RSS
piątek, 31 sierpnia 2007
Takarazuka moze mi zastapic widnokrag- I don`t mind...
Tydzien temu byl upal roztapiajacy chodniki; teraz zas, juz od kilku dni, Nara wstrzasaja burze. Ale to sa- praburze; przedwieczne monstra sprzed epoki ludzkiej, gromy zdajace sie roztrzaskiwac niebo na tysiace odpryskow, ktore powpadaja nam w oczy i zamienia serca w ziejace pustka wypalone dziury.
Boje sie wtedy wychodzic z akademika, zwlaszcza dysponujac parasolem z takim figlarnym, metalowym czubkiem, cudownie zapewne sciagajacym pioruny.
I poczulam juz zapach jesiei.
Tylko raz, co prawda; kiedy akurat swiata mi nie przeslanialo tsunami, z nieco tylko zmienionymi wektorkami ruchu.
I nagle wszyscy przejawiaja troske, dlaczegoz to spedzilam caly sierpien w Narze?? Nie zwiedzalam, nie szalalam z folderami, biletami i spisem zabytkow do zaliczenia??
A ja moge tylko pokrecic glowa i wrocic do pisania kolejnego listu; kolejny raz obejrzec zdjecia, i wrzucic jakas sztuke na Cudaczkowy ruszt. Po czym wstac nastepnego dnia o 5:20, by jechac dwie godziny do innej prefektury, by nastepnie odprowadzic do drzwi teatru jedna osobe.
I tam chce byc. Nigdzie indziej.

Chcialam napisac naprawde wiele, jednak nieustajace problemy z maszyna sprawiaja, ze mam ochote cisnac nia o jakas pobliska plaszczyzna nieelastyczna.
O, sciana...
Wiec tylko: obejrzalam Haruno Sumire jako Smiercia (`Elisabeth`), i nie moge sobie wybaczyc, ze tak dlugo z tym zwlekalam, powodowana faktem, iz Sumire nie mozna zaliczyc do ludzi urodziwych.
Rzeklabym wrecz- jest ona wcielona antynomia urody, i jej prawa jedynka jest centralnie na srodku szczeki, tam gdzie powinna byc szczelina miedzy nia a jedynka lewa. -_-`
Jak wiec, jakim cudem?!..Smierc w jej wykonaniu to majstersztyk? Zimny dreszcz przebiega po krzyzu, kiedy Smierc zrozpaczony wypada z pokoju Elisabeth; scena, ktora w wykonaniu pozostalych aktorek, ktore widzialam ( owszem, to nie byly wszystkie), zawsze byla przedobrzona. Zwenezuelizowana. Krynice lez i koronkowy mankiet przycisniety do czola.
Szczegolnie w wykonaniu Mizu, na bogow, alez mnie kobieta zawiodla...
A Sumire przydala swojej interpretacji prawdziwego ducha.
Moze pomogl jej troche fakt, ze raz, podczas owej sceny wypadania z pokoju, przytrzasnela sobie reke drzwiami.
Tez bym byla zrozpaczona i tak pelna bolu, jak sam Stanislawski, ale nie trzymala w koncu tej lapy w drzwiach przez caly spektakl!..Albo byly to naprawde nieduze, dobrze schowane i portatywne drzwi do szlifowania dramaturgii spektaklu.
Ech...I ona odchodzi. Teraz, kiedy ja odkrylam. Skandal prawdziwy!

