RSS
środa, 27 czerwca 2007
Slowo `las` znaczy- where the hell is North??..
Wczoraj wymyslilysmy z Ioana, zeby zwiac przed upalem i dlawiaca duchota- do lasu.
Run to the hills....Dobre haslo, gorzej sie jednak wspina, kiedy pol drogi zmienione jest w rwace potoki, a powietrze posiada gestosc dobrego espresso.
Zaraza na ta pore deszczowa- czlek jak dzien dlugi czuje sie jak po wylowieniu z kadzi syropu. Lep lep....
Las w Narze....
..jak niegdys wspomnialam: to dzungla.
Spacerek przerodzil sie w calodniowe bladzenie; celem zasadniczym bylo dotarcie do wodospadu, odleglego `raptem godzinke marszu moze!..`. Aha. Nameczanska godzinka. Bladzilysmy sobie radosnie po drogach i sciezynach, poobozowalysmy troche przy stawie, Ioane zaatakowal wampir- widzial kto kiedy, jak szybko pijawka potrafi zapieprzac po piaseczku?! Wyglada bluznierczo. Znajdywalysmy zaby, weze, modliszki i traszki, opuszczone chaty, a takze- co bardziej przerazajace- zamieszkale domostwa w srodku kniei, a kto czytywal za mlodu Grimmow...to wie, ze to nie ma to tamto. Jedno bylo szczegolnie upiorne, bo zawieszone pod daszkiem kaski robotnikow wygladaly z daleka jak schnace na sloncu czaszki. Zblakanych gaijinow bez ochyby.
Brak na widocznym miejscu obowiazkowego chramiku (w kraju, gdzie takie chramiki stoja nawet przy parkingowej toalecie), oraz obecnosc slusznych rozmiarow kotla na podworku sprawily, ze zwawym krokiem przebieg...maszerowalysmy przez podworko i prysnelysmy znow w lasy.
Po kilku godzinach, i paru winnych postojach, dotarlysmy do opuszczonej swiatyni- zaprawde magiczne miejsce, tonace w zieleni, ptasich wrzaskach i terkotaniu blizej nie sprecyzowanych tygrysow w krzakach; idealne miejsce na sesje, gdyby ktos pytal...

I zywego ducha. Urzadzilysmy sobie tam biwak, krzepiac sie winem i szprycem, bo zaczynalo zmierzchac, a my nadal nie mialysmy pojecia, gdzie jest wyjscie, i trzeba bylo ratowac ducha upadajacego w druzynie. Nie, zeby nam sie wybitnie spieszylo: pareset metrow dalej bowiem- znalazlam czerwony mostek, przerzucony nad wawazem, a za nim.....
Cos jest w huku, szmerze, chlupocie plynacej/falujacej/spadajacej wody, co wprawia mnie w istny trans. czasem znajduje to w niektorych utworach Future Sound of London, Theatre of Tragedy czy Eryka Satie. Uwielbiam to; totez zabawilysmy tam troche czasu, taplajac sie w wodzie.
Tylko potem, w szybko mroczniejacym lesie, na waskiej blotnistej sciezce, ktora miast opadac, ku cywilizacji i ludzkim osiedlom- ponownie jela piac sie pod kolejne wzgorze, zaczelam sie czuc nieco nieswojo. Szczesciem, dzungla wyplula nas na srodek jakiejs bezimiennej szosy, nim sie totalnie siemnilo. A wokol- lasy, lasy, lasy....I duzo smigajacych samochodow, ksiezyc za gorka, kojoty wyja, kolczate krzaki lapia za rekaw; zadnego pojecia, w ktora strone jest Nara. Wybralysmy ten bardziej prawdopodobny kierunek i rozpoczelysmy wedrowke na...zachod? A cholera wie, w ktora strone to bylo. Po 1,5 godziny bylo nam wszystko jedno. Jednak, korzystajac z egipskich ciemnosci, udalo nam sie zlapac jednego rowerzyste, nim sie na dobre rozpedzil, a ten -dobry czlowiek- stukajac szpecjalnymi fikusnymi butkami do jazdy rowerowej, zaprowadzil nas do domu swojego shacho, od ktorego wlasnie byl wracal, po drodze raczac nas slodka opowiescia o samochodzie, jakim szef dysponuje.
Albo mlodzieniec nazbyt w przelozonego wierzyl, albo szefo- poza samochodem- dysponowal tez niezgorszym spustem, bo gdy wyszedl nam na spotkanie, byl juz na niezlej bani. Z fascynacja patrzylysmy z Ioana, jak wtacza sie za kierownice, i wyprowadza samochod na podjazd- bezblednie, trzeba mu to oddac. Na nasze szczescie- ostatecznie do akademika odwiozl nas pechowy rowerzysta, zyskujac nasz dozgonna wdziecznosc.
A, dzien zaowocowal tez ciekawa teoria: otoz, jak w kraju, w ktorym robale sa takie wielkie, ludzie uchowali sie tacy malutcy??!! Ioana znalazla odpowiedz: bo robaki podjadaja ludzi. I prawidziwe: wszyscy ludzie, spotkani w lesie, sa nieprawdopodobnie mali. Co wycieczka do lasku, ubywa im pewnie kilka centymetrow, a oni sie nie spostrzegli jeszcze...



