RSS
wtorek, 29 lipca 2008
Emo prostytutka

  Takie było jedno z domyślnych haseł w sobotnich kalamburach. Inne- już docelowe- brzmiały równie malowniczo i ożywczo dla wyobraźni, np. „transcendetny nihilizm” czy „ezoteryka wyszechradzka”. Ten pierwszy pokazałam. I zgadli :D Ale już „zimnego Nikołajewa” nie zgadł nikt -_-‘
Miałam okazję wysłuchać relacji z wycieczki moich znajomych do Japonii, i przyznam- zadziwiłam się. Tym, jak łatwo popada się w rutynę, przebywając dłuższy czas na jakimś miejscu, jakie się wszystko wokół robi oczywiste i codzienne. Dopiero słuchając opowieści ze spędzonych na wyspach ok 20 dni, pojęłam, jak fascynujące i nowe mogą być pewne rzeczy, które były dla mnie jakieś takie...zwykłe, a dla nas są przecież regularną egzotyką!...Tak, moje opowieści z Japonii musiały być cokolwiek jałowe. Po prostu nie przyszło mi do głowy, że masa rzeczy może być interesującym detalem dotyczącym życia tam. Ech...Tak to jest, nie widzi się lasu, bo te wszystkie drzewa człowiekowi zasłaniają.

Poza tym oswajam mieszkanie. To nowe, w Gdańsku.
Dziwnie mi tam na razie jest; wszelkie dźwięki rozchodzą sie głuchym echem po pustej skorupie, z mieszkania obok słyszę wyraźnie radyjko sąsiada, całość zaś mogę obejść w 5 sekund. Spoglądam na ściany poznaczone białymi śladami po obrazkach i powtarzam sobie w głowie z uporem: „Dom. Dom.” W końcu zadziała, choć pewnie grubo po tym, kiedy wjadą tam meble i pianino.
A może to po prostu znowu robota tricksterów?...Wczoraj wyrzekłam owo wiele wróżące zdanie; „Dziś tylko na jedno piwko”...Tia.
Wróciłam o czwartej.
Jednakże unosząc się tak na bolesnej fali dnia-po, zdołałam ziścić jedno ze swoich marzeń: kupiłam sobie djembe.
Moje własne, osobiste, piękne...Ale kuku: nie zrobię sobie zaraz dredów, i nie oflaguję w Marleyowskie burando , bo nie wyprzedałam powierzchni osobistej pod reklamę, jeszcze }:P Nah, joking...
Trochę się boję, jak to będzie na FROGu. Masa tych wszystkich marleyowców, płeć których jest czasem skutecznie ukryta pod alternatywno-dredowym kamuflażem, a którzy są niekiedy bardziej niszowi od Rowu Marjańskiego, potrafi zadziałać bardzo odpychająco. Hermetyczni tak, że aż dziw, jak im się udaje oddychać w próżni. A ja chcę tylko grać na bębnie! Co mi tam, że nie wyglądam na Wolny Naród z Rozbratu.
Przedsmaczek takiego nieporozumienia: „Ludność Alternatywna kontra Moja Rzeczywistość” miałam w sklepie z instrumentami, gdzie do ostatniej chwili zastanawiałam się, który bęben wybrać.
„Ten ma lepszy dźwięk” mówi pan w sklepie, pokazując większy.
„Tak. Ale ten drugi- popatrzyłam z czułością na ów mniejszy- jest zielony..”
Spojrzenie sprzedawcy kryło taką dawkę niezrozumienia co pogardy. „A czy to jest ważne?” prychnął.- „Tu o dźwięk chodzi”

Pfff, co on tam wie...

