RSS
wtorek, 29 czerwca 2010
Ten dzień nie chciał się skończyć

Dzisiejszy dzień przetoczył się po mnie niczym walec, a na koniec jeszcze wkręciłam się w szprychy.
Żeby jednak nie siać defetyzmu i nie plwać jadem- przytoczę kilka uciesznych sytuacyjek, które mi ów dzień obszczany umiliły.
1) Metkuję książki.
W tym celu wyciągam je z kartonu, sprawdzam, czy żadna się nie schowała gdzieś pod spodem, i przenoszę na kontuar. Zajmuje to jakieś trzy do sześciu sekund. Tytułem, jaki akurat wydłubywałam z napakowanego kartonu, było "Nie mogę schudnąć"- mała, fertyczna książeczka, ciesząca się szalonym powodzeniem wśród spaśl---klientów. Pięć sekund później położyłam stosik na ladzie, ale podczas przenoszenia mój umysł przetrawił już oglądany tytuł i pod jakimż to zaczełam szukać tej pozycji na spisie?
"Nie żryj tyle".
Przysięgam, tak było. Kiedy po kilku chwilach bezowocnych poszukiwań uświadomiłam sobie swoją omyłkę, mało nie zeszłam ze śmiechu.
2) Do naszej księgarni przyszła pani i zupełnie serio poprosiła o kłódkę; upewniliśmy się starannie, że nie chodzi jej o taką fikuśną kłódeczkę do pamiętnika albo skarbonki w kształcie głowy Hanah Montany i wtedy odesłaliśmy ją z kwitkiem. Wychodziła z wyraźnym wyrazem zawodu na twarzy.
3) Inna klientka kategorycznie zażądała instrukcji obsługi domina. Wydrukowaliśmy jej z sieci; mieliśmy z M. dziwne miny, ale staraliśmy się na siebie nie patrzeć za długo i udało nam się nie ryknąć śmiechem.
4) Inna wersja książeczki z dietą wpasowuje się w hipokryzję, prezentowaną przez magazyny kobiece, gdzie w sąsiedztwie wielkiego śmiałego artykułu o treści mniej więcej: "Akceptuj siebie, niezależnie od tego, ile masz w pasie!!" jest reklama Slim Fast. Otóż tytuł tej książeczki brzmi: "Nie mogę schudnąć- 350 nowych przepisów". Right on!
5) Pod koniec tej nie kończącej się historii, jaką był dzisiejszy dzień, do sklepu sprężystym krokiem wmaszerował pan, uzbrojony po zęby, w stroju więcej komandosa, z czarnym neseserem. Zatrzymał się (wciąż sprężyście) przed ladą, i kiedy oddelegowałam akurat obsługiwana klientkę precz, odezwał się, miło, krótko i konkretnie: "Dzień dobry. Tutaj? Z panią?" (obrzucił mnie przy tym szybkim, szacującym spojrzeniem)
Co ja bym dała, żeby zobaczyć swoją minę wówczas...
Wymamrotałam jedynie- i absolutnie odruchowo: "Nie...Z kierownikiem..." i dopiero później naszła mnie refleksja, że mogłam M. narażać na losy gorsze od śmierci (24,80 miękka oprawa); odprowadziłam po prostu pana spojrzeniem, aż zniknął w kanciapie, ze swoim czarnym neseserem, no i kierownikiem... 8-)
Wracając, znów pożegnał się osobno słowami i osobno oczami, ale już nic z tego, mospanie- była szansa, wybrałeś kierownika.
Precz z moich oczu, precz z mego serca, jeszcze jedno piwko dzisiaj!...
Aha: o śpiwory tez nas kiedyś pytano. Czy mamy. I kartki z życzeniami z okazji udanego in vitro.
Przecież.
poniedziałek, 28 czerwca 2010
Dostawca ziół

