RSS
piątek, 21 sierpnia 2009
Jak zabic Czlowieka-Pajaka?*


Wiecie, jakie wnioski mozna wyciagnac z ogladania telewizji?
Ze najlepszymi, najpewniejszymi dealerami sa kobiety. W kazdym wieku, milo usmiechniete, dyskretnie obecne w KAZDYM momencie twojego zycia. Skad wiem? Z reklam. Ledwie kogos cos zaboli, dostanie czkawki/wzdecia/wstrzasu mozgu i paralizu- od razu pojawia sie (nie wiadomo skad) milo usmiechnieta Kobiea i podaje Procha Dnia. Najlepsza-Pigule-Na-Wszystko. Zaprawde- strzezcie sie, mieszkancy Gotham; Zlo przybralo nowa postac w pastelowej bluzce i wlosami w koczek. I, zaraza, wie, gdzie mieszkasz i cie obserwuje- zawsze trafia bezblednie juz po pierwszym czknieciu -_-
Natomiast podczas wczorajszej drogi przez meke, jaka byla proba ponownego obejrzenia `Batman i Robin`, splynela na mnie WIZJA O_O
Zawsze tak jest na filmach, ze kiedy bohater- bardziej lub mniej glowny- probuje sie wlamac do czyjegos komputera i musi wpisac haslo, najpierw popelnia kilka bledow. Wpisuje imie wlasciciela komputera- Access denied. Wpisuje nazwe jego firmy- Access denied. Wpisuje marke jego motocykla- Access denied. Wiec - i tu zaczyna sie wizja- mysli, mysli, rozglada sie po pokoju- i nagle, jak zwykle, jego wzrok pada na stojace na biurku zdjecie kobiety.
Blysk zrozumienia rozswietla twarz bohatera.
-Susan!- wpisuje.
--- ---
Access denied.
I tak przez caly film. Akcja rozwija sie, inne sceny pojawiaja sie i znikaja, co jakis czas zas widzimy bohatera przed komputerem, gdy wlasnie jego twarz rozjasnia sie wobec prostoty odkrycia.
- Bob!
Access denied.
Co do samego `Batman i Robin`, doszlismy z brackim do wniosku, ze tworcy filmu mieli budzet tylko na aktorow, potem zostalo im 100 dolcow i skladkowe. Nawet na scenariusz nie wystarczylo, a dialogi dla oszczednosci wycieto wprost z komiksow -_- Drewniana, przerysowana gra aktorow moze by i dalo sie podciagnac pod awangarde, gdyby tworca filmu byl Ed Wood. Niestety- nie byl.
( - Ed!
  Access denied. )
Inna rzecz, jaka mnie zafascynowala juz dawno, to to, jak Amerykanie zdolali wytworzyc kult kilku stanowisk, kult przeogromny, dodatkowo lansowany i wspierany przez przemysl filmowy- cos jak szlifowanie wartosci rodzinnych przez produkcje bollywoodzkie. Amerykanskim konikiem zas jest: stanowisko prezydenta i policjanta.
Jestem w stanie zrozumiec, ze dla opanowania dziczy i wzniesienia tam jakiej takiej cywilizacji, potrzebna byla mocna, trwala idolatria. Moge tez przelknac `Mr.President`, bo u nas tez sie tak mowi, choc bez tego rozelkanego silnym wzruszeniem glosu. Nie, u nas, dziwnie, slychac raczej nutke kpiny...
Jednak dostaje mdlosci (nie uznaje kultu jednostki), kiedy pada kwestia: `The PRESIDENT OF THE UNITED STATES!`- i nawet nie trzeba sie wsluchiwac w te werble i trabki, wypatrywac oznak naglego wzruszenia u bohaterow filmu, tych zwilgotnialych oczu, postawy na bacznosc i dloni na sercu, by wiedziec, ze kwestia padla duzymi zgloskami, pozlacanymi pewnie tez.
Tak samo- jakos w europejskich filmach nie roi sie za bardzo od etosu pracy gliniarza, nie padaja kwestie `John- he is a real cop!`
(- John!
 Access denied. )
Tych wszystkich `we are the cops!`, `one of us`, `Killing a cop is unforgivable` (killing anybody else is cool, I mean- people die, that`s what they do, son). Pfff. No, ale kazda proba przedluzenia sobie zycia jest dobra, a podejrzewam, ze na niektorych dzialanie dydaktyczne takich filmow dziala.
Poza tym- Amerykanie mysla zupelnie inaczej, niz my. Nie trzeba zaraz sie do Orientu zwracac, zeby znalezc wielka przepasc kulturowa.

*Czlowiekiem-Kapciem.

