RSS
wtorek, 30 czerwca 2009
Szynka z myszy

Akomodacja przebiega wieloetapowo.
Perełki naszej polskiej rzeczywistości, wybrane i skrupulatnie zapisane przez rodzinę, które następnie w ramach klinka na splinek mi zapodano, przekazuję dalej potomności.
A są to na przykład zasłyszane przez Fasolkę w radiu nowo-twory polskiej mowy, jak:
- "artysta chwilowo nieżywy",
- "nowa powieść [podaje fonetycznie] Salmana Raszdaj"
czy
- "frenczajs jednego brandu" O_o
Maman z kolei z uciechą podała mi paragon, na którym pod numerem pierwszym widnieje tajemnicze pozycja p.t. "element myszka", a który był niczym innym, jak szynką -_- Co do której składu zaczęłam mieć poważne wątpliwości.
Potworności się dzieją. Tak, jak W. napisał- Polska jawi mi się teraz szara, brudna i zapyziała, ale niestety!- ona taką mi się wydawała jeszcze przed jakimkolwiek wyjazdem, nawet tym pierwszym, daleko i na długo.
Wszędzie króluje PRL, na ulicach i w mentalności śpieszących nimi ludzi. Szpetota wizualna i duchowa; chamstwo. Klaustrofobicznie ciasne horyzonciki, skarlały świat, kończący się na najbliższym solarium, pełen przepychanek, cuchnących autobusów, pijaczyn pod całodobowym, i zakaraluszonego rzeźnika, w którym w odpowiedzi na "dzieńdobry" spotyka człowieka pogardliwa obcinka Kobiety Za Ladą. 
Do tego dzielne i pełne werwy służby, chroniące zacną ludność naszej krainy przed zakusami Czarnego Luda, korumpującego kogo się da, zaczęły odwiedzać i inwigilować ludzi, za których uczciwość dałabym sobie prawicę odjąć, ale którzy kiedyś się (na nieszczęście swoich akt) spotkali z Podejrzanymi O Korupcję, i teraz są na Liście. Są nachodzeni, przepytywani w podchytliwy sposób ("A pan za kim właściwie jest?..."), dostają cenne rady i sugestie... Chwalić Swaroga, że jeszcze nie pogróżki.
Ale ja bym po takiej wizycie przejechała czujnikiem pod parapetami i stołami. A bo to wiadomo...Już tak było; wraca stare.
Myślę, co dalej. GDZIE dalej.
Ach, myśl, której nie rozwinęłam dotąd, związana z VIPowską imprezą grupy muzycznej po ostatnim koncercie.
Jak zwykle, niereformowalność narodów, albo wrodzona niezniszczalność barier między narodami, nie wiem. Ale smutne fakty wyglądają tak: mimo, że był to ostatni taki kameralny wieczór, w niedużym gronie, jedynie przez pierwsze pół godziny imprezy mówiono po angielsku. Wkrótce nauczyciele- wokół których siłą rzeczy skupiała się konwersacja- porzucili obcokrajowców, przerzucili się na duński, i ignorowali nas już do końca trwania nasiadówy, mimo wysiłków kilku duńskich studentów, żeby ponownie przerzucić rozmowę na angielski. Nie.
W związku z czym nie-Duńczycy szybciutko podopijali swoje drinki i wymknęli w bardziej przyjazne rejony, tymczasem impreza w pokoju nauczycielskim trwała bodajże do 4tej.
Szkoda, że nie dla nas.
I to jest ta smutna prawda: ile by się tam nie mieszkało, nie zaznajamiało, ile by się wspólnie rozmaitych przedsięzięć i projektów nie brało za rogi- oni nas nie będą brali zbytnio pod uwagę. Pierwsi pójdziemy w odstawkę, bo- nie jesteśmy z Danii. "Jacyś obcy, pff".
Jakieś germańskie zadufanie w sobie, wiara w wyższość własnej nacji, czy co?...