Uczciliśmy Kupałę.
Nieco później po dniu właściwym, który niektórzy świętowali 19go, inni 21go lub 23go; mieliśmy parodniową obsuwę, więc nie siedzieliśmy nad otwartą na oścież bramą między światami, strumień płynął sobie spokojnie między nami a cywilizacją, ale jestem pewna, że bogom nie robi to takiej różnicy, ognisko ku ich czci rozpalono i tak- od niedzieli jest lato.
Były śpiewy, taniec, drama Eduardo i Carlosa, a także jeden karkołomny fikołek przez ognisko, księżyc świecący nad lasem i mgła podnosząca się o świcie nad łąką.
Dobra noc. Gorszy dzień następny XD
Trochę smutne było odkrycie, jak mało znamy pieśni ogniskowych, czy już szczególnie kupalnocnych, więc odśpiewaliśmy wszystkie hity piosenki polskiej lat 70-tych i 80-tych, kilka szant i piosnek harcerskich, całe Domowe Przedszkole i repertuar Fasolek, przechodząc gładko przez burzliwy czas Nosowskich i Kowalskich, do piosenki musicalowej i Danziga.
Czy ktoś wie, jakie moze być znaczenie snu w Noc /po Nocy/ Kupały?...Frapujące zagadnienie.
Natomiast, wykorzystując zgromadzenie, przeprowadziłam malutki eksperyment społeczny, mianowicie wspomniałam, że mój dostawca ziół jest jedną z tych rzeczy, które mnie skłaniają do pozostania w Gdańsku.
Zostało to odebrane w sposób łatwy do przewidzenia; a ja miałam ubaw, myśląc o tych dostawach, tymianku i macierzance, i wielu, wielu innych...:P Ale to też trochę smutne: zioło to już musi być od razu "zioło". O, tempora, o mores...
Otóż jakiś czas już temu, zdając sobie sprawę, że skutki picia tak ogromnych ilości herbaty dziennie zaczynają już dawać znać o sobie, przerzuciłam się na zioła. Herbatę, naturalnie, też pijam. Ale o 60% mniej, niż, dajmy na to, w lutym.
I czuję się z tym świetnie. Mniej świetnie, kiedy zobaczyłam nowe ceny ziółek; i o ile miodunkę i macierzankę nadal będę kupować u pana dostawcy, tak po pokrzywę zacznę się wyprawiać do lasu, bo 4 złote za pół słoiczka startych korzeni to rozbój w biały dzień.
Ale wątek o ziołach wywołał inny temat, który ubawił mnie setnie, i dołączam go do dwóch innych Tekstów Dnia :)
1) kolega kilka tygodni temu jeszcze parał się sprzedawaniem polisy ubezpieczeniowej niewinnym ludziom; i tak pewnego dnia zawędrował w nasze progi ze swoim szefem, niestety- nie dogadalimy się do końca co do daty spotkania, my byłyśmy bardzo zaskoczone wizytą i do rozmowy nie doszło. I kiedy wracali, szef sarknął do kolegi ze zniecierpliwieniem: "Ty to mnie zawsze do jakichś hipisów prowadzisz!".
2) Z życia i komentarzy mundialu: "Wejście w taki rytm bezbramkowy jest rozpraszające i wybioja z rytmu". O_o Zeeen...
3) Mama, po powrocie ze spaceru, do mnie: "A wiesz, to, co wtedy, w lesie, piszczało jak żuraw----to był żuraw." XD :D
sobota, 26 czerwca 2010
Eye of the tiger

