RSS
wtorek, 29 sierpnia 2006
Rysowanie pochłania mnie bez reszty. Pogoda zresztą temu sprzyja, jest pięlnie: chmurnie i deszczowo. nawet jakby wypełznąć na ulicę, jest przyjemnie; ilość
turystów zmniejsza się jak poziom wody w dziurawej beczce. Nareszcie!...Dziś zresztą przygotowałyśmy z Olą bojowe muffiny, i nie zawahamy się ich użyć!...Nie że jakaś agresja, czy coś, skąd.
Przypuszczam, że podobnie się czuł twórca pierwszej bomby wodorowej; narobił się, natrudził, upiekł piękną bombkę, a wszyscy zaraz w krzyk:" Aaaa, zbrodzień!..", by następnie unieść wypiek i przetestować go w zaciszu jakiegoś nikomu niepotrzebnego państewka.
Something funny you want, aye?...Owóż znalazłam rozrywkę w postaci tych oto dwóch osobników:

http://www.youtube.com/watch?v=w4t8u67FGz8&mode=related&search=

A na oniec- kadr z mojego nowego dzieła.

czwartek, 24 sierpnia 2006
"Zza drzwi kancelarii prezydenta nie dobiegł żaden głos"
I wizja: dziesięciu śmiertelnie poważnych urzędasów w garniaczkach zbitych w kupkę nad szklanką, przytkniętą do drzwi tej kacelarii. I jednemu się wyrywa nagle zwierzenie: "A w muszlach szumi..".
Interesujący obrazeczek widziałam, wracając wczoraj z pracy: budynek, przed nim zaparkowana furgonetka. Wejście do budynku ozdabia szyld:" BIURO PODRÓŻY", a samochód przed nim- napis: "NAGROBKI".
Ja nie wiem, dokąd oni tam organizuja wycieczki, ale nagle odkrywam w sobie domatora...:P
Ale to numer tak dobry, jak Dara, pod wpływem urody nocy zapominająca na nagrobku LL tomu opowiadań pod wdziecznym tytułem:"Czas i śmierć". Może to strata, że następny poranek rozpoczęłam przebieżką na grejwiard, w celu odzyskania?..Dla postronnego obywatela efekt byłby piorunujący; Jak palec boży.
A wpis ten służy jedynie próbie umieszczenia obrazka. Over&out.
wtorek, 22 sierpnia 2006
One banana, two bananas, three bananas...
Fionuś, Atut gotowy na deviantarcie.
Odrobinkę poprawiony, ale kiedyż to było....;)
Ja tymczasem przetrawiam miniony weekend. Cóż- był tak rewelacyjny, że nawet nie będę silić sie na słowa, które i tak by tego nie oddały. Dość, że po raz kolejny byłam piratem. :D:D:D
"- Co się stało?!
 - Łazienka jest zajęta.." Rotfl.
Back to reality.
czwartek, 17 sierpnia 2006
Knock three times in a coffin..
...a wyjdzie deviant. Dwie nowe pracki w galerii. Zapraszam.
Niebawem- portrecik Amberyty sprzed wieków. ^_^
Znikam na parę dni. Znów wyjeżdżam. Jak wrócę- to będę.
wtorek, 08 sierpnia 2006
"Tańczę na stole!..Kiecke zadzieram!.."
Skrót soboty: to było bardzo zabwne, gdy pierwszy raz widziani na oczy ludzie- znajomi znajomych, bedący szczodrze wypełnieni miłością bliźniego i spirytualiami po równo, włazili do mnie na stół by mnie uściskać z okazji Japonii. Także, przez moją wesołą bazę taneczną przewinął sie spory tłumek, ale na bogów- lepsze to, niż tolerować trzy inne osoby naraz na stole o wymiarach blatu 60x60.