Na koniec zas- dzis otrzymalam prezent- niezupelnie-nispodzianke; podstolny i lamiacy reguly, ale kimze bylby bialy, gdyby nie mogl sobie troche imperialnie regul polamac od czasu do czasu.
Otoz: zostal mi przekazany program aktualnie granego spektaklu Trupy Ksiezycowej, z autografem Kiriyan.
Z dedykacja. Dla mnie.
Ludzie niewtajemniczeni w realia tego swiatka wzrusza ramionami, zwlaszcza jesli autografy znacza dla nich tyle co dla mnie- no, chyba ze chodzi o Takarazuke. Jednak inni....Beda wiedzieli, zwlaszcza, jesli zaznacze, ze wstapilam do fanklubu w styczniu. :)
A mam imienny autograf od Kiriyan. *_*
Czy jest jeszcze ktos, komu sie nie pochwalilam?

poniedziałek, 27 sierpnia 2007
Ciepla mamy jesien tego lata
Gdyby ktos przegapil: wlasnie zaczyna sie jesien. Jak zapewne drodzy czytelnicy pamietaja- czas sloty i szarugi, wobec czego do sklepow powrocily cieple przekaski, piwo jesienne i herbata z motywem liscia klonu na butelce. Mimo oczywistego, spadajacego z nieba i przypiekajacego cialo solarnego faktu- JEST・UPAL.
Temperatura osiaga szczyt, powietrze, niczym gesty goracy sos, okleja czlowieka i redukuje jego zyciowe dazenia do nastepnego automatu z woda. Dodatkowych cierpien przysparza widok panienek juz obutych w ciezkie skorzane kozaki lub adidasy- bo troska o zdrowie psychiczne bliznich nalezy do moich obowiazkow jako dobrego czlowieka.
Ktorym niewatpliwie bywam. W chwilach, kiedy nikt nie poddaje mnie probom typu: siedzac obok w pociagu, w celu przekazania mi informacji, pokazania zdjec, lub lypniecia przez okno, oprzec sie o mnie calym ciezarem, dodajac tym samym swoje 36,8 do moich. Nie pojmuje, jak mozna byc do tego stopnia pozbawionym wyobrazni i instynktu przetrwania. O_#

W kazdym razie dzis w Takarazuce temperatura osiagnela niebywale, niezaznane mi dotad wyzyny. Nie mam pojecia, ile bylo, ponad 40 jednak z pewnoscia, skoro o godzinie 10 postanie minute poza plama cienia przypalalo stopy lepiej, niz psy boze. W dodatku zeby zdazyc na irimachi (moment wejscia aktroki do teatru), musialam przebiec spory kawalek od dworca JR do teatru. W pelnym rynsztunku bojowym, w upale, na obcasach. Powiadam wam- niezapomniane przezycia, dostarczylam ich niewatpliwie nie tylko sobie: fankluby czekajace w przyjemnym cieniu na swoje gwiazdy przygladaly mi sie z naukowym zaciekawieniem. Cwaniaczki...Kolejeczka ludkow z fanklubu przesuwala sie co jakis czas, w miare przybywania nowych czlonkow ( wszyscy musieli sie zmiescic na uliczce), i za kazdym przesunieciem zostawalam po sobie na chodniku mokra plame.
Przykro mi, ze musze wdawac sie w szczegoly, dla niektorych bedace moze czyms newypowiedzianym, ale dla mnie bedacych nie wiecej, niz codziennoscia. Tu czlowiek w pewnym momencie obojetnieje na fakt, ze na trzy litry spozytej w ciagu dnia wody, uchodzi z niego 2,5. Dosyc widowiskowo, dodam. Zas dzisiejsze doswiadczenie nie ma sobie rownych w mojej dotychczasowej karierze cienioluba- czulam sie jak czarownica z `Czarnoksieznika z krainy Oz`, ktora sie rozpuscila- nie pamietam juz, na skutek jakiego to zabiegu milej Dorotki.