Niebo zaciągnęło się jednolitym całunem biało-szarej barwy i cała idea połowy dnia wolnego wzięła w łeb; ale jeszcze godzinę temu roleta, przesiewając jaskrawy słoneczny blask, łopotała na ciepłym wietrze, klekocząc troczkami i przywodząc mi na myśl łódź żaglową.
Taką, która już stoi zwrócona dziobem w stronę horyzontu i kołysze się niecierpliwie, chcąc jak najszybciej opuścić ciasną przystań. Ona już jest myślami na morzu, już jest jednym wielkim łopotem żagli, podmuchem wiatru, tańcem promieni słońca na falach- ruchem.
Słucham teraz wyłącznie muzyki przestrzennej, nasyconej powietrzem, dającej wrażenie nieograniczonej wolności i bezkresu.
Tymczasem- w pracy.
Odwiedził nas szatan, w obłokach siarki; próbowano nas zagazować; próbowano nas doprowadzić do szaleństwa, puszczając przez pół dnia dźwięki- bo nie "muzykę"- a'la Penderecki w stylu noise. Była to oprawa muzyczna do happeningu, polegającego na zrzucaniu z wyższych pięter centrum dużych ilości ciuchów -_-'
I o mały włos nie sprzedałam swojego naszyjnika; po prawdzie, stało się to przypadkiem; ot, zapięcie mnie drapało, więc zdjęłam go na chwilę, a że pojawili się klienci- odłożyłam na chwilę na kontuar. I dwie sekundy później już był w rękach klientki, oglądającej go łakomie, czekałam tylko, aż przygryzie paciorek wprawnym jubilerskim zębem.
Chyba zauważyła moją minę, bo z zakłopotanym uśmiechem odłożyła korale na ladę i uciekła. Trzeba pozostawać czujnym, nie tylko ze względu na amatorów książek i gier za darmo- you gotta have an eye of the tiger, Bob, eye of the tiger...

Tymczasem z życia w sieci- denerwuje mnie pewien popularny typ forumowicza, który, bezpiecznie ukryty za tożsamością sieciową, próbuje wszystkich oszołomić swoją rzekomą inteligencją i oczytaniem, bo zna kilka ponadpięciosylabowych słów, a przy tym blubra niemożebnie.
Tyle, że długimi wyrazami, co w zamierzeniu ma konfundować rozmówców i przyczyniać się do tworzenia etykiety "umnego", bo nikt nie wiem, o co mu chodzi.
Nie tylko w sieci przecenia się wiedzę dyskursywną, choć dostrzegam to przede wszystkim na forach; jednak dostaję piany, kiedy ktoś, kto ma umysł z betonu i nie potrafi iść więcej, niż jednym torem myślowym, a przy tym jak już raz wejdzie w myślową koleinę, to uparcie się jej trzyma, do upadłego- traktuje mnie protekcjonalnie i próbuje dyskredytować. Zapewne dlatego, że nie ma pojęcia, o czym piszę, inny punkt widzenia to inna koleina, do której nie potrafi się przenieść choćby na chwilę, wiec wpada w panikę.
Tron zagrożony.
Ale, jak to ujął obrazowo Chris Rock- I'm tired of this shit.

wtorek, 22 czerwca 2010
Is this Sparta or wha?

Chwila ciszy...
Ciszy mi teraz potrzeba. Szumu drzew, szmeru wody; spokoju.
Żeby choć przez krótką chwilkę świat i ludzie, którzy mnie otaczają, przestali mnie poszturchiwać i potrącać, żądając, żebym się ustawiła tak, jak świat uznał, że będzie najlepiej dla niego..o, pardon: dla mnie, przecież, że dla mnie. I zrobiła z życiem to, co oni uznali za najwłaściwsze.
I żebym dalej, tak samo grzecznie i bez pytań, jak uprzednio, wyłuskiwała z przepastnych kieszeni dukaty, nice and easy.
To jest pora na bardzo gorzkie pigułki życiowe, jedna po drugiej; na kolejną lekcję pt. ufaj jedynie sobie. I- szukasz rady? Przegooglaj pytanie, pff.
I- nikt nie ma ochoty słuchać o twoich kłopotach, jesteś cennym rozmówcą kiedy milczysz i słuchasz o kłopotach innych.
I jeszcze- czy ktoś był pod wrażeniem, że cywilizacja Sparty upadła? To dlaczego otacza mnie cały czas wielka, krzycząca emanacja filozofii spartańskiej "We want only strong and succesful ones"?
Mam ochotę teraz coś z wyciem rozszarpać, cisnąć o ścianę i rozpętać Chaos; ale, oczywiście, tak nie będzie. Obejrzę film. Jutro pójdę do pracy. I następnego dnia też. I następnego.
A za tydzień napiszę maila do Młodszej, którego odkładałam wciąż, bo myślałam, że jest po co. Że jest szansa.
Teraz? Teraz już mi nie wystarczy mała zmianka; teraz zmiany - to muszą być ZMIANY; muszą nabrać kosmicznej masy, tak potężnej, żeby zasypać ten spartański Dół Zagłady, na którego krawędzi już balansuję.
Ponieważ w tej chwili nie mam złudzeń: w momencie upadku jedyne, na co mogłabym liczyć, to to, że grawitacja się nagle rozmyśli.