Dziwne, bo ja, w międzynarodowym towarzystwie, jestem ciekawa obcokrajowców, szczególnie, jeśli nie są to nieśmiałe myszki, czekające, aż procenty uderzą do głowy, nim się odezwą, tylko towarzyszcy, weseli, otwarci ludzie.
Duńczycy- nie. Zawsze w swoim gronie, w pełni kontenci ze status quo.
Ech, musi to jednak słowiańska dusza...Bo wszyscy ci ze wschodniej Europy byli wszędzie i ze wszystkimi, włazili ciekawie w zamknięty krąg, chcąc się dowiedzieć "what's cookin'?", ciekawość świata 120% normy.
U Duńczyków?...Mam wrażenie, że ich i moja definicja słowa "świat" to zupełnie inne rzeczy. No żałka, żałka.
***
Sprawdzilam (z nudow, Wysoki Sadzie!) swoj horoskop na sieci. I prosze:
`Pisces, travel may be in your stars; tie up loose ends so you are ready to go if the chance for travel comes your way. Both romance and finance are lukewarm on the home front so there is nothing to hold you here except your own fears and attachments. It may be time to go.`
Zgoda. Jutro moze byc?...
piątek, 26 czerwca 2009
Back from the fairground

  Zabawne, jak blyskawicznie czlowiek potrafi zajac sobie czyms czas/mysli/wynalezc jakiekolwiek zajecie, zeby nie myslec o naglej pustce, o tesknocie zracej jak kwas.
Wczoraj, po przebudzeniu, nagle zadalam sobie pytanie, czy Dania mi sie po prostu nie przysnila?...
Nadal nie mam sieci, co poteguje uczucie opuszczenia.
Szczesciem, 3miasto- zadziwiajac mnie niepomiernie- nie daje mi pograzyc sie do reszty w smetku; od dnia przyjazdu, od wesolej 5 rano - miast siodmej, albowiem kierowca autokaru w miedzyczasie zmienil nieco trase i dostarczyl mnie do Gdanska 2 godzinki wczesniej, niz planowano, z czego Ola, przebudzona przeze mnie raznym telefonem, byla niezmiernie rada XD- spotykam na ulicach znajomych.
Wpadam na nich, mijaja mnie, wesolo machajac rekami, zapraszaja do siebie...
Powoli zatem dochodze do siebie. Jeszcze w myslach pieszczotliwie obracam ostatnie dni, kiedy tylko ja, Anna, Adrienn i Karin, aha- i jeszcze luzno biegajacy pies- buszowalismy po szkole, rozpracowujac szkolny bar (w ktorym ktos nieopatrznie zostawil skrzynke piwa, a takze klucz do lodowki 8-) Zacnie zaopatrzonej. Naiwnosc ludzka nie zna granic ), cykajac mase zakazanych fotek, i poplakujac skrycie.
Dni pozegnan, usciskow, rozmow- bliskosci.
Teraz musze sie przyzwyczaic do tego, ze nie ma tych ludzi kolo mnie. Nie moge w kazdej chwili wyciagnac dziewczyn na basen, czy wyzwac Fryderyka na pojedynek bilardowy.
Dobrze, koncze temat na razie. Jeszcze zbyt swiezy.
Ciekawe: cztery osoby w tej szkole, niezaleznie od siebie, w zupelnie niezwiazanych ze soba okolicznosciach i momentach, nazwaly mnie czarownica 8-|
I pragne nadmienic, ze tylko jedna z tych osob widziala mnie rano zaraz po przebudzeniu, takze to nie chodzi o zwykly Stan Wlosa o Poranku :D
Dolaczam to niniejszym do zbiorku co piekniejszych komplementow, jakie w zyciu otrzymalam:
`You witch you!... With your devilish tricks...!`
Ano.
wtorek, 16 czerwca 2009
Pozegnania 1

W zeszla sobote wyprawilismy sie do centrum gier.
Zabawne, bo w ten sposob zyskalam wiedze, jak wygladaja takie przybytki w Danii, wczesniej zas sie dowiedziawszy, jak wygladaja japonskie.
Polskich do tej pory nie sprawdzilam, poza jednym automatem na molo. Nie ciagnie mnie specjalnie, a 3,5 godziny w Baboon City wynudzily mnie na smierc. Owszem, kilka gier chcialabym miec na wlasnosc, jak mniejsze wersje Rock Band, czy jedna strzelanke, ale ponad TRZY godziny w centrum gier?...To masakra jakas jest. Jeszcze jak pogoda piekna- siedziec a symulatorze wyscigu -_-` It`s crazy talk!
Tego samego dnia, o godzinie 18, zagralismy LARPa.
Przypuszczam, ze wiekszosc Dunczykow nie wiedziala, ze to bylo to, po prostu padlo haslo `Robimy wesele, kazdy losuje sobie role, i przynajmniej przez kilka godzin sie bawimy w swoje weselne postacie`.
Mi przypadl w udziale Brian- technomlotek, milosnik samochodow i rozebranych panienek, dosc porywczy, aktualnie w zwiazku z pinku-Barbi-girl Lulu XD
Przyznam- nigdy w zyciu nie gralam w tak doskonalego LARPa: nie bylo powergamingu, wyscigu, `kto pierwszy znajdzie skarb`, czy wysadzi statek, czy porwie prezydenta, zajedno. Kazdy po prostu gral swoja role tak, jak ja czul.
Ja prowokalam do bojek, kilka razy prawie udalo mi sie doprowadzic do malej ustawki na zewnatrz, ale zawsze mediowal ktorys mniej pijany -naprawde, nie w grze- wuj czy zona delikwenta. Brian, nawet w zwiazku, nie gardzil bliskoscia innych kobiet. No i okazalo sie w pewnym momencie, ze druhna panny mlodej, ktora uparcie emablowalam caly wieczor (a ktora gral Frycek), uczynila coming out, i okazala sie facetem :D A pan mlody nimfomanem, ktory mial romanse z polowa gosci weselnych, plci obojga. Zabawy co niemiara, bar w dodatku otworzyl piwniczke i hojnie chlupnal trunkami w prezencie weselnym, wiec bardzo szybko sie wszyscy ululali. Niektore zdjecia z pozniejszej czesci wieczoru bardzo mnie zaskoczyly dnia nastepnego -_-
I wyobrazcie sobie: czlek w niedziele skoro swit o 13 wypelza z ciemnicy, ostroznie zmierza w kierunku kafeterii, w nadziei na znalezienie kawy (i mleka!), i mija---abstrakcyjna wystawe grupy ze sztuki, jaka urzadzil Ole, nasz nauczyciel zastepczy! XD Porazajace to dziela. Szczegolnie psychodeliczne drzewka Bali`ego, czy stol na scianie. Akurat cos, co czlowiek bedacy w stanie chwilowej wojny z wlasnymi zmyslami, powinien zobaczyc.
Wystawa
Na ostatnich zajeciach z malarstwa zwialam z pracowni i przekradlam sie na basen. Powaznie- sto razy lepiej mi sie maluje, kiedy jestem tam sama, kiedy mam spokoj, swobode odchodzenia od sztalugi bez przyciagania ciekawskich z ich niepowstrzymanymi opiniami i radami, bez bycia oceniana.
Ole przywiodl...zle wspomnienia, powiedzmy. Zniknela gdzies cala radosc z malowania; pozostalo tylko wspolzawodnictwo. W piatek odbedzie sie wreczanie nagrod, w takich kategoriach jak `Babe`, `Hunk`, `Score`, czy `Best ass`, ale tez w dziedzinach muzycznych i artystycznych. I sam ten pomysl mnie mrozi do szpiku kosci- nie dal tego, ze boje sie, ze nic nie dostane. Wiem, ze nie dostane, wystarczajaco wiele osob tutaj nie omieszkalo mi -w przyjacielskim tonie `zdrowej szczerosci` - oznajmic, ze dla nich nie jestem artysta (co mnie wkurza, ale tez w cudowny sposob wyzwala. Niech niczego ode mnie nie oczekuja! Just- let me be -_- ). Ale sam fakt istnienia takich nagrod, calej ceremonii budzi we mnie mieszanine obaw i nadziei.