** -Czlowiek-Kapec!
     Access denied.

wtorek, 18 sierpnia 2009
And all that jazz

Jechalam na Zuzku, odebrac z dworca Shina i Midori. Na przejsciu zrownalam sie z trzema blyszczacymi, czarnymi, drapieznie wygadajacymi rowerami, obwieszonymi masa gadzetow tak, ze trudno bylo domyslec sie ich pierwotnego przeznaczenia. Dosiadala ich trojka chlopakow, ktorzy uczcili Zuzka swistem wciaganego przez zeby powietrza i cichymi przeklenstwami.
- ` Jubilat 2..`mruknal pierwszy.
- ` Cos ty, Wigry 5, napisane ma..` poprawil go drugi.
- ` Ty, ale jak zapierdala` dorzucil ze zdziwionym uznaniem trzeci, kiedy wyminelam ich pieknym lukiem, bo taka jest przewaga miejskiego Zuzka nad drapiezcami szos: maly i zwrotny jak kijanka, predzej czy pozniej daje mi przewage nad trzema tlustymi swinkami, ktore ociezale beda sie przewalac przez poblizniona szynami torow tramwajowych ulice.
A potem przyszedl wilk i zdmuchnal domek.
Dzis byl pierwszy dzien warsztatow tanca jazzowego. Iii--- jak na razie to taki wiecej callanetics, z paroma dodatkowymi wymachami konczyn, robieniem zaby oraz jazzowym chodem, biegiem i...yyy- plaskim przekradaniem sie przez czasoprzestrzen.
Serio, naprawde nie wiem, jak nazwac ten ostatni sposob jazzowego chodzenia. Najtrudniejszy przy tym; dobrze by bylo sobie pocwiczyc, ale do tego potrzebne by mi byly jakies gladkie posadzki, takie jak, na przyklad, w centrum handlowym.
Ciekawe, ile czasu dalaby mi ochrona przybytku, zanim ukrocilaby moje popisy, zwlokla z plaskiej czasoprzestrzeni i - na dolek, ale wczesniej na biopsje mozgu, w celu neutralizacji szkodliwych fluidow XD
Chyba zaczne cwiczyc w Galerii Baltyckiej dopiero wtedy, kiedy przejdziemy do tanca z laseczka.
Spizowa.
czwartek, 13 sierpnia 2009
Techniki