niedziela, 24 czerwca 2007
Wila wiankii...i rzucala je na falujaca wode, wila wiankiii....

Wczoraj wybralismy sie do swiatyni Daianji, na swieto sake w bambusie. Zaczy- nie wiem, jaka jest oficjalna nazwa imprezy, ale glownym elementem bylo sake, nalewane z bambusowych tyk do takich oto bambusowych kubeczkow.


..za ktore wszyscy musieli placic, ale my je dostalismy :D

Zas wszystko to dlatego, ze ja I Grzechu bylismy absolutnie jedynymi bialasami, wiec skupialismy walna czesc uwagi, przeznaczonej z zalozenia dla kaplanow w koszykach na glowach I dla sake. Samo sake tez skupialismy w sobie intensywnie.

Staruszkowie, z obledem w oczach, uginajac sie pod ciezarem wypasionych aparatow, z baaaardzo dlugimi obiektywami, scigali nas wszedzie. Powstaly wiekopomne zdjecia: gaijini przed swiatynia, gaijini w swiatyni, gaijini wsrod bambusow, gaijini smarujacy sie kremem, udzielajacy wywiadu I pijacy sake. W pewnym momencie wycelowalam aparat w jednego paparazzi, zebyscie tez mogli poczuc ciezar tej slawy.

I jeszcze kilka fotek..



Wieczorem zas- Kupalnocka! :D Poszlismy z zaopatrzeniem do pawilonu na stawie, tam strzelalismy plonacymi zapalkami naokolo, puscilismy na wode wianki, swieczki, I co tylko sie dalo, takze wysluchalismy koncertu flecisty z przypadku, ktory akurat przyszedl sobie pocwiczyc, liczac na wieczorny spokoj I cisze…Hehe. Wybral zreszta fatalnie, bo to musi lokalne miejsce schadzek: ledwo oddalalismy sie na chwile z pawilonu, zeby znowu cos zwodowac, pawilonik zapelnial sie parkami, ktore bardzo umiejetnie udawaly, ze nie ma tam poza nimi nikogo. Po czym my wracalismy w triumfie I kurzawie, a parki, sploszone, wymykaly sie bokiem. Pan fletniarz, oczywiscie, kojarzyl Polske (chyba cale starsze pokolenie Japonczykow u nas bylo O_o) I znal nawet jedna polska piosenke. Co za kontrast- w zeszlym roku to byl most Rocha I `Poludnica`; w tym- pawilon na stawku I `Szla dzieweczka do laseczka..`. No ale kiedy puszczalismy swieczki z pradem, zagral nam motyw z `Mononoke Hime`. Klimacik byl :)

Potem przenieslismy sie da parku, zeby puscic troche swieczek na strumieniu. Wtedy to sprobowalam tego starego numeru z chodzeniem po wodzie, ale wam powiem- to jeszcze nie to… Wiec z wrzaskiem chlupnelam do stawu.

Grzesiek blyskawicznie wyciagnal mnie na brzeg, gdzie dostalam ataku smiechu; wszyscy zapewne sadzili, ze to objawy szoku (co pozniej skrzetnie wykorzystalam, pojac sie winem dla `rozgrzewki I leczenia taumy` ):P ), prawda jednak jest taka, ze podczas gdy zaglebilam sie w wodzie po szyje, kosc ogonowa obilam sobie o dno- ten staw jest tak plytki, ze sie w nim nie da utopic, chyba zeby sie bardzo chcialo.

Ale bylo….Informacja dla wszystkich zawsze chetnych, zeby mnie utopic w Pierwszy Dzien Wiosny: prozny trud :D Ofiara sie nie przyjela.
Tylko kiecki mi troche szkoda, bo sie podarla, chyba przy wylazeniu na przybrzezne kamienie. Heh…Dla bogow. :P


sobota, 23 czerwca 2007
`Oh say, can you see my eyes...`
     Jakie ukryte tresci moze niesc dla Japonczykow `wahadlo 不幸 *`?..:P

Ciekawa jest trasa z Nary do Osaki. Fantastycznie jest obserwowac okolice, gdy pociag tak smiga poprzez wzgorza, miasteczka I pola, bez zadnego praktycznie rozgraniczenia miedzy jednym, drugim a trzecim. Olbrzymie wstegi estakad wija sie ociezale, a pod nimi blyszcza, najezone ryzowymi pedami, prostokatne stawy pol, ponad ktorymi akurat przefrunely zurawie (dowodzac niebywalego wyczucia efektu). I podworka zaaranzowane na dachach, na ktorych lopocze posciel; schodki, prowadzace z jednej rozchybotanej rudery do drugiej, zas za nimi- zaraz obok szklannego wiezowca- wybucha fajerwerkami pstrokacizna `Pachinko Slot`.

Oczywiscie, wszystko to przyjemne jest pod warunkiem, ze nie trafi sie na sasiedztwo dziadka-swintuszka w pociagu. Ale da sie.

W teatrze siedzialam w pierwszym rzedzie, na jednym z dostawianych krzeselek, tak niziutkich, ze wiekszosc spektaklu stosowalam yoge improwizowana, zeby nie wybic sobie zebow kolanami, I czasem moze nieco usprawnic zamarle krazenie. Ale widzialam kazdy pylek kurzu na lsniacej scenie; kropelki potu na twarzach aktorek ( u jednej nawet glut z nosa, ale o tym akurat nie chce pamietac..XD); widzialam, jak wgapialy sie w nas nim weszly w krag swiatla, po ktorym to wejsciu ich wzrok blyskawicznie przeskakiwal kilka glow wyzej I nabieral dali…:P Mam juz swoja ulubiona z Kwietnej Trupy ^_^ ( czy polska nazwa tylko mnie przywodzi na mysl zalobna wiazanke na trumnie?..) Rewelacyjny, mocny glos; zacna prezencja. Misuzu Aki - godna zapamietania.

Sztuka (`Maihime`) to swietna paralela na japonski sposob `uczenia sie` Zachodu: bohater pojechal do Niemiec, pobierac nauki, I wsiakl byl w rozmaite aspekty zycia Berlina- a to kurs tanca, a to bywanie na salonach, zawieranie nietuzinkowych przyjazni, wreszcie romans…To go odwolano do Japonii, z nagana, bo `spedza czas na glupstwa`, zamiast ryc niemieckie tabelki I wykresy. Konkrety. No I to wlasnie mamy w Japonii- obudowa, sciagnieta z Zachodu, ale brak wnetrznosci; brak- mowiac bardziej poetycko- duszy, a dosadnie- tresci I sensu. Heh, pierwsza scena, dziejaca sie w Berlinie, I na scene wjechaly cztery pozlociste kandelabry. No Europa jako zywo :D

Ostrzezenie dla rodziny: jak zobaczycie jesienia na gdanskim lotniku kuzyna COS- to ja bede. Raz powierzylam glowe japonskiemu fryzjerowi, I -bogatsza o to doswiadczenie- pozwalam wlosom rosnac swobodnie, co msci sie na mnie okrutnie niemal 24 h/d. Za dnia- bo mi goraco niemozebnie. Noca- albowiem podczas kazdej proby przewrocenia sie na drugi bok, wokol szyi okreca mi sie mordercza liana.
Srednio przyjemne. Nie wiem, co robila Roszpunka noca. Chyba plotla sobie hamak z warkoczy, bo jak rany…
Krolestwo za czepiec!..rozumiem, dlaczego niegdys byl to taki modny element nocnej garderoby. W obecnych okolicznosciach przyrody rurkowany czepiec jawi mi sie  idealem pizamy.

Wiecie, co jeszcze robi tutejsze powietrze, kiedy akurat nie upodabnia wlosow do zmechaconego praniem beretu? Wysusza oczy. Na nic okulary sloneczne- podczas jazdy rowerem strumien powietrza wpada bokiem I leci nieco pod skosem, majac w tym momencie nawet wieksze pole dzialania.
Gdzie ta wilgoc monsunowa, ja sie pytam?? We w moich wlosach, zapomnialam…-_-`

Panuje sauna; wilgotnosc, uniemozliwiajaca rzeczom wyschniecie, ba!- suche rzeczy sprawiaja w dotyku wrazenie nieco napecznialych I rozmieklych od wody. Bylam cwana, bo dzis, idac na zajecia, zapakowalam wprzody papiery do plastikowej siatki, a dopiero wtedy do szmacianej torby. Moj triumf nad ulewa trwal do momentu, gdy juz na uczelni zajrzalam do torby I odkrylam, ze- butelka herbaty sie odkrecila. >_<`

Dywersja!





(samotny...`)
* fukou- nieszczescie
wtorek, 19 czerwca 2007
Harfistka na nawietrznej, czyli welcome to the jungle

Z ogromna przykroscia musze doniesc, ze Japonczycy okazali sie miec racje w jednej kwestii na pewno; a jest nia ich paranoja zwiazana z promieniowaniem UVA. Otoz- to nie jest paranoja.

Gdy udawalam sie w niedzielny, chmurny ranek na koncert harfy irlandzkiej, ze zdumieniem patrzylam na morze parasolek przeciwslonecznych, jakie rozstepowalo sie przede mna-samobojczynia, prujaca w krotkim rekawku na rowerku. Mialam nienajlepsze zdanie o zdrowiu psychicznym ogolu, dopoki w sklepie nie zerknelam na wlasne przedramie- sztuczne swiatlo objawilo mi interesujacy odcien czerwieni, jakiego w miedzczasie nabylam. Dzis bylo jeszcze lepiej- caly dzien albo lalo, albo deszcz obiecujaco wisial w powietrzu, ale przy tym temperatura ani myslala spadac, wiec bezrekawniczek I odsloniety obojczyk…Przed chwila odkrylam, co mnie tak skora piecze, I w panice wklepalam juz w siebie tone balsamow. Spalam sie!!..

Wiem, ze masa ludzi mnie wysmieje, stwierdzi, ze przesadzam, ale moge rzec im tylko jedno: `try walking in my shoes..`. I jeszcze eventualnie `Eat my shorts!`, bowiem juz jakis czas zyje sobie w tej a nie innej skorze, zas o ile jest homo sapiens sapiens, tak ja jestem typ kaukazki bialy bialy, I swoja porcje batow za ten fakt zainkasowalam. Przysiegam, zaczne ruch do walki z rasizmem! I zazadam gratyfikacji za straty moralne, jakie do tej pory odnioslam w wyniku przesladowan na tle rasowym. Na Cthula, bede krezus…

Ale mialo byc o koncercie: byl ci on, a jakze, w prywatnym domu. Drugi, na jakim bylam- pierwszy byl po festiwalu jazzowym w Teatrze Lesnym w Gdansku, kiedy trafilam na kameralne garden party pelne znanych jazzmanow I pierwszy raz zetknelam sie ze swinska wersja `Kubusia Puchatka` O_O

Anyway: niedzielny koncert przywiodl mi na mysl dawne wieczorki literackie lub muzyczne, jakie odbywaly sie na salonach, I gdzie wypadalo bywac, jesli czlowiek chcial nalezec do towarzystwa. Lub jeszcze dawniej- bardowie I gedzbiarze, raczacy roznorodna publicznosc piesniami I gawedami. To drugie porownanie jest trafniejsze z uwagi na to, ze pani harfistka (ku mojemu cichemu zalowi- Japonka ..) przed kazdym utworkiem raczyla zgromadzonych gaweda, cztery razy tak dluga, jak pozniejszy utwor, a dobrana starannie pod katem tragizmu. Ot, przykladowo: wojna, sierotki, matka-hazardzistka, poruszajace anime, etc. Pani opowiadala I poplakiwala sobie przy tym, na co publika solidarnie otwierala zdroje serc I pochlipywala wraz z nia. Szalenie to bylo zenujace, nie wiedzialam, gdzie podziac oczy w sytuacji, gdy gwiezdzie wieczoru ewidentnie siadala samokontrola, ale widac, pozostalych nie gnebily takie skrupuly - lejac slozy na male reczniczki, nie odrywali przy tym glodnego wzroku od artystki.

To jest cos z charakterem narodowym, podejrzewam. Japonczycy wystrzegaja sie okazywania silnych emocji, tlumia je I kryja, az do ostaniej chwili, kiedy nastepuje moment kumulacji I wybuchu, wtedy np. wrzasna cos wielkim glosem (a glos ich wielki I rozdzierajacy byc moze…O_#`), z nagla w srodku normalnej przemowy wybuchna szlochem, lub dziabna kogos tasaczkiem (14 razy). Po czym, ledwo energia zostala uwolniona- wracaja do poprzedniej obojetnosci, jak Wanka-Wstanka. Gladka twarz-maska, monotonny glos, usmiech nr 5; I czyhanie, komu nastepnemu sie nazbiera I wybuchnie, zeby moc naladowac akumulatorki emocja –niewazne, swoja czy cudza- na nastepna dekade. Nic dziwnego, ze nie moge dac wiary okazywanym przez nich uczuciom, tym usmiechom czy szlochom, bo za szybko nastepuja zmiany. W jednej sekundzie- dramat zycia, zas juz w nastepnej- pogodna twarz panienki z okienka I wszystko-w-porzo-elo-ziom. No czuje, ze to obca mi kultura.

Ale, mimo bezlitosnych kpinek, ktorych przeciez sobie nie odmowie, jestem w stanie zrozumiec, jaki impuls kierowal ona harfistka, by wywolywac takie katharsis. Linia przewodnia jej opowiesci bylo- by zyc w piekniejszym swiecie. I jakkolwiek jawi sie to utopijna mrzonka idioty, choc doradzana przez nia taktyka reagowania na wulgaryzmy (` To bardzo brzydkie slowa; prosze, postaraj sie ich unikac`) brzmi slabo I smiesznie- czy jest cos zlego w tym pragnieniu? Poza tym, ze brzmi glupio?

Marza nam sie wielkie rzeczy, a tu pospolitosc skrzeczy; zwlaszcza w przypadku tej harfistki, ktora np.- jak to z duma oznajmila- nie zna sie na muzyce wspolczesnej, bo studiowala tylko klasyke. Przypuszczam, ze kanon lektur miala tez taki wiecej XVIII-wieczny. Zetkniecie z prawdziwym, pelnokrwistym wspolczesnym swiatem musialo byc dla niej niczym blask slonca dla kogos wychowanego pod ziemia. O, dobry przyklad znalazlam, swiatlowstret w koncu mam J. Tylko mozna sobie pokrzykiwac, zeby `zgasili te cholerno kulkie!..`, I duzo to zmieni. Gdybym mogla, tez bym sobie podobierala, zasady honoru I prawosci wiekow srednich, romantyzm I maniery XVIII wieku, ciekawosc spirytystycznego wieku XIX, ktory byl wg mnie szczytem ewolucyjnym homo sapiens (sapiens)…Problem rasistow tez bym miala z glowy :D

Tylko czy sie da zyc w przeszlym swiecie I nie zostac zezartym? Przeciez tak naprawde- cofnelismy sie duzo dalej...


A to pani harfistka. Liczaca sobie latek...? 51.  Skandal.

niedziela, 17 czerwca 2007
Skarabeusz po japonsku

To naprawde zabawne, jak mi sie w Japonii udaje ogladac wystawy, bedace zawyczaj stalymi ekspozycjami w Europie. Po Europie nie za wiele mam szans sie rozbijac I podziwiac swiatowe skarby, nawet, jesli haniebnie skradzione z ojczystej ziemi. W ojczystej ich ziemi jeszcze mniejsze te szanse bym miala, obawiam sie.

Kilka dni temu, na przyklad, bylam w Kobe, obejrzec kawalek dobr, zrabowanych z Egiptu przez Imperium Brytyjskie. Wystawa bardzo ciekawa, bylo kino 3D I prawdziwe mumie, nie czekoladowe; najlepsze jednak bylo odkrycie co do natury Ozyrysa, oraz znalezienie polskich korzeni, wykaligrafowanych piknie na krypcie glownego mumija



Poza tym, odwiedzilismy `Europe` w wykonaniu Kobe`anskim. Kobe jest bardzo przyjemnym, gwarnym, pstrokatym miastem, z racji takiego a nie innego przebiegu historii otwartym na Europejczykow ( I Amerykanow tez) I ich zapotrzebowanie na goscince. W obu rozumieniach: masa mrowie sklepow z pamiatkami nie przykuwala mojej uwagi tak dalece, jak niemal wszechobecnosc chodnikow. *_* Chodniczku..wielkies mi pustki uczynil w sercu moim tym nieistnieniem swoim, tu w Narze... Zaraz- moge to pisac? Czy mnie wsadza za szkodliwa propagande? To tylko parafraza, no I Kochanowski, ktory (chyba) nie byl gejem, satanista ani lewakiem, wiec moze sie uchroni przed indexem librorum prohibitorum. Jestesmy czysci.

Zwiedzilam mase krajow, zmieszczonych w osobnym domu kazdy; wiec Austria to Sisi I Mozart; Francja to Maria Antonina I krynoliny; Dania to Wikingowie I Andersen, ponadto dowiedzialam sie, ze typowy dla Wikingow olbczymi kominek w saloniku byl takiego, a nie innego, olbrzymiego rozmiaru, zeby Swiety Mikolaj mogl przez niego wlazic do mieszkania -_-`; Holandia to wiatraki (wygladajace po prawdzie jak miniaturki Moulin Rouge.. ) i peki kwiecia w koszykach – jakos zapomnieli o glinianym drobiu na zadaszeniu drzwi oraz ziele. Ale nie zapomnieli o sprowadzeniu oryginalnego przedstawiciela narodu…

Wiec Europa w Kobe jest piekna jak malowanie, tkwiaca po prawdzie w okolicach XVII wieku, I obfitujaca w takie symbole europejskosci, jakie tylko Japonia mogla wytworzyc...


....ale byly I kurki na dachu, I rzezby jazzmanow na placyku, zas w kazdym pokoju pianino I Singer w kacie…No bardzo ladnie. Tylko u nas z reguly sie nie zdejmuje butow na ganku.


Heh, pozory spokoju...Wystarczyloby zgascic swiatlo, by uslyszec ciche skrzypniecie wikliny I zlowrogi szczek otwieranych I zamykanych malenkich, plastikowych szczek. Coraz blizej I blizej…

wtorek, 12 czerwca 2007
Fistaszek entropii

Ostatnio niemal nie ma dnia, zebym nie myslala o Sopocie. Ale S., do ktorego mysl smigla posylam, to tylko w czesci miejsce istniejace w planie realnym. To miasto-marzenie, z nakladajacym sie nan widmem Arkham; miraz zbudowany m.in. z rysunkow Pierra Dahlberga; ze wschodu slonca, splywajacego po spadzistych dachach nad wyludnionym Monciakiem, oraz wycietych, jak czarna koronka w pomaranczowym swietle latarni, cieniach starych wielkich drzew na ulicy Sikorskiego…
Zas na bezsennosc mam sposob: wystarczy, ze wystarczajaco dlugo beda sobie wyobrazac morze. Morze noca. Przy odrobinie szczescia moze mi sie wreszcie przysnic..
Fajnie, gdyby byl to szkwal *_*
Omawiajac z paroma osobami ulubione sceny z Piratow z Karaibow 3, zapomnialam o jednej, waznej: morze gwiazd, oraz huczacy straszliwy wodospad, w ktory runal statek. Przyznam, ze ta scena wywolala we mnie dreszczyk czystej przyjemnosci. Teraz zaczela sie pora deszczowa, burze sie, owszem, zdarzaja, ale jednak nie takie, jak u nas; grzmotami obiecuja niebywala nawalnice, a konczy sie jedynie na rzesistej ulewie. Mimo to, zastanawiam sie, co ci biedni Japonczycy robia z czyms tak nieprzyzoitym I nieokielznanym, jak burza? Oni, ktorzy zdolali zalozyc cugle absolutnie kazdej dziedzinie zycie, kazdej formie interakcji spolecznych, kazdej grupie spolecznej w koncu. Sa niewatpliwie jednym z najuprzejmiejszych narodow swiata; grzeczni I lagodni. Otacza mnie istna banka lagodnosci, prawdziwy pokoik wytapetowany wata: wyblakle kolory, stonowane I matowe glosy, starannie dobierane slowa, malo smieszne zarty, jedzenie bez soli. To najprostsza droga, zeby wywolac w czlowieku straszliwe instynkta; wiadomo, co doprowadza zdrowego do szalenstwa- jak sie mu lagodnie przytakuje I prosi, by tylko zjadl grzecznie swoje rozowe tabletki I o nic sie nie martwil, bo przeciez nikt nie mowi, ze jest wariatem, prawda? Unifikacja I stlamszenie nigdy nie konczyly sie niczym dobrym; o czym mamy spore szanse przekonac sie na wlasnym podworku, kiedy wykluwajacy sie tam w najlepsze nazizm rozwinie swoje szpetne skrzydelka.
Jedyne miejsca, gdzie Japonczykom wolno nieco rozsuplac gorsecik, to izakaye, karaoke-bary I centra gier; swiat wirtualny, gdzie moga spokojnie zmasakrowac cala wioske w tropikalnej dzungli, I mangi, gdzie dzieja sie rzeczy iscie karkolomne, chocby z racji pojemnosci otworow w ludzkim ciele I rozciagliwosc sciegien.
Tam moga dac poszalec wyobrazni, po czym wracaja poslusznie do waty I tabletek.

No, co komu potrzeba do szczescia, nie moja rzecz, nie moje tabletki.

Ostatnio trafilam na sieci na jakies testopodobne `metody reaktualizacji mitu personalnego`, w formie wiecej zabawy, niz powaznej sondy w podswiadomosc, bardzo ciekawe. Jedno z zadan bylo szczegolnie zajmujace, swoista zabawa w antropologa: wybebeszyc torebke, portfel czy kieszenie, I na bazie `znalezisk` rozpracowac kierujace mna mity kulturowe. Podeszlam do zagadnienia z duza powaga, bo ten swiat doprawdy trzeba reaktualizowac.. Wzielam jedna z licznych torebek, otworzylam, I……- `O! Ciasteczko!..>*_____*<`----------
Kiedy juz na powrot osrodkiem mojego kontaktu z rzeczywistoscia stal sie mozg, nie moglam nie zauwazyc, jak bardzo ta scena przypominala ta z ww. Piratow z Karaibow 3: `Ah! Peanut!..*_*`---I wszechswiat na chwile zatrzymany dla prostej konstatacji faktu: `Rum
isgood`.

Obawiam sie, ze odkrycie mojego podloza mitologicznego nie wrozy swiatu najlepiej- mam jeszcze co najmniej cztery inne torebki… Ale tez- czy to tylko moja odpowiedzialnosc? Ludzie maja wybor, albo zaczac gromadzic wate na generalny remont mieszkan- w Polsce z uwzglednieniem miejsca na wielki krucyfiks z wmontowanym aparacikiem inwigilacyjnym- albo sie, do cholery, ocknac.
Ja ide szukac ciasteczka nr 2. *____*

wtorek, 05 czerwca 2007
Sum wasaty I kukulka japonska

Wyprawy do Takarazuki sa dla mnie zawsze wycieczka wiecej antropologiczno-poznawcza. Zaczyna sie od autobusu na dworzec- mieciutkiego, malutkiego autobusiku, w ktorym ludzie tlocza sie grzecznie, kierowca uprzedza za kazdym razem, nim ruszy, ze zaraz bedzie to czynil, a rozmowa dwoch starszych pan nie ma sobie podobnych w naszym pieknym kraju. Otoz- pani siedzaca zgarnia swoje rzeczy I wstajac zwraca sie do pani stojacej tymi slowy: `Moze sobie usiadziemy?` Na co pani stojaca `Alez prosze sobie nie robic klopotu, o! teraz zakret, niebezpiecznie, prosze nie wstawac!`. `O, I juz po zakrecie –rzuca lekko pani nr 1- ^__^ To teraz zamienimy sie miejscami, dobrze? ^_^`
Jeszcze chwilka kurtuazyjnych wykretow I wreszcie pani nr 2 siada, nie utrudniajac nazbyt dlugim wymawianiem sie zycia wszystkim wokol.
Gdzie tu rzut torba na wolne miejsce przez pol autobusu, z niebagatelnym wynikiem kilku skoszonych glow na torze lotu?..

