RSS
wtorek, 24 czerwca 2008
Barszcz zawekowany w golfie

Zabawne, jakie rzeczy, które na Zachodzie uchodzą za luksus naznaczony dyskretnym urokiem burżuazji, są w Japonii prozą codzienności.
Trudno mówić, rzecz jasna, o sushi, którym się można tu zażerać w ilościach nieprzyzwoitych, radując się taniochą, podczas gdy w Polsce jest to wyżyna snobizmu. Nie dość, że małe, niedobre i drogie, to to jeszcze w ramach przyprawy dostaje sie bufonadę i zadarte nosy obsługi susharni. Bo też w istocie, pracując w restauracji z ryżem i rybami, człowiek na drabinie społecznej plasuje się wyżej niż baronet  -_-‘ Nie zapomnę tego paskudztwa, które jadłam w sopockiej susharni. Myślę, że płaciło się w kolejności za to, że:
-Sopot
- Monciak
- Krzywy Dom
- susharnia
- ryż z glonami.
Nie mówiąc o przyjemności obcowania z obsługą, która mierzyła naszą grupkę wzrokiem cokolwiek pogardliwym a zdumionym- co ta banda tu robi?! Fakt, skandal: z ulicy weszliśmy, z ulicy na której pracowaliśmy, nadmieniam, i ze zdobycznym kuponem na żarcie...Abominacja czysta. Heh, gdzie tu się równać temu z radosnym „Maido!”, wykrzykiwanym tubalnie przez picmajstrów z susharni w Narze...
No ale w końcu i w Japonii nasze rodzime jedzenie jest paskudnie drogie, a sałatka ziemniaczana uchodzi za szczyt wyrafinowania kulinarnego. Co region, to inne przystawki, wiadomo.

Ale taki golf; tu ludzie mają hopla na punkcie golfa. U nas kulturowo-społeczne konotacje tego sportu nie pozostawiają dużo pola dla wyobraźni- golf to bogate japiszony, straszliwe pulowerki w romby, i comiesięczne wizyty u rodzinnego psychoanalityka. Na mile czuć ciężką kasą.
Zaś co widzę w Tochigi?..70% operatorów uprawia golfa z zapałem, a wierzcie mi: nie wyglądają jak pedał Steff, co właśnie spał z koniuszym, innymi słowy- jak anglosaska złota młodzież, która nie schodzi niżej rocznika 1900 w doborze koniaku. Japoński golf tani jest jak barszcz instant, karnet miesięczny na trawkie z tymi fikuśnymi dołkami kosztuje połowę mniej, niż na siłownię, zaś widok umorusanego od stóp do głów operatora-staruszka, który w przerwie między jednym mieszaniem gumy a drugim ćwiczy sobie zamach i wymach kijkiem- jest bezcenny :D

 Okazało się też (znowu) że żyje w słoiku i jak zwykle nic nie wiem >_<
Poszłam oddać  „Tożsamośc Bourna” i wypożyczyć inne DVD, gdy obsługujący punkt młodzieniec zebrał się wreszcie w sobie, i w momencie finalnego przekładania płyty do tymczasowego pudełka, rzucił konwersacyjnie: „A ty z Polski jesteś, prawda?”. „Prawda” zeznałam.
„Bo w Polsce jest teraz pan Hosono” oznajmił i spojrzał na mnie wyczekująco. Odwzajemniłam spojrzenie niczym wierne, tylko niższe, bardziej blond, okrągłe i innej płci lustrzane odbicie.
Po prawdzie, owo wyczekiwanie było kluczem naszego nagłego podobieństwa.
Zafrapował się człek i pośpiesznie spytał konfratra na zapleczu, czy wymieniony nadal bawi w Polsce.
Bawi.
„Bawi!” już teraz pewniej powtórzył młodzieniec i spojrzeniem więcej ponaglającym mnie z kolei obdarzył. „W Polsce bawi teraz pan Hosono”

Na und?
W Polsce jest też teraz ciotka Marylka, ale wątpię, by było to ogólnie wiadomym dla japonskiego Bridgestone’a. Wiem, oczywiście- Japończyków w Polsce naszej maciupkiej jest wszystkiego dwóch: pan Hosono i ambasador

A że nie znam tego pierwszego- where have I been?!