Wybrałam większy jednak, ma wykarbowany na boku reliefik wyobrażający jelenia.
I feel like one...Znowu ktoś nieznajomy cyknął mi fotkę, tym razem w kolejce podmiejskiej. Iii---to już przestaje być śmieszne. Co z tymi ludźmi?! No rozumiem, moja oszałamiająca uroda oczywiście przyćmiewa zmysły, i zrozumiałym jest, że ktoś pragnie mieć zdjęcie dna mojego oka w ramce na komódce. Bo i z takiej odległości ktoś mi strzelił fleszem w twarz -_-‘
Ale żeby codziennie obcy ludzie mnie obfotografywali?..C’mon! Moja mania prześladowcza nie pozwala mi się z tego, ot tak, cieszyć.
Fasolka jest zdania, że robią nieznajomym zdjęcia „na wszelki wypadek”, a potem spedzają wieczór wertując gorączkowo Galę czy inn
ą Kobietę Na Gorąco, żeby ocenić, czy aby nie udało im sie złowić jakiej celebryty.
Niahha...Pudło -_-‘


poniedziałek, 21 lipca 2008
Pozegnania z Sopotem

  Najnowsze doniesienie z frontu odwiecznych Zmagań: za krawędzią rzeczywistości, grubość cienia stąd, drzemią bogowie.Tuż obok mnie jest nisza w Osnowie Rzeczy, w której czają się tricksterzy, Puk, Kojot, Anansi i reszta przebiegłej ferajny. Śpią, lecz budzą się automatycznie za każdym razem, kiedy słyszą mnie mówiącą „Idę, ale tak tylko na jedno piwko.” Jestem pewna, że gdybym wytężyła słuch, usłyszałabym nagle wybuch machiavellicznego śmiechu gdzieś z wielkiej dali płynący.

Oni tylko czekają na tą linijkę.

Zawsze wracam wówczas rano następnego dnia -_-‘
Zacznę wobec tego grać pod nich, i wygłaszać ją, ilekroć będę miała chęć ubawić sie do białego rana, tak, jak w miniony piątek, kiedy to po zamknięciu lokalu, Falbana zdołała dokonać ostatniego zakupu baterii piwa i tak zaopatrzeni poszliśmy na pomost, na którym przesiedzieliśmy do 8, pławiąc się w błogim cieple wschodzącego słońca.
Różni ludzie do nas przychodzili; lokatorka pobliskiego Grand Hotelu, która nie mogła spać, więc o 5 rano wysza z psem na spacer, i przyłączyła sie do naszej wesołej kompaniji; jacyś pijani dziwacy, którzy najpierw wpadli z aparatem, i obfotografowali nas ze wszystkich stron, a potem próbowali pożyczyć sobie psa Myry; ludzie z Warszawki, którzy przyłączyli sie chyba głównie po to, żeby z blazą twierdzić, że wcale nie próbują się lansować, ale Sopot znają że hoho, bo pracuje tu jeden z drugim „już AŻ cztery lata” więc mają KONTAKTY <The Blaza-mode> i ich w tym względzie nie przebijemy (wcale nie próbowaliśmy O_O).
Działo się. Chyba to wszystko przez to, że się wyprowadzam; Sopot próbuje mi pokroić serce na kawałki, w ramach kary za dezercję- wreszcie widzę stare dobre Sopoćkowo. Dziś dodatkowy spacer Monciakiem, poza tym, że uczynił z nas gwiazdy wieczoru (mnie i Fasolkę sfilmowano i sfotografowano podczas tej przechadzki kilkakrotnie O_O ) ujawnił obecność kolejnych kilku znajomych uliczników, którzy wreszcie sie pojawili, krzewić swoją sztukę w oparach piwa, wina, perfum. I kebabów. Przypominało to spacer dziedzica po majątku- defilada całą długością Monte Cassino by zaktualizować stan na dzień dzisiejszy.
Zadowalający- wszędzie są „moi” ludzie.