A to mnie zabija jako (`wannabe`...) tworce.
Swoja droga- dlaczego ludzie mi to robia?...
Najpierw mnie chwala, wychwalaja, podziwem tryskaja w sposob przytlaczajacy, wpedzajac mnie w prawdziwy poploch, by nastepnie po jakims czasie zaczac bezlitosnie mnie pouczac, co mam zrobic, zeby byc `prawdziwym artysta`.
Wczoraj natomiast byl ostatni koncert.
Kazda kapela sie rabnela przynajmniej kilka razy, ja np. polowe jednego utworu zagralam na zlym akordzie, ale ze to taki wiecej dub-jazz, panie dzieju, to moze jakos przejdzie nawet na nagraniu. Gralismy jako ostatni, i przyznam, nie spodziewalam sie, gdy Kiri, przedstawiajaca na zakonczenie zespol (podczas gdy my caly czas brzdakalismy `tlo` pod prezentacje) doszla do mnie, ze dostane takie wiwaty od roztanczonej publiki O_O
Znowu sie prawie wzruszylam :P
Tak samo jak wowczas, gdy tlum rozszalal sie do `Counting hours`; i kiedy rozlegl sie aplauz po mojej solowce w `P.D.A.`(tak, TEJ solowce; ale pracowalam nad nia, cholera, wiec bym sie zezlila, gdyby nie wyszla :P); ale najbardziej niesamowita rzecz sie wydarzyla w zupelnie nieprzewidzianym momencie.
Niesamowita dla mnie; nigdy czegos takiego nie przezylam: przy niektorych piosenkach gral z nami Soren, nauczyciel. Szalal sobie przy bebnach, grzechotkach, agogobelach, etc. I nie zawsze sie orientowal, kiedy my mamy zaplanowane zakonczyc utwor.
I raz tak nas zrobil, ze rozradowany zaczal sekwencje de novo, kiedy my juz-juz mielismy konczyc. Kiri, skonfundowana, szybko zaczela nucic jakas improwizacje, my gralismy dalej na spokojnej nucie, i nagle, w DOKLADNIE TYM SAMYM MOMENCIE, bez umawiania sie, przeszlismy w refren i gladko zakonczylismy kawalek.
Perfekcyjne porozumienie bez slow, bez znakow nawet. Niesamowite uczucie.
Nastepnie odbyla sie VIPowska impreza dla klasy muzycznej, w pokoju nauczycielskim, z oceanem wina i piwa, zorganizowanego przez nauczycieli z kuchni. Impreza ta zmusila mnie do uznania pewnych pchajacych sie z wielka sila wnioskow i konkluzji odnosnie Danii i Dunczykow, ale to opisze moze pozniej. Niewesole to bowiem mysli.
Dazbor.
wtorek, 09 czerwca 2009
Pompka day

Tak, wczoraj był taki dzień właśnie :D
Mimo straszliwego niewyspania (nie najgorszewgo co prawda; gorzej to jest dzisiaj XD), albowiem weekend był barwny: w piątek odbyła się impreza tematyczna pod hasłem "Arr, piraci!!", na którą przebrałam się za mapę skarbów.
Pirat- pff, to takie banalne :P

Koleżanka-Węgierka z kolei przebrała się za skrzynię ze skarbem, a kolega-Słowak za ocean :D Także pomysłowością błysnęli my, Obcy :P
W sobotę miałam piękny plan pojechać do Skagen, ale było zimno i boleśnie, to drugie szczególnie w mojej głowie XD
Jednak wieczorem znalazłam cudowne remedium, którym raczyłam się następnie i przez większość niedzieli, jak nerd siedząc w zaciemnionej sali, miast wyjść na znienacka wylazłe słońce.
Owo remedium to gra "Rock band 2".
Kto by pomyślał, że kiedykolwiek zachoruję na jakąkolwiek grę na playstation.
Ale to...
Była elektroniczna perkusja, dwie pseudo-gitarki, gdzie każdą można było zawsze "przestroić" na bass, no i mikrofon.