No wstyd. Żeby tak chociaż podpowiedziano człowiekowi, jak rozpoznawać takie persony w tłumie, małe wskazówki typu- „Będzie miał na plecach przytroczony kij do golfa” czy coś...-______-


niedziela, 22 czerwca 2008
Słyszę głosy

Powinnam może napisać wprzódy, że słucham głosów.
Ale wystarczy; jeśli mnie urzekną- słyszę je potem cały czas, rozbrzmiewają w mojej głowie niczym w pozytywce, bez ustanku, nawet jeśli jest to tylko kilka wyśpiewanych słów.
Piękny śpiew- a szczególnie piękny męski śpiew- robi ze mną rzeczy niesłychane.
Jak gdyby czyjś głos był podłączony niewidzialnymi kabelkami do mojego organizmu- serce traci rytm, oddech mi się rwie, a pole widzenia zawęża do jednej jedynej postaci, którą też widzę średnio wyraźnie, bo koncetracja i energia wszelka uchodzi z całego ciała, przenosząc się na słuch.
Jestem w takim momencie tylko tym, co słyszę- no i jeszcze sercem, tłukącym się dziko gdzieś na wysokości gardła. To mnie kiedyś wykończy...

Zacznijmy od tego, że zwiałam z fabrycznej rzeczywistości w piękniejszy świat, choć o ironio- do Tokio. Jadąc tam, nie umówiłam się z żadną znajomą na kawę, nie dałam znać nikomu, kto ewentualnie mógłby w Tokio być i chcieć się ze mną zobaczyć. Nie chciałam, żeby do mnie mówiono, w jakimkolwiek języku- japońskim, angielskim, a nade wszystko- polskim. Musiałam uciąć potoki mowy, płynące w moją stronę, choćby na jeden dzień.
Więc przepłynęłam przez Tokio jak we śnie, gładko przechodząc z pociągu do pociągu, bez pośpiechu, zawsze trafiając na właściwe przesiadki dokładnie na parę minut przed ich odjazdami...Znak, bez ochyby.
New National Tokyo Theatre w Hatsudai jest gigantyczny. Weszłam tam, nim jeszcze sie nazbierało ludzi- cóż za ogrom. Schody, pnące się w kosmos, a nad nimi wiszące balkoniki z wystawionymi kostiumami, duchami minionych sztuk.
Kiedy spektakl się zaczął, przez pierwsze dziesięć minut mogłam myśleć tylko jedno: „To ja za to dałam jednego mana?...” bo rozczarowanie moje było wielkie. Nawet moje miejsce, może i nie za daleko, ale zdecydowanie na uboczu, mnie rozczarowało. Ale kiedy pojawiły się dwie heroiny sztuki...miałam ochotę uderzyć czyjąś głową o fotel z przodu, swoją na przykład.
CO- ZA- ZŁO.
Minę grała Kenmotsu Tamaki, a Lucy- Shibuki Jun. Kiedy Kenmotsu była na scenie sama, lub z kimś innym- grała nieźle, a śpiewała bardzo dobrze. Kiedy pojawiała się Jun, głos Tamaki nadal był piękny, ale jej gra, widać znajdując się pod wpływem drugiej osoby na scenie, schodziła kilka klas niżej.
Jun była beznadziejna. Pierwsze kilka scen z Lucy i Mina były tak żałosne, że się płakać chciało- jak gdyby ktoś chciał zrobić anime na scenie: te fałszywie słodziutkie modulowane glosy, przesada we wszystkim, gesty i przedstawianie emocji technikami właściwymi anime...Tragedia.
Do tego dochodzą wywiady z nimi obiema, które sobie przeczytałam jeszcze w pociągu. Tamaki- rozmowa jak rozmowa, o innych przedstawieniach, innych artystach, własnych przebojach podczas prób. Z Jun- to był jeden wielki pean na cześć własną. „Bo u nas w Takarazuce...”, „No więc kiedy byłam top star...”, „Kiedy u nas w Takarazuce grałam swoją ostatnią sztukę, grałam wampira, więc JA bardzo dobrze rozumiem Matsudairę Kena (rola tytułowa) i jego odbiór postaci..”, „Uważam tak naprawdę, że byłabym świetną Miną”.
„Jestem-Taka-Zajebista” Shibuki Jun -_-‘
Przy czym, jak nadmieniłam, była jedną z najsłabyszch ról, bo widać nie może się dziewczyna pozbyć nawyków z zuki, gdzie niestety wiele aktorek uważa, że wychodzi się na scenę dla objawienia się fanom, i nieważne co zrobisz, jak zaskrzeczysz, wystarczy, że machniesz nogą i zrobisz „Ha!”, bo fani i tak kupią ubranko klubu, i napiszą ci słodką kartkę. Nie, proszę pani- w innych teatrach się jednak gra przede wszystkim. Nie wystarczy być (panie Kosiński, nie tutaj). Nie wpłynęło też na poprawę jej wizerunku, kiedy podczas owacji, gdy przyszła jej kolej wyjść przed szereg i się ukłonić, wdzięczyła sie do publiki trzy razy dłużej, niż inni, równorzędni wagą postaci aktorzy. Po prostu nie mogła się nasycić, krygowała się, kłaniała z miną top star, jakby istotnie nawet Matsudaira Ken był tam tylko jakimś trzeciorzędnym aktorzyną, kwiatkiem do kapelusza, bo cała sztuka kręciła się wszak wokół Lucy.
Sam Matudaira jest przede wszystkim aktorem, nie śpiewakiem, więc parę razy niemożebnie zaskrzypiał; ale Dracula i jego sługa Pawel (Mitsueda Akihiko) byli najlepiej zagranymi postaciami; na bogów, to był pełnokrwisty warsztat aktorski. Jakby nie było, samą swoją grą Matsudaira doprowadził mnie do łez, tak przejmujący był jego Dracula w swojej pasji i rozpaczy.

