RSS
sobota, 31 lipca 2010
Złodzieje Zuzków

Ktoś próbował rąbnąć Zuzka.
Kilka nocy stał, biedaczek, w krzakach, bo był tak ubłocony, że go ukrywałam w bocznej alejeczce przed domem.
Rankiem odkryłam ślady wytężonej pracy nad uwięzią, trzymającą mojego rosynanta przy płocie.
Zamek rozpadł się po kilku próbach rozpieczętowania go kluczykiem (sam klucz się wygiął i pękł -_-')- nie wiem, CZEGO tam wlano do środka, ale widok był porażający: tam, gdzie wcześniej był mechanizm, ziała czarna dziura- a blokada jak trzymała, tak nie puszczała! Dobra japońska robota... Ta blokada to jeszcze część prezentu od japońskiej policji :P
Udałam się po posiłki, i zacięśniłam znajomość z panem z pobliskiego serwisu rowerowego, który przyszedł dziś rano i jednym szybkim ciachnięciem przerażających nożyc uwolnił Zuzka skowanego.
Wiszę mu piwko :)
I tęsknię nieco za dawnym dobrym podziałem klasowym: hołota niech się okrada, niech się pierze i morduje, ale byle dalej, proszę, ode mnie. I mojego Zuzeczka!... ;__;



niedziela, 25 lipca 2010
O znajomościach pubowych i mojej teatralnej miłości


Znajomości pubowe podzieliłabym na dwa rodzaje.
Są ludzie, których obecność w knajpie- są z reguły jej właścicielami albo barmanami- sprawia, że czuję sie tam domowo i bezpiecznie; siedzę tam z przyjemnością, czy są jacyś inni znajomi czy nie, gawędzę niezobowiązująco z innymi ludźmi przy barze i jest mi dobrze.
A są też i znajomości "prestiżowe"; "rozpoznajesz" ludzi i przyznajesz się do znajomości z nimi, kiedy jest ci to na rękę, względnie kiedy dana osoba jest z ludzmi, których być może warto poznać, wtedy witamy się z nią z afektowaną wylewnością, mimo, że kilka dni wcześniej przeszliśmy koło niej bez słowa ni spojrzenia.
Wczoraj miałam możność podumać sobie nad tymi dwoma rodzajami ludzi w związku z wieczorem panieńskim Dary i wizytą w jednej z sopockich knajp.

----

Ponadto kategorycznie zaprzeczam, jakobym miała coś wspólnego z zespuciem programu do karaoke.

To nie ja nacisnęłam przycisk, do którego podłączone były kable, prowadzące do ładunków wybuchowych, które tam podłożyłam! 8-) Każdy sąd mnie uniewinni.
Jeśli kabelek odpadł od jednego małego dotknięcia, to w ogóle nie był prawidłowo podłączony.

*** Przedwczoraj do księgarni przyszedł Mirosław Baka *_*
M. ze zdumieniem skomentował, że zachowuję się jak poszczana nastolatka, co potwierdzam, w istocie- tak było.
Najlepsze, że nie od razu go poznałam, natomiast kiedy już to nastąpiło- chodziłam na miękkich nogach do końca dnia.
Pisałam już kiedyś, że gdyby w Polsce istniały fancluby aktorów i aktorek teatralnych, byłabym jego fanką nr 1, i chyba niczyją inną. Jest prześwietny, i jeśli ktoś widział tylko "Krolla" i jakieś "Demony wojny" z jego udziałem, natomiast nigdy nie oglądał go w teatrze, to nie ma pojęcia o skali jego talentu i charyzmy scenicznej.
Uśmiechnął się do mnie--- Mgiaaa, total squee mode! <3
czwartek, 22 lipca 2010
Black coffee