A w niedzielę (mówiłam, na poimprezowe zużycie materiału najlepiej robi m.in.las) wysłuchałam koncertu Clannad. No coz...Gdybym kupiła bilet, byłabym bardzo zirytowanym człowiekiem. Moya-- nie była w formie, powiedzmy oględnie. Może te starsze piosenki były bardziej piosenkami Enyi, a ich głosy się jednak subtelnie różnią- dość, że były rażące defekty w jakości śpiewu. Mało tego- odnosiłam wielokrotnie wrażenie, że to Dedko Band gra covery Clannadu! Mnóstwo instrumantów wypadło, zastąpionych syntetycznymi odpowiednikami, charakterystyczną piskliwą gitarkę usłyszałam dopiero tuż przed krótkim bisem; kto wie, być może Enya- jako autorka/współautorka utworów- postawiła taki warunek, że jeśli zespół będzie koncertował bez niej, musi trochę modyfikować piosenki?...
Bo aż wierzyć się nie chce, że mogli się aż tak zmienić. Ale głos wokalistki...Parę razy po prostu nie dawała rady. Fałszowała; łamał jej się. Tak samo głos pani chórkowej, jeszcze widać nie wyrobiony, niepewny; zaczynała pianissimo, i dopiero zyskawszy pewność, że trafiła we właściwą nutę, dodawała moc, ale kompletnie bez kontroli: drżące tony nagle, w jednej sekundzie, dostawały kopa i grzmiały jak hejnał. Wstrząsający efekt O_o
Tylko jedna piosenka z Banby, ani jednej z Lore...Fakt, nie było czasu, koncert trwał tylko godzinę :-/


piątek, 18 lipca 2008
Polozmy sie i umrzyjmy *

   Od kilku lat do Sopotu przyjeżdza trupa Borisa Eiffmena, znanego rosyjskiego choreografa, dyrektora Sanktpeterburgskiego Teatru Baletu. Co roku mieliśmy tu możność oglądania jego spektakli- jako pierwsze miasto Europy środkowo-zachodniej.
Obejrzałam ich kilka; szczerze wielbię talent Eiffmana, jego pomysły, układy taneczne, płynność i ekspresję; ba- kiedy parę lat temu Opera Leśna nie sprostała zadaniu, i tancerze musieli odwołać spektakl, nie chcą ryzykować tańca na zalanej wodą scenie, pod dziurawym jak sito słynym pomarańczowym dachem, wysmarowałam artykuł dla Gazety- mój pierwszy artykuł dla jakichkolwiek mediów, ale żal mój z serca płynął- za który dostałam bonusa w postaci biletu do kina.
Poszłam, oczywiście, na Burtona, ale mniejsza z tym.
Wczoraj był nowy spektakl Eiffmena, „Mewa” na podstawie Czechowa.
A ja wybrałam sie...na teatry uliczne.
Sama tego za dobrze nie rozumiem, ale czułam autentyczny głód rozrywki bliskiej kuglarstwu; chciało mi się piwka w plenerze, podekscytowanego nocnymi rozrywkami tłumu- choć złożonego z ludzi, nie będących typową gawiedzią „tłumową” - wędrownych sztukmistrzów, akrobatów i ogniomistrzów. Ta atmosfera, pochodnie, szum i gwar, zwielokrotnione echa dziwnej muzyki, rozchodzącej się dudniącą falą po okolicznych kamienicach...Tego potrzebowałam. Nie- zamarzania na kość w pustawej Operze, wśród nieruchomego tłumku milczących, sinych z zimna, nieznanych koneserów baletu. I te wszystkie komary...

Przedłożyłam więc chleb i igrzyska nad sztukę wysoką- to było posunięcie tygodnia! Spektakl, przedstawiony przez czeską trupę, nie był bardzo skomplikowany, ale też nie grzeszył prostotą w rodzaju: człowiek u zarania dziejów był niewinny (tu: po scenie biega zwiewnie postać w bieli), ale został skażony postępującym skorumpowaniem społeczeństwa, i degeneracją wartości ( „białas” zostaje oblany wiadrem czarnej farby), więc umarł, ale jeszcze w ostatnim porywie posadził drzewo (wyciąga zza pazuchy doniczkę z kiełkiem, po czym pada dramatycznie a ostatecznie).
Bardzo dobrze zrealizowane, zatańczone i zagrane widowisko. Nawet się wzruszyłam w pewnym momencie! Boszsz, jestem taka wrażliwa...
Przede wszystkim nie mogłam oderwać ócz od postaci szalonego kapłana, który miotał się przed publiką, wymachiwał długimi chudymi ramionami, łopocząc białą szatą, i ciskał gromy w pięknej, potoczystej ruszczyźnie. Gdyby to było po polsku, pewnie zostałabym przygnieciona przez Banał. Jednak dany język może zmienić nieco wymowę, wagę słów- Fasolka miała podobne odczucia; gdyby kapłan wieszczył  po polsku, brzmiałby śmiesznie, a przede wszystkim- za bardzo by się skojarzył z codziennością niedzielnych mszy. Byłoby za ciężkie; zbyt realne.

