa, jednak i tak jakos mi sie razniej zrobilo, kiedy - niemal w tej samej chwili, kiedy spostrzeglam swoje polozenie- zaraz za moimi plecami rozlegla sie glosna piosenka na czesc Barcelony, spiewana dobra dziesiatka glosow, i w lustrze zobaczylam pokazna grupe tanczacych ^^`
Jednak zeby nie kusic losu, przeczekalysmy, az wsciekli kibice Chelsea znikna za horyzontem, nim wrocilymy na jam session.
Gdzie zabawilismy haniebnie krotko, ale zdazylam uslyszec jednego pana, ktory mial wokal zupelnie jak James LaBrie z Dream Theatre, wiec z miejsca sie zakochalam *_* `(..)and I can`t resist myself, no matter haw hard I try..`
Wracalismy pozna noca, wypakowanym po brzegi, rozspiewanym busem. Przerobilismy starannie jedyna plyte, jaka Martin posiadal w samochodzie, czyli wszystkie `Get down on it`, `Celebration` i `Jungle boogie`, a kiedy przejadly nam sie i te szlagiery, zaczelismy zawodzic wszystkie piosenki z choru, jakie bylismy w stanie sobie przypomniec o tak poznej godzinie. Dochrypialismy wlasnie, na osiem przeroznych glosow, `With a little help from my friends`, gdy przed nami zamajaczyl Gudar, i bylismy w domu :D
Ten dzien uplynal zas pod znakiem owcy na biegunach- najnowszy hit prosto z Jutlandii!

środa, 06 maja 2009
Nikt nie spodziewa się hiszpańskiej Inkwizycji

Dzisiejszy dzień sponsoruje Monthy Python.
Zaczęło się od porannego, rzęsistego deszczu, który natchnął mnie fantastyczną wizją! Zacznijmy od tego, że szkoła na wiosnę przeprowadza kursy golfa, i tak będzie da capo al fine, dopóki nie spadną śniegi nad Danią; a jest uczestników wielu, i choć żaden by nie śmiał zagrać przy Jankielu, są ci staruszkowie jak szarańcza żarłoczni, więc posiłki nabrały teraz surwiwalowego kolorytu, bo przybysze śniadają znacznie wcześniej od nas, toteż znalezienie czegokolwiek w bufecie około godziny ósmej graniczy z cudem. Anyway- wizja była wspaniała: wyobraziłam sobie golfistów którzy odziewają się w peleryny, a następnie biorą piłki do golfa i pieczołowicie ubierają je w malutkie pelerynki, z rękawkami i wszystkim innym...Strasznie mnie ta koncepcja ubawiła, rechotałam dobre piętnaście minut z piłeczek w pelerynach i tego mokrego "flop", jaki by wydawały przy uderzeniu. Kijem w pelerynie, też.
A to był dopiero początek; właśnie wróciłam z lunchu, gdzie wraz z Adrien, Anną i Juti omawiałyśmy plan zapewnienia godziwej rozrywki panu w biurze, który ma to szczęście posiadać okno, wychodzące nie na zewnętrzny świat- a na główny korytarz. Okno jest zachęcająco duże, gładkie, nieprzyozdobione, znajdujące się akurat na tej dogodnej wysokości, żeby zrobić trik ze schodzeniem po schodach, ze zjeżdżaniem windą, z grzbietową płetwą rekina, z Adrien "pływającą" na brzuchu i machającą płetwami- podczas gdy w istocie leżała by na kuchennym stoliku na kółkach, a ekipa techniczna (czyli my) przesuwałaby wózek w te i we wte; naprodukujemy baniek mydlanych i skombinujemy maski i rurki pływackie, żeby urządzić panu podwodny pejzaż...Nawet zrobimy papierowe rybki na patykach! Przecież on nas pokocha *__*
Monthy Pythonowski akcent został podkreślony przez pewien quiz, który dla krotochwili zrobiłam sobie na Facebooku'u, i tam stało napisane, że znam niepokojąco dużo synonimów słowa "death".
Czy znam, to nie wiem. Ale kiedy pisałam wczoraj tą piosenkę dla Bjerringbronx Kirk Orchestra, raz, że rymowały mi się same takie...ciekawe słowa -_- Ostatecznie wybierałam co innego, znając gusta reszty zespołu, lubującego się w słoneczym popie, i indie popie, którego tu nie obdarzę epitetem, bo nie wypada, tak przy ludziach. Ale weźmy choćby: fly. Pierwsze skojarzenie drukowanymi, kursywa ostateczny wybór:
fly- DIE- sky
still- KILL- feel
love and happiness is all I see- TO SEE ONLY THAT, HOW BLIND DOES IT MAKE ME?!- spring is the time for us to feel free
small- FALL- all