Wolny dzień. Impreza w Papryce. Powrót o brzasku. Gargantuiczne zmęczenie.
Więc oczywiście idea wyspania się zniknęła w kieszonce rzeczywistości, która ma umowę z Murphym. Nim dziś wybiła 10:30, odebrałam cztery telefony- w tym jeden dotyczący umów, dzieł, prac i rozsądnych, wyważonych odpowiedzi na pytania, i jeden dotyczący jak najszybszego wybycia z domu- oraz jednego smsa.
Zaraz się muszę zbierać do psa, potem do szpitala, potem podpisywać papiury i generalnie umierać w upale, ale przynajmniej czas porannej kawy (czarnej ;__;) należy do mnie.
Nawet nie miałam czasu się jeszcze zająć Dropsem, czyli moim nowym aparatem.
Aparacikiem raczej.
Ma mnóstwo dodatków, kabelków, płytek, kart i batryjek, cholera wi, co on tam jeszcze ma; ale jest maciupeńki i słodziachny jak nie wiem co. I jeszcze go nie wydobyłam z pudełka, bo---nie miałam czasu XD
Ale mama czuje się lepiej, prawdopodobnie pod koniec tygodnia ją wypuszczą do domu, i dobrze, bo nie trafia za bardzo z sąsiadami: jak nie rozjęczany ksiądz, to świrnięty staruszek XD
A'propos księży- ten mnie rozpoznał.
Na początku sądziłam, że majaczy, kiedy przywołał mnie do siebie i zarzucił natłokiem niespokojnych słów, kiedy nagle wśród tych chaotycznych zdań wyłowiłam: "Kupowałem u was książki..."
O_O
A następnie---rozszlochał się, że nie ma dzieci.
Co do pracy i kleru- wczoraj do księgarni przyszła zakonnica i zakasowała mnie pozdrowieniem "Szczęść Boże"- i kiedy ja jeszcze zastanawiałam się, jak na to odpowiedzieć, ona rzuciła swoją bombę.
"Potrzebuję jakiejś kartki z czarownicą. Albo łysą górą."
Błyskawicznie zrobiłam się czujna i łypnęłam na nią podejrzliwie; ale jej dobroduszna twarz nie dawała mi podstaw by wierzyć, że to jakaś prowokacja.
Potem się okazało, że to dla jakiegoś młodego żonkosia czy świeżo zaręczonego. Ale przyznacie- zaskakujące to były słowa z ust zakonnicy :P
Z innych wydarzeń pracowych: kilka dni temu, zanim wybuchło szaleństwo w zespole, i zostaliśmy w okrojonym składzie, mieliśmy nudny, nieruchawy dzień z P. Poukładaliśmy na półkach, co się dało i z braku jakichkolwiek klientów, tkwiliśmy tak w znudzeniu i okresowym podduszeniu- co jakiś czas tylko po podziemiu szła mrożąca krew w żyłach plota, niestety, zawsze prawdziwa: "Znowu w całej galerii padła klima", co wobec pracy POD ZIEMIĄ, w pomieszczeniu BEZ OKIEN i DOSTĘPU POWIETRZA z zewnątrz, było naprawdę fantastyczną sprawą.
Właśnie staliśmy po obu stronach lady, z umiarkowanym zainteresowaniem śledząc życie korytarza, jako że księgarnia była opustoszała; ja opierałam się o kontuar w nadziei, że nie zasnę, Przemo robił jakieś origami z paragonów pozbieranych z podłogi, gdy do sklepu wmaszerował młody człowiek w skejtowskim ubraniu (trochę nieświeżym).
Wmaszerował zdecydowanie i nieco wyzywająco, chowając dłonie za połami bluzy; a gdy dotarł do lady (włączyliśmy go w zakres naszej beznamiętnej obserwacji naziemnej), z rozmachem postawił koło mojej dłoni---gumowy wibrator, we wściekłym kolorze fuksji, który od tego wstrząsu zakołysał się spazmatycznie, a jego liczne wypustki zafalowały w proteście.
Razem z P. podążyliśmy wzrokiem za jego gestem, i nadal patrzyliśmy bez emocji, z tym że teraz na bimbającego sie smętnie (miał jakąś przyssawkę od spodu) członka w technikolorze.
Jeśli klient miał nadzieję na jakieś ożywione reakcje- zawiódł sie srodze. Nie drgnęliśmy nawet, ja nadal tkwiłam nieporuszenie, oparta o ladę, Przemo zaś w dalszym ciągu bez entuzjazmu rolował paragony.
"Potrzebuję jakiegoś opakowania, może wstążki, na---TO!" powiedział klient zaczepnie.
"Hm- odparłam ze znużeniem (tlenu nie było już pół godziny), przyglądając się "temu"- Zielona by chyba pasowała. Albo srebrna."
P. pokiwał smętnie głową i poczłapał do regału z wstążkami, gwiazdkami i ozdobnym papierem.
Potem nastąpiła cała sesja przymierzania kokardek, wreszcie opakowaliśmy mu zabawkę i zwieńczyliśmy kokardką, ale jestem pewna, że był nieco rozczarowany. Nie moglibyśmy być mniej wzburzeni; po prawdzie, tak samo obojętnie opakowalibyśmy szczotkę do włosów i piszczącą pocztówkę. Nawet, gdyby miała wypustki.

