RSS
sobota, 25 lipca 2009
Homo ignorens

Lubię mieć do czynienia z profesjonalistami. Nieważne, czy to będzie hydraulik, informatyk, czy piekarz- wolę, kiedy jest to człek obeznany ze swoją własną branżą, który wie, co się dzieje, co się zmienia, i co on w ogóle sprzedaje. Tak sobie myślałam, stojąc po pas w pianie i kiwając się bez przekonania do "hiciorów" sprzed siedmiu, ośmiu lat; uznałyśmy z Fasolką, że tego nie można tak zostawić, w związku z czym sorella udała się do DJa. Czy raczej- DJki. I zapytała o "Curacao"- ale nie mieli tego.
"A czy coś Pete'a Tonga może?..." nie poddawała się F.
"Oldskule to później będą" zakończyła sprawę DJka.
...
Parafrazując Godiego- Speeeechleeeeeess!... P.Tong- oldschool. O_o'
Najlepsze jest to, że wiele osób wzruszy ramionami i zapyta, o co wielkie halo i co to za pan jest w ogóle. Toteż nie wymagam zaraz wybitnej znajomości największych obecnie dj'ów od ludzi, którzy
a) nie interesują się, kto gra, byle grało
b) nie przepadają za muzyką klubową tak czy inaczej
c) nie mają głowy do śledzenia wszystkich zmian w muzyce rozrywkowej.
Ale nie od DJów. DJ, do diaska, POWINIEN wiedzieć, że poza Tiesto jest na świecie milion pięćset sto dziewięćset innych, występujących na scenach, posiadających programy w radiu, popularnych macherów muzyki.
Pete Tong jest jednym z nich.
http://www.bbc.co.uk/iplayer/episode/b00lq8k2/Pete_Tong_24_07_2009
Ale nie, dawali jakieś hity z satelity, powinnam się chyba cieszyć, że obyło się bez "La Isla Bonita" czy Ricky'ego Martina -_-' Bo taka mniej więcej była znajomość muzyki "współczesnej" pani grajczyni XD

Z cyklu jednak "Ignroancja ludzka nie zna granic"- kuzyn opowiedział o wizycie młodocianego klienta w księgarni. Czapeszka, wielgachna bluza, spodnie z krokiem w kolanach, sam krok- rozbouncowany.
"Jest jakaś książka do ten, do pozytywizmu?" pyta.
Zaprowadzony do działu lektur przez przytomną sprzedawczynię, która nie takie rebusy rozwiązywała, klient się zawiesił, więc został zapytany, czy o lekturę chodzi.
"No raczej."
Dalej nic. Wiec indagacja trwa.
"O jakąś konkretną lekturę?"
"Noo, cośtam...Orzeszkowa?.."
"Aha, a czy pamięta pan może tytuł?"
"Noo, cośtam, Dżi..Aj..cośtam."
Kto zgadnie, o co chodziło?


piątek, 17 lipca 2009
Tam, gdzie skapną poziomki

Nieprawdopodobne uczucie błogości wyzwalają w człowieku słodkie, pękate od słońca poziomki, zrywane opodal leśnej ścieżki. Rozrzucone wśród pierzastych liści jak krople krwi, gubione przez poranionego boga, przedzierającego się przez puszczę w nie mającej się przecież powieść ucieczce.

Cierpliwi, milczący i pełni szacunku ludzie uroczyście rozwłóczą jego ciało po miedzach, pieczętując tym samym układ; ale ucieczka to niezmienny element rytuału. Krew stanowi wskazówkę, powrotny szlak Jasia i Małgosia, do bezpieczeństwa obfitości, domu, ludzkich sadyb. Życia.

A później- może dzisjaj? może jutro?- oczarowany wędrowiec, zwabiony rubinowym błyskiem wśród poszycia, nieświadomie zboczy na moczary, które pochłoną go jak daninę, i koło się zamknie na powrót.

Rozpłaszczane językiem na podniebieniu, poziomki zyskują nieziemski aromat, wyczuwalny innymi receptorami, niż po prostu zmysłem węchu. Kolejny dar boga.

Ludzie potrzebują rytuałów. I z ciekawością obserwuję, jak od pewnego czasu potrzeba ta staje się zbyt paląca, zbyt jątrząca, by mieli ją dalej ignorować. Szukają; wynajdują sobie drogi powrotne do stanu pierwotnego powiązania ze światem, naturą, innymi ludźmi. Wszędzie o tym pełno: półki w księgarniach uginają się od poradników, jak odzyskać więź z naturą, w internecie roi się od reklam przeróżnych warsztatów, tańców w błocie, ceremonii palenia starego ja, itp.; gazety nagle "odkryły" sens Kupały; popularne osobistości na łamach "sensownych czasopism" wtajemniczają nas w swoje własne biegi z wilkami...W kółko o tym. O odnalezieniu swojego mitu, i rytuałów, które nas wyzwolą.