Ale dziać się poczęło, kiedy na scenie pojawił się ON. Van Helsing, grany przez Suzuki Somę. Przyznam, że przyciągnął moją uwagę nim jeszcze wiedziałam, że to będzie główny głos całego spektaklu, bo na plakacie Soma jest najbardziej fascynującą, i – zaraz obok ślicznej jak bajka Tamaki- najpiększniejszą postacią. Najbardziej męski pośród wszystkich występujących w sztuce panów. I ten głos...Od momentu, kiedy wyszedł na deski po raz pierwszy, cała sztuka była dla mnie tylko ogólną ramą, wypełniaczem między scenami, kiedy Van Helisngowi dano zaśpiewać. Mało było tych scen, haniebnie, niewyobrażalnie mało; stąd po mojej czaszce tłucze sie ledwie kilka wersów, które szczególnie mocno wryły mi się w pamięć. Usłyszeć Jekylla/ Hyde’a w jego wykonaniu... *__*
Tak silne emocje wzbudziło we mnie jedynie kilku śpiewaków, lub duetów; ja bardziej niż na wielbicielkę solistów nadaję się na wielbicielkę chórów, bo te potrafią mnie niemal zmysłów pozbawić. Tak też i tutaj- chór był doskonały, natomiast soliści...Na wymienienie zasługują jeszcze dwaj panowie (niestety, poza Tamaki, której nie mam nic do zarzucenia, w tej sztuce panie poległy na całej linii): grający Jonathana Osumi Kenya, oraz występujący w roli Mefista Sonooka Shintaro. Właściwie kolejność powinna być odwrotna, bo głos Shintaro to prawie bas, i jest tak piękny, mocny i ciemny, że się włoski na rękach (nieogolonych) jeżą. Kenya śpiewał dobrze i równie dobrze grał. Ponieważ powinno to być oczywiste, sam fakt, że przez połączenie tych dwóch cech ktoś się wybijał- świadczy tylko o poziomie aktorstwa niektórych. Aktorek Takarazuki głównie.
Tak, bo były jeszcze trzy inne panie z zuczną przeszłością, występujace w rolach przybocznych wampirzyc hrabiego. Ich gra była dokładnie taka, jak w zuce, dość przerysowana i sztampowa, ale do strawienia. Śpiew...momentami nie był zły, ale- dlaczego japońskie aktorki śpiewają tak tandetnie?! Jakieś krzykliwo-płaczliwe trele, tanie i nieprofesjonalne chwyty w postaci wpadania w straszliwe wibrujące gardłowanie, przy zachowaniu jednocześnie najprostszej, prymtywnej wręcz linii melodycznej. Nawet jeśli ja słyszałam możliwości włączenia co najmniej drugiego głosu- one wyły unisono. Co, za trudno by było? Gdyby ktoś obok śpiewał na inną nutę?...
Mając niezłe głosy- dawały recital jak z Opery Leśnej czasów PRLu. Paskudztwo.
Ale Soma...Kiedy tylko doszłam do siebie, zniknęły mi mroczki przed oczami, i wrócił w miarę regularny oddech, pobiegłam do stoiska i kupiłam piekielnie drogi program- gdzie są jego zdjęcia- oraz ścieżkę z „Elizabeth”, gdzie Soma śpiewa partię Franza Josepha. Następnie pojechałam do Yurakucho, i tam, w Takarazuka An kupiłam jeszcze jednaąpłytę, „Piękną i Bestię”, na której Soma- noszący wówczas jeszcze inne nazwisko- porykuje partie Bestii. Jestem zgubiona.
Ale widzicie, to, że nigdy nie kupiłam sobie nagrań z dorobku Mariusza Otto wynika tylko i wyłącznie z tego, że on nigdy takowych nie nagrał. W Polsce nie ma jeszcze takiego silnego trendu, żeby nagrywać muzykę z musicali i oper.
Cudowna była publiczność tokijska- była owacja na stojąco, pokrzykiwanie i szał, kiedy pojawiali się ulubieńcy, prawdziwe żywe reakcje, a nie kostycznośc jak w teatrze Takarazuki. Piękny świat; inny świat...