Wcześniej próbowałyśmy obejrzeć inny spektakl, ale przyszłyśmy zbyt późno- tłum jak czerstwy obwarzanek, zbitą masą okalał plac działań. Ale z tego,co udało mi się zobaczyć, było to jedno z tych współczesnych przedsięwzięc ałtystycznych, których autor niewątpliwie cierpi na straszliwy ból istnienia, wynikający z tego, że sam nie wie, co jest czym czego. Więc był pan bez włosów, za to w obcisłym golfie odsłaniającym brzuch, i czarnych obcisłych pantalonach. Bimbał się na metalowej barierce, na przemian wyginając plecy w pałąk, to znów wypinając pośladki w tył, z jednoczesnym wyprężeniem klatki piersiowej ku przodowi. Z głośników leciała psychodeliczna plątanina zgrzytów i kliknięć, taki noise-industrial z lat 80tych.
I tak dziesięć minut.
Na pewno znowu mi coś umknęło, to musiał być kawałek o wyobcowaniu w tłumie, i pragnieniu współczesnego człowieka, by nad poziomy wylatać. Jednak ja, człek w lesie chowany, dostrzegam tu swoje duchowe ubóstwo, bo po owych dziesięciu minutach jałowego wpatrywania się w opięte czernią chude pośladki łysego pana- poddałam się. Doszły do tego straszliwe rzępnięcia basów, odzywające się z przerażającą regularnością, za każdym zaś razem wrzynające mi się w mózg jak tępe wiertło.

Ja tymczasem nie mogę sobie za bardzo pozwolić na uszkodzenie mózgu- dziś odgrzebywałam przeszłość. Pakując zawartość biurka, wywlokłam masę dowodów obciążających; jakieś zakurzone wspomnienia, momenty, ludzie i uczucia z nimi związane, rzeczy, które- odkryłam to ze zgrozą- kompletnie opuściły moją pamięć.  Musiałam je sobie przypominać, jakby nie należały do mnie, tylko do jakiejś fikcyjnej książkowej postaci. To dość...przerażające odkrycie.
Moja pamięć nie przechowuje zbyt pieczołowicie—masy rzeczy. Większości (nie mówię, oczywiście, o zanikach pamięci, wywołanych wprowadzeniem toksyn do organizmu)
Nie, jeśli chodzi o ścisłosć- większości rzeczy, które się wydarzyły po mojej podstawówce O_o’”
I teraz pytanie z gatunku egzystencjonalnych (może się przyda jakiemuś domorosłemu autorowi sztuk współczesnych, słowo honoru- cały scenariusz mu wypełni -_-‘ ): jak mi się udało wytrwać na uniwersytecie??!!
Umieszczenie mi w pamiętniku wpisu pod tytułem „Do skarbca pamięci” brzmi, jak ironiczny żart, szyderstwo, jak odwołanie się do braterstwa z Amberytą wreszcie!..XD Skarbiec to jedno; istotną kwestią jest- kto zrobił użytek z łomu i paczki dynamitu?...-_-‘

*ewidentne motto wielu ludzi, ktorzy opusciwszy stan mlodosci wczesnej, uznaja, ze to czas, by tak, jak glosi naglowek, spedzic reszte zywota. Umierajac sobie powolutku. Tak aby do przodu (nogami chyba ale..) Byle byle. Blarh.

poniedziałek, 14 lipca 2008
Ryty przejscia po trojmiejsku
No I stało się.
Wymeldowałam się z Sopotu.