Może to sezonowa fala, a może nie. Ciekawa jestem efektów, czy będą bardziej terapeutyczne dla społeczeństwa, czy też doporowadzą do powstania rozhisteryzowanych grup furiatów, pragnących ratować ludzkość przed nią samą. Obawiam się dziewiątej fali, która przyniesie wysyp miejskich czarowników, szarlatanów, przewodników duchowych za pięć groszy, którzy spróbują frymarczyć sacrum. Tym jeszcze niezniszcznoym, prywatnym sacrum, jakie każdy w sobie nosi. Czas pokaże.

Na razie zjadam poziomki, i myślę sobie, że to istotnie mogłaby być krew boga, bo nie wyobrażam sobie, jaki doskonalszy owoc mogłaby wydać.

wtorek, 14 lipca 2009
SHA(o)L(in)EŃSTWO

Weekend- czy nawet noc!- poza 3miastem pozwala mi nieco zregenerować twarz.
Alas!- wystarczył jeden prysznic w Gdańsku, by skóra na powrót momentalnie wyschła, opięła się na czaszce i nawet zaczęła lekko trzeszczeć przy co bardziej wyrazistych ruchach mimicznych.
Także niniejszym muszę powrócić do sposobów, wypracowanych jeszcze w Poznaniu, gdzie woda robiła mi to samo z twarzą, a ponadto jeszcze szczypała w oczy, czyli- mleczka, toniki i woda przegotowana, lub mineralna -_-'
I to nie burżujstwo- to konieczność.
Zabawne: nawet chlorowana woda w basenie tak mi nie paliła naskórka, jak czyni to ciecz w gdańskich kranach. Kolejny "plus" mieszkania w tym śmierdziuchowie.
A pomyślcie, jak to jest fajnie: nie móc wejść beztrosko pod strumień wody, wystawiając doń twarz, kiedy się jest zaraz po treningu i żmudnej drodze powrotnej Zuzkiem- a tak, bo wreszcie się zebrałam i zrealizowałam swój cowakacyjny plan, czyli: powrót na treningi.
Ech, wy gusta...Ja to naprawdę kocham, nawet jeśli w trakcie trwania męczarni zadaję sobie po raz setny pytanie, co mnie u licha podkusiło?!...
Jeszcze na początku znalazlam nie ten park, co trzeba, i wymachując z irytacją kijami (przywiozłam sobie z Danii, w nadziei, że znajdę jakąś szkołę Arnis w 3mieście. Haha- o naiwnosci...-_-'), czekałam na Godota. Przez co, gdy już odnalazłam park właściwy, okazało się, że jestem spóźniona, i forma-nie forma, pompeczki karne robić trzeba.
Nie macie pojęcia, jak szybko w takich okolicznościach przyrody wyparowuje z człowieka nutka rzewnego sentymentalizmu XD

Teraz zaś moje trzy pytania książkowe:
1) Czy zdarza się Wam ryczeć ze śmiechu nad książką, nawet jeśli siedzicie w zatłoczonym, przedziale w pociągu, albo na równie ludnym przystanku autobusowym, czy raczej tłumicie wesołość?
2) Co najczęściej Was przyciąga do nowej książki w pierwszym momencie? Ciekawa okładka, zagadkowyy tytuł czy np. nazwisko autora?
3) Czy chcielibyście, by treść czytanej aktualnie/ostatnio książki zastąpiła Wam na jeden dzień rzeczywistość?

Zlecam ułożenie odpowiedzi na te trzy podchytliwe pytania wszystkim, którzy istnieją w moich zakładkach, a czytają tego bloga, aha- no i Brackiemu M. Niech sobie nie myśli...:P
Go :D

Edit2:
Moje odpowiedzi :D
Ad.1) Raczej się śmieję, choć krzywe spojrzenia narodku psują mi nieco zabawę. Ludzie się mniej dziwnie patrzą, kiedy człowiek przeklina na głos i toczy wokół wzrokiem morderczem, a keidy się smieje- spoglądają jak na wariata. Nie mam zamiaru pozwolić, by moje zachowania okrawały mi tak spaczone jednostki.
Ad.2) Najpierw łobrazek na okładce :D Zazwyczaj. Jak baaardzo ładny, to nawet kniżkę kupię :P
Ad.3) Oh yeah...I mean- dragons, hello. *__*
piątek, 10 lipca 2009
Ksiazkowo