Poznałam np niejakiego Bartłomieja; uraczył mnie Desperados i zaprosił do sushi baru w Warszawie- no, niechybnie skorzystam; zadzwonię i powiem :"Cześć, tu Mańka, pamietasz mnie? Tańczyliśmy razem na stole w Spatifie!", nie zważając, czy odebrał on czy kobieta. Następnego dnia zaś gazety podadzą smutną wieść o nagłym a tajemniczym zgonie sympatycznego pana Bartka z turnusu trzeciego. Hahha!!
Nie żebym jakoś szalała za Spatifem. Bardzo posh. Nisza de tutti niszas! Artychy jakieś się szwendają, byli premierzy, stuff; kolega tylko suflerzy do ucha: "O, to taki znany malarz, ostatnio skończył się w kasynie i tarza się w nędzy. Słyszałem, że buduje willę w Sopocie." Argh!
A dziś kupczyłam na Mariackiej.
Tłumy tam- to śmietanka jarmarcznej czerni! Znękani młodzi ludzie, w łaszkach z wieków średnich, pchali przed sobą 1,5 metrowe kogutki na kółkach, a z braku jakiegoś powabnego dźwięku, wywijali pstrokatymi kołatkami, stąd pewnie udręczony wyraz ich twarzy. Ja po 3 sekundach tego koncertu przeklęłam ich po dziewiąte pokolenie. A pewnie- sami się muszą męczyć to i innym dołożą?! Swołocz.
Dalej- wystrojone damulki, jak w amoku ciągnące za sznurek "gdaczącej puszki". Trzeba zobaczyć ten narkotyczny trans na wypudrowanych licach: "Och, moja droga, jakie piękne te bursztyny macie... kokkoooooook!!".
Uwagę moją przykuł nadto pewien młodzian, przechadzający się leniwie Mariacką i konferujący do zabójczo małego telefoniku; blazę jego niweczył z kretesem głos, w którym na próżno próbował wywołać ton leniwego znudzenia: "O, no ja jestem niedaleko Motławy...", podczas gdy w tle wypowiedzi, przy wymawianiu nazwy rzeki, wybuchła dzika, szczenięca ekscytacja: "Ja pierdziu,ej!!!.."
Ale uwieńczeniem dnia był występ wokalny. Pierwsze brzdąknięcie gitary napełniło mnie zgubną nadzieją na urozmaicenie dnia. Ha-ha-ha!
Gdy rozległy się pierwsze tony przyśpiewki, jedynie zadrgał mi mięsień na policzku. A potem był już czysty horror. Głos, zdradzający etap przed dojrzałoscia płciową, należał do jakiegoś pucołowatego dzieciaka, kompletnie, ale to ABSOLUTNIE pozbawionego słuchu. Repertuar wybrał mu chyba wuj Stefan co to był kiedyś harcydupkiem. Perfekty jakieś, Chłopcy z placu broni, "Whisky moja żono" i takie tam gówno. Receptą smarkacza na sukces- było odśpiewanie każdego szlagieru dwa razy.
Gdy mi taki głuchy szczun zawodzi żałobnie nad głową: "Nie mów mi o przyszlości, to za tysiac lat..!", to doprawdy, korciło, żeby udowodnić mu, jak złym jest wróżbitą. I zamknąć jego przyszlość w minucie.
Rach-ciach. Umarł Stach, pochowają go z sympatycznym panem Bartkiem.
Pucio-pucio.
*** I refleksja na koniec: ci szwendacze, pożeracze kebabów, amatorzy gdakania i egzotycznych nazw to w większości turisten verfluchten. Tubylcy pchają kogutki na kólkach. I do Spatifu włażą, jak mają szczęście i znajomków z Bydgoszczy, by na stole potykać się o krawaciarzy. Tfy!...
sobota, 05 sierpnia 2006
Szkwał na schwał
Arr, w ramach niesprzyjającej aury, opijanie szczęsnej wieści rozłożyło sie na raty, co jest grubym matactwem z naszej strony, bo nie oszczędzamy sił za każdym razem. Dziś, w urodziny Igora, najpierw kulturalnie zasiedliśmy w knajpie, korzystając z kontaktów Miszy, i wnosząc swoje kosze piknikowe. Po tym, jak już nas za to wyrzucili- znaczy, oficjalnie dlatego, że rezerwacja kończyła sie o godz.20, a Misza, cwaniak, krótko przed tą godziną, wyszedł jakoby wyrzucić wór pustych butelek, i tyleśmy go widzieli.