środa, 16 czerwca 2010
Obrazki z Mundialu

Ogladajac mundial, nie raz sie usmialam setnie; neistety, zaraz wychodze, wiec tylko dwie uwagi: mecz Niemcy-Australia w ktoryms momencie niepostrzezenie przemienil sie w Polska-Ukraina, tylu ciekawie sie nazywajacych `Niemcow` i `Australijzykow` wchodzilo na murawe :D
Ale ze smiechu poplakalysmy sie wowczas, kiedy podczas kolejnej wymiany w reprezantacji niemieckiej na boisko wszedl bardzo czarnoskory pan, o aryjsko brzmiacym nazwisku `Cacau`.
Szybko pojelysmy, ze to musi byc potomek tego starego germanskiego rodu Cacaow, mianowicie Zygfryd von Cacau, i ta mysl nie opuscila nas az do konca skadinad bardzo ciekawego meczu :D
Poza tym przyjemnie jest widziec, jak kolejni faworyci, typowane `czarne konie`, wykladaja sie pieknie przy spotkaniach z niedocenianymi dotad druzynami jak Korea Poludniowa czy Slowacja :P

A oto naszyjnik, jaki sobie zrobilam kilka dni temu. Koraliki ulepilam, poglazurowalam i wypalilam jeszcze w Danii, ale dopiero teraz nadalam im finalny ksztalt. Prawda, ze piekne? *_*

piątek, 11 czerwca 2010
Ghost riders in the sky

Wczoraj łaziłyśmy z mamą po sieci, oglądałyśmy różne różności na youtubie, wzięło nas też na szukanie nagrań Johnny'ego Casha. Po wszystkich "High Noon'ach" i "Rawhide'ach", zerknęłyśy na kilka coverów, które plątały się po YT, i patrzę- kapela dosyć znana, która jednak nijak mi do Casha nie pasowała, więc mnie to bardzo zaintrygowało, więc...

kliknęłam. Ja odjechałam z taboretem metr, a mama raźno kiwała głową do rytmu. I w ogóle nie byłam zaskoczona, jak zaraz po tym rzuciła się do sieci, szukać klipów i kawałków koncertów jednej ze swoich ulubionych kapel.
Czyli Ranmmsteina :D

Dziś natomiast siedziałyśmy w ogródku pod chmurzącym się niebem i czekałyśmy na deszcz. Gdy nieboskłon obiecująco pociemniał, rozłożyłyśmy sobie kocyk na trawie i ułożyłyśmy wygodnie w oczekiwaniu na deszcz. Na nos kapnęło nam kilka kropel- i chmury odpłynęły nad las.

- Pff, to tyle?- prychnęła mama zdegustowana.