(Suzuki Soma w "Marie Antoinette")


środa, 18 czerwca 2008
Get yourself high...

   Dobra, kolejna wskazówka do rebusa: gdzie Marysia pracuje.

W mojej pracy chłopcy robią gumowe babeczki 8-)

Hehhee...Otóż z wirującej na walcu gumy muszą wycinać ok.1,5metrowe pasy. Równej szerokości winny te pasy być, ale jakoś takimi być nie chcą. Na swoje wytłumaczenie operatorzy orzekli, że starają się wyciąć milsze oku kształty—babeczek. „Rubens!”- zastrzelił mnie nieoczekiwaną wiedzą najmłodszy z szajki, wymnachując zdecydowanie pokaźniejszym pasem, charakteryzującym się bardzo falistą liną brzegów. Reszta na moje oko gustowała raczej w Modiglianim.

Kontynuując nieco bardziej refleksyjnie wątek imprezy w Utsunomii, ciekawostka taka: poznana w Neście Izumi zapytała się mnie podekscytowana, którego Dja bardziej polubiłam (grało dwóch tego wieczora). Jej i jej znajomym podobał się bardziej młodzieniec w mrocznym kapeluszu, grający sofciarskie kawałki, mdłą papkę bez mocniejszego akcentu, zachowawczą i miałką (oczywiście, oni tak by tego nie ujęli -_-). Muzykę idealną do centrum handlowego.
My z R. wolałyśmy Dja, który spędził z nami połowę imprezy. Polubiłyśmy nie tylko dlatego, że był taki otwarty i towarzyski; grał lepiej. Odważniej. Zdecydowany rytm, wymagające tempo, momentami skrajna zmiana nastroju, zaś wszystko jakieś takie...świeże. Z życiem.
Nie to, co grał kapelusznik- jeden niekończący się, monotonny smut do kotleta. Jakby udekorował salę balową papierem toaletowym.
Ot, różnice w mentalności: w Japonii są, owszem, jaskrawe barwy i ludzie lubiący je prezentować na sobie (wszystkie naraz...); są ostre karaage i bardzo słona edamame; jest DJ Haneda. Jednak statystyczna większość woli mdłe potrawy, stonowane błotne kolorki, zachowawcze tony. Nieporuszonego kakkoi kapelusznika, pitolącego smętne kawałki, od postrzelonego dj’a, który skakał i wirował między winylami w niepohamowanym tańcu do niezłego housu.
Ale mimo tych różnic, komunikacja zachodzi. Kulturowa wymiana nawet!
W wykonaniu Polaków jest to zjapońszczanie angielskich wyrazów tak, jak wg nich się to robi w Japonii (katto; koldo; sajzo czejnżdżo), zaś w drugą stronę to działa tak, że Japończycy zrobili fuzję słówka „gicio”, używanego nagminnie przez operatorów, oraz japlishowego guddo. Dzięki czemu miałam przez parę dni pyszną zabawę, słysząc wokół Japończyków, powtarzajacych radośnie:” Gucio! Gucio!”
Gucio by się ucieszył, że taki popularny w BSie. Byłby wielki bal u Gucia. Gucio dałby stuff do żucia.
Gumową babeczkę.

Za to z dylematów tłumacza- czasami korci mnie, żeby przetłumaczyć bardzo, bardzo dosłownie. Słowo w słowo. Wychodziłyby z tego TAKIE RZECZY..że aż! }:D
Np. Oczko pisze w raporcie operatora:” Są różne sposoby wbijania noża. Co sprawia ci największą trudność?”. Na co powinna nadejść pisemna odpowiedź: „Najgorzej to jest chyba wtedy, kiedy ofiara próbuje stawiać opór.”
Nie wiem, może to trochę krwawe ^_^’
Ale c’mon!...Skojarzenia same się cisną na myśl!...Moją myśl, wiem, ale...Muehehe.