Ale jest jesien; cieple ubranka, gorace prysznice, parujace nikumany w kombini.
Jednak- oplacila sie droga przez meke i plomienie, choc Kiriyan na moje `Dziendobry` odpowiedziala jedynie sztywnym `Hai`: w kafejeczce pod teatrem zapoznalam sie z osoba z takarazucznego polswiatka, dostalam zdjecie Fincha- piecha Kiriyan; jego udreczona, obsliniona morda zezuje na mnie z rozpacza, podczas gdy oble cialko opina modry kubraczek, krzyk mody wsrod posiadaczy psow w wydaniu kieszonkowym- oraz obietnice autografu z dedykacja.
No i pieknie; moze nim fanklub sie zorientuje, ze nagielam reguly, ja bede juz daleeeczko daleko ze swoja zdobycza i fotka ubranego psa do czynienia urokow. O_# Swoja droga- to juz jest ale zlo, ubierac psa w takie upaly.
Ubierac psa W OGOLE.
czwartek, 23 sierpnia 2007
Pokomentuje sobie, a co
Jako ze nadal nie moge wpisywac komentarzy na wlasnym blogu, bo sobie zakazalam ( tak mi mowi Cudaczek przynajmniej; Miss Hyde przyszla, wcisnela kilka guziczkow, i za kazdym razem, jak chce odpowiedziec u siebie na jakis komentarz, Cudak robi *prrrrut!*. Cham. ), poodpowiadam tutaj :D
Taka bowiem jestem sprytna ( dzis blysnelam po prostu sprytem i inteligencja, ale Wam nie opowiem, bo za bardzo siebie kocham :P )

Zatem: wszyscy pudlo, nikt nie zgadl piosenki, a dalam podpowiedz pare postow temu.  We wzmiankowanej (przecudownej) piosnce Ulvera `In The Red`, w 13 sekundzie, ktus wyraznie syczy `SZszszszszatan!..`. Powtarza to zreszta jeszcze pare razy, w razie, gdyby pierwsza inwokacja zawiodla.
Jednak  koncept z `Dzieweczka w laseczku` proponuje poddac naszym wladzom pod ogledziny, jestem pewna, ze te madre glowy wynajda tam tyle podpropogowego diabolizmu i zboczen, ze ho! Panna nie dosc, ze nieobyczajna ( do laseczka, taaa?), sknera ( sama zezarla chleb z maslemm skapiac glodujacemu mysliweczkowi, ktory na dodatek propagowal kijem dobry model rodzinny), a w ogole to pusto w glowie (`ha ha ha`)

Daro- w wysilkach nie ustawaj, zaintonujem, gdy zejdziem sie znow. We trzy.

E-katka: co do latarenek: jusci, one to. Znaczy, pokradlam dusze wszystkim mozliwym, i pod wysokimi okapami, i na wysokosci twarzy, zaraz za drewnianymi sztachetami. Jeden straznik byl fajny: najpierw urzedowo powiedzial nam, ze nie wolno robic zdjec srodka swiatyni bez kupienia biletu, ale sztuczka z rzesami zalatwila sprawe, i- jak nam zapowiedzial- chwilowo straci wzrok :D Swoj chlop. Tez mu dusze ukradlam :]

Lavinka: oj, bylo :D Wszedzie ogien, panie dzieju, a ludzie tylko spaceruje i wciagaja yakisobe o_O Takie to dzis, nieferasobliwe (powiedzial piroman z przygana, spogladajac na paczke zapalek, lezaca na ziemi)