- Też mi burza, łe - zgodziłam się z nią. Kontynuowałyśmy w tym tonie dobrą chwilkę. Nie minęły 3 minuty, gdy wiatr się nagle zmienił i na moich oczach---chmury ZAWRÓCIŁY. Spiętrzyły się nad nami w czarną masę i nagle jak nie łupnęło... Przez niebo z wizgiem i wszaskami przegalopowały tabuny jeźdźców burzy, ciskając wodniste koktajle Mołotova na Gdańsk i urągając naszym chwilom zwątpienia i kpin. No cóż, wywróżyłyśmy i wykpiłyśmy. Zapewne nierozsądnie jest drażnić bogów...ale proszę, taka mała, niewinna manipulacja, a zadziałała jak ta lala. :P Pierwsza burza tego lata; taka prawdziwa, soczysta, fest- BURZA.

czwartek, 10 czerwca 2010
Emigrowałam

Nie mieszkam już w Polsce.
To stało się tak szybko... Po prawdzie dopiero wczoraj się zorientowałam, kiedy różne znaki, przesłanki i sygnały połączyły się w prostą, choć nieco przerażającą prawdę:
GDAŃSK NIE NALEŻY JUŻ DO POLSKI.

Skąd, jak, dlaczego:
- w całej Polsce od wielu dni miało padać, ba!- w całej Polsce wzdłuż Wisły miały być powodzie. Tymczasem u nas, owszem, były ze dwie burze. Zaś od dwóch tygodni, w czasie których miała nas pochłonąć deszczowa hekatomba, prażymy się w słońcu.
Czasem lekko skrytym za chmurką, przyznaję... Irytujące załamanie pogody, ludzie siedzą po domach i płaczą, bo nie ma naslonecznienia 100%, tylko 75%. Dramat! :P
"Pogoda na Pomorzu" to ewidentnie coś zupełnie innego, niż "pogoda w Polsce".
- znajomi Fasolki przyjeżdżają na kilka dni. A przynajmniej- przyadą, jak uda im się złapać jakś pociąg; co się wybrali do informacji PKP, zbywano ich wciąż, na pytania o każdy kolejny pociąg odpowiadając wymijająco, że "on już tam nie jeździ", albo "odwołano". Wniąsek? Do Gdańska trzeba mieć już wizę, tylko władzom głupio jest to obywatelom oznajmić. Więc piętrzą trudności tym, którzy chcą tu się dostać tak czy inaczej, bo wiadomo: przyjadą, wyjadą i zaczną paplać. Paple.
- wczoraj, korzystając z naszego pomorskiego "oberwania chmury", pojechałam Zuzkiem na bastiony- odkrycie roku. Nie sądziłam, że w Gdańsku są takie ładne, zadbane tereny zielone. Wczoraj starannie obejrzałam miejscówkę, i oto kolejny dowód na to, że nie możemy być już w Polsce: było czysto O_O
Żadnych potłuczonych butelek, petów, psich kup, śmierdzącej wody, nie. Woda w rzece czysta i pachnąca jeziorem, dzikiego ptactwa miriady, kwitnące krzewy, wygracowane trawniki, co 50 metrów ławeczki... Cudo. I przykro mi stwierdzić, że nie jest to standardowy polski widoczek.
Także lepiej niech Ci, którzy umyślali mnie nawiedzić tego lata, zaczną rozpytywać o wizy i potrzebne szczepionki 8-)

Zinnej beczki: dlaczego, kiedy piszę o Cirque du Soleil, panuje u mnie na blogu taka gęsta cisza? Czy ktos w ogóle ogląda te filmiki, które wrzucam? To jest naprawde piękne, ludzie.
Ja się niedawno dowiedziałam, że odnalazłabym sięw Nowym Jorku, bo "to miasto zawsze przyciągało różnych dziwaków i ekscentryków", więc jest to kolejna cegiełka na rzecz Palca Przeznaczenia w tym całym cyrkowo-lunaparkowym szaleństwie, jakie mnie ogarnęło.
A teraz pora na ciacho :D



Tharr be more, laterrr :D
wtorek, 08 czerwca 2010
Alegria

Uświadomiłam sobie, że nigdy nie napisałam nic o "Alegrii".
Straszne niedopatrzenie.
W końcu to pierwsze show Cyrku, jakie widziałam :)
"Alegria" to opowieść o życiu cyrku; ale takiego klasycznego, książkowego cyrku, gdzie siłacz podróżuje w wozie-klatce, kocha się szalenie w filigranowej śpiewaczce, gdzie plączą sie dziwne figury, jak pokraczne Stare Cyrkowe Ptaki czy klauny, i gdzie autorytarną władzę dzierży nieprzejednadny Dyrektor- tutaj bezbłędny Monsieur Fleur.
Dyrektor jest najbarwniejszą postacią, bo zachowuje się, porusza i strzela miny jak postać z kreskówki, jest istnym odwzorowaniem archetypicznego Dyrektora Cyrku.