Wybiera się piosenkę, następnie- jak ktoś chce- awatara, który będzie Cię reprezentował na wirtualnej scenie, po czym zaczyna się piosenka ( z wcale przyjemną wizualizacją na ekranie).
Na ekranie śmigają gryfy do gitary, a na nich zaznaczone momenty i miejsca, w które trzeba uderzyć/nacisnąć. Brzmi może nieciekawie, ale powiadam- rewelacja, pożądam takiej zabawki, ledwie nieco mniej, niż prawdziwej perkusji.
A, bo ja właśnie garów się trzymałam :D Najlepsza frajda. W sobotę grałam tylko na poziomie łatwym, w niedzielę już spróbowałam średniego i trudnego, po czym jednak pozostałam głównie przy "Medium" :P Niezła wywijka.
Oczywiście, szkolny klucznik Nils, który w pewnym momencie zapragnął spróbować swoich sił i przyłączył się na gitarze, po każdej piosence z niejaką pretensją oznajmiał, że perkusja to łatwa musi być, bo ciągle mi wychodzi 95-96% trafień; ON to ma ciężko! Gitara, panie! Aż trzy klawisze musi na niej naciskać -_-
Tak to wygląda:

I przykladowo, jak to idzie w praktyce:

A wczoraj ladowalam akumulatory (co bedzie mi bardzo potrzebne, kiedy zladuje w Gdansku, i zostane sam na sam z pianinem, w czterech niezbyt odleglych od siebie scianach), bo najpierw spotkalam E. z - hoho - mojej poprzedniej kapeli (ale to BRZMI.. O.O ), ktora rzucila sie w moja strone z rozpaczliwym `Why did you have to leave us?! Come back to the Fallen Keys!`, a pare godzin pozniej czesc The Kid`O glosno winszowala sobie nawzajem posiadania mnie w zepsole. A to sie zebrali jednego dnia, z beczulka miodu po prostu... Nie wiem, czego oni sobie tak gratuluja, bo to ja raczej powinnam sobie winszowac, ze mam mozliwosc tyle grac. Ale pompowalam wczoraj samoocene, i bylo mi blogo, jak nigdy :D
Dzis za to byl ostatni dzien Filipino Stick Fighting ;__; Przewrocono mnie na podloge, wykrecono reke, probowano sprzedac fange w nos, i uczono weselnego tanca z kijami- POMIEDZY kijami, kilkakrotnie bolesnie przytrzaskujac mi stope. Boszszsz, juz mi tego brakuje!... XD A coz sie okazuje? Ze w tej plamie cienia na Dysku, jaka jest Danzig- nie ma Escrimy, nie ma Arnis. Nic nie ma, moge co najwyzej Krav Mage trenowac -_-` Heh...To juz lepiej odkladac szmalec na perkusje; tam tyz dwa kijki :P
środa, 03 czerwca 2009
Smieszne rzeczy
Zostalo 17 dni.
Brzmi niewiargodnie---malo. Ja dopiero opanowalam styl plywania pieskiem! XD I potrzebuje czestych cwiczen, przeciez to chyba oczywiste.
Niestety, sporo osob rowniez doszlo do podobnych wnioskow- ze trzeba sie nacieszyc darmowym basenem, poki mozna, i tlumy tam napotykam nieprzebrane.
`Ten basen - glos rozniosl sie echem po pustej plywalni- jest za maly na nas dwie!`  -_-
Myslicie, ze mam rozdwojenie jazni? Ha- guess again 8-)
W ramach podpowiedzi- kilka moich tozsamosci ponizej.


 
 



Ta ostatnia jest dobra na deszczowa jesien, bo helm ma klapke na twarz ^^
Ech, jo...Ostatnio strasznie latwo mnie rozsmieszyc. Pekam ze smiechu, kiedy na kijach-samobijach wykonuje blok, ktory powinien wybic przeciwnikowi kij z lapy, ale kijaszek miast tego wywijal zgrabnego mlynka wokol mojego ramienia i ladowal gdzie?... De novo w dloni oponenta! Czesto gesto, sila rozpedu, pukajac mnie lekko w czolo. Myslalam, ze sie poturlam ze smiechu XD Wiem, ze moze to nie jest najsmieszniejszy gag wsrod wszystkich mozliwych, ale ubaw byl zaprawde wyborny.