Na koniec- ciekawostka przyrodnicza: większość pzonanych tu Japończyków, po standardowej serii pytań „co sądzę o Japonii?”, „czy lubię japońskie jedzenie?”, i czy miałam japońskiego kareshii- zachwalają japońską kranówę. Że pitna i smaczna.
Po prawdzie, takie same rzeczy słyszałam w Narze- surowa woda z kranu pyszna jest i czysta!...
..z czym nie do końca mogłam się zgodzić, bo woda która piecze w oczy NIE MOŻE być dobra dla żołądka.
Teraz jednak biegam po hali z buteleczką, po strategicznie rozmieszczonych wodopojach, i się poję. Nie z każdego wodopoju można pić, trzeba do tego traperskiej wiedzy i smykałki poszukiwacza przygód, bo walory wody poznaje się głównie po jej skosztowaniu -_-‘
Ale przeżyłam; teraz posiadam WIEDZĘ!---i butelkę całkiem znośnej wody, szkoda tylko, że żółtawej. Ciekawe, co mi bonusowo wyrośnie, w koncu od jakiegoś czasu codziennie podlewam sobie organizm co najmiej dwoma litrami tej...cieczy. Czymkolwiek jest.
Z dużą dozą nieufności pokazałam butelkę z mętna wodą Oczku, a ten wykrzyknął, czymś dziwnie ucieszony „O, rdza!”
-_-‘ Yaaay.
Rdza, juhu. Jak tu się nie cieszyć :-/
Czy to się kwalifikuje pod nielegalny dopping? Nie dostaję żadnych innych wesołych tabletek, ale wystarczy jeden głęboki wdech przy walcarce i łyk mojego lokalnego Mescalito, żebym natychmiast przysnęła na palecie  -_-‘



niedziela, 15 czerwca 2008
Ciapysz!

Odgłos chłosty przecina powietrze...
Na skórze zaczynają pojawiać się czerwone ślady...
Patrzę przed siebie i zaciskam zęby w oczekiwaniu następnych razów- wiem, że nastąpią. Ale nie ma sensu się cofać, bo to jedyna droga.
Zaniedbana, rzadko używana przez pieszych i rowerzystów droga na stację, po wąskim chodniku w 80% zaanektowanym przez chaszcze, chłostające bezlitośnie po rękach i nogach w ciemnościach pozbawionej latarni ulicy.

Przygoda, przygoda..-_-‘

Chłosta z rana jak śmietana, choc rankiem to akurat wracałyśmy sobie z R. emeryckim spacerkiem, nieśpiesznie, żeby nie nadwyrężyć umęczonych członków bardziej, niż już sie to dokonało wśród uciech Utsunomii.
Weekend spędziłam ogólnie na wydawaniu talarów, w zadziwiającej ilości, zważywszy na fakt, że nie ruszyłam sie z Tochigi. Ale jednak, co stolica (prefektury, ale jednak) to stolica.
Najsamprzód, kiedy czekałam na R. przed toaletą na stolicznym dworcu, nieopodal zatrzymał się brodaty pan. Spojrzał na mnie przeciągle, i poruszył portfelem.
Jasny gwint...Myślałam, że nie zdzierżę, i dostanie, cham, na odlew.
Ale zdzierżyłam.
Potem- szukanie lokalu. Z jednego do drugiego, od słowa do słowa- na mieście, głosi plotka, jest klub housowy, co to Nest się nazywa. Uczynny bramkarz knajpy hiphopowej narysował nam nawet mapę, niestety- kiedy poszlyśmy się zaopatrzyć do Seven Eleven, R. niebacznie zostawiła ją wśród towarów. Nigdy więcej jej nie ujrzałyśmy. Na pewno została porwana przez wrogich agentów, którzy chcieli nas w ten sposób zwieść na manowce.
Nie z nami te numery...W poszukwianiu lokalu przesłuchałyśmy chyba pół miasta. Wreszcie wyciągnęłyśmy z pubu pewnego młodzieńca, który uczynnie i całkowicie dobrowolnie zgodził się zaprowadzić nas do strefy zero.
Nest istotnie...ukryte było nieźle.


Przypomniały mi się czasy Enzo i Mojave, podejrzanych, spelunkowatych  i niekoniecznie zaraz całkowicie legalnych lokali, w których niegdyś zwykłam spędzać weekendy.
Cuś musi jest w takich miejscach, bo i Nest było strzałem w dziesiątkę.
Może dlatego, że było małe? Albo że bylyśmy jedynymi obcokrajowcami, więc robiłyśmy za gwiazdy wieczoru, otrzymując traktament gwiazdom należny, czyli- tequillę za 250 jenow, i drinka w prezencie od Dja. Bardzo miło
8-)

Było tak fajnie, że dziś dzień (który zaczął się dwa razy, przy wysiadaniu z pociagu o 6:30 rano i przy pobudce o 11:40 ) trzeba było spędzic możliwie reanimacyjnie. Głównie na rowerze i zakupach.
Ale epizod z chłostą wrócił rykoszetem, kiedy byłam w book-offie. Wyszukałam parę potrzebnych mi tytułów, po czym, już czysto rekraacyjnie, szukam czegokolwiek Higuri Yuu, mangaki. Pytam wreszcie sprzedawcy, czy mają cokolwiek autorstwa tej pani, bo jak rany...Nie wierzę, żeby nie było. Pan przepadł, długo go nie było, po czym wraca i patrząc na swoje mankiety podaje mi dwa tomiki „Tylko to znalazłem...”.
Biorę, otwieram.