I to by bylo na tyle, co i na przedzie. Klaniam, i do milego, lubo do nastepnego komentarza, bo SI nadal dziala przeciwko Dyscordii.  Paradoks...
wtorek, 21 sierpnia 2007
Z czapy, czyli o religii
Wyjatkowo, bo jest bardzo pozno, i jestem zmeczona, i w ogole mam okreslona rzecz do zanotowania- nie bedzie tak jak zawsze, o moim koniku garbusku, tylko o pewnej interesujacej dla jezykoznawcow i socjologow anomalii. Jezykowej, i nie tylko.
Otoz, nagle zastanowilam sie, dlaczego- serio, dlaczego??- slowa `wierzacy/ niewierzacy` odnosza sie tylko do chrzescijanstwa?
A w przypadku naszego kraju- tylko do katozlicyzmu?
Ile razy czlek jest pytany- tonem niby to swobodnym i konwersacyjnym, ale z wyczuwalnym napieciem i cichym szelestem kamienia, wazonego w dloni: `czy jestes wierzacy?(-a)`
No jestem.
Przedwieczni powroca.
Ale nie o taka odpwiedz chodzi, prawda?
Co za absolutny brak poszanowania dla wierzen innych! Brak szacunkow dla innych bostw! Pomniejszych czy powiekszych- zajedno. Nie- jak wierzyc, to tylko w sposob jedyny sluszny, jak nie- to wypieprzaj z Arki, brudasie.
Blarh.
No ale mniejsza z tym- powrocilam wlasnie z shinjinkoeana i powiem Wam- Masaki Ryu to rpzewspanialy wokal. A w duecie z Nene- po prostu dreszcz lkata po krzyzu, takie to piekne.
A ja i tak mam cisnienie na filmy Eda Wooda, wzglednie -nieme kino. No i kto mi powie, ze czlowiek jest istota logiczna?
Na koniec- zagadka. Oto ona:
-....szszszszsatan! }:)
Z jakiej to piosenki?:P


poniedziałek, 20 sierpnia 2007
Herne Mysliwy z celulozy i bon-bon odori
W sobote ja i ta niewielka grupa, ktora nie prysnela na razie z Nary, zostalismy wywiezieni do wioski w gorach, gdzies niedaleko Yoshino, na bon (bon) odori.
Przyjemnie sie zlozylo, ze jechalismy tam dobre dwie godziny, akurat w czas najwiekszego skwaru, zatem przeczekanie go w klimatyzowanym autobusie bylo dobrym pomyslem.
 Anyway, do wioski zajechalismy akurat tak, by zdazyc jeszcze do muzeum lasu.
`Co to moze byc muzeum lasu`- mysle sobie, wspominajac festyn lesny na molo w Sopocie, gdzie kupilam duuuzo miodu *_*
No miodu to nie bylo. Ale byl las. W srodku muzeum. W okraglej, wysoko sklepionej sali, pol pomieszczenia stanowi usypana pieknie skarpa (obwarowana glazami, zeby sie nie osunela; i klejem jakims pewnie tez, takie wyrosniete bonkei), a na niej drzewka, i wypchane zwierzaczki, i ciag dalszy lasu, wymalowany na scianie- moze z niewielka troska o realizm przedstawienia, ale z duza doza dzieciezej fantazji (sowki z rzesami). Ale to to jeszcze pikus.
Zasiedlim na krzeselkach, frontem do `lasu`, a pan technik wlaczyl nam `dobe w lesie`. Ptaszki cwierkaly, swiatlo sie zmienialo- od wschodu po noc- grzmialo, szumialo, jakies kujoty skowyczaly...Ciekawa bylam, czy zaczna nas polewac woda, zeby urealnic nocna ulewe. To bym sie ale zdenerwowala.
Potem, na pieciu wielkich ekranach, zawieszonych w drugiej polowie sali, ogladalismy prezentacje video, rozne ujecia natury- glownie duzo robali. Co za zboczony narod; normalnie ludzie filmuja galopujacy tabun koni, orla w locie, fretke w skoku, etc- nie robale.
No ale Japonczycy to specyficzny gatunek czlowieka.
Ach, wczesniej pan technik nam opowiedzial pokrotce historie okolicznego lasu, i jego drzew. Pewien gatunek sosny japonskiej juz wymarl, mowi pan ze smutkiem; zostala jedna, o, ta tutaj- i z duma wskazal wielki kikut bez galezi, wkopany w skarpe. -_-` No logiczne- masz ostatnie najostatniejsze drzewo jakiegos gatunku, to je zrabujesz, a pien sadzisz w muzeum. Jasne, ze tak.
Ale powialo Dickowskimi klimatami: sztucznie zbudowana namiastka lasu, i ludzie, kupujacy bilety, zeby posluchac glosu ptakow, nagranych na tasme, czy wystawic twarz na nieistniejacy podmuch wiatru, ktorego szum slychac w glosnikach. Wszystko zas pod okiem wypchanego jelonka- ostatniego z gatunku.