O, albo ten filmik- cacko! Przednio wykonane- polecam! I ide spac, zanim mnie rozsmieszy godzina na zegarku, albo szalony pomysl sprawnego spakowania wszystkich moich gratow XD


wtorek, 02 czerwca 2009
Relacja po festiwalu

Danię zalały upały.
Piekielne gorąco, jakiego zaznałam tylko w Japonii, jeno z dodatkiem 200% wilgotności, ściga człowieka wszędzie. Wypracowanymi sposobami chronię się przed tym, jak mogę: pootwierałam okna i drzwi, żeby skusić przeciąg do spacerku przez moje komnaty, przy tym zaciągnęłam kotary, i niemal bez wytchnienia wlewam w siebie chłodną wodę.
Zimne piwko by mi dobrze zrobiło, ale dziś oczywiście już nie wolno -_-'
Jest to w dodatku Dzień Po Imprezie XD Bezkacowy! tak jak niemal bezalkoholowy był wczorajszy wieczór. Ale nastrój mam więcej niż leniwy: wczoraj, w ramach urozmaicenia, wybrałam się z koleżanką stopem do Arhus. Wysadzono nas niemal na rogatkach, zatem miałyśmy 5 kilometrów spacerkiem przez cuchnące miasto, w upale, do wybrzeża, gdzie padłyśmy w chłodnej, acz nieco podśmiardującej bryzie. Następnie również wielokilometrowa przechadzka do miejsca, skąd łatwiej było złapać stopa- a był nim nieco rozchwierutany samochód pewnej Bośniaczki, która, żądna pogawędki, cięgiem się odwracała do nas, doprawiając podróż dreszczykiem emocji: wykoleimy się, czy też nie...XD
Kiedy wieczorem poszłam na koncert trzech kolejnych kapel, już pierwsze rzępnięcie gitarki obudziło nieprzyjemny rezonans w mojej czaszce i efekt ten nie opuścił mnie aż do północy. Bo wtedy poszłam spać XD
A dziś o poranku- SPRZĄTANKO! Juhuu -_-
Na szczęście w pracowni panuje miły chłód, w związku z czym dzień jak dotąd był twórczy: naprawiłam sobie kieckę, skończyłam rzeźbę i urobiłam przecudnej urody bransoletki, trzy, i wreszcie nie zostało mi nic, czym bym mogła zająć sobie czas i tym samym wymówić się od opisywania sobotniego wieczoru.
Nie dlatego, że wypadł źle, bo wypadł naprawdę świetnie.
Jeno w taki upał odczuwam wyraźny niedostatek słów, co będzie bardzo krzywdzące dla opowieści, ale cóż począć. Dopomóżcie sobie wyobraźnią :D
Do 23, kiedy to planowo mieliśmy wystąpić, poiłam sie na przemian Pilsnerem i wodą, żeby osiągnąć stan przyjemnego, acz trzeźwego rozluźnienia. Miast tego spłynęło na mnie jakieś straszne odrętwienie, wynikające z przegrzania się synaps, wywołanego stresem. Jeszcze jak na złość kapela grająca tuż przed nami miała naprawdę niezłego keybordzistę, niech go demony...
Więc byłam skamieniała z przerażenia. Kiedy weszliśmy na scenę, stan wspomnianego odrętwienia sięgał zenitu. Może to dzięki temu wyłączeniu się na wszystko inne udało mi się tak mocno skoncentrować na dwóch pierwszych utworach, bo prawdę mówiąc ledwo co je znałam- ha, kawałka drugiej piosenki uczyłam się kilka godzin przed koncertem XD W każdym razie poszły bezbłędnie; jednak wtedy właśnie musiało nastąpiło przegrzanie, bo moja koncentracja rozchybotała się jak płomień na wietrze, i wypadło to akurat kiedy?