Ciapysz, ciapysz! „Omae wa ore no mono da”*, ciapysz! Ale, profesorze, mam tylko 12 lat... ciapysz!

Ou. Maj. Gad.

Jak ja nienawidzę shota! To jest bardzo złe. Jak H.Y. mogła takie rzeczy narysować?!
Zachowując, mam nadzieję, kamieny wyraz twarzy, odłożyłam zakazane wersety na pierwszą z brzegu półeczkę, i godnie odeszłam do kasy. Starając się nie patrzeć na sprzedawcę; dobra, ja wiem, że jest im wszystko jedno, i sami to czytają- ba! sami to rysują! Więc co im tam. Ale jednak, kiedy przez pomyłkę prosisz sprzedawcę, żeby ci przyniósł pedofilskiego hentaia, a on musi odtąd myśleć, że tego się istotnie potrzebowało do szcześcia, to jest człowiekowi cokolwiek....głupio -_-‘
Ale nic to.
Akta się wyczyści i dopadnie niegodziwców ( z pewnym Japończykiem z pracy na czele; człowiek ów jest tak nikczemny, że wedle prawa karmicznego odrodzi sie niechybnie jako stonka ziemniaczana). Bo widzicie- nie byłam z wami do konca szczera odnośnie mojej tutaj pracy...


Wrócę sobie na koniec do wątku głosów. Pięknych, poruszających głosów.
George Michael, „Cowboys and angels”. Jak to się dzieje, że te głębokie, aksamitne tony, jakie on wydobywa...z nie wiem, skąd, ze swojego mostka chyba!- mają taką magnetyczną moc? Dzordżyk- czarodziej. To tylko głos, i sprawne obniżenie krtani; doskonała kontrola i emisja. Wiem.

---Czarodziej.

* `Jestes moj`
sobota, 14 czerwca 2008
I stay alive!

  Kiedy się pracuje z grupą, łatwo zapomnieć, że ci współpracownicy istnieją także poza pracą. Że mają inne, prywatne życie, prywatną twarz i ciuchy. Spotykają sięz innymi ludźmi, być może inaczej się wysławiają, noszą inne imię.

Tym łatwiej zapomnieć o tym Japończykom, których oddanie pracy graniczy z uzależnieniem. Cóż innego można powiedzieć o ludziach, którzy- cytuję: „Nie wykorzystują swoich dni wolnych, bo i tak nie mieliby co z tym czasem zrobić”?...

Pożałowania godne.

Jednak pełne zdumienia i niemal...alarmujące w tonie pytanie Oczka: „Marianna, gdzie ty wczoraj byłaś?!” to hit tygodnia.

- But John...
-No, Elisabeth! I can take no more lies!
...Tell me where you been!  5 o’clock in the morning, you ain’t home...I can’t help thinking it’s----Breaking the law! Breaking the law! O_o’’’

Otóż w dniu, będacym przedmiotem pytania, pojechałam do bankomatu- co rower wyskoczy, bo bankomat czynny tylko do 18, a drań daleko jest- oraz po drobne zakupy (alkohol, lody...ot, życiowe potrzeby robociarza). I zostałam zoczona.
Przez Oczko. Który oniemiał!
Bo jest to istotnie szokującym odkryciem, że nie znikam z wybiciem 17:15, by zmaterializować się cudownie dnia następnego o 8:15 w mistrzówce. Nie, ja podtrzymuję funkcje życiowe, co więcej- przebieram się w cywilne ciuchy (mam takie) a nawet!- wychodzę na ulice  O_O   お聞きになった...(う・そ・で・しょ!)
Ludzie wierzcie lub nie wierzcie- pojawiam się na mieście!

Kiedy pracowałam w księgarni, obowiązywała tylko koszula/koszulka robocza, kieckę czy spodnie można było założyć wedle własnego uznania, a przecież spotykając sie niekiedy z ludźmi po robocie przeżywałam moment przelotnego zdumienia, jak różni są, kiedy nie spowija ich robocza koszula.
Tym razem mam 100% opakowania firmowego, od butów po czapkę. Jak można bez tego istnieć, musi być zaiste niepojętym cudem.

