RSS
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Solidarity of ants

Ale nam się udało z tym koncetem. W sobotę wieczorem na Targu Węglowym był gęsty, rozkołysany niebiańską muzyką tłum, a już w niedzielę w tym samym miejscu turlał się grad takiej wielkości, że możnaby go zbierać do szklanek i od razu zalewać czymś wesołym. Do tej pory sądziłam, że określenie "grad wielkości kurzych jaj" jest grubą przesadą. Cóż- już tak nie myślę. Żałuję, że nie miałam wiaderka ani nic wesołego pod ręką. Powiadam wam: przeżyliśmy odwiedziny dalekiej kuzynki Katriny; jeszcze trochę pogoda poszaleje, a będziemy tu mieć drugi Nowy Orlean. Bracki opowiadał, jak im wczoraj dziesięciotonowa scena pojechała dwa metry, kiedy się na nią rzucił orkan. A ja sobie właśnie przypomniałam, że jadąc do psa, zapomniałam zdjąć pranie ze sznura. Ciekawe, co tam teraz wisi, pewnie jakieś malownicze strzępy -_-'

Ale koncert Solidarity of Arts...Był doskonały. Zła jestem na mojego informatora, który mnie przekonał do pojechania na tą cholerną imprezę do Enzo, bo nie była tego warta, i nie była tą imprezą, o którą chodziło, a przez przygotowania na którą spóźniłam się na początek występu. Godzinę -_-'  Piekło i szatani, na początku było Możdżer+Fresco+Danielsson, oraz ten niesamowity Naná Vasconcelos...

Było, owszem, trochę kartoflanego jazzu- łatwo go poznać, coś takiego puszczają w centrach handlowych w niedziele- oraz wariacji w stylu Pendereckiego, co mnie prawie przegoniło z placu, ale to jest nieuniknione w przypadku koncertów w 70% jazzowych, za to kilkakrotnie piękno niektórych utworów pozbawiło mnie tchu.

Konferansjerkę robił Krzysztof Materna; w pewnym momencie, z polotem i dowcipnie zabawiając widownię, podczas gdy muzycy się przestrajali, wyraził radość, że ma do czynienia z taką wrażliwą, wspaniałą publicznością i że tyle ludzi przyszło (nie oszukujmy się, bezpłatność imprezy była tu znaczącym walorem -_-). Jego zdaniem pokazaliśmy, iż wcale nie chcemy oglądać barachła i otaczać się bylejakością, nie dla nas tandetne programy rozrywkowe i muzyka na jedno kopyto, a następnie zapowiedział trzecią, ostatnią część finału: "(...) Muzykę tej części skomponował sam Leszek Możdżer, do wiersza Czesława Miłosza, wybitnego polskiego poety.- Malutka pauza.- Oczywiście mówię to telewidzom, państwu tego mówić nie trzeba." :D

sobota, 21 sierpnia 2010
Megiera mode

Zaczęłam pisać i --- nie, żebym nagle miała 60% w tydzień, ale poszło. Co więcej, nagle ogarnął mnie zapał i przypomniało mi się dokładnie, jak się czułam, kiedy z pałającym wzrokiem przeszukiwałam regały w Japonii i reagowałam dreszczem na każdą wzmiankę nazwiska tego dawno zmarłego gościa, który zeżarł mi już mnóstwa nerwów, duszy, czasu i mózgu, a teraz--- Teraz ponownie nie ma mnie dla świata, bo jest tylk ON XD

Ha, brzmi romantycznie, co? A tu nie. A.n.S. is my oyster, and I will crack it open with me pen!...or should I say- laptop 8-| Cudaczek, you rock.

Śmieszne jest to, że książki, przed przebrnięciem przez które wzbraniałam się przez miesiące, teraz połykam po trzy naraz, i przejawia się to m.in. tym, że mam poważne kłopoty z przestawieniem się na jakikolwiek inny obcy język poza japońskim. Parę dni temu, kiedy w strugach deszczu wracałam z wizytacji w sanatorium, zatrzymała mnie grupka zagubionych niemieckich turystów, i przeplatając niemiecki bardzo łamaną polszczyzną, jęła pytać mnie o drogę.