niedziela, 18 lipca 2010

Piekielne upały.
Naprawdę nie sądziłam, że kiedykolwiek pod naszą szerokością geograficzną będę się tak męczyć.
Już nawet nie temperatura daje w kość- tylko duchota. Stojące powietrze, siadające ciężko na klatce piersiowej.
---Czu burza coś zmieni? Czy nastąpi przesilenie i wszystko wróci do normy?... Nie piszę o pogodzie w tej chwili. Mama miała w piątkową noc zawał.
W zasadzie zaczęła go mieć bodajże w środę- tylko nikt, łącznie z nią, się nie zorientował. A o tym, że to był zawał, a nie kolejny -nie, że "do zlekceważenia", ale jednak lżejszy gatunkowo- skok ciśnienia, dowiedziałam się w sobotę rano.
Jest teraz w szpitalu, pod opieką dochtorów, za chwilę tam jadę, ale jeśliby ktoś miał na zbyciu trochę energii, poproszę o przesyłanie jej dobrych fluidów - tylko tak, wiecie, delikatnie.
Idę.
piątek, 16 lipca 2010
Wygrana

Do pewnego momentu wszystko wyglądało normalnie.
Lecz kiedy powróciłam na pięknym, obadanym przez przemilego pana specjalistę Zuzku, z pięknym, artystycznie przyciemnionym zdjęciem swoich płuc (jak jest z tymi płucami? Im ciemniejsze tym lepiej? Czy raczej powinny być jasne?), odkryłam, że moje konto na Facebooku w międzyczasie się okopało i przestało być dla mnie dostępne.
Nie! Wróć do mnie!...XD
Może to wina związków zawodowych? Może faktycznie traktowałam FB nieco instrumentalnie? Wreszcie- może tajemne siły, czyhające w wirtualnym świecie, chcą w ten sposób wymusić moją (i waszą!) zgodę na opłaty za korzystanie z portalu?...
Dość, że wrota fejsbuka są przede mną chwilowo zamknięte.
Zamknięte i oflagowane.
Tymczasm ja czekam na mój nowy aparacik.
Z tego, co wywnioskowałam z lektury na sieci, nie będzie to znowu taka nędzna małpka cyfrowa; to będzie całkiem przyzwoity model; może nie limuzyna, ale solidny mercedes pośród kompaktowych cyfrówek ^^
Ale trzeba Wam było widzieć moje bezmierne zdziwienie, kiedy zadzwonił do mnie przedstawiciel firmy, organizującej tamten konkurs. Musiał mi się wprzódy przypomnieć ("Walizka, walizka była od nas..." Ja:" A! Tak, teraz kojarzę. Słucham pana?" ), a potem powiedział rzecz zupełnie niewiarygodną, tak, ze przez chwilę milczałam i po prostu---istniałam, nie myśląc absolutnie nic. Przechodzący telepata miałby nie lada zagwostkę, jak można być tak całkowicie cichym wewnątrz własnej głowy XD
Wygrywanie czegokolwiek nigdy jakoś nie było moją specjalnością; cóż dopiero wygrywanie takich fantów, jak aparat fotograficzny!
Chyba dotad nie zamieściłam tu tej kontrowersyjnej, robiącej furrorę pracy, owocu twórczego wysiłku i chyba piwka. Albo dwóch.
No to proszę:


Tak, tak. To wlasnie to :D
czwartek, 15 lipca 2010
Nowa fotomanipulacja :)

Zrobilam sobie na Fejsbuku test na to, jakim podgatunkiem fantastyki jestem.
I pytania byly ciekawe, a i rezultat na tyle mi sie spodobal, ze zapragnelam sie nim podzielic; a poniewaz Fej-zbuk uznal, ze nic z tego i on tych rezultatow po prostu nie przyjmie i juz- wrzuce je tu :)

GOTHIC HORROR
Mieszkasz w zamku na wzgorzu, a wszyscy twoi przodkowie chodza w dziwnych bialych pizamach, pobrzekujac lancuchami. Nie dawaliby ci w nocy spac, gdyby nie to, ze sypiasz w dzien. Zawsze dziwilo cie, prawie nikt cie nie odwiedza, a wszyscy okoliczni wiesniacy robia znak krzyza na twoj widok. Zawsze ci sie wydawalo, ze skowyt wilkow z pobliskiego lasu jest najmilsza twemu sercu muzyka i masz problem z utrzymaniem wlasciwej fryzury, odkad nie odbijasz sie w lustrze.

Tak cos mi sie wydawalo, ze pora isc do fryzjera.
Ale reszta... No coz: do moich ulubionych opowiadan nalezy Lovecraftowski `Przybysz` -wg mnie jeden z jego najlepszych utworow; marze o domu bedacym polaczeniem siedziby Addamsow i kryjowki Poison Ivy, zas co do muzyki---po skonczeniu pracki w PSie sprobowalam przerzucic sie -zeby nie zameczyc muzyki z `The Path` zbyt szybko- na sciezke dzwiekowa z `Mirrormask`, tez pokrecona i dziwaczna, ale nie wytrzymalam dlugo i ponownie wlaczylam sobie megapokrecona i schizowata sciezke ze `Sciezki`.
Coz moge rzec... Ten typ tak ma.