Myśl nagła: może dla Japończyków, z ich bądź co bądź odmienną fizjologią (wyrywają sobie włosy z nosa i lubią kiszony imbir- puuleeeease...)- roboczy frak jest niczym „life support system” w zbroi Lorda Vadera?!
Przecież! Gdy zdejmują czapki, animusz i werwa znikają z ich twarzy niczym kałuża z rozgrzanego asfeltu.
Oczywiście wiadomo, że strój odmienia człowieka, zmienia jego postrzeganie samego siebie i świata wokół, może wpłynąć na jego mowę, temperament, nastrój. I nie jest to udawanie przy tym; to cały czas ty, tylko inna odsłona. Kto powiedział, że człowiek jest jednoaspektową naturą? Kłamał.
Potęga maski i kostiumu, fundament teatralnej magii- zmienisz koszulę na grzbiecie i już z Dantes’a jest Monte Christo.
Wprawdzie powiadają, że nie piękne stroje zdobią człowieka, lecz serce wielkie i prostota, ale wielkie serce nie zmienia faktu, że ludzie nie są dwuwymiarowi. Zazwyczaj.
Japończycy do pewnego momentu chyba też nie; na progu dojrzałego życia jednak często odrzucają wszystkie aspekty, nie pasujące do dwóch form zasadniczych: pracy i domu. Reszta się nie liczy.
Wobec tego zaś, że nie ma tu mojego domu- jak mogę istnieć poza pracą?! To jedyny kontur, który mnie określa wszak.
Jeśli moje objawienie sie na rowerze, w dżinsach i pasiastej koszulce było takim szokiem- jak dobrze, że nigdy mnie nie zobaczą w gorączce sobotniej nocy. Nie chcę mieć nikogo na sumieniu -_-‘

Z ogłoszeń parafialnych- znów się zatrzesła ziemia; zaś jedyna moja reakcja: „matko, znooowuuu...”. Chyba przywykłam  :/

  Do tego tez :D



środa, 11 czerwca 2008
Heaven`s breaking loose O_o

W fabryke strzelił grom.
Naprawdę. Natychmiast stanęły maszyny, właczyły się wyjce i światła alarmowe, chwilowe pandemonium...Niebiosa się gniewają, pewnie widząc totalny upadek obyczajów, ruję i poróbstwo, a nade wszystko grzebanie boskiej iskry, która tkwi (zazwyczaj) w ludziach- w cuchnącym zwałowisku gumy i rozgrzanego metalu.
Tu dusza wysycha. Jak strączek fasolki, coraz cieńszy, słabszy i pomarszczony, aż wreszcie ziarenka w środku kurczą się do rozmiaru ziarnek maku, a wyschnięta na wiór łupinka odpada przy byle podmuchu. Opuszcza ciało wraz z kolejnym uslyszanym plugawym dowcipem o genitaliach.

Oczko, szkoleniowiec przy mojej grupie, celuje w tekstach, które przy odrobinie złej woli spokojnie można by uznać za rasistowskie.
Wszystkie te rozwlekłe pogadanki o włosach na ciele... Nie omieszkał mnie zapytać, tonem głębokiego powątpiewania, czy Polki się golą pod pachami. Zapewniam, że nie dałam asumptu do takich pytań, tak samo jak do do dociekań, czy wyrywają sobie włosy z nosa, oraz czy ja - już osobiście, ja- golę sobie ręce.
Bo przecież my, białasy, rodzimy sie z gęstą, wodoodporną pokrywą włosową, którą zrzucamy sezonowo, jadąc od Japonii, żeby się nie wyróżniać. Wiadomo -_-‘
Doprawdy..!
Brwi mam mało widoczne, rzęsy cherlawe, więc byłby to skandal wszechczasów, gdyby na obszarze twarzy jedyne gęste, długie i podkręcone włosy rosły mi w nosie!...
Niektórzy po prostu nie wiedzą, kiedy przestać. I z takim oto, skończonym prostakiem, wypadło mi pracować -_-‘

Oczko cały czas stara sie zwrócić uwagę ogółu na swoje ramiona, pulchne i gładkie, przekonany widno, że raz po raz zalewają nas na przemian fale podziwu i gorzkiej zazdrości.
Podczas gdy dla mnie jest równie bezpłciowy, jak Hatifnat.
Miękki, zniewieściały, i kryptogej, który nie chce wyjść z szafy. Poważnie, klei sie do operatorów aż miło. Tchórzliwie kradnie chwile swoistej intymności, czerpiąc podnietę z „przypadkowego” kontaktu fizycznego: a to obejmie któregoś kordialnie, masując i ugniatając mięsisty biały bark z wprawą godną rasowego handlarza niewolników; to znów posmyra po karku lub pod brodą. Przoduje jednak w obłapianiu kolan, pozornie niedbałym ruchem, kiedy zdarzy mu się kucnąć koło siedzącej ofiary. Nagle bowiem jego ręka w tajemniczy sposób znajduje się już nie na kolanie, lecz na udzie nic nie podejrzewajacego, oczadziałego od duchoty młodzika.
Na bogów...Ręka Borgusa Weemsa! It’s back!..O_O

Ja tymczasem bywszy w Tokio cały weekend.
Pozwoliło mi to zabić prawie zupełnie skisly posmaczek po wypadzie na pamietne przymusowe karaoke... Konsumpcja szalała, ale tylko raz zaczepił mnie czarnoskóry mezczyzna, z folderem reklamujacym kameralny zapewne klubik w dłoni. Naprawdę zacznę ich bardzo nie lubić, tych ludzi. Otwartość i tolerancja to jedno, ale różnice w kulturze i mentalności istnieją jak byk, i po cóż temu zaprzeczać? Nie da sie połączyć pewnych brzegów, i tyle.