Niespodziewane uczucie nagłej wolności i chwilowej niezawisłości od systemu jest trudne do ogarnięcia: nie ma mnie nigdzie, choć przemykam ulicami; nie figuruję w wykazie mieszkańców, choć uważam się (i zawsze będę) za Sopociankę.

Jestem duchem.

Choć moja wolność skończy się niedługo, kiedy zostanę przykuta do mieszkania w Gdańsku koniecznością zapanowania nad stertami pudeł i życiowym Planem, który najpierw doprowadzi się do żałosnego stanu, mieszkając przezornie w pianinie, następie zagra mi na nosie, plunie w oko i najbezczelniej w świecie oddryfuje na chmurce XD

What’s mu function in life?!...

Ale te przyjemności dopiero przede mną.

Nie wyzbędę się tak szybko nawyków tubylca. Np.jeśli chodzi o sposób chodzenia po lesie. Żadne tam, wrzaskliwe płoszenie wszystkiego co żyje ( z lokalnymi włącznie), które uskuteczniają turyści. Nie; ostrożny chód, baczne lustrowanie krzaków, i nagły, upodabniający człowieka do ptaka bezruch z napiętą, wyciągniętą szyją, kiedy posłyszy się szelest.

Dziki.

Dziś udało mi się przed nimi zwiać, choć z drugiej strony -przewrotnie- bardzo liczyłam na konfrontację. Ale nie wtedy, kiedy biorę do lasu Astona.

Ja potrafię poruszać się po lesie bardzo cicho, więc naturalnie, w ramach zachowania równowagi w przyrodzie, Ciaston robi tyle hałasu, ile się da, nawet na miękkiej leśnej drodze. Potyka się na niej, ciężko młóci łapami w ziemię, zipie i prycha, a jeśli na 20 metrach jest jakiś jeden korzeń, w który się da zazgrzytać pazurem - Ciaston to zrobi. Po czym potknie się, sapnie, kichnie, i palnie łepetyną w drzewo -_-‘

Nie, nie jest stary ani niedołężny, czy też masochista. Jest po prostu typowym miejskim Ciastonem.

Odpowiednie poruszanie się po mieście to także cecha, którą mieszkaniec kurortu musi sobie wyewoluować. NIE DA się pełznąć wraz z tłumem, bo nim człek dotrze z punktu A do punktu B, trzy razy księżyc odmieni się złoty, trzeba by na noc rozbijać namioty, by po drodze człowieka wilcy nie zjedli. Albo dziki.

Free running poprzez wakacyjny tłum- it makes my day.

Coś w tej podobie uskuteczniałam nocy sobotniej, kiedy to świętowaliśmy przejście Fasolki na magisterską stronę Mocy. ;__; Już jej nie straszny dziekanat ni inne złowrogie zastępy Ciemności. Jest jak neofita, który wyszedł z ciemnicy na drogę ku iluminacji, podczas gdy ja wciąż, w dole....Ech, żałka, żałka...Jakoś tak, tęskno mi się zrobiło, pewnie tęsknota za dziekanatem mnie bierze, szczęściem!- już pojutrze się tam pojawię, odwiedzę dziekana, powspominamy stare dobre, i tak dalej *___*

W sobotę jednak oddaliśmy się nocnym uciechom, przy czym potwierdzam, że i w Sopocie już trzeba płacić za wjazd do knajp, co drzewiej było traktowane jedynie jako poczciwy żart. Teraz nie jest poczciwie, bo mimo obietnicy, że z papierową opaską na przegubie wejde do klubów trzech - z których dwa nawet lubię - do jednego mnie nie wpuścili (bo już ponoć zamykali. O 4?! Puulease...), do tego, w którym wieczór zaczynałam, i gdzie wróciłam, by przywitać dzionek z resztą towarzystwa- nie chciano mnie wpuścić (z takich powodów, jak i wyżej), obawiając się widno, że jak już wejdę, przykuję się do baru krawatem i nie wyjdę po sądny dzień.