Potem bon odori.
Zabrano nas do przebieralnie, poowijano w yukaty i rzucono w tlum tubylcow. Z ktorych yukaty mialo moze troje.
Ale pograly taiko- wiecie, tak sobie mysle, ze z tymi taiko to jest cos nie halo. Nie porywa mnie ta muzyka tak, jak przypadkowy uliczny koncert dwoch bebniarzy na djembach potrafi mnie porwac. Moze przez to, ze czesto rytm, wygrywany na taiko, jest tak prosty, tak straszliwie...plaski, ze az zal. Jest po prostu glosny, i synchroniczny; unisono bebnow, zadnej przeplatanki, synkopy, niczego, co by podbilo puls. To zalezy od grajacych, wiadomo; ci sie nie spisali, nudne byly te bebny i tyle.
Wraz z nastaniem wieczora, ludzie zgromadzili sie wokol budki z kantorem, obok ktorej stal beben. Do jego rytmu, i spiewu pana w budce, ludzie ruszyli w tan; poruszali sie wolno w kregu, powtarzajac w kolko kilka ruchow- bon (bon) odori jest naprawde prosty. My tez w koncu dolaczylismy, bo co tam- za pare tygodni wyjezdzam, a do onej wioski pewnie nigdy wiecej nie zawitam :P
Krag sie podzielil na zewnetrzny i wewnetrzny, mlodziency w yukatach coraz bardziej pijani i rozchelstani, pan spiwok siegajacy krancow wytrzymalosci gardla przeciaglymi nutami, mieszkancy wioski- w cywilu- to przylaczajacy sie do tanca, to odpoczywajacy z boku z piwkiem...Klimacik.
Z chwilowego braku zdjecia z tego wydarzenia- Ginkakuji, znak 大 w Kioto i jeszcze raz- Kasuga Taisha.




piątek, 17 sierpnia 2007
Letni ogien
Glownie fotki, bo co sie rozpisywac: latem plona ognia. Plona wszedzie. Nawet nie to, ze juz widzialam kilka pedzacych z wyciem przez Nare wozow strazackich, tylko teraz, gdy za dnia temperatury siegaja 40 stopni, zycie budzi sie noca.
I nie, nie chodzi o te cholerne cykady.
Ludzie wychodza z domow, zaczerpuja powietrza, nabieraja apetytu, halasliwie witaja sie z sasiadami i znajomymi, spotkanymi pod nocnym niebem...Niebo nad Nara jest piekne wtedy; widac gwiazdy. Chyba, ze akurat przycmiewa je blask ogni, plonacych do wczoraj. Od dzis swiat znow spowije mrok...na jakis czas, przynajmniej. Skoro ludzie powierzaja sie Pani Nocy i jej chowancom, to przynajmniej usmierzaja lek krzesaniem plomieni. Manewr stary jak swiat.

Nara, Toukae:



W srode, gdy w Narze odbywalo sie male zapalanie znaku 大, tlumy nieprzebrane zalaly ulice. Przebijajac sie przez gesta cizbe, energicznymi kopniakami usuwajac kamyki z sandalow i uwazajac, by nie zjarac calego festynu przewrocona latarenka, dopelzlismy do Kasuga Taisha. Albowiem tam- ta tam ta tam- zapalono wszystkie kamienne laternie. Setki kamiennych latarni, z okienkami zaklejonymi papierem, by nic nie wzburzylo plomienia. Fajnie, na Nara Tokae duzo bylo oczukanczych latarni, z kabelkiem dyskretnie biegnacym w trawie. Ale w srode- zadnych polsrodkow. Czysty ogien.
Oczywiscie, tlum byl dziki, ale wystarczylo przeczekac w nigatsudou do poznej godziny 22, by w drodze powrotnej przez teren Kasugi nie spotkac zywego ducha, tylko martwe duchy i cykady.