A to hultaj....
- no więc, gracko uunieśliśmy co się dało, ja- Breezera zmyślnie ukrytego w parasolu, żeby straż miejska nie mogła na mnie zbić swej szatańskiej kabzy- i poszliśmy nad morze.
A tam wichry i zawieje!...Bardzo fajnie. Więc usiedliśmy na pomoście, nad samą wodą, P. podłączył gitarę do pieca, który nam cały czas towarzyszył, i zaczął się recital. Voodoo chile, płynący przez wyjący na morzu szkwał, przy tym wiatr był ciepły; tak mnie zmylił tą temperaturą, że w zadumie pozwoliłam, by wyrwał mi z rąk parasol, i cisnął w odmęty.
Odmęt, co prawda, wypluł go zaraz na płycizne, skąd wyratował go P. Siedzieliśmy potem rządkiem, jak pijane Muminki, ja z otawrtym parasolem, próbujacym ponownie zakosztowac wolności, O. i P. tańczący na deskach, cała zaś banda nie żałowała gardeł. Pięknie było. Przez mrok przemknęło kilka grupek ludzi. Pewnie tubylcy, cieszyli sie krótką chwilą wytchnienia od turystów, plaża znów- na moment- byla nasza.

wtorek, 01 sierpnia 2006
Technika metafizyki
Jak to jest, że dwóch najważniejszych rzeczy, związanych z moimi obecnymi studiami, dowiedziałam sie po ciężkiej, długo odsypianej imprezie? De facto, pierwsza wiadomosć- że się dostałam- przerwała mi nazbyt krótki sen skoro świt w południe (dobra wróżba na kolejne pięć lat, hy hy...) Czyli miałam za sobą sobą ok.4 godzin mozolnego kacowego snu, po nieprawdopodobnej imprezie w gdańskiej stoczni. Do rana siedziałam z A. i kolegą w starej wielkiej łodzi, wywleczonej na brzeg jak martwy wieloryb, i piliśmy wino, po tym gdy o czwartej skończyły sie tańce w starym zrujnowanym budynku, bez części podłóg i sufitów. W południe nast. dnia maman wpadła z magicznym listem z UAMu, domagając się natychmiastowego otwarcia, a ja jeno wychrypiałam:"Dostałam się." i poszłam spać dalej, bo miałam w dupie wszystko poza lokalizacją poduszki.XD
W zeszłym tygodniu impreza była nazbyt tęga, bo wiadomość, którą zwykłym trybem dostałabym w piątek, dosięgła mnie dopiero w poniedziałek. Muszę to wziąść pod uwagę w moich przyszłych poczynaniach. W ten czwartek planujemy lightowe wyjście, oszczędzając siły na sobotę.( JA bym nie oszczędzała, ale- piątek mam wolny, to se mogę kozaczyć. :P ) Jakich to szczęsnych wieści mogę oczekiwać?..R.zrywa z V. i jest do wzięcia? Hehhehe!
Mam teraz haka na niektórych co bardziej nieruchawych znajomych. Jadę daleko i na długo precz stąd. MUSZĄ iść na imprezę ze mną, bo potem umrzemy. :D
...boszszsz, mam wrażenie, że ostatni raz na imprezie byłam wieki temu!...Kiedy ten czwartek??? Wczoraj było uniesienie, i chwalenie się każdemu, kto się nawinie.
Dziś już bardziej interesuje mnie mój komiks, i najbliższe imprezki w tygodniu. ^_^
Jeeezu, chyba pęknę, jak rychło gdzieś nie wyjdę...!
Kwestia techniczna 1
Dobra. Jak, do ciężkiej cholery, wstawia sie łobrazecki na bloga? Jak próbuję, to się pojawia w surowej wersji, a na samym blogu- nie. Co za....głupi blog. #_#
CURRENT MOON