W każdym razie, i na demachi do Takarazuki poszłam, i po Harajuku się poszlajałam, i po Yuurakucho, i w Akihabarze...Mniej więcej 30 minut po tym, jak opuściłam Akibę, wydarzył się tam wypadek: szaleniec w cieżarówce, ignorując czas dla pieszych, wpadł w tłum na skrzyżowaniu, a kogo nie rozjechał- rozpłatał nożem. Przezorny zawsze ubezpieczony -_-‘
Tak jest. Ten kraj jest szalony i nadmiar stłumionego w społeczeństwie ciśnienia rozsadza garnek. Niebiosa sie otwarly, a bogowie łakną krwi.


czwartek, 05 czerwca 2008
Mocy przybywaj O_O
- Hi, my name is Bruce.
- Hello, Bruce -_-
- Hi, my name is Sally.
- Hello, Sally -_-
- Hi, my name is Iwul Wiszus Creature from the Dharrrknesss!..
- Hello, Mari -_-`
( z serii: przemyslenia po lekturze blogow :D)


Kruk nie od razu poderwał sie na mój widok.
Długo zwlekał, nim wreszcie wzbił się ciężko, nie więcej niż pół metra nad ziemię, z wysiłkiem starając się nie upuścić tego, co trzymał; ciężar jednak musiał być znaczny. Poddał się wreszcie i ze złością odfrunął na dach, a szare, bezgłowe ciałko plasnęło na środek drogi.
Dopiero gdy podeszłam bliżej, zdołałam ocenić po rozmiarze i kształcie, że to kiedyś musiał być gołąb, ale nie ośmieliłam się przyglądać dłużej- kruk przypatrywał mi się nienawistnie, nieznacznie poruszając skrzydłami; nie mogłam tego zobaczyć, ale jestem pewna, że się oblizywał.
Ujrzałam go ponownie ok. 20 minut później, wychodząc z hali. Zdołał już do tego czasu rozpruć brzuch zdobyczy i właśnie sprawnie ją patroszył potężnym dziobem, co jakiś czas triumfalnie potrząsając czerwonymi strzępkami, które wyciągał z resztek gołębia.
Pierwszy raz widziałam ptaka pożeranego przez innego ptaka.
Po południu znów musiałam tamtędy przejść, ale zobaczyłam inny, równie niecodzienny widok: dwóch mężczyzn, w kompletnym rynsztunku roboczym, technik i operator. Technik, w kombinezonie, kasku i rękawicach, stał wpatrzony w niebyt i nieśpiesznie palił papierosa; operator zaś, kucając obok krzaczka, starannie uklepywał łopatką mały kopczyk. Skończył, złożył ręce, i na chwilkę pochylił głowę.
Odeszłam szybko, z uczuciem, że podejrzałam jakiś bardzo prywatny moment; ale cicho uradowana, że dane mi było być świadkiem pogrzebu.
Widzicie- to była jakaś równowaga. Przemoc kontra współczucie. Łagodność przeciw brutalności.
Na drodze została tylko ciemnowiśniowa plama i rozdmuchiwane wiatrem pierze, wśród którego już uwijał się pragmatyczny wróbel. Life goes on; kruk syty i gniazdo wróbla szczelne, a szczątki gołębia zostały potraktowane znacznie szlachetniej, niz byłoby to w Polsce. Co innego kopczyk pod krzaczkiem, a co innego szufelka i do śmieci.
Miałam o czym myśleć wczoraj, kiedy nie mogłam zasnąć; kiepskim pomysłem jest słuchanie Mozarta przed snem. Próba odtworzenia "Domine Iesu Christe", z uwzględnieniem wszystkich głosów i orkiestry, nawet jeśli nuci się w myślach- gwarantuje piękną, pełnokrwistą bezsenność.
Może to dlatego dziś nastąpiła awaria na łączach, i nagle---ODESZŁA ZE MNIE MOC.
Mam złe przeczucia odnośnie pomysłów lekarzy, kiedy juz wrócę do Polski. Znów moje menu będzie składało sie z kilku okrągłych, małych, mieszczacych się w dłoni śniadanek, obiadków i kolacyjek, blarh!
Juz jak widac wczulam sie w role kuracjuszki...

CURRENT MOON