Rozgryźli mnie. Darn it!

Weszłam, w końcu, ma sie ten dar przekonywania (nazywam tą technikę ‘na płaszczkę’, chodzi bowiem o to, by jak najszczelniej przykleić się do szyby i nie odrywać natarczywego spojrzenia od obsługi. W końcu wizja obślinionej szyby skłoni kogoś z obsługi, żeby drzwi otworzył i płaszczkę od niej odkleił. Wtedy! Jest ten MOMENT 8-) ), ale niesmak mój był wielki.
Taka szyba to paskudna rzecz.
Oczywiście, jedna jedyna kochana Papryczka mnie nie zawiodła, bo choć decybele tam tak dają po głowie, że coś okropnego, i skończyli o 3:30 (przecież to kpina!), to jednak muzyka jest przedniej jakości.

Tym bardziej żałuję, że z moich znajomych nikt się nigdy nie poświęci na tyle, żeby tam ze mną pójść; jeśli ja chcę sie pobawić z ludźmi, muszę być tą stroną idącą na kompromis (choć zaraz, czy termin „kompromis” nie przewiduje współpracy obu stron?..), i iść na imprezę, gdzie muzyka jest dla mnie...w najlepszym przypadku ledwie strawialna.

Bo jakoś nikt nie może strawić ze mną housu raz na jakiś czas.

Choć z drugiej strony- dokonałam pewnego wstrząsającego odkrycia! Muzyka house nie istnieje. To fikcja!
 /(>o<)/
Ilekroć rozmawiam z kimś (z tych nielicznych..), kto też lubi klubową muzykę, i pytam, kiedy i gdzie ostatnio był na dobrej imprezie, słyszę z reguły „Noo, ostatnio było nieźle w tym a tym lokalu, całe 20 minut grali elektro!”. „A potem?” „No, potem to już znowu techno...I tak da capo al fine”

Ha. No właśnie. Nie ma. Fajną muzykę słyszę w sklepach ubraniowych i ogródku na Monte Casino, jednym.

Przez tyle lat wierzyłam w fikcję, to doprawdy straszne ;__;

Na koniec pragnę podzielić się ludową mądrością, którą odkryłam bolesnego niedzielnego ranka o 13: otóż, nie masz nic lepszego na kaca-poza kefirem- niż wuzetka i las.
Las- bo jest cienisty, cichy i chłodny; wuzetka- bo dobra wuzetka nie jest zła :D
Ja, wójt, wama tak mówię!


*Tak czekalismy na mgr Fasolke. Z chlebem, sola i gozdzikiem :P


poniedziałek, 07 lipca 2008
I po open'erze..

  Wróciłam, ale o przygodach podczas drogi nie chce mi się pisać, poza tym, że warszawskie lotnisko to skansen PRL-owskiej „kindersztuby”, a samoloty LOTu powinny zostać obejrzane przez jakąś komisję ze śrubokrętami w rękach. Jakby podłubali nieco w skrzydle, czy innym stoliku, niejedno by wyszło. Resztki butaprenu bez ochyby.
Co bardziej istotne, dzięki pomocy dobrych ludzi wróciłam cało i zdrowo, by odkryć Sopot- co było do przewidzenia- oblężony, co gorsza- przez ludzi o niesprawnych zwieraczach i przepustowych kiszkach, bo co i rusz dostrzegam w krzakach i za węgłam charakterystycznie wygięte postacie.
Skandal, przyjechała swołocz i leje na mój Sopot -_-#  (Tego roku będzie dużo wrzosów na bukiety)
Choć dzięki Open’erowi mniejsze niż zwykle fale czerni przelewały się ostatnio Monciakiem.