wtorek, 13 lipca 2010
Ścieżka przez piekło

Dawno nie przeżyłam w Polsce takich upałów.
Prawie jak w Japonii, tyle że bez takiej wilgoci w powietrzu, niestety- łatwiej by mi było wówczas znieść piekielne temperatury. Ale praktyki stosuję te same: przebywając w swoim pokoju, próbując czytać czy spać, staram się nie ruszać niepotrzebnie, bo wtedy czuję, jak o moją skórę ociera się żar. Piję coś nieustannie; jeśli mam chwilę i czuję, że potrzebuję odżyć- włażę pod prysznic i oblewam się od stóp do głów chłodną wodą; w domu chodzę boso, a włosy noszę spięte wysoko. Do łask wróciły białe bluzki z długimi rękawami, parasolka i wachlarz, długie ochronne rękawiczki trzymam na podorędziu, zaś w torebce- malutki ręczniczek do osuszania twarzy.
Przez ostatnie dwa tygodnie, pracując w księgarni, w ogóle się nie malowałam; nie widziałam sensu. Do pracy zakładam okulary, bo klimatyzacja natychmiast wysuszyłaby mi soczewki na twarde łupinki, a przy okularach o pewnej mocy każdy, nawet najlepszy makijaż, zaczyna wyglądać nieco tandetnie.
Ale przedwczoraj nie wytrzymałam i pomalowałam rzęsy, które w międzyczasie pożółkły jak przydrożny rumianek.
Włosy, rzecz jasna, aż tak mi NIE pojaśniały. Prawo Murphy'ego nigdy nie bierze urlopu -_-'
A właśnie- sądziłam, że pracując pod ziemią, w miejscu bez okien i dostępu do świata zewnętrznego, przez całe wakacje zachowam interesującą bladość.
Otóż okazało się, że ja wcale nie muszę wystawić skóry na słońce, żeby ją spiec. Wystarczy, że na to słońce wyjdę, nawet mając ramiona porządnie zakryte materią- i szczur gotów. A do pracy przecież się nie mogę przeatutować; chociaż znalazłam przyjemną i w większości zacienioną trasę przez Forty (nawet kawałek idę przez stare kazamaty, jeśli akurat brama lochu jest otwarta), to jednak sam plac, gdzie stacjonowały wojska Napoleona, jest skwierczącą patelnią. I to już wystarczy.
---O bogowie...czy się nie mylę?...Nie! Pada! Czy raczej kropi, ale zawsze XD
Na burzę trza mi czekać do soboty, ale wtedy- o, wtedy! pójdę tańczyć w deszczu *___*

Odkryłam grę pt. "The Path", morderczą i schizoidalną wersję bajki o Czerwonym Kapturku, w której bierze udział pięć osobnych Czerwonych Kapturków; ponoć trudno je przeprowadzić do końca, nie zakończonego ich brutalnym i bolesnym zgonem. Gra mnie zainteresowała, ale nie tak bardzo, jak muzyka.
Niektórych pewnie odrzuci już po paru sekundach, ale ja po prostu kocham takie klimaty :P
Niestety, kawałek, który zamieszczę poniżej, nie występuje na ścieżce dźwiękowej -_- Która swoją drogą jest równie niesamowita, jak co świetniejsze utwory Devill Doll czy Recoil *_* Smaszności nad smaszności (najlepsze zaczyna się - i niestety bardzo krótko trwa- w 3:10 minucie)


sobota, 10 lipca 2010
Jednym uchem wpada...

Spalona słońcem---
Wyprawa do Gdyni, za zdrowiem, zaowocowała jego zdiagnozowaniem, a następnie utratą paru cennych punktów tegoż.
Choć na dobrą sprawę koszt nie był tak znów wysoki.
Bowiem udałam się wreszcie ujrzeć błękitny przestwór morza, już po tym, jak ciocia lekarka wprowadziła mi do ucha mnóstwo tutek, rurek i przewodów. Kamertony o różnych tonacjach też mi do uszu przystawiła i kazała powidzieć, kiedy przestanę słyszeć ich dźwięk.
Mijają chwilę- a ja nadal nic nie mówię. Ciocia raz się tylko upewniła, czy nadal dźwięk jest dla mnie słyszalny, a moje potwierdzenie skwitowała pełnym satysfakcji skinieniem głowy: "No tak, w końcu słuch absolutny", co przez chwilę kazało mi podejrzewać, że jestem efektem tajemniczych eksperymentów genetycznych. Wszczepiono mi to i owo, ale że była to nowatorska technika, co jakiś czas się trzeba upewniać, czy działa i czy nie ma sprzężeń. Ale nie ma, oczywiście, porządna firma- nasza firma, hello 8-)
Morze było piękne; migotliwe, senne, z nagłymi zrywami rozbijających się o nabrzeże fal i z rozbryzgami pachnącej jodem piany, która skrzyła się w słońcu. Krzyki mew, śpiewna melodia skrzydeł lecących łabędzi, szum fal----błogość.
Żałowałam, że nie mogę z mojego telefonu wysłać MMSa do ludzi z interioru.