Wtedy, kiedy miałam zagrać solówkę! Tylko ja- i nikogo więcej! ^^ Jeej! Oczywiście, no bo kiedyżby indziej?...
Palce mi zesztywniały O_O Jakby je kto w łupki włożył. Masakra- chyba dzięki interwencji niebios udało mi się mgliście sobie przypomnieć, co powinnam zagrać, i najwyższym wysiłkiem woli utrzymując się w tempie, podanym na początku przez perkusję, zagrałam.
Naciskając co drugi klawisz sekwencji -_-'
Tak narodził się jazz, ja wójt wama to mówię! XD
To było dobre, bo minę musiałam mieć maksymalnie skupioną, jak nawiedzony muzyk-impresjonista, który właśnie podąża za nutą swojej duszy, ale przy tym doskonale wie, co robi.
Ja goniłam raczej za naprutym białym królikiem, nim zaraza dał nura na głowę do czarnej czeluści, a ja, siłą bezwładu, za nim XD
Publika, nieco skonfundowana, zaklaskała, a tymczasem zespół raźno podchwycił rytm i i ruszył z koksem, żeby nie dać ludziom sie zanadto zastanawiać, co to właściwie było. Warszawska jesień dwa XD
Najlepsze, że tą solówę grałam następnie w środku utworu.
Bezbłędnie.
Piekło i szatani...
Ale był plus tej wtopy: to był jeden z gorszych scenariuszy, którego się obawiałam i kiedy już tykająca bomba wybuchła- nic gorszego nie mogło mi się przytrafić. I się nie przytrafiło.
Tłumek skakał pod sceną, keybord cały bouncował, z taką werwą na nim grałam, ludzie śpiewali razem z Kiri- to wokalistka naszego zespołu, który w międzyczasie, z tajemniczych przyczyn, został przemianowany na The Kid'O; dzioucha będzie jeszcze sławna, mark my words, a ja będę się do końca życia chwalić, że z nią grałam :P- a kiedy zażądali bisu, zagraliśmy "Springtime chill"; "moją" piosenkę :)
Trudno mi wyrazić, jakie to uczucie, kiedy grasz solówkę własnego autorstwa, a publika wtóruje ci nuta w nutę, niezmordowanie przy tym wywijając hołubce *_* Się prawie wzruszyłam ^_^'
Takoż. Wieczór uważam za udany :) A wizyta następnego dnia w Gamle By, skansenie na obrzeżach Arhus, a będącym jakby wycinkiem z przeszłości, pozwoliła mi ukoić nerwy, osłabione nadmiarem wrażeń.
Ale wyobraźcie to sobie: absolutna cisza, żywego ducha, i brukowane uliczki, poprzechylane domki z pruskiego muru, sklepy o przykurzonych oknach, szynk, rynek ze studnią, beczki na wodę i cebry z piachem- regularne średniowieczne miasteczko. I tylko woda chlupiąca w kanale i ptaki. I może kilka duchów z przeszłości.
Już w Bjerringbro dowiedziałyśmy się, że tam trzeba płacić za wjazd, ale ani ja, ani Unige, nie widziałyśmy żadnej bramy, żadnego znaku, czy okienka, słowem- niczego, co by sugerowało, że wymagane są jakiekolwiek opłaty. Po prostu uliczka, zakończona stopniami, a od podnóża tych schodów rozciągająca się historia.
Kto wie, może znalazłyśmy przebicie w osnowie rzeczywistości?..
Może trafiłyśmy nie do skansenu, ale do prawdziwego Arhus, tego dawno, dawno temu?.. Nawet precle na wystawie sklepu piekarza, i cylindry u kapelusznika były prawdziwe. I gęsi, czyszczące sobie skrzydła nad kanałem, trzeszczące młyńskie koło i runiczny znak Saturna na podmurówce płotu.
A oto- stolik w damskim pokoju, i typowe na nim, babskie głupotki ^^

CURRENT MOON