Ciekawe. Chyba za dużo pisania pewnego specyficznego rodzaju czterowierszy 8-)
Dwa- ja chciałam muzycznie kątować w stronę trip hopu. Ale członkowie zespołu wzdragali się niekiedy na proponowane przez mnie akordy i sekwencje, twierdząc, że są zbyt mroczne i...groźne. Właśnie tak. "It's like from some horror movie"  -_- Nonsens! Czuję się już naprawdę jak Morticia, albo Wednesday Addams, bo ja nie słyszę w tych dźwiękach niz groźnego, tylko piękno; trochę może ciemne, ale chwytające za serce.
Tak czy inaczej, po końcowej selekcji, z moich propozycji ostały się jeno takie, które dały ostatecznie efekt słonecznej, radosnej, hipisowskiej piosenki. Bardzo przyjemnej, naprawdę! Ale pomyśleć tylko, ża ja miałam w głowie inspirację w postaci Portishead czy Massivów, kiedy układałam te akordy...:D
Więc cuś chyba jest na rzeczy.
O, ktoś puka...Kto tam.. Aaa!! Hiszpańska Inkwizycja!
wtorek, 05 maja 2009
Bjerringbronx updater
Od minionego piątku tyle się wydarzyło, że nawał zdarzeń, któe chciałabym opisać, nie daje mi myśli poskładać w jakieśsensowne, a miło brzmiące zdania.
Najsamprzód, w piątek grupa sztukczyńców pojechała w piątek do Viborga, do szkoły animacji- bardzo prestiżowej ponoć- gdzie mieliśmy spróbować swoich sił w kreowaniu ożywionego obrazu. Na bazie przygotowanych dzień wcześniej rysunków.
Dla osób, którym może zaświtać, że oto znalazłam swoją grządkę: nie. Animacja i komiks to nie to samo. Myślałam, że oszaleję, rysując dwadzieścia prę odsłon jednej postaci, minimalnie różniącej się jedna od drugiej. Dlatego nie należy się spodziewać wielkich rzeczy po moim filmiku; mnie śmieszy bardzo, więc to należy policzyć mu na plus :P
Ale sama szkoła...Pachniało jak na ASP. Atmosfera w pracowni rysunku- jak na ASP. Kiedy przedstawiono nam warunki, jakie należy spełniać, by zostać studentem tej prestiżowej placówki- z kilkakrotnym podkreśleniem, jakie to straszliwie trudno jest siętam dostać, bardzo wiele- sądzę, że połowa grupy- osób zapytało mnie, czy się tam wybieram.
W życiu.
Za bardzo jest jak na ASP.
Zabawne, co tam usłyszeliśmy:" This is not an art school, but a craft school; anytime teacher can come and tell you, that what you've been working on for the whole day- or past week- is good for nothing and that you have to start all over. So something you're not familiar with". Zachciało mi się głośno, histerycznie śmiać. A potem rozbić coś w drobny mak i z wielkim hukiem.
U nas Akademią Sztuki zwie się placówkę niemal paramilitarną, jeśli chodzi o traktament pierwiastka ludzkiego- jak tu się nie śmiać?...
Następnego dnia wyprawiliśmy się na spływ.
Za grosz nie miałam ochoty, bo obezwładniała mnie sama wizja szaleńczego wiosłowania, pod prąd, walcząc z łoniami i słasicami, i jeszcze pewnie burza i wilki jakieś...Ha- trzeba było nas zobaczyć: bezładne skupisko łodzi, wirujących sennie, wjeżdzających w sitowie, zderzających się, i podpływających z pewną regularnością do jednostek przewożących spirytualia. Do tego dołączmy efekty w postaci pijackich węgierskich przyśpiewek oraz ogólne wrażenie pływającego pubu połaczonego z plażą. Wiosła się używało głownie po to, żeby hamować zbyt rączo prujące z prądem kanu :D
W nocy oczywiście dopadło mnie Przedwieczne Zimno, wżarło się w najgłębsze pokłady pamięci, dotarło do zimy w Narze, która odcisnęło mi na neuronach lodowe piętno, i dołożyło się nowym kolorytem. Odmroziłam sobie szpik kostny bez ochyby XD
Dlatego już o bladym świcie wylazłam z namiotu i poszłam na dłuuugi spacer, tylko po to, żeby się rozgrzać -_-
Wracaliśmy piechotą, wtaszczywszy uprzednio wszystkie łodzie na wzgórze- tak, mój kręgosłup był zachwycony, zaś całą niedzielę spędziłam na próbach rozgrzania się.
W poniedziałek natomiast- nowy projekt muzyczny! Mój nowy zespół- a właśnie, bo czy wspomniałam? Gram już w trzecim zespole :] Bjerringbronx Kirke Orchestra ;P- jak każden inny zespół w grupie, dostał zadanie napisania włąsnej piosenki. I ułożyliśmy, dwie. Bardzo są śliczne obie, i nie omieszkam siękeidyś nimi pochwalić.
Ale tymczasem- moja animejszyn :D Plik jest maksymalnie zmniejszony, żeby dało sięgo wrzucić na sieć, więc filmik nie porazi może tak bardzo, jak mnie  podczas pierwszych...dwudziestu razy, kiedy go obejrzałam :P


CURRENT MOON