Dwie opowiastki z wczoraj:
- tuż przed zamknięciem wpada jakiś młodzieniec z pozą gwiazdorską; urządził mi prawdziwy monodram, z teatralnymi minami, zdobnymi kwestiami i roztańczonymi dłońmi. Obserwowałam go z zainteresowaniem, szukając naklejek i malutkich - "o boże, nie wierzę, że zaraz o to zapytam!"-  mebelków do urządzania domu dla lalek -"w zasadzie dla pluszowego pieska- wiem! wiem! szaleństwo.."- których rzecz jasna nie mieliśmy. Zasugerowałam, że niektóre mebelki można łatwo samemu zrobić, na co młodzieniec powiedział z westchnieniem, że jest bardzo zajętym człowiekiem. Prawdę mówiąc, podkreślił to już trzeci raz, nie zyskując jednak w zamian żadnej reakcji z mojej strony. Nie tracił jednak nadziei. "No, to kolejne dwie noce z głowy!" wykrzyknął. "Ale jakie emocjonujące" odparłam, sądząc, że mówi o lepieniu sofy z pudełek po zapałkach. "Ach!- zawołał z uśmiechem- nie, nie: JESTEM DJ'EM. Gram imprezy." Błogi uśmiech spełnienia na jego twarzy.
Na mojej- brak zmian w mimice. "O.- zauważyłam beznamiętnie- Gdzie?". "Autsajder klub studencki" wyrecytował z werwą. Pokiwałam głową; znam tą mordownię, a jakże...
Ale młodzieniec ów nie miał pojęcia, jak dalece podkreślił, że jest z jakiejś Kościerzyny czy innego Radomia :DDD

- klientka; wiek późniejszy średni, tik nerwowy, o kuli, w ogóle przesympatyczna kobitka; ale miałam przy niej Zawieszkę Tygodnia. Pani mówiła szybko, trochę niewyraźnie i, hm- dość specyficznie.
Podchodzi do mnie: "Szukam takiej zabawki we wiórki."
Zażyła mnie; gapiłam się na nią tępo i tylko bezwiednie powtrzórzyłam: "Wiórki?..."
"Wewiórki, wewiórki!"- poprawiła mnie niecierpliwie.- Bo to pojedzie do kraju, gdzie nie ma wewiórek."
"Aha- rozpaczliwie próbowałam nadążyć za właśnie trafiającym mnie między oczy zrozumieniem- Niestety, nie mamy; ale może miś? albo żaba?..."
Machnęła ręką. "Żaby są wszędzie. Bo to jest Australia. A tam mają żaby, kangury i misie kołala. Ale wewiórek nie mają!"
Wyznam, że konieczność nadążania za tysiącem idiolektów oraz tysiącem poplątanych ścieżek myślowych, szczególnie po wielu godzinach pracy, jest prawdziwie sztuką i powinno być osobno premiowane.
A ja teraz jestem głucha na jedno ucho, zapchane obficie watą i czuję się obciążona w dwójnasób; najgorsze, jak do księgarni przychodzą mamroty. Coś tam sobie wymruczą w kołnierzyk, a ja mam wiedzieć, czego szukają, co by chcieli przeczytać i czy, jak zwykle, zabił ogrodnik.
Mogę zwalić na ogrodnika, jasne...
wtorek, 06 lipca 2010
Mundialowe wyznanie