Pobyłam sobie trochę poza siecią, a tymczasem proszę: Mo.i W. się pobrali, Młodsza wróciła na Wyspy, odbył się FROG (z którego trafił mi się tylko jeden dzień), a lato dobiegło końca.
Na to przynajmniej wygląda; wywlekam z szafy mamy kolejne swetry, mając nadzieję na znalezienie takiego o rękawach sięgających mi aż do przegubów, i zastanawiam się, dlaczego nie przyszło mi do głowy zabrać ze sobą czegoś ciepłego.
Aha, bo siedzę w rodzicielskim domu i pilnuję psa- paradoks, bo to pies teoretycznie obronny jest...
Dzięki temu mogę sobie spokojnie podumać nad złożonością świata i występujących na nim technik, wszelakiego rodzaju.
Zacznijmy od technik trenowania ludzi w sztukach robienia krzywdy innym ludziom. Takie shaolin na przykład. Jak już wcześniej nadmieniłam- kocham ten sport; trochę jednak temperatura mojego afektu stygnie, kiedy trener właściwy jest obecny na 60% treningów, a do prowadzenia reszty desygnuje sobie swojego totumfackiego, trzeciostopniowca. I niech tam sobie chłopię zdobywa szlify, miło, jeśli zostanie kiedyś zdolnym trenerem; niestety widać jasno, że tu chodzi przede wszystkim o radosne pompowanie sobie samooceny i dokładanie do i tak nadmiernie rozdętego ego.
Wspominałam także wcześniej o moim nastawieniu do profesjonalistów i ich przeciwieństwie, czyli ludzi, którzy niewiele wiedzą, ale nadrabiają miną i knocą duby smalone, żeby ratować twarz, bo przecie jeden z drugim się nie przyzna do błędu!...
Więc mam dylemat. Bo bardzo chcę trenować; ale shaolin to- o czym kilka osób w grupie zdaje się nie wiedzieć- to nie tylko buzowanie adrenaliną i chęć zdobycia szacunku do samego siebie (co byłoby nawet zrozumiałe, gdyby odbywało się poprzez własne sukcesy, a nie przez wytykanie prawdziwych, ale przede wzystkim domniemanych błędów wszystkim wokół, doszukiwanie się źdźbła w oku bliźniego). To chęć samodoskonalenia, skupienie, przełamywanie się, itp. Można być sobie zwinnym i skocznym jak pchła, ale dysząc chęcią rywalizacji i wykazania swoich przewag poprzez nieustanne krytykowanie i pouczanie innych (z kardynalnymi błędami, które by nie przeszły na egzaminie, ale szczegół), jest się takim shaolińcem, jak ja papieżem. Cały mój spokój zen rozwala się na kwarki, kiedy mam do czynienia z takimi ludźmi; przez te kilka lat w Sopocie nie miałam (wątpliwej) przyjemności, tym większe moje zaskoczenie i chwilowy brak pomysłu, co z tym fantem zrobić.
Dalej.
FROG. Byłam tylko na jednym dniu, więc o zawartości festiwalu się nie wypowiem. Ale o paru technikach, które tam zaobserwowałam- jak najbardziej.
Np. obecnie obowiązujące zasady organizowania takiej imprezy to przede wszystkim: konferansjer z łapanki.
Słowo honoru, dawno nie miałam takiego ubawu obserwując człowieka, który nawet "Dobry wieczór Państwu" czytał z kartki. Choć nie, czasam stawiał wyzwania swojej pamięci, i czytał, czytał, następnie przykładał kartkę zapisaną stroną do piersi- żeby go nie kusiło ściągać- i mówił...jedno słowo XD
"Jest to ciekawy przykład połączenia (kartka na pierś) baletu (kartka wraca) i sztuk walki, takich jak (kartka na pierś) kung (kartka wraca) fu."
Strasznie nas cieszył; biedaczysko, musiał także użerać się z masą dziwnych wyrazów, jak "fireshow" czy "Pa li tchi" (nazwa zespołu). Ale i tak poradził sobie nieźle, bo obyło się bez akcji typu:
"I zobaczą Państwo ogniste flejm...en...co??...Flejm...Aaaaa, flamenco!" :D
Inna technika, jaką zaobserwowałam na festwialu, dotyczyła spirytualiów i wprowadzania ich na teren imprezy. Przypomina sie młodość normalnie...
Rzecz wyglądała następująco: usiadłyśmy na kocyku, w świetnie wybranym miejscu, po czym rozejrzałam się dookoła. Wszyscy mieli piwo; w kubkach, puszkach, butelkach, poukładane w stosy, wysuwające się wężowym ruchem z toreb, wkopane w piasek pięknym kręgiem wokół siedzących. Piwo podrzucano, chlapano nim niekiedy (niechcący), i wskazywano nim ludziom kierunek do toalet, czy gdzieniebądź. Piwo samo się afiszowało gromkimi okrzykami niemalże! No to, ponaglana przez Fasolkę, poszłam do baru, kupiłam dwa kubki z trunkiem i wracam.
Ochrona mnie zatrzymała na bramce: "Z tym piwem to pani teraz zawróci" powiedział surowo wąsaty ochroniarz, zręcznie uchylając się przed jasnożółtą strugą, wychlapaną przez przechodzącego za nim młodzieńca, który nazbyt żywo gestykulował kubkiem.
Co się okazuje: oficjalnie piwa tam nie można było wnosić, mieć, pić, etc. Bebe. Nie pozwalamy. Pan nie kazał. Piwo- złe. Nie piwu. Nu nu.
Na próżno argumentowałam, że czasy liceum, i przemycania alkoholu w nabojach do piór mam dawno za sobą i nie bądźmy śmieszni.
Nie. Polacy lubią absurd zbyt mocno, i chyba lubią być śmieszni. Powinnam mieć na tyle przyzwoitości, żeby nie wchodzić bezczelnie z alkoholem na widoku, a przemycić je- ja, dorosła kobieta, a nie żaden smarkacz- na imprezę, na której w piwie pływano krytą żabką, z ochroną podającą pływackie rękawki. Ale "to wszystko nieoficjalnie przeca, to w porządku".
Strasznie się zagotowałam. Szczególnie ta 1/8 krwi kozackiej, którą posiadam. Niestety, w naszych czasach i kręgu kulturowym ani nie mogłam zareagować tak, jak to robiłam w dzieciństwie (mój głos był słynny w całej kamienicy), ani tak, jak mi stepowe dziedzictwo kazało, więc wysłałam Olkę, która ma więcej talentów mediatora.
Koniec końców miałyśmy te nasze kubaski, ale i tak opracowałyśmy technikę zatytułowaną "Jak wnieść piwo na FROGa". Brzmi to tak:
- rozpuść włosy;
- zdejmij okulary;
- załóż sweter;
- zmień akcent;
- zdejmij spódnicę;
- narysuj sobie wąsy
- i poproś kogoś, żeby ci wniósł piwo. XD
środa, 05 sierpnia 2009
Połączyła ich skarpeta
Doszły mnie słuchy o planowanych zmianach w obowiązującej polszczyźnie, i cały czas mam nadzieję, że pojawi się artykuł dementujący te śmieszne pogłoski. Jakoby „poszłem” i „wyszłem” miało odtąd uchodzić za poprawne. Bo wiele osób ma problemy z zapamiętaniem jednej sylaby więcej w tych wyrazach. Bo jeśli tak- to po co nam było te tysiące lat ewolucji? Powolne a żmudne wykształcanie w sobie wrażliwości, subtelności, umiejętności operowania sztućcami i dobierania butów do biżuterii? Wracamy teraz do gadania byle jak, jedzenia rękami, lub jak żłób, w zwiniętej pięści trzymając łychę (bo widelcem trzeba za bardzo manewrować), a ludzie i tak noszą ślepo to, co zaproponują im wystawy sklepowe. Od butów po czapkę. W każdym razie, jeśli te nowe pomysły wejdą do mowy polskiej, ja tego po prostu nie uznam. Będzie to dla mnie wyznacznikiem, z jakiego typu człowiekem mam do czynienia, tak jak mylenie słowa „bynajmniej” z „przynajmniej”- no niestety, to snobizm, ale tak mnie wychowano.