Powertrack:
I cudowny numer powietrzny: A także jeden z lepszych numerów z klaunem, jakie widziałam- ciary mnie przechodziły, gdy to oglądałam. Właśnie w Cyrku Słońca to jest niezwykłe, że występy klaunów nie oznaczają koniecznie czegoś śmiesznego i nieskomplikowanego, potykania się o własne nogi, etc.
Muzyka ma lepsze i gorsze momenty, ale całość jest bardzo spójna i ogląda sie to z zapartym tchem, nie wiedząc, czego się spodziewać po kolejnym wygaszeniu świateł.
sobota, 05 czerwca 2010
Varekai. Corteo.

Dwa świetne przedstawienia omówione w jednej notce. Aż się nie godzi; a jednak, ku mojemu zdumieniu, mam ochotę pisać więcej o tym show, po którym mniej się spodziewałam.
Może właśnie dlatego tak mnie urzekło- nie żywiłam żadnych oczekiwań.
Więc zacznijmy od czarnego konia:
VAREKAI
Wcześniej już pisałam o muzyce i wrzuciłam jeden filmik, teraz tylko dodam, że większość przedstawienia, z racji fabuły- luźna interpretacja mitu o Ikarze- obraca się wokół latania, i co za tym idzie- przeważają numery powietrzne.
Co mnie bardzo cieszyło, bo bardzo takowe lubię.
Świetna muzyka i mnóstwo zapierających dech w piersiach popisów akrobatycznych gwarantuje przyjemne widowisko.
Zauważam jednak ze zdumieniem, że znacznie bardziej mnie oczarowały przedstawienia, wypełnione tą dziwną, oniryczną atmosferą, mające może mniej samobójczych akcji kaskaderskich, ale za to więcej niemożliwego do oddania słowami KLIMATU.
Dlatego, ku mojemu własnemu zadziwieniu, nic więcej nie mam ochoty pisać o "Varekai", poza tym, że było świetne, i pełne numerów, które już rzadko kiedy można gdzieś uświadczyć; które niemal wyeliminowano z programu standardowych cyrków, bo są trudne i niebezpieczne, jak np. Icarian Games, kiedy jedni ludzie żonglują innymi, albo Russian Swing- po mojemu "huźdawka śmierci" XD
Przepiękna scena z lotem Ikara oraz balansowanie na dłoniach to- wyjąwszy, oczywiście, występ braci Athertonów- perełki tego show.
Wątek komiczny, czyli klauny oraz dziwne postacie, jak Skywatcher czy Kulawy Anioł zapewniły odrobinę typowego dla Cyrku klimaciku, po prawdzie chyba zaczynam być fanką tych komicznych wstawek, antraktów między numerami właściwymi. Stanowią o całokształcie przedstawienia.