Po gryzacej tesknocie kolej na przygnebienie i taplanie sie w marazmie.
Jeszcze te cholerne ulewy i zimno; slonce przynajmniej wypala ze mnie czesc melancholii. Pozwala wyrwac sie na Zuzku z miasta, nad morze.
W ramach walki z pania M- pytania, zadane przez Lene na jej blogu :) Nota bene, pisze, siedzac w czytelni nowo wyremontowanej biblioteki wojewodzkiej, ktora wczoraj pobieznie spenetrowalam, wylowilam kilka tytulow, i dzis wrocilam po nastepne (czytanie do switu pozwala nie snic potem o tym, ze jestem wciaz TAM)

1) Biblioteki: chodzicie, wypożyczacie, nurkujecie między półki - czy, jak kilka osób, które zdarzyło mi się ostatnio indagować w tym względzie, uważacie, że to instytucje typowo "dla dzieci"?

Uwielbiam buszowac po bibliotekach. Kazde moje wakacje nad jeziorem z rodzicami i rodzenstwem zaczynalam zawsze od wycieczki do lokalnej biblioteki, tak samo z upodobaniem `odkrywalam` je w Poznaniu, a teraz w Gdansku. Terra incognita, mm...Odzywa sie we mnie wowczas zylka lowiecka :D Lubie swoiste polowania na konkretne tytuly (skomputeryzowany katalog znacznie to ulatwia): jeden tom tu, drugi gdzie indziej, o- wlasnie ktos oddal ksiazke, ktorej dawno na polkach nie widzialam, no to szpula na drugi koniec miasta, capnac, nim mnie ktos uprzedzi...I satysfakcja gwarantowana :)

2) Czy trafiliście kiedyś na twórczość nigdzie nie drukowanego amatora, która spodobała się Wam bardziej niż tzw. mainstream literacki?

Blogi. Sa blogi, ktore zachowuja caly czas nastroj i liryke, wlasciwa bialej poezji, nawet jesli traktuja o sprawach bardzo codziennych, a nie sa przy tym zalane grafomansko fala niepotrzebnych, wymeczonych do granic sensu slow.
Czytam je z przyjemnoscia nierzadko wieksza, niz wtedy gdy zaglebiam sie w nowo wydano, reklamowana szeroko polska powiesc nowego, psychologizujacego nurtu. Wszystko tam takie wydumane!...A co czytam na blogach- wiem, ze jest co najwyzej urocza konfabulacja, oparta na autentycznych przezyciach.

3) Uwalniacie książki publicznie, wymieniacie się w sieci, sprzedajecie na Allegro? Odpowiedź proszę uzasadnić :)

Nie uwalniam ksiazek. Z tej prostej przyczyny, ze posiadam ich stosunkowo niewiele :D Jestem pozyczaczem. Do tego, jak juz przeczytam ksiazke, i ona tak sobie zalega na polce jak wyrzut sumienia, mysle sobie o lasach.
Naprawde. Nie przykuwam sie do zadnych drzew, nie rzucam pod buldozery, nie oblewam nikogo kubelkiem Sniezki, bo ma furto, ale jestem zdecydowanie proekologiczna. Wiec kupuje tylko takie ksiazki, ktore po prostu MUSZE miec na wlasnosc (bo na przyklad maja najpiekszniejsza ilustracje na okladce, jaka w zyciu widzialam ^^`). Ale co mam, to pozyczam, wiele z moich ksiazek zbiera kurz po polkach moich znajomych, i vice versa :)
Czasem niektore ksiazki dojrzewaja do tego, zeby je puscic dalej, i wtedy po prostu nie upominam sie o zwrot, kiedy komus pozycze.

I tyle. Lena dodatkowo zawstydzila mnie, chwalac moja mala probke literacka sprzed lat, i to mi uswiadomila, jak dawno juz nic nie pisalam. Moze to tez bylby dobry pomysl, zeby ruszyc, z czymkolwiek, nie tkwic w ponurych rozmyslaniach o tym, ze jest jak jest, jestem gdzie jestem, i ni cholery nie mam pojecia, co dalej XD
poniedziałek, 06 lipca 2009
Po Open`erze