A i tak na calej imprezie najbardziej skorzystaly jelonki. Niam niam..

niedziela, 12 sierpnia 2007
Nocne majaczenia
A z innych wiesci- wrocily sny.
[tu: przez scene przebiega widmowy kojot, turlajac przed soba beben]
Te takie, z efektami dzwiekowymi.
Sasiedzi biedni, ale juz przywykli, poza tym- sciana przyjmuje ich skargi w moim imieniu. Papierowa bo papierowa, ale jeszcze zaden kulak mnie nie dosiegnal :P
Naprawde biedna to byla Agata, ktora akurat u mnie nocowala, bo sie nie spodziewala, ze sie w srodku nocy zerwe z wrzaskiem. -_-`
Tez sie nie spodziewalam O_#. A jak sie wystraszylam! Ktos sie drze po nocy; i kto- ja! Blizej sie nie da.
Strasznie to, doprawdy, niedogodne, i wpedza mnie w zaklopotanie, bo nie jestem typem czlowieka, co to zwykl budzic gosci po nocy, i to jeszcze w sposob tak niekulturalny.
Ale, coz zrobic. Z kneblem spac nie bede.

Nic jednak nie ma w tej chwili wiekszego znaczenia, albowiem wlasnie przezywam stan bliski zakochaniu, a moze nawet- kto wie? Ach, ktoz zgadnac moze!.. Na pewno nie ja, nie teraz, kiedy w sumie nie wiem, o co chodzi O_# Po prawdzie, to nie chodzi, tylko fruwa, i jakies takie momenty zawieszenia, okraszone glupawym usmiechem, mi sie przytrafiaja, w stopniu uniemozliwjajacym zajecie mysli na dluzej czyms...nie zwiazanym.
Moze to kwestia poznej pory?....
A moze poszli do lasu?....
O, swieczki. Bardzo ladne, duzo tego stoi po parkach obecnie, od 19:00 do 21:45, bo trwa Toukae. Czyli zapalenie swieczek w poblizu prastarych drewnianych swiatyn, zeby szantazowac turystow i dobrac sie im do trzosa. Jeszcze tylko kilka dni takiej cichej grozby, potem Nara znow zamrze.
Po prawdzie, w Polsce zamarloby piec minut po rozstawieniu zniczy. Kto bowiem pogardzi takim komplecikiem swieczek do podgrzewacza?...-_-` Sad but true.
Nie mowiac o tym, ze w ciagu dalszych minut pietnastu, park bylby pasmem ziemi jalowej.


środa, 08 sierpnia 2007
Pagan quest
We wtorek zapakowalam sie w samochodzik i pojechalam nad morze, do prefektury Fukui, miejscowosci Tsuruga, a stamtad- malym kutrem- na wysepke, co to Mizushima sie (oczywiscie) nazywa. Chalda piachu wykrojona z wody, chwilowo, bo pewnie jak wieksza fala pojdzie, to Mizushimy nie ma.
Ale o to bym sie nie martwila. -_-`
Japonskie morze to....nie jest dokladnie to, o co chodzi. Oczywiscie, jest woda, wiatr. Slonce, niech je diabli. Tlum ludzi, i rozwrzeszczanych bachorow, czyli sama smietanka tego, czego tak unikam latem w Sopocie, jak Twardowski Wloch.
Ale pierwsza rzecz- nie ma horyzontu.
Zewszad, gdzieby nie spojrzec, morze okalaja wyspy i wysepki. Gdzie ten ogrom? Gdzie ta przestrzen??..Bezpiecznie zamkniete ze wszech stron bajoro, woda chlupie sobie niemrawo, belta sie i smaruje brzeg szybko schnacym sladem. Mozna zapomniec o pienistym rozbryzgu fali rozbijajacej sie o skaly (Ise to co innego :P )