CORTEO
I tu niespodzianka.
Prześliczną muzyką zachwyciłam się już wcześniej. Ale nie sądziłam, że będzie szła w parze z tak kapitalnym przedstawieniem- w końcu "Dralion", również muzycznie cudny,  rozczarował mnie srodze.
Przede wszystkim: "Corteo" to sen. Wszystko to, co się dzieje, śni się głównemu bohaterowi- a śni mu się, że umarł i ma pogrzeb, w którym bardzo aktywnie uczestniczy- więc jest całkowicie naturalne, że nagle łóżko zaczyna jeźdźić w te i wewte, pod niebem przejeżdża facet na rowerze, na rozhuśtanych żyrandolach zaczynają tańczyć dziewczyny w dezabilu, a wokół fruwa karliczka, podczepiona do kolorowych balonów.
Przez całość przedstawienia pod sklepieniem roi się od aniołów, jakby żywcem wyjętych z obrazów Fra Filippo Lippi.
Jest i wspomniana karliczka, i olbrzym, jest choleryczny dyrektor cyrku i pani linoskoczkowa- wszystko jak żywcem wyjęte z książkowej wersji cyrku z XIX wieku.
Jest trochę numerów przeciętnych, a pomiędzy nimi trafiaja się istne czudiesa.
Świetny przykład cyrkowego KLIMATU to początek "Corteo" i scena z żyrandolami (filmiki są dosyć ciche):

Stawiam ninejszym to show na równi z "Alegrią" i "Quidam".


Przy czym ciekawe jest to, że takie przedstawienia jak "Ka", "Dralion" czy "Varekai" pełne są technicznej perfekcji i są utrzymane w klimacie fantastycznym. Czyli jest miło, logicznie, odpowiednia, ale grzeczna dawka napięcia i szemranych charakterów, a na końcu happy end. "Alegria", "Quidam" czy "Corteo" mają pozornie zwyczajną fabułkę, no i przede wszystkim dzieją się albo w realnym świecie (tyle że we śnie, albo w dziecięcej wyobraźni), albo SĄ O CYRKU. Proza życia---myślałby kto. Potem się zaczyna oglądać i bez reszty tonie człowiek w magii i niesamowitości.
Właśnie te przedstawienia są, moim zdaniem, najlepsze.
piątek, 04 czerwca 2010
Wreszcie słońce

No i o taką wiosnę chodziło.
Choć wedle niektórych czerwiec to pierwszy miesiąc lata. W takim razie te dwadzieścia parę stopni i słońce możemy uznać za ledwie wystarczające.
Czuję się jak słonecznik. Albo kolektor słoneczny.
Po prostu wychodzę na ten blask, i chłonę, chłonę... Aż do momentu, kiedy czuję, że moja skóra nie może tego dłużej znieść; a i wtedy z żalem chowam się w cień.
W Boże Ciało po raz pierwszy od kilku lat widziałam procesję; nie musiałam w tym celu wychodzić z domu- przyszła do nas. Ludzka magma przepełzła powoli Kartuską i skręciła w naszą maciupką uliczkę, by wspiąć się po schodach i zniknąć w rozżarzonej paszczy Słońca...
Razem z Olą oglądałyśmy to przz okno, siorbiąc kawę i komentując ogólną ubogość procesji. W Sopocie to było... Dalibyśmy radę na Filipinach: proporce wielkie jak domy, baldachimy przykrywające cały tłum księży, zaś kwiatów i proporczyków miriady...
Tylko nieliczne okna tutaj widziałyśmy przystrojone. Prawie mnie ruszyło sumienie i już chciałam przylepić na okno plakietkę, którą dostałam od Fasolki na imieniny, a głoszącą: "Allergic to stupid people", bo to jedyne, co mam do przylepienia na szybę. Ale ważne, że coś by było...
Potem jednak widziałyśmy na ulicy całe kapliczki, wyeksponowane w oknach; brakowało jedynie plakatów Papy z fosforyzującymi po zmroku oczami.

Tymczasem zbliża się przesilenie, a wraz z nią miałam okazję dostać kolejne, dogłębne i dość piekące przypomnienie, że każde hermetyczne środowisko to bagienko. Klakierzy, wazelina, a zaraz potem wzajemne obrabianie sobie tyłków.
Po prawdzie, tak nieudolnie a grubymi nićmi szytych pochlebstw i lizusostwa dawno nie widziałam, przyglądałam się temu z fascynacją i zadziwieniem, że mimo wszystko cele tych zabiegów łykały wszystko gładko i z przyjemnością.
Ech, nieważne, nieważne... Słońce! Wiosno-lato!

CURRENT MOON