Muszę się do czegoś przyznać.
Przegrana Urugwaju w starciu z Holandią to moja wina.
Obawiam się, że to prawda! XD
Najsamprzód wyjaśniam, że ta fala za Holandią, którą przekazałam Fejsbukowym profilem, była tam przez wzgląd na moich miłych Holendrów, nie na ich drużynę; jak tylko zobaczyłam Urugwajczyków, takich biednych i biegających w desperacji po boisku, w dodatku po słuchaniu cały dzień muzyki z "1492", i ci biedni podbici Indianie----
Koniec końców- od samego początku kibicowałam południowym Amerykańcom.
Toteż ilekroć jajogłowi atakowali urugwajską bramkę- zaklinałam ich w sposób praktykowany w szkole i na naszym podwórku przez całe moje dzieciństwo -_-'
I know, I know! lame XD
Ale działało O_O
Podczas tych wszystkich akcji, kiedy Holendrzy próbowali i się im nie powiodło- nie odrywałam wzroku od ekranu i "zaklinałam".
Niestety, pierwsza bramka pomarańczowych uszła uwagi nie tylko mojej, ale i komentatora, który po chwili z niejaką konfuzją odkrył: "Oh, we have a goal...".
Przy drugiej i trzeciej się zwyczajnie zagapiłam XD
Natomiast ten drugi gol Urugwaju? Też moja sprawka ^_^
Naturalnie, treść zaklinanki była inna, ale- jak widać- skuteczna. Szkoda, że przyszła mi do głowy dopiero w 93 minucie XD
Znaczna część 1/8 mundialu przeszła mi koło nosa. Raz w pracy, na przerwie, poleciałam dwa piętra wyżej, do Saturna, zerknąć na mecz (Niemcy z kimśtam). Biegam, biegam po sklepie, tysiące telewizorów, wszędzie jakieś reklamy albo Lady Gaga...
Dopadam zatem dwóch byczków w roboczych koszulkach, zasłuchanych w manieczkowaty łomot, jaki dobywał sie z wypasionych głośników.
"Czy gdzieś u was leci mecz?" zapytałam pośpiesznie.
Wytrzeszczyli na mnie oczy. "Mecz?.."
"No ten dzisiejszy, teraz leci! Na którym telewizorze?"
Jeszcze bardziej się we mneiwgapili, po czym jeden wreszcie wzruszył ramionami. "Na wszystkich, po kolei..."
Zniecierpliwiona, pobiegłam dalej alejką, potem następną, ale rzeczywiście- pomieszane urywki różnych meczów migały na coraz to innym ekranie. Na żywo nie leciało nic, nigdzie; ale wychodząc widziałam jeszcze, jak jeden z byczków pokazuje mnie palcem jakiemuś koledze.
Potem sie zastanowiłam, że faktycznie: w moim otoczeniu mundialem interesuje się więcej kobiet, niż mężczyzn, natomiast w ogóle panuje  trynd "nie lubienia i nie rozumienia piłki nożnej", a im głośniej, dumniej i upierdliwiej to powtarzasz- tym lepiej.
Ja nie rozumiem ping-ponga, ale nie robię z tego życiowego credo.
---
Ciekawe, czy to przejaw niewieścienia naszych czasów, że sporty, dotąd będące domeną mężczyzn, znajdują wdzięczniejszy odbiór i zozumienie wśród kobiet?...
Gdzie ci mężczyźni, na miare czasu...



Orly, sokoly, herosy :DDD


sobota, 03 lipca 2010
Switching fairytales

Upał.
Słońce przymila siępod oknami, kusi, żeby wyjść na zewnątrz, a kiedy to robisz- dopada cię jak wściekły pies.
Ale ja cały dzień dziś spędzę w bunkrze księgarni, więc wyjątkowo się na to godzę.
Nie martwi mnie tak fakt, że w tym roku nie jestem na Open'erze, choć co dzień macham smętnie Shinowi i Midori, udających się na koncerty; nie smuci też tak fakt, że ominie mnie dziś kilka wybitnych koncertów w w Gdańsku, m.in. Kapeli ze Wsi Warszawa.
Ale dziś bedzie mecz Niemcy-Argentyny, który na pewno będzie wydarzeniem sezonu.
Ja zaś w tym czasie będę porządkować regały, pakować coś na prezent i klarować, że napojów z atuomatu nie sprzedajemy.
Blarh.


Dziewczynka z zapałkami w uniwersuum Jasia i Małgosi nie przetrwałaby pięciu minut...8-)
 
1 , 2
CURRENT MOON