Ludzie- jeden obok drugiego, w scisku i halasie; a przeciez Tomoko, zapytana o wybor tego miejsca, odparla ze szczerym entuzjazmem: `Bo w Kobe, czy w Osace na plazy to tlok` O___o`
Plazowicze na Mizushimie pobudowali sobie domki, namioty regularne porozbijali, a w srodku- wyszynk; stoly, krzesla, lodowki i termoso-czajniki, siedza i jedza.
Grunt to sie zadomowic, prawdaz...

Poza tym masa ludzi jest w ubraniach.
Nie, powaznie, jak w dobrym XIX wieku- dlugi rekaw, dlugie getry lub- figlarze- krotkie tylko do kolan bermudy i- siup! do morza. Sama nie jestem lepsza, bo caly czas staralam sie trwac owinieta szczelnie ubraniem i pod parasolka siedzac. Jak porzucilam parasolke, by romanticznie powloczyc sie po ludz..znaczy, po plazy, bo wszak dopiero 9 rano byla- tak sobie zjaralam wierzch stop na wegielek.
To juz wiem, dlaczego tyle osob chodzilo po plazy i nie tylko niej- w takich oto, powszechnych ochraniaczach.
Ot, madrosc ojcow.

A tak poza tym- znow Kioto. Swiatynia Seimeia, wypchana po brzegi wszystkim, na czym sie da wysmarowac czerwony pentagram, podciagnac pod jesienna kolekcje Onmyouji i sprzedac za ciezkie talary. Az sie mi mdlo zrobilo, zwazywszy afekt, jakmi darze tego dawno zeszlego magika.
Ale i tak zrobilam sobie zdjecia za drewnianym standem, wcielajac sie najpierw w Seimeia, potem zas w diabola, ktory zarabial wlasnie egzorcyzmem przez leb. Ale jakis niesmaczek pozostal.
Wybralysmy sie dalej do Kinkakuji- no ladne, ladne; jakis Hiszpan sie wpienial, ze wszystko mu zaslaniam parasolka, cwaniaczek. Niektorzy sa z cieplych krajow, to kozakuja w takiej Japonii; ja cieniolub jestem i z parasolki- nie zrezygnuje. Rzeklam.
Najlepsze zas na koniec- Ryouanji, ze slawetnym kamiennym ogrodem. Mimo poznej pory- tlumy ludzi tam ciagnely. Wchodzimy do budynku- bardzo ladny, naprawde- i na ganeczek, a tam....Na wszystkie demony -_-`
Obrazek jak z popularnonaukowej knizki o buddyzmie: ludzie- glownie cudzoziemcy- siedza, i kontempluja. Powialo lotosami i reszta dodatkow do curry, co trzeci ma dlonie w mudre zlozone i otwiera se piate oko, po calosci zas- zalecialo sekta SaiBaby, ruchami krysznowcow i wyzwalajaca podroza do Tybetu.
Na jaku.
Popatrzylam raz, popatrzylam drugi- no jak dla mnie kamulce na kamulcach i nie chce byc inaczej.
Ale gdzie tam, piate oko, curry i SaiBaba.
No ale ze mnie prosty czciciel Przedwiecznych, co ja tam (slurp!) wiem o piatych okach (blurp!).
Poza tym, ze wiekszego sloika do nich trzeba. Typu twist.
Ommmmm.....Sai Baba! O_#
niedziela, 05 sierpnia 2007
Znaki czasu
Moj Rosynant dozywa juz swoich dni. Jak zauwazyla Asia, zaprawiona jezdzeniem po wonnych ulicach Szanghaiu- Japonia nie jest przygotowana na rowery. Co jest tym zabawniejsze, jesli sie wezmie pod uwage, ze jest tu tyle rowerow, ile ludzi.