Ech, Open’er...
Ja się wybrałam wczoraj; wyruszyłyśmy z R., wprzódy na quest „W poszukiwaniu biletu dla R.”. Droga pełna niepowodzeń budowała napięcie, które musiało wpłynąć na moje osobliwe rzeźby przy pierwszej festiwalowej budce biletowej koło dworca głównego.
Otóż tam można było zostać elegancko zaobrączkowanym festiwalową bransoletką, jednak- dopiero po spełnieniu pewnego warunku.
„Proszę mi oddać bilet, to dostanie pani paseczek” słyszę.
„Chyba nie” odparłam butnie i spojrzałam przebiegle na biletera, pewna, że właśnie wywinęłam się z pułapki. Pełne spokojnego wyczekiwania spojrzenie chłopaka w budce zbiło mnie z pantałka; grzecznie, choć nadal z wahaniem, oddałam bilet.
A on przedarł go na dwie części!.. XD
Jednak nim zdążyłam wyciągnąć go z tego okienka, chłopak wyszperał z szuflady najpiękniejszy na świecie, zielono-fioletowo-szary paseczek i uniósł nieco ponad kontuarkiem. Przez chwilę przyglądałam się mu nieufnie, po czym ostrożnie wsunęłam dłoń w powstałą bransoletkę. Gładkim ruchem bileter zacisnął pasek na moim przegubie i –nadal w ten nieśpieszny, flegmatyczny sposób- pociągnał gdzieś w dal. Z moją ręką doń przytroczoną.

Domek pożerający ludzi! /(>o<)/

Naprawdę, królestwo za mój wyraz twarzy wówczas, bo młodzieniec nie raczył mnie nawet słowem poinformować, co mam robić, tudzież- co on czynić zamierza. Po prostu wziął i wciągnął mi ramię do budki. Tam sprasował sprzączkę paska specjalnym imadełkiem; dobrze, że byłam czujna jak ważka, inaczej sprasowałoby mi także kilka żywotnych części.
Potem próbowałam jeszcze koniecznie kupić bilet na bezpłatny autobus festiwalowy, i dopiero po tej akcji uznałam, że rezerwuar publicznej kompromitacji jest już pełen, więc można pozwolić rzeczom płynąć własnym biegiem.
Ot, co euforia robi z ludźmi...
Teren festiwalu był olbrzymi. Było ok.50 tysięcy ludzi, ale nie czuło się tego.
Przede wszystkim- zdumiał mnie poziom kultury na imprezie tego typu: wiadomo, że był ścisk i nieustające migracje ludności z miejsca na miejsce nie przechodziły bez drobnych kolizji. Ale ktokolwiek cię potrącił, czy nadepnął- zaraz przepraszał. Ludzie starali się poruszać ostrożnie, żeby nie stratować tych, którzy siedzieli, czy nawet leżeli na trawie. Po dobra konsumpcyjne stali grzecznie w kolejkach, dopiero przed występem Chemicalsów zrobiło sie nerwowo, bo wyglądało na to, że część ludzi albo spóźni się na koncert, albo zdąży i będzie umierać z pragnienia. Któż mógł przewidzieć, że chemiczni bracia będą tak długo pudrować noski, że wyszło z tego pół godziny obsuwy, która niemal kosztowała mnie natychmiastową ewakuację z terenu festiwalu?...
Oczywiście, w miarę upływu czasu tłum był coraz bardziej zbity, ale nawet podczas występu Massive Attack miałam dośc miejsca, żeby sobie tańczyć. Naturalnie, mówimy tu o trip-hopie, nie o Bollywoodzie, także bardziej niż taniec, było to pulsowanie w rytm muzyki, na miękkich nogach i tak, żeby nikogo nie ukrzywdzić. Nie do końca mi się to udało, bo choć nie staram się naśladować Isadory Duncan, to jednak wyznaję taniec raczej pełen ekspresji, toteż stojącemu przede mną panu parę razy się oberwało. Ale zniósł to jak mężczyzna, poza tym- był naprawdę...potężnie zbudowanym panem. Moje szczęście, że spokojnym XD
No więc sobie ekspresyjnie pulsowałam do „Risingson”, „Unfinished sympathy” i szeregu piosenek z nowej płyty, na której premierę jeszcze trzeba czekać, niech to demony. Cudownie było *_*

Chemical Brothers mieli występ iście porażający. Do tego stopnia, że płonące kulki oczu w mojej czaszcze i ten bolesny zgrzyt powiek szorujących po wysuszonej śluzówce, nakazywały natychmiastowy odwrót. Przetrwałam- wystarczyło przedrzeć się przez zastępy kilku...tysięcy ludzi, i wejść w strefę mroku. Ale decybelami i jaskrawym światłem ten występ mnie wykończył. Właściwie jedynym koncertem, który był odpowiednio skonfigurowany jeśli chodzi o nagłośnienie, był właśnie występ Massive Attack.

Z dziwnych impresji: ścisk na koncertach to jedno. Ale jest taki stan (przejściowy) kiedy jest dużo ludzi, ale pozostaje jeszcze odrobinę przestrzeni wokół człowieka; przestrzeni co chwila przypadkowo naruszanej przez ludzi wokół. Ta dziwna gączasta miękkość i chłód ludzkich ciał, kiedy nieświadomie napierają na ciebie, potrącają i ocierają się, jest trupia w swoim bezwładzie. Niemiłe, wywołujące zimny dreszcz uczucie.

Anyway, wszystkie występy, które obejrzałam, były bardzo satysfakcjonujące.
Gasoline – ładne, mogliby tylko zainwestować w wokalistę, bo bez tego ich muzyka jest po prostu trochę mdła; Kobiety- bardzo miło; Hatifnats- muzycznie nieźle, choć mieli nagłośnienie dbające o obecnych przygłuchych i tworzące przyszłych, no i jeszcze jest kwestia tej muzyki indie i jej stylu, którego chyba nie rozumiem, bo ja osobiście stawiam na wokalistów umiejących śpiewać. No ale też z drugiej strony, mnie absolutnie urzeka wokal Mr Doctor’a z Devil Doll, może lepiej zamilknę tedy...
Goldfarp- nic nie zaśpiewała z „Felt Mountain”, promując głównie kawałki z nowej płyty, dowodzące, że piosenkarka chyba na dłużej zeszła na drogę popu, tracą tym samym moje wdzięczne ucho; Polpo Motel- najlepsze odkrycie festiwalu, godne polecenia każdemu, kto lubi dobrą psychodelę.
Natomiast występ Lao Che mnie zmęczył; co jest zrozumiałe, jako zatwardziała wielbicielka trip-hopu, avant-popu i heliotropu (potopu i izotopu też)- nie czuję ska, reagge, czy dub. Smalonych.
A już szczególnie tych pozytywnych kawałków o wielkim Dża i Janku Wiśniewskim, czy o czym oni tam śpiwajo. Kiedy rozbimbany wokalista zakrzyknął euforycznie „Bo naród musi wolny być!”,  naród zaryczał radośnie, ten konkretny, zebrany przed sceną naród pełen dedicated followers of fashion i brand victims, szaleńczo stukających w klawiaturki telefonów, i regularnie lansujących się w Klifie, czy innym Batorym.
Może to ich wolny wybór, co mi tam. Ale ta scena ubawiła mnie setnie.
Nie ma całkowitej wolności od systemu; można go czasem ładnie omijać, to tu, to tam. Najgłośniej zaś o wykończeniu systemu pohukuje jego główna, najwdzięczniejsza siła napędowa, ci wszyscy młodzi konsumenci, przytupujący bojowo najmodniejszym obuwiem sezonu.

Podsumowując- oby więcej takich imprez. Na światową skalę, wysoki poziom kultury osobistej uczestników, osbługa liczna, acz dyskretna, organizacja świetna.
W przyszłym roku ma być jeszcze więcej scen; MOMENTY będą O_O Moja propozycja to hulajnogi, bo skoro przy siedmiu wydeptałam chyba 50 km w trawie lotniska, przy dziewięciu czy dziesięciu zrobimy z tej polanki pustynię.
Usianą bielejącymi kośćmi tych, co padli w drodze do Toi Toia  XD

CURRENT MOON