No ale to inna rzeczywistosc, w Kioto autobus zdobia ochronne pentagramy Abe no Seimeia ( co prawda w pociagach w tym miejscu wisza reklamy specjalistow od usuwania tatuazy -_-` ), a kierowca nie rusza, dopoki sie nie upewni, ze wszyscy staja/siedza, pewnie sie czegos trzymajac.

Sama zuka daje mi szerokie pole do badan, o tyle ciekawszych, ze jestem obserwatorem obserwowanym. Dowodzi tego chocby fakt, ze gdy Kiriyan maszerowala przez widownie, pani O. nie omieszkala przyjrzec sie mi, przygladajacej sie Kiriyan wlasnie. Traci to dla mnie czyms niezdrowym; co wiecej, czuje sie az niezrecznie, okazujac emocje, wiec staram sie trzymac je na wodzy, lecz jasnym jest, ze presja spojrzen kladzie sie czopujacym make-upem na wszelkiej emocjonalnosci. Nic dziwnego, ze w tym kraju znajduje sie pokawalkowanych nieboszczykow w workach. Heh… Anyway- pierwsza rzecz to to, ze znaczniejsze aktorki powinny miec za hymn parafraze piosnki z `SakuraSecret Hunter`- `我らは外人が憎む…` (`Nie lubimy gaijinow`; oryginal traktowal o sakurze). Czy juz zaczeto brac pod uwage odmiane rasizmu, wymierzona w bialasow?.. Moim zdaniem czas po temu najwyzszy, bowiem czuje sie mniejszoscia przesladowana, kiedy trafia mnie maly mentalny lodowiec przy konfrontacji z K. >_<

Druga sprawa- samochody. Jak sie widzi na ulicy wystrzalowy wozek, smigly, Rydz, niech zyje- mozna smialo stawiac majatek na to, ze powozi mezczyzna (naturalnie mowa tu o samochodach prywatnych). Wymog zawodowy, powiedzmy, plus- faceci… :/ Kobiety siedza za kolkami vanow, minibusow I pickupow, slowem- takich, ot, kobiecych samochodzikow. O_o Sklaniam sie ku potraktowaniu tego jako wyznacznika statusu kobiety; w jednej kulturze swiezo upieczone mezatki (SUM) obcinaja warkocz, I chowaja wlosy pod czepiec, w innej wyrzucaja kolorowe szmatki I zostaja przy czarnych czadorach; w Japonii zas SUM pakuje skuterek do komorki I kupuje sobie ciezarowke. -_-` Na zakupy, wozenie rodziny, przeprowadzke… Szereg potrzeb. Jedynie otokoyaku z Takarazuki maja wystrzalowe samochody; `meskie` samochody. No, ale trzeba sie kreowac J Pewnie dopiero po odejsciu z T. moga sobie sprawic jakis przyjemny autobusik.
Autobusem latwiej trafic w uciekajacego gaijina. Lecz!- wyrobilam tu sobie juz kilka niezlych nawykow ninja, np. kukanie zza rogu. Chodzi o to, ze niegdys zwyklam niefrasobliwie klepac reka we wlacznik, nawet jesli go nie widzialam. Nevermore..(kraaa). Teraz- najpierw jest dyskretne kukniecie, szacujace pomieszczenie, potem wslizg do srodka, tak jednak, by nie stanela ci za plecami zadna nieoszacowana przestrzen lub plaszczyzna, nastepnie- konfrontacja z kontaktem, wreszcie- kulminacja zadania, czyli wlaczenie swiatla.
Proces, naturalnie, zajmuje mniej czasu, nizby sie wydawalo; jako rzeklam- to juz jest nawyk. Jestem czujna jak wazka, pomaga mi plastyczne wyobrazenie sobie sytuacji, w ktorej dlon, wymierzona w kontakt, zeslizguje sie po wlochatym cialku, I wszystkich osmiu nozkach…

Ech, podczas antraktu w piatek – byl to Bow Hall, obfitujacy w smieszne gagi- towarzyszaca mi Japonka ociera oczy: `Ech, splakalam sie..`. Na co ja, domyslnie: `Ze smiechu?`. `Nie; przy scenie smierci ojca..`
……

Dlaczego? Dlaczego to zawsze mi przypada w udziale byc jedna z tych osob, mowiacych glosno brzydkie slowo w momencie, gdy wlasnie ucichla muzyka?

Kuku------


CURRENT MOON