Ale japonskie drogi to lament do niebios: dziura na dziurze, tu i owdzie zalatana cisnieta byle jak pacyna asfaltu; ulice jeza sie od pulapek, a wysokie i nierowne krawezniki tylko czyhaja na ofiary.
Wiec Rosynant, po licznych przewrotkach, straciwszy wladze w prawym hamulcu ( powiedzial mi o tym na srodku jezdni), glos w dzwonku, oraz wole zachowania blotnikow az do chwalebnego konca, sluzy mi tylko podczas wypraw do Konami Sports Club- mam nalepkie, ze moge tam parkowac. Ostatni order Rosynanta, i jego przepustka do spacerow po miescie, bo inaczej dyskwalifikacja czekalaby go pelna.
Trwaja pokazy fajerwerkow. To kolejna cecha Azjatow- ich zamilowanie do halasu. Fakt, tacy Chinczycy zadowalaja sie tym, ze jest duzo dymu i wybuchow, czasem tylko krzyki przypadkowej ofiary, trafionej petarda; w Japonii te sztuczne ognie sa widowiskowe, owszem. Ale halas nie do zniesienia, bez chusteczek w uszach sie nie obylo. Ale czego innego oczekiwac po narodzie, ktory jeszcze placi, byle tylko wejsc do piekla jazgotu, jakim jest pachinko?
Halas to jeszcze malo: podczas pokazu z nieba sypia sie skry i padaja deszczem pekniete lupiny fajerwerkow. Szybko odzyla w nas pamiec zbiorowa Polakow, uznalim, ze to Niemcy, skrylysmy glowy pod daszkami z dloni i prysnelysmy pod dach. Ale tubylcy nie, gdzie tam: stali z zadartymi glowami, nieczuli na bombardowanie, i z zachwytem wpatrywali sie w ogniste kwiaty.
Pewnie pogluchli jeszcze w dzieciectwie, wiec co im tam fajerwerki. Jak sa wybory, jakiekolwiek, po rogatkach ustawiaja sie krzykacze z megafonami, stojac na dachach samochodow, i dra sie w nieboglosy, przekrzykujac puszczany w tle jingiel, reprezuntujacy kandydata; wg mnie to zamach na prawo do zachowania sluchu, i zanieczyszczanie srodowiska.
Ale skosom sie podoba. Leci muzyczka; rozdaja plastikowe wachlarze wyborcze; no majowka!
Bedac w czwartek w Kioto, chcialysmy wejsc z Asia do swiatynki Inari. Ledwo jednak zrobilam kilka krokow w glab malego dziedzinca, zwinelam sie w miejscu, zlozylam w pol jak scyzoryk i, chwile jeszcze odbijajac sie od lisich posazkow, trafilam na oslep do wyjscia, mijajac po drodze Asie, ktora stala w samym srodku chramu, patrzac na mnie podejrzliwie a z troska.
Alarm.
Nienawidze ich; jade sobie uliczka Nary, i nagle cienki wizg przeszywa mi czaszke. Dziwic sie, dlaczego Rosynant taki obtluczony... -_-` Myslalam, ze to skutek uboczny aktywujacej sie fotokomorki; okazuje sie, ze ma to odstraszac zwierzeta, bo to dzwiek w pasmie slyszalnym dla nich `jedynie`.
Aha, jusci. Kuku.
Ale sobie pomyslalam, jak to dobrze, ze Japonczycy maja takie pokojowe religie- wyobrazcie sobie, ze taki alarm wlacza sie w kosciele, po czym ja wypadam z niego, jakby mnie gonil sam swiety Jerzyk na smoku }:P
Egzorcysta by mnie nie minal. XD
Brama Feniksa miedzy moimi nogami....Hehe, ale to brzmi!..}:P Tam - przed brama, znaczy -_-` - krecono sporo scen do filmu o Abe no Seimeiu *_*
I troche Kioto:




CURRENT MOON