Z innej beczki: wczoraj widziałam świetny obrazek. Szara syrenka, koło niej stało dwóch bryśkowatych, bardzo opalonych facetów. Jeden akurat zamknął przednie drzwiczki samochodu. Ospale palili papierosy, emanowało z nich zaś syte, kocie samozadowolenie. I patrząc na nich nie mogłam odegnać wrażenia, że to papieros po bardzo szczególnej, szalenie zadowalającej czynności, o której tylne siedzenie „skarpety” miałoby co nieco do powiedzenia :) A bo tak wyglądali... Strasznie zabawnie. Strasznie by się zdenerwowali, gdyby wiedzieli, jak w moich oczach malowało się ich minione 15 minut. Pasażerowie autobusu, z którego tą scenkę ujrzałam, pogapili się na wehikuł, po czym wymienili uśmiechy, w których wesołość mieszała się z rozrzewnieniem. Skarpetaaa... Proszę, tak niewiele trzeba, żeby ludziom się od razu dzień jaśniejszym wydał :D
sobota, 01 sierpnia 2009
Czekając na Młodszą

  Obejrzałam na Youtubie filmik, przedstawiający pijaczka, walczącego z grawitacją. Zatacza się, mocuje, kręci w miejscu, zmienia kierunki, niemal przewraca, ale wciąż usilnie stara się dotrzeć do jakiegoś- a może wyimaginowanego w delirium?- miejsca. Bredzi przy tym niemożebnie, niewyraźnie coś sobie opowiadając, pokrzykując i jęcząc; woła Jezusa i Matkę Boską, przeklina.
Pod filmikiem- moc komentarzy; wesołkowate opinie ludzi, których ten krótki pokaz rozbawił do łez, a dowcipni przy tym niektórzy są!..Bardzo. Feeria śmiechu. No, niektórzy psioczą na mdłą muzyczkę, jaką ktoś przylepił do obrazu w ramach podkładu. I wreszcie na dole strony widzę komentarz:
`ktorys raz to ogladam i zastanawiam sie, czy to nie jest bardziej smutne, niz smieszne :P... `
Nieeeee- wcale, dlaczego?
Po którymś razie; ona się "zastanawia" czy "to aby nie..".
I ":P", wesolutko.
Jakie jest minimum wrażliwości, żeby doznać choćby przebłysku podejrzenia, że być może ogląda się właśnie ludzką tragedię i upodlenie, człowieka głęboko chorego i zniszczonego? Sam mógł to sobie zrobić, jasne, i zapewne tak właśnie było; słaby, żałosny, samolubny człowieczek. Pośmiejmy się z typa! Zaraz zaryje nosem w beton!
Ja sama niewiele mam wyrozumiałości dla alkoholików, którzy niszczą życie innych ludzi. Budzą moją złość i żal, litość, czasem niesmak. Ale nie śmiech, na boga.
Sick, sick, sad world.
Nie powinnam teraz za dużo wychodzić między ludzi. Potwornie irytują mnie przejawy ludzkiej głupoty i bezmyślności, a tych widzę aż nadto. Ale też moje poirytowanie łatwo wytłumaczyć porą roku; sezon w Trójmieście to nie do końca to, co tygrysy lubią najbardziej, a już o kamienistej plaży, gdzie mewa skrzeczy, fala omywa, wiatr tańczy we włosach i inne takie romantyczne głupstwa- należy od razu zapomnieć.
I wybyć w głuszę przez duże GŁU -_-
Z wieści lokalnych- ludu, kupiłam sobie nowy regał. Nareszcie! Zlikwiduję choć część kartonów, wciąż zalegających u mnie na podłodze, o radości...*__* Układanie na nim rzeczy powinno mnie zając choćby przez część trwania Jarmarku Dominikańskiego, bo zaprawdę- takiego nawału czerni w mieście nie zdołam przeżyć bez technik relaksacyjnych XD
CURRENT MOON