Niemieckiego się uczyłam. U mnie w odmu nie jest to język "obcy", no i przede wszystkim- nie jest to język trudny. Ale ilekroć próbowałam się odezwać po niemiecku- wychodziły ze mnie słowa po:

- rosyjsku

- angielsku

- włosku

- a nade wszystko japońsku.

Kompletnie mi się przepaliły jakieś neurony w mózgu, w każdym razie- I'm on fire, baby. Może dlatego postanowiłam, wbrew rozsądkowi, wyjść dziś i się zabawić. Koncert na Węglowym, biała imprezka w Enzo... Cokolwiek, byle tylko ukoić galopujące myśli i rozedrgane zwoje. 

A- nigdy nie pojmę, jakimi szlakami podążają myśli Japończyków. Jest to dla mnie nieodgadniona ścieżka i chyba nie mam ochoty nią podążać, bo nim się obejrzę, mój umysł zamieni się w dango. W każdym razie- wykaz tytułów na odwrocie okładki jednej z połykanych książek wprawił mnie w nielada konsternację, dla lepszego efektu najlepiej czytać od któregoś brzegu XD Nie chce mi się tłumaczyć, może potem, w komentarzach, sorki :P

niedziela, 15 sierpnia 2010
Auły przyszłości

Czwarty dzień dyżuru "na wsi".

Piękna pogoda, las, łąki i najukochańsze ze wszystkich- polne drogi. A jednak--- z wolna płowieje sielanka, i wychodzą ostre kanty. Las- to w istocie lasek; każdą drogą można podążać co najwyżej 20 minut, i się kończy, zakneblowana pasem autostrad, obwodnic i betonowych podmurówek, o które rozbija się jak o falochron. Poza jedną- drogą wzdłuż lotniska; ale ileż dni można chodzić wciąż tą samą trasą? Toteż co spacer wymyślam, kluczę, robię bezsensowne pętelki; Aston przygląda mi się podejrzliwie, ale człapie za mną posłusznie, choć z ociąganiem. Wie, skubaniec.

Co gorsza, najpiękniejsza polna droga wiedzie obok gospodarstwa, zajmującego się skupem dziczyzny; a odkąd nastały upały- w sąsiedztwie tego skupu unosi się ohydny smród. Ale jest on tak straszliwy, że nawet wizja pachnącej rumiankiem dróżki z miękkim, żółtym piaseczkiem, nie jest w stanie zmusić mnie do przejścia przez tą strefę cuchnącej śmierci. Oczami wyobraźni widzę oskórowanego, gnijącego dzika i wszystko w żołądku wywraca mi się do góry nogami.

Dalej- takie małe, ciasno zabudowane osiedle, za Gdańskiem, w pobliżu którego jest tylko potężna osada handlowa- bo tego już centrum nazwać nie można- jest niczym klasyczna wioska zagubiona w górach. Ludzie siedzą sobie w swojej dolinie, całymi dniami, do miasta daleko, rozrywek nijakich nie ma- cóż można zrobić? No więc chociażby zwieszać się z balkonu, lub z okna przez pół dnia, obczajając chodnik lub- wieczorami- niżej położone mieszkania, w których już zapalono światła, ale jeszcze nie zaciągnięto zasłon. Nie ma spaceru, żebym nie widziała ożywionego ruchu między domami- ludzie, z dziećmi, psami, zakupami, śmieciami, albo po prostu stojący bezczynnie; chlorów co niemiara (wszystko na osiedlu jest droższe, niż w mieście, nawet o 50%- poza piwem -_-'). Tłum. Wiecznie- ciekawski, gapiący się, łażący bezładnymi zygzakami tłum.

W mieście ma się przynajmniej wrażenie anonimowości i przestrzeni osobistej (wrażenie to znika w momencie, kiedy sięwejdzie do mieszkania i nadal się słyszy rozmowę sąsiadów zza ściany -_-). Ale mogę przejść pół Kartuskiej, nim wreszcie kogoś minę; tutaj jest to niemożliwe, nawet po najkrótszych uliczkach ktoś się zawsze pęta, względnie- stoi/siedzi w kucki i się gapi. W lesie to samo- po krzakach, w najrozmaitszch, najmniej nawet spodziewanych miejscach, siedzą typki (i typiary) w rozmaitym wieku, coś chleją, a kiedy przechodzę z psem- milkną i długo czuję na sobie ich czujny, ciekawski, niespecjalnie przyjazny wzrok. No bo co się szwędam po lesie? Podejrzana jakaś. 

Czy to są właśnie osiedla przyszłości? Straszliwy, postatomowy odpowiednik grodów, a w późniejszej epoce- komunałek? Strach otworzyć lodówkę. Na pewno ktoś w niej będzie siedział i coś chlał- koncentrat barszczu chociażby. Zgroza.

----

Przyszło mi do głowy, skąd Stephanie Meyer wynalazła koncepcję krwi pachnącej w sposób przyćmiewającym wręcz wampirze zmysły. Myślę, że spędziła kiedyś lato na farmie, gdzie próbowały ją zeżreć komary. Jak mnie. Na bogów, jeszcze trochę, a poczuję się jak ten nieszczęsny skos z "Od zmierzchu do świtu", czy każda inna ofiara krwiopijców z filmów klasy "gore". Komary mnie po prostu kochają. Kiedy poszłam na spacer, wysmarowawszy się dokładnie jakimś antykomarowym specyfikiem, skurczybyk użarł mnie w czubek głowy -_-' Dodajmy do tego, że większość tych bestii przeszła już takie fazy mutacji, że ich ukąszenia to nie są po prostu małe czerwone, swędzące plamki. To wygląda jak ugryzienie szerszenia. Więc nie, żebym gloryfikowała zimę...ale mrozy mają jeden zdecydowany walor dla mnie XD

wtorek, 10 sierpnia 2010
After.Life

Amerykański film polskiej reżyserki, o której nagle zaczęto pisać w polskiej prasie, bo zrobiła karierę w Hollywood. Gdyby ten sam film próbowała zrobić w Polsce...cóż, nie wyszłaby pewnie z fazy planowania, więc nie ma o czym mówić. A dzięki temu nagłemu wybuchowi miłości mediów, dowiedziałam się i o niej i o tym filmie.

Który jest---- inny. Mocny; z przepięknymi zdjęciami i kolorami; świetną obsadą (Ricci, Neeson, Long); świetną muzyką.

Jest, co prawda, kilka "ale", które sprawiają, że ten film nie zajmuje szczytu szczytów na mojej liście.

Najsamprzód- nie wiem do końca, o co autorce chodziło, co chiała pokazać, jaką historię przedstawić. Z całą pewnością film, o którym czytałam, i ten, który obejrzałam, nie są tożsame. W trakcie oglądania te zmiany koncepcji są bardzo wyboiste i boleśnie odczuwalne; póki idziemy w stronę smacznego thrillera, jest dobrze, potem nagle następuje zwrot w stronę dramatu psychologicznego- mętnego i nużącego- by po chwili znowu dać widzowi asumpt do przekonania, że jest to mroczny thriller. Cały film w ogóle jest mroczny, i bardzo, bardzo trąci opowiastkami moich ulubionych autorów - Poe'ego, Lovecrafta, Hoffmana... Moja rzecz. Poza ostatnią sceną, która kompletnie zburzyła spojność, która w 3/4 filmu nagle zaczyna się coraz klarowniej wyłaniać i krystalizować w mrożący krew w żyłach obraz. A na koniec- angst i drama =_= Pff.

Liam Neeson jest rewelacyjny. W tym charakterze, budzącego dreszcz właściciela domu pogrzebowego, mógłby się tak sprawdzić tylko jeszcze jeden aktor, Anthony Head, który dał się już poznać w roli morderczego szaleńca, Repo-Mana. Za to Ricci, choć wyglądała przez cały film prześlicznie, bardzo eterycznie i doskonale pasowała do kolorytu filmu- drażniła mnie. Czym? Wokalem. Jej głos w ogóle to urodziwych nie należy, jest dość słaby i skrzekliwy; ale w tym filmie ta słabość jest tak irytująca, że ledwo można to wytrzymać. Drażnią mnie dorosłe kobiety, które mówią jak dziewczątka z anime. To, plus wieczne pojękiwanie i wzdychanie, jakby każdy jej ruch wywoływał cichy orgazm (znowu jak w anime -_- ) Na bogów- strach strachem, wyczerpanie wyczerpaniem, nie każdy w chwilach zagrożenia życiowego potrafi wrzasną wielkim głosem, jednak wokalowi Smerfetki mówimy zdecydowane NIE.

W scenariuszu jest dużo luk, dużo niewyjaśnionych kwestii, niepociągniętych wątków. Za dużo miejsca na spekulacje, co nie wróży dobrze recenzjom- 60% ze znalezionych na sieci jest krytyczna. Ale klimat pierwszorzędny. Ten film chę mieć.

Czas na małe SPOILERY:

- kwestia, czy Anna żyje, czy nie żyje: trochę mnie dziwi, że wiele osób jest przekonanych, że nie żyje, i że film jest zdecydowanie psychologiczną dramą; dowody, że się mylą, są dwa, za to wielgachne i nie do zbicia: mowa Eliota na cmentarzu, kiedy wyjawia Jackowi swoją filozofię i etykę, hm- pracy. Jasno mówi, że są ludzie, którzy mimo iż oddychąją i wydalają, są w środku martwi i nie załugują, by zabierać tlen tym, którzy żyją naprawdę. Kolo jest zwyczajnie maniakiem i mordercą, mumifikuje żywych ludzi i grzebie ich, póki są pod działaniem regularnie wstrzykiwanego narkotyku

- właśnie- narkotyk; Eliot wciąż zerka na zegarek, i zależnie od tego- pozwala ludziom zobaczyć ciało Anny, bądź nie. Wszystko zależy od tego, czy dekokt jeszcze działa, sprawiając, że jego ofiary wyglądają jak nieboszczycy.

- kiedy Anna stoi przed wilekim lustrem i widzi siebie jako trupa- kolejna niewyjaśniona kwestia, my widzimy Annę i pomimo bladości, nie nosi śladów rozkładu, widocznych na lustrzanym odbiciu- opuszcza głowę i wzdycha, a wtedy na lustrze pojawia się para z jej oddechu. Eliot błyskawicznie wyciera ślad i niespokojnie zerka na dziewczynę, czy aby tego nie zauważyła. Dla kogo miałaby być ta szopka? W czyjej głowie miałaby się dziać? Nie- to się dzieje naprawdę; Anna żyje.

- tak samo moment, kiedy Anna się budzi w trumnie: to już nie jest psychologiczna gra Eliota, nie ma widzów, nie musi się starać otumanić dziewczyny. Ona się budzi w trumnie i już. A przedostania scena z jej chłopakiem, któremu się wydaje, że odkopał ją i uratował- cóż. Ostatnie życzenie gasnącego umysłu chłopaka.

Nie do końca wyjaśnioną kwestią jest właśnie ta ostatnia scena, po której film stracił dla mnie prawie całą sól. To w końcu ossochozi? Eliotowi wydaje się, że rozmawia z trupami, jest to pokazane parę razy- rozmawia z nimi, jakby otrzymywał odpowiedzi, a niestety widzowie, przekarmieni "Szóstymi zmysłami" i "Duchami" to łyknęli; jak Jack. Eliot jest totalnym świrem- i do tego jeszcze robi wodę z mózgu samotnego chłopca z dysfunkcyjnej rodziny, przekonując go o ich wspólnych paranormalnych zdolnościach. Dlatego Jack grzebie żywcem kuczątko, przekonany, że jest martwe, i że tylko on widzi je wciąż zachowujące się jak żywe. Więc- o co do diabła chodzi na koniec z tym chłopakiem Anny? Co z nim? Zginął? Nie zginął? Czy może jest to pokazane z punktu widzenia szaleństwa Eliota, który znów uważa, że dostaje odpowiedzi od denata? Mętne, zbyt mętne. Ale film ZDECYDOWANIE wart obejrzenia.

niedziela, 08 sierpnia 2010
Chore męty wyobraźni

Maleńki update odnośnie wiadomego konkursu literackiego, Wojciechu.

Zdyskwalifikowali moje opowiadanie, bo---- jego fragmetny były tu na blogu. Plagiat! Plagiat, jako żywo, sama na sobie popełniłam.

Mam ochotę tak kląć, że by się dorożkarz ode mnie mógł uczyć. I było nam, działać twórczo a literacko? Idea krótkiej formy winnej wbiła mi właśnie krótki a ostry nóż w plecy- i kto winny? Jam winna. Zachciało się- tworzyć. Pisać! Nic nie piszmy, nigdy, dla nikogo, nigdzie. Źle tylko na tym wyjdziemy, to nie popłaca.

O, wiem, kupię telewizor, tam leci Jerry Sprionger, na pewno to wprowadzi więcej satysfakcji do mojego życia, niż jakieś pisanie.

Rwa mać...

Wrażenia po Festiwalu Szekspirowskim

Odespałam :) Przez ostatnie parę dni spałam naprawdę mało, a przecież emocji miałam więcej, niż normalnie wypoczęty człowiek może przetworzyć bez przeciążenia synaps.

Najsamprzód jednak krótka refleksja: jestem teraz bez sieci, i dziś, dorwawszy się po kilku dniach odłączenia, do internetu, skonstatowałam, że ----- niewiele straciłam. Prawda to, że rozwój narzędzi do komunikacji nie sprawił, by ludzie mieli więcej do powiedzenia, a przynajmniej- więcej z sensem.

Druga refleksa- sierpień. A ja, po kilkunastu minutach siedzenia przy uchylonym oknie, zadrżałam tak, że przekonfigurowałam niestety klawiaturę, i kiedy komp się restartował- poszłam założyć sweter. Gruby, ściśle dziergany, solidny wełniaczek. Ha-ha. Bedzie tego rozpasanego, trwającego wszak eony lata. Jakoś przepękamy jesień i ani się obejrzymy, a nastąpi kolejny glacjał, jak minionej tfu-zimy.

Festiwal Szekspirowski dobiegł końca. Mnie oczywiście interesowała głównie ta część, gdzie tłumaczyłam; ciekawie było też obserwować z bliska środowisko japońskich aktorów. Wniosek  najważniejszy: artyści jednak, niezależnie od narodowości, mają pewne cechy wspólne. Przede wszystkim ego, gigantycznych rozmiarów ego. Znamienne, że najmilej wspominam rozmowy z technikiem i muzykiem; aktorzy trzymali się na grzeczny dystans, a reżyser, pan Kurita, jakkolwiek fascynująca postać, był przy tym wcieleniem Chaosu. Sumując- kapitalne doświadczenie :P

Ach, no i dochodzę do wniosku, że gwiazda prawdziwie wielkiego formatu w żaden sposób nie da człowiekowi odczuć, że, jak to ujął król Julian- "it's nothing personal; it's just we are better than you". Chodzący dowód- Michał Urbaniak, którego ujmujący sposób bycia roztopił część mojego stresu i sprawił, że od razu lepiej mi się pracowało.

Sam spektakl- "Hamlet", w aranżacji inspirowanej teatrem No, i gdzie wiadomą sztukę w sztuce przedstawiono w stylizacji na Ningyou-Joruri, tyle że rolę lalek i jednocześnie lalkarzy grali ludzie. Coś niesamowitego, jak każda jedna interpretacja wydobywa inne elementy, pokłady możliwości, ukryte w postaci Hamleta; ten japoński był odpychający. Siedzący nieruchomo na scenie przez cały spektakl, nieporuszony i pełen powstrzymywanej pogardy do całego świata, podsycający w sobie tą zimną, zapiekłą żądzę zemsty, obojętny na to, ile osób przy okazji tym pragnieniem zniszczy. Szaleniec- ale niebezpieczny szaleniec. A sam aktor- przystojnyy---*_* Ale nie taka lala, jak Ikuta Toma; nie znam, niestety, jego nazwiska, bo nie mogę wejść na japońskie strony teraz ;_; Ale dać mu czerwone włosy- i Abarai Renji jak malowanie <3

Cudowna była rola Poloniusza- wcielił się w niego sam reżyser- istny wzorzec przebiegłego wezyra, szarej eminencji, który we wszystkie honoryfikatywne formułki, w całe to keigo, potrafił włożyć tyle lekceważenia i ironii, że nie miało się wątpliwości, kto tu tak naprawdę rządzi królestwem. Na pewno nie ten rozćmokany król i zbujana w nim Gaaturudo:P Kurita pojawił się potem w roli grabarza- i co jest na rzeczy z tymi postaciami w wersji japońskiej? Są zawsze bezbłędni! ("Nani mono da?!- Hakamori da! :DDDD) Żonglerka czaszkami i grobowa przyśpiewka, z wymachiwaniem szpadlem do wtóru- cacko. Potem pan Kurita odśpiewał tą piosnkę jeszcze raz w knajpie- i niech mnie kule biją, jeśli to nie była enka!

Scenariusz był nieczko okrojony, nie było paru kwestii, ale całość była bardzo zgrabnie i pięknie opracowana. Wreszcie poznałam choć jedną zatwierdzoną wersję japońskiego "być albo nie być" (wersje owe się mnożą na sieci), i nazwy kwiatów, rozrzucanych przez szaloną Ofelię (kolejna wywołująca ciarki na grzbiecie scena: śpiew Ofelii a potem nagle- obłąkańczy krzyk O_O). Także profit, profit :D

Problem w tym, że po spektaklu był nomikai, po którym poszłam spać o 3, by wstać niecałe 4 godziny później, i pomknąć na warsztaty. Ale wrażenia pozostają niezwykłe :)

I na koniec scenka z gatunku tych, na które człowiek niekiedy musi czekać latami, ale które niezmiennie poprawiają humor, nawet kiedy się do nich wróci myślami :D Przed spektaklem- a po spotkaniu pożegnalnym z wywczasującymi się znajomymi/powracającymi do kraju goścmi/i resztą :P- poszłyśmy do teatru po wejściówki. Byłam trochę rozkojarzona, bo zaraz po tym miałam iść spotkać się z trupą, przywitać, przestawić- what not. Odrobinę nerwów, plus- zmęczenie, ostatnimi czasy dopadające mnie z niezwykłą regularnością.

W westybulu tłum i wijąca się jak wąż kolejka. Podchodzę do okienka; stojący tam ludzie poruszyli się niespokojni- bo może będę się wpychać, i trza się przygotować na Akcję: Poczekalnia U Lekarza- ale zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, pani, będąca druga w kolejności przed okienkiem, wystartowała pierwsza.

- Biletów jeszcze nie ma! A nawet po wejściówki trzeba się ustawić w kolejce!- i machnęła znacząco w stronę majaczącego na odległym horyzoncie końca węża.

- Mhm- mruknęłam, wciąż na pół przytomnie.- Tam w ogóle, widzę, jeszcze nikogo nie ma.- mając na myśli nieobecność pani bileterki.

- Nie ma- powierdziła pani nr 2 z satysfakcją.- Może się pani tam zapytać, a potem i tak trzeba się ustawić do kolejki.

Pokiwałam głową, przeszłam do okienka obok, pokazałam identyfikator, pani bileterka wstała, przeszła do stanowiska, przed którym to właśnie stał ten kilometrowy ogon z bojową pańcią, wyjęła z szuflady zaproszenie, wróciła do swojego stanowiska, i mi je podała. Wychodząc, nie powstrzymałam zerknięcia przez ramię; widok miny pani nr 2- bezcenny :D

Ryutopia Hamlet

Ryutopia Ningyou

poniedziałek, 02 sierpnia 2010
Napisane w środek lata

Na Lammas natura się postarała i ofiarowała nam idealny letni dzień. Chociaż i wilię i samo święto obchodziłam osobliwie, bo samotnie. A mimo to to był idealny dzień.

No, prawie idealny, może poza faktem, że tego dnia właśnie się dowiedziałam, że już nie pracuję w PrzeKsięgarni. Och, zgadza się- praca tam nie była szczytem moich marzeń. Nie jestem pewna nawet, czy była ścieżką wiodącą na właściwą górę. Jednak wolałabym, żeby to do mnie należało ostatnie słowo.

Tymczasem około południa odebrałam wiadomość od M., ze zdumiewającym spokojem poprawiłam słuchawki, wyprowadziłam Zuzka i pojechałam nad morze. Coż innego mogłam zrobić?

Było idealnie. Nadmorskimi alejkami płynęła ludzka lawa, pokrzykującego, wlokącego dzieciary, pożerającego frytki i lody, rozlazłego tłumu- ale na ścieżce rowerowej było zwiewnie, lekko i marzycielsko. Rowerzyści i rolkarze mijali się gładkimi szusami, oddzieