RSS
poniedziałek, 31 maja 2010
Nad jeziorem

Ale wtopa.
Fasolka akurat poszła do frontowego ogródka, walczyć z rozrośniętymi paprociami, wiec w przypływie humoru postanowiłam umilić jej ciężką harówkę; napisałam na kartce ciepłe "WATCHING YOU..." i przylepiłam do szyby.
Po chwili usłyszałam radosny brecht, i ucieszona tak pomyślnym przeprowadzeniem akcji, zajęłam się swoimi sprawami.
Fasola przestała mordować paprocie i przeniosła się do ogródka właściwego. Zapomniałam o całej sprawie.
I dopiero przed chwilą ciężki stukot kopy..obcasów kazał mi ponownie spojrzeć w okno, by zobaczyć, jak przechodząca alejką kobieta z napięciem a wnikliwie wpatruje się czemuś w moje okno. Już miałam się żachnąć na taki brak kultury, kiedy dotarło do mnie, że---kartka wciąż tam złowrogo tkwi.

Wczoraj prawie przedawkowałam słońce; podpiekłam sobie lewą nogę i wieczorem doprowadziłam się do oszołomienia połową piwa XD Ale jezioro! Słońce przeświecające przez młode liście! Roziskrzające taflę wody! Bałądź i kaczka z małymi! Gipsowe dziki i sarny!..No dobra, to ostatnie było straszliwe.
Pies, kaczka, ryjówka. Gipsowa dziczyzna. To są zwierzęta żyjące w Polsce. Choć nie, ostatnio, wracając nocnym z Matarniowego Wierchu, widziałam najpierw lisa, a potem zająca, oba pomykające radośnie po uliczkach. Jeża też widziałam, ale ten już nigdzie nie pomykał... :/



I wymyśliliśmy szereg nowych słów, lub znaleźliśmy nowe, LEPSZE zastosowanie dla słów już istniejących.
Oto na przykład: kiedy osa cię użre, ona cię nie "ukąsi".
Ona cię osaczy.
Ptaki optaczają.
Słonie- nadeptując na kogoś- osłaniają.
Jeśli zaś idzie o pierniki, można się napierniczyć (najeść p. po wręby) albo kogoś nimi opierniczyć (obdarować p.).
Polszczyzno kochana! Jesteś nieoceniona, ale i tak największa jest beka, że wciąż masa ludzi nie wie, co to beka :D
A, a słowo wymyślone przez Darę, to- rusałczenie.
To właśnie robiłyśmy- rusałczyłyśmy :)


czwartek, 27 maja 2010
Tluczonego szkla ciag dalszy

Ludzie!
Swieto lasu: trawa w ogrodku, ta, ktora posialam EONY temu, zaczela wschodzic *__*
Fakt, ze perz zdazyl ja w miedzyczasie przewyzszyc o trzy dlugosci, ale jeszcze...1800 sesji pielenia i powinno byc dobrze XD
Wczoraj Dzien Matki uczcilysmy z Maman uroczyscie, poszlysmy w swiat, odkrylysmy sliczna polanke w lesie, idealna na pikniki, kiedy sie juz odkopie na bok te wszystkie potluczone butelki, mama- z moja pomoca- upiekla sobie sama ciasto, ale za to (byc moze w ramach tej samej tradycji, wg ktorej dzieci w Dzien Dziecka nie myja szyi) porazila mnie pradem, jaki sie uchowal we wtyczce otwieracza do puszek.
I nawet nic nie moglam jej powiedziec, bo Swieto Matki :D
Tylko palec mialam przez jakis czas nieco zmartwialy...
Cztery dni po Streetwvase, i jak zawsze po tak intensywnych paru dniach czuje, jak w trojnasob kluje mnie monotonnia i nuda dnia codziennego. Tyle sie dzialo przez weekend, ze caly tydzien by tym obdzielil, wiec teraz po prostu nosi mnie i mam szalona ochote cos wyczynic.

A, tak- apel, Gdanszczanie! Trzeba protestowac przeciwko budowie fabryki celulozy w Kokoszkach.
To, ze przyjechali Amerykanie i pomachali pomorskim wlodarzom dziesiecioma dolcami przed nosem nie znaczy, ze mamy od razu sie wypinac i jeszcze usluznie podawac tubke z wazelina.
Przejezdzal ktos przez Swiecie?...
A Kokoszki sa rzut beretem, doslownie kilka przystankow autobusem od Srodmiescia.
Do dzialan, narodzie, na barykady, maski pegazki na twarz i do boju! My juz mamy problem smogu w 3miescie, jeszcze dodac do tego pocelulozowe wyziewy? Moze od razu sztachnijmy sie z rury wydechowej...

wtorek, 25 maja 2010
Streetwaves- capoeira

Zdumiewające, jak wielu trójmieszczan nie wiedziało o Streetwaves O_o Ominęło ich sporo zabawy.
Działo się poza tym na przestrzeni Oliwa-Przymorze-Zaspa-Wrzeszcz-Gdańsk Główny, więc każdy Gdańszczanin mógł się na coś wybrać bez konieczności podróżowania środkami komunikacji miejskiej. Ewentualnie jednym- imprezowym tramwajem :P
Był jeden problem- grupa.
Wybieranie wię na tego typu imprezę w dużej grupie ludzi to jest ryzyko, że wybierasz sięz pordzewiałą kotwicą, którą trzeba będzie wlec za sobą przez całe 3miasto.
W sobotę jeszcze dawało radę.
W niedzielę miałam wrażenie, że próbuję nawigować stadem niemrawych krów- z całą sympatią dla krów, to jednak ciężkie i powolne zwierzęta są.
W dodatku kiedy jedna z uczestniczek, I., miała wieczną kupę pod nosem i w ogóle traktowała konieczność poruszania się za dopust boży. Nie daj Cthul z prędkością, która wykazuje jasno, żę się przemieszczasz!...
No kiedy Fasola zaproponowała, że okrążymy budynek Lotu, bo tam powinien grać teraz dj, a I. kategorycznie odmówiła, tonem mówiącym: "Przez cały dzień zmuszaliście mnie do wyczynów ponad ludzką wytrzymałość, a teraz to już się po prostu miarka przebrała"- myślałam, że nie zdzierżę.
Strasznie człowieka spowalnia i psuje mu praktycznie całą zabawę taki rozmamłany, niezorganizowany tłumek.
Anyway- foty i filmiki z capoeiry :)
Lipa była z tym tłuczonym szkłem na ziemi, ale tak poza tym- super sprawa.
Szkoda, że dalej mam astmę i co najwyżej na tai-chi mogę sobie pochodzić -___-'

Streetwaves
poniedziałek, 24 maja 2010
StreetWaves- filmiki
StreetWaves
(Możliwy przebieg rozmowy telefonicznej, która na szczęście potoczyła się inaczej)
- Hej, słuchaj, zerkniesz, czy tam w koszyku z winem nie zaplątał się może mój aparat? Nie mogę go znaleźć...
- Taki czarny Nicon, z różową przywieszką?
- No, no!
- Nie.
:D

Zakończył się festiwal StreetWaves, jedna z ciekawszych imprez plenerowych Trójmiasta.
To był bardzo, BARDZO intensywny weekend.
Najpierw całą upalną sobotę spędziłam na powietrzu, wędrując po Parku Oliwskim od koncertu do koncertu, słuchając dziwacznych wierszy przy wtórze sitaru, i śpiewając na całe gardło w imprezowym tramwaju, wypchanym ludźmi aż do trzeszczenia ścian.
Następnie, prosto z koncertu świetnej grupy Folder poszłam tysiące kilometrów do Oliwy, skąd, już wzmocnioną grupą, udaliśmy się na ognisko.
Na którym też udało nam sie podżemować, mój prosty agogobel zrobiony z butelki sprawdził się znakomicie w połączeniu z djamba i gitarrą, niestety! nikt tego nie nagrał, ale byliśmy świetni.
Wróciłam do domu o 7 rano, by po kilu godzinach snu popędzić znów w miasto, tym razem już na Zuzku.
I tego jeszcze nie przerabiałam: nie zdarzyło mi się dotąd leczyć kaca kubkiem sangrii, robieniem palmas podczas fiesty flamenco, i wreszcie wywijaniem fikołków na warsztatach capoeiry.
Ech, ta capoeira...
Było całkiem fajnie, a kiedy Ola odzyska aparat, być może podzielę się zdjęciami i nagraniem, póki co album jest niekompletny i nie ma sensu go tu zapodawać.
Zdradzę jedynie tyle, że mnóstwo potłuczonego szkła, zaścielającego teren, na którym się ćwiczy capoeirę, jest generalnie słabą opcją.
Już opatrzyłam sobie dłonie, ale wcale nie jestem pewna, czy nie mam w tej chwili ciut za dużo krzemu w systemie.
Ech...
Jestem wykończona.
Więcej być może napiszę, jak już zdobędę wszystkie zdjęcia, i załaduję wszystkie filmiki.
Tymczasem- jedynie dwa działajace z trzech wrzuconych na YT filmików z fiesty.

sobota, 22 maja 2010

Czasami jest tak, ze moze ktos i chce ci pomoc w jakiejs sytuacji kryzysowej, ale robi to tak, jakby ci ciskal smierdzaca rybe w twarz.
Dwoma palcami i na odleglosc, w kazdy mozliwy sposob dajac ci do zrozumienia, ze jest lepszym jakosciowo, bardziej wartosciowym i udanym czlowiekiem, bo to on pomaga tobie, a nie odwrotnie.
To sa, oczywiscie, krzyczace kompleksy tej osoby, ktora wreszcie- o rajusku, wreszcie!- czuje sie lepsza i manifestuje to kazdym porem skory, kazdym wloskiem na glowie.
Ale jest to tak czy siak nikczemne i niskie, i mam ochote zrobic. Cos.
Naprawde.
Paskudnego.

A moze to test? Samobojcze sprawdzanie, jak daleko mozna sie posunac, zanim wybuchne?
Mniej wiecej dotad.
środa, 19 maja 2010
Queensryche

Będę kląć.
Przykro mi, myślałam że się powstrzymam, ale nic z tego- będę kląć.
Ja pierdolę, co za dzień obesrany!!!
Najpierw pojechałam na zakupy- bez pieniędzy.
Potem poszłam do sklepu koło nas, ale wzięłam nie ten portfel, i zamiast kartą, musiałam płacić gotówką, co ssało okrutnie.
Rozsypałam tą gotówkę, trochę poznikało w szczelinach maszyny kasującej.
Potem rozsypałam kubek w kuchni, na szczęście się nie potłukł, bo to mój ulubiony. Ale narobił huku i mnie zestresował.
Wreszcie zasiadłam do pisania notki, i skończywszy, kliknęłam "publikuj" bez kopiowania, zapisywania wprzódy szkicu, etc., bo pisałam ją na tyle krótko, że- myślałam sobie- ten pieprzony blox nie zdąży mnie samorzutnie wylogować, co robi czasami.
Otóż zdążył.
Cała piękna notka w pizdu.
Przenoszę się na bloggera; miam dość użerania się z tą parodią portalu blogowego.

A stracona notka była piękna, bo była o jednym z moich ulubionych zespołów- w ogóle, wygląda na to, że nie wiedząc o tym jestem fanką metalu i rocka progresywnego O_o -, czyli o "Queensryche", którzy wydali nową płytę, "American soldier".
Opinie na sieci są bardzo różne, ja osobiście uważam ten album za bardzo dobry, w przeciwieństwie do wychwalanego "Operation: Mindcrime II".
Piosenki są mocne, ciekawe, a przy tym płyta jest bardzo spójna, no i wokal Tate'a nic nie stracił na jakości mimo upływu lat.
Tu można sobie posłuchać fragmencików wszystkich utworów- na YT nie ma absolutnie nic:
http://www.rhino.com/shop/product/queensryche-american-soldier
..a ja tymczasem idę odczynić hexa, bo ktoś ewidentnie na mnie rzucił Złe Oko, co mi nie pasuje, bo mam dziś wychodne, i dopadnę każdego, kto próbuje mi ten wieczór zepsuć.
Wyrażam się jasno, zło-czyńco?
No.
I tak Cię dorwę.

poniedziałek, 17 maja 2010
Noc Muzeow..bez muzeow XD

Takie byly plany smiale...
Poprawiane, przerabiane, punkty programu przesuwane na tabeli czasowej, niektore dodawane, inne znow odejmowane...
No i nie zrealizowalam zadnego :D
Zawsze tak jest. Zarowno nieszczescia, jak i wydarzenia chodza stadami; tak tez i wczoraj, zamiast leciec w dyrdy do muzeow, sycic sie kultura, ja pognalam do Trolla, bo przyjechal kolega Kubeusz, i trzeba bylo to uczcic.
Oczywiscie, ledwie tam dotarlam- do przedziwnie pustego i cichego Trolla, ponoc sytuacja ostatnimi czasy standardowa- towarzystwo stwierdzilo, ze zal nie skorzystac z nocy darmowej kultury i postanowilo jednak przeniesc sie do Gdanska Glownego.
No wiec sie przenieslismy, ale po drodze uczestnicy Wyprawy- w ktorej, przypomnijmy, brali udzial: ja, Fionn, i K2- zapragneli zaspokajac szereg potrzeb zyciowych, i za jedna z tych potrzeb zlazilismy pol starowki, a potem, brzeczac zakupami, poszlismy na Forty.
Zatrzymujac sie na mila chwile na placyku zabaw, i opowiadajac sobie mrozace krew w zylach historie z dziecinsta.
Zatem na Fortach wyladowalismy okolo polnocy. Byl to, jak sie okazalo, jeden z nielicznych przybytkow, ktory podczas Nocy mial atrakcje zapewnione li tylko do godziny 22. Ale polazilismy sobie za to po pieknie podswietlonych fortyfikacjach, potem zas zatrzymalismy na najwyzszym kopcu i w urzeczeniu obserwowalismy losy pozaru huczacego wesolo na Orunii, po czym sturlalismy sie w mrok, w miasto.
Wszedzie bylo zastanawiajaco pustawo. Forteczna, posmiardujaca starym piwem, piwnica i uryna, odstraszyla nas haraczem za wstep.
Wyladowalismy wiec w nowym Celticu i tam zabawilismy do rana, wywijajac nieziemskie holubce, az nadszedl swit.
Wschod slonca nakryl nas na penetrowaniu ruin starenkiego dworku w okolicy Nabrzeza Flisakow. Kuba raczyl nas opowiesciami o duchu dziedzica w cylindrze, ktory tam zwykl sie szwendac, zrzucac ludzi ze schodow i straszyc przed wygodka.
Niestety, mimo okrazenia calego dworku nie dostrzeglismy nawet zarysu kapelusza, a w samym budynku moznaby krecic sceny do Fallouta. Zaden blekitnokristy by tam dlugo nie wytrzymal. Jestem pewna, ze dziedzic od dawna dziala w postaci mewy- jedna z tych krzykliwych istot uporczywie nad nami kolowala, nie wydajac ani jednego dzwieku... Potem K. skusil nas opowiesciami o starych zakladach rybnych, ktore od lat juz niszczeja na wielkich polaciach szarej ziemi, opuszczone, zostawione sobie, okolicznym cpunom i seryjnym mordercom.
Polezlismy tam natychmiast.
Niesamowite miejsce...Stare przedwojenne budynki musial kiedys porozszarpywac ogien, lub bardzo precyzyjne granaty. Fasada w niezlym stanie, o ceglach wciaz gladkich i czerwonych, ziala postrzepionymi dziurami okien i drzwi, lukowate sklepienia powyginaly sie i zapadly; na cienkich jak warkoczyk pasemkach zelaza wisialy gigantyczne kawaly sufitu, wyrwane framugi i oberwane gzymsy. Tluczonego szkla po kostki, odglos kapiacej wody i ani zywego ducha.
Poszlismy tez obejrzec stary budynek kina, ale przeslanialy go drzewa, wyrstajace z okien pierwszego i drugiego pietra.
Wrocilam do domu akurat na czas, zeby oddac Fasolce bilet i poszlam spac. Przez cala zas droge Kartuska nad moja glowa, w blasku poranka, polatywal duch dziedzica.


Mhrooook...:D






*Fotki by Fionn.

piątek, 14 maja 2010

Mam dowód na objawianie się boskich sił w mojej okolicy, a wiecie, jaki?
Ilekroć piszę na taki temat, jak w poprzedniej notce- towarzyszy temu Hermes.
Wchodzi, rozsiada się i szyderczo dyryguje ciszą :P
Dobra, bez paniki, już porzucam tamte tematy. Na razie...
Powracam do Cyrku Słońca. ^^

Obejrzałam kolejne show, "KÀ".(kursywa przypadkowa, nie mogę jej wyłączyć :/)
Historia dość prosta: więcej chiński z wyglądu dwór cesarski zostaje napadnięty przez dzikusów- na serio szyjących strzałami; ta sztuczka zabiła mi chyba największego klina. Nie tam- fruwanie, skakanie, podpalanie, tylko- JAK oni to zrobili, że strzelali do ludzi, trafiali ich, ale obyło się bez ofiar? Wonder of wonders...
Wracając do fabuły: królewskie dzieci zostają rozdzielone, ale dzięki odwadze i szlachetności w końcu pokonują złowrogiego alchemika i jego ojca i pokój wraca do Śródziemia.

Co do występów- było ich dziwnie mało. Albo show takie intensywne, że mi to umknęło...
Wygląda na to, że im więcej jest w występie Azjatów- tym wszystko razem do kupy nudniejsze :/ Nie wiem, doprawdy, z czego to wynika...Nie, dobra, kłamię- mam swoje teorie 8-)
W każdym razie, nie to, żeby było dennie, nie: są pokazy kung-fu, bardzo ładne, jest sporo fruwania, olśniewające dekoracje i fajerwerki, ale perlę przedstawienia stanowi wielka ruchoma płyta, która jest zaiste pokazem świetnej techniki, jaką Cyrk dysponuje. Nie mam pojęcia, jak i z czego oni to zrobili... Gigantyczna platforma jest i statkiem, i ziemią, i morzem, i pustynią; obraca się na wszystkie strony, jej powierzchnia czasem zachowuje się jak ekran dotykowy, a innym znów razem wyskakują z niej dźbyle, wokół których owijają się akrobaci, no i kulminacyjna scena walki odbywa się na płycie pionowej.
Trzeba przyznać- szacun dla walczących, że wyglądali, jakby stali horyzontalnie, a jedynie filmowani byli od góry, na pewno nie jest to proste w sytuacji, kiedy grawitacja ciągnie cię za wszystkie nogi i ręce jakie posiadasz, a także te których nie masz, ale których ciężar dziwnie odczuwasz.
I niezłe to jest----na jedno obejrzenie.
Podczas gdy do "Alegrii" czy "Quidam" mam ochotę wracać, nawet jeśli tylko po to, żeby obejrzeć wybrane numery, "KÀ" obejrzałam raz i styka.
Tam po prostu nie ma tej niesamowitości, momentami grozy, którą już utożsamiam z Cyrkiem Słońca.
Chociaż pokazy kung-fu było naprawdę super, chyba część mnichów z klasztoru Shaolin znalazła zatrudnienie *_*



Zaś najwdzięczniejszy był, moim zdaniem, ten taniec dziewczyny z fletami:

Taki delikatny i śliczny...*___*

Swoją drogą- to naprawdę ciekawe zjawisko: mimo, że tego nie szukam, cyrkowcy i kuglarze towarzyszą mi wszędzie, gdzie się nie zwrócę.
Najpierw odkryłam Cyrk Słońca. Zachorowałam na niego TOTALNIE. Potem zabieram się za IV sezon "Heroes"- złowrogi Carnival. Włączam odcinek "Mentalisty"- mordercze klauny. Sprawdzam, co się dzieje w 3mieście w przyszły tydzień- i poza tym, że tysiąc rzeczy naraz, i wszystkie chciałabym zobaczyć- KuglArt.
Może to znaki.
Może powinnam uciec z cyrkiem :D

środa, 12 maja 2010
Siewy

Zdążyłam!
Zdążyłam posiać wiatr, a od zbiorów się wymigałam i przeczekałam burzę pod dachem :D
No, technicznie rzecz biorąc, to siałam trawę, gorczycę i sadziłam słoneczniki, ale burza była realna. Żeby zdążyć przed nią tak się śpieszyłam, że zapomniałam włożyć rękawice ochronne, i w którymś momencie, podczas spulchniania ziemi, coś dziwnie zatrzepotało na mojej dłoni.
Posmutniałam, kiedy odkryłam, że to kawałek naskórka XD

Anyaway- it's done.
Burza uformowała na środku ogródka dużą kałużę i idę o zakład, że kiedy trawa wzejdzie, cały jej pęk wyrośnie właśnie w tym miejscu, reszta za to będzie łysa :/
Trudno. Artysta działa pod wpływem impulsu, równym rozłożeniem każdego nasionka niech się trudzi sól ziemi, pedantyczni działkowicze, ja wykorzystuję fakt, że w tej chwili akurat grzebanie w ziemi mnie fascynuje. Zaraz mi minie, więc nie ma co, lecimy z tematem póki można.

W tym tygodniu wydarzyła się rzecz dość doniosła, choć pozornie nieistotna. Uczyniłam pierwsze ideologiczne coming-out do świata zewnętrznego.
Otóż przyszły dwie dziewuszki, porozmawiać o Biblii.
Nie od razu im otworzyłam, bo po pierwsze: przyszły jakoś cholernie wcześnie, w dodatku dobijały się domofonem, a ponieważ ów spoczywa gdzieś pod warstwą narzędzi i zimowych czapek, naprawdę nic nie wskazywało na to, że je wpuszczę.
Zrobił to ktoś inny, a po chwili już pukały do moich drzwi;
jako że w międzyczasie zdążyłam się ubrać- doszło do konfrontacji.
Zabawnie musiałyśmy wyglądać z boku: one, ubrane na czarno i szaro, ładnie uczesane i z natchnionymi, pobożnymi minami; ja, w czerwieniach i zieleniach, z czupiradłem mokrych włosów, które właśnie wyplątałam z ręcznika i miną pt. "That better be good".
Wysłuchałam grzecznie całego wstępu, określającego cel ich wizyty, nie przerwałam im ani słowem, tak że doszły do kluczowego pytania: "Czy więc chciałaby pani porozmawiać o Biblii?"
"Nieszczególnie - wyznałam, palcami próbując rozczesać włosy- Jestem poganką."
Chwila konsternacji. Po chwili, z nadzieją: czy coś mnie zraziło?
Nie. Coś mnie odrzuciło od Kościoła? Nie. To był mój wybór.
Narastająca desperacja.
No bo co zrobić z takim kimś, kto nie jest nasz, ale nie jest przeciw?! Nie ma punktu zaczepienia, nie można udowodnić, że się myli, że zaślepia go uraza, i że jeśli znajdzie źródło swojego gniewu- znajdzie odpowiedź. W Biblii, oczywiście.
Pożegnały się, wymawiając tym, że ewidentnie jestem teraz zajęta i nie mogę rozmawiać, bo mam mokre włosy. O_o
Ale to było---wyzwalające doświadczenie.
Mam nadzieję, że ta chwila ucziwości i szczerości nie będzie mnie kosztować płonących drzwi, ba- mówiąc w głos słowo "poganka" poczułam przez chwilę lęk.
Cóż, nie jest łatwo, szczególnie jeśli człek przez lata się zaprawiał w ukrywaniu mnóstwa rzeczy. W uginaniu się, uleganiu; "dla świętego spokoju". Kiedy się bał ubrać w słowa swoje poglądy.
Mam nadzieję, że doświadczenie to było cenne także dla nich- widząc ich absolutne zagubienie w kontakcie z kimś, kto nie jest ani katolikiem ani antykatolikiem, nie mam złudzeń: poglądy tych misjonarek są potwornie ciasne, ich świat czarno-biały.
Ale pomalutku.
Kampania dotycząca spisu nabiera rozpędu, choć zaczynam się obawiać, że fala entuzjazmu rozbije się o pomniejsze skały i skałki nieistotnych sporów, dzielenia włosa na czworo, mantyczenia odnośnie "praw" każdej poszczególnej grupeczki wyznaniowej w Polsce- obserwuję to w tej chwili i ręce opadają. Czy ludzie nie mogą choć raz być zgodni, choć raz działać jednomyślnie i konsekwentnie, by osiągnąć główny cel, który od początku przyświecał całej akcji? Czy teraz naprawdę jest pora na wykłócanie się, że "poganin to za mało, ja chcę od razu opisać dokładnie swoje życie duchowe, z nazwą tego poszczególnego odłamu, nie mniej, inaczej zabieram grabki i spadam do wlasnej piaskownicy"?
Od razu Rzym.
Ciekawa jestem, czy to jest cecha ludzka, czy po prostu klasycznie, siermiężnie, kartoflano polska?
Dobra, lecimy z propaganda :D :

 
1 , 2
CURRENT MOON