Heineken Open`er sie zakonczyl, przy chrzescie tluczonego szkla, ktorym zascielany byl chodnik, i z trzeszczeniem zeber, miazdzonych przez napierajacy do autobusow tlum.
Lubie koncerty. Ale musze czuc, ze jestem na koncercie wlasnie, a nie przed nieco wiekszym odpowiednikiem telewizora, na tylach, w bezpiecznej odleglosci od festiwalowej goraczki. W takim razie...po co w ogole wychodzic z domu, kase wydawac?...
Oczywiscie, trzymam sie z dala od pogo, i przed scena nigdy nie odwazylam sie stanac, bo tam ludzie wpadaja w histerie, no i nigdy nie wiadomo, co zaserwuja akustycy. Z reguly nic dobrego, wibracja z glosnikow przerzyna mostek i miazdzy watpia na krwawa mase.
W tym roku bylo wyjatkowo zdrowo, wywazone basy, decybele znosne, a kolomyja dziala sie pod sama scena, dokad sie nie pchalam.
Ale lubie, kiedy naokolo sa ludzie, ktorzy tez zachowuja sie, jak na koncercie przystalo, a nie - jakby stali na mszy. Zle mi sie kojarzy }:P
Kiedy sie ewidentnie ciesza wystepem, ciesza sie z faktu, ze tam sa, i ta radosc udziela sie wszystkim wokol, niekoniecznie w postaci lokcia wbijanego w bok.
Lubie, kiedy muzycy wciagaja publike do zywszego uczestnictwa w koncercie, czy bedzie to synchroniczne machanie lapami ponad glowami, czy powtarzanie roznych smiesznych dzwiekow za piosenkarzem.
Albo- jak w przypadku wystepu Prodigy- kiedy przy "Smack my bitch up", przy tym przyciszeniu muzyki wypadajacym w drugiej czesci utworu, publicznosc, na polecenie Maxima, przypadla do ziemi, by w poteznym lupnieciu zaraz po kulminacyjnym `Smack my bitch -UP!` wystrzelic w gore jak sprezyna, i rozbouncowac sie na calego, tak, jak powinno to byc przez caly koncert.
Oczywiscie, masa ludzi stala jak kolki. Moze nie rozumieli `po angielskiemu`. A moze uznali, ze sa za dobrzy/za starzy/za sprytni/za dorosli= suma sumarum: za dretwi, zeby sie troche pobawic z zespolem, nie wiem.
Za najciekawsze uwazam i tak wystepy Letko- polskiej grupy trip-hopowej, z fajna, Molvaerowska trabka, i The Ting Tings, gdzie tlumy wylewaly sie z przepelnionego namiotu.
Na wystep Placebo poszlam niejako z obowiazku, i przez szacunek dla grupy ktora sie bardzo gesto przewijala przez moja playliste, i dla ktorej zywie sentyment, choc wystep- jakkolwiek bardzo przyjemny- byl bardzo spokojny.
Lilly Allen dobrze rozbujala publike- a przynajmniej zenska czesc tejze; Kings of Leon- fanka tej grupy nie jestem, ale przyznaje- swietny warsztat, dobre, solidne piosenki. Bardzo przyjemnie sie tego slucha. Tylko dlaczego ich najwiekszym hitem jest najbardziej beznadziejny utwor w calej dotychczasowej tworczosci zespolu?...
Z niewielkim zalem opuscilam ich ostatni utwor, zeby pojsc do namiotu na Ting Tings, gdzie panowala znacznie lepsza kindersztuba, niz przed scena glowna, ale to zauwazylo wiele osob: w tym roku bylo bardzo duzo open`erowych nowicjuszy, do tego bardzo mlodych, widno nieswiadomych, jaki to rodzaj imprezy. Ze to nie zadne Manieczki.
Nastoletnia holota, nie bojmy sie tego powiedziec.
Deptali ludzi, przepychali sie, nie przepraszali, kopnawszy kogos, kto wie- czesc rozdanych ciosow mogla byc nawet celowa.
W namiocie- jakby odsiano czern. Szkoda tylko, ze za mna akurat musialy sie ulokowac fanki brytyjskiego duetu, ktore odstawily recital karaoke.
Znajomosc tekstow rownie imponujaca, co porazajacy byl brak sluchu wannabe-wokalistek.
Ale to tez taka uroda festiwali- spotyka sie rozmaitych ludzi :P

Chcialam oglosic konkurs na imie dla mojego roweru; jest to rowerek typowy prosty, miejski skladaczek o kolach srednicy moze 40 cm max, stary i rozkletany, ale z bagaznikiem, wszystkimi swiatelkami, maly, skrzekliwy i zwrotny.
To tak, zebyscie troche poznali jego charakter,
Na razie nazywam go `Zuzek`, ale jesli ktos zaproponuje jakies fantastycznie pasujace don imie, zostanie przemianowany :) Czekam na propozycje! Zwyciezca bedzie mogl sie karnąć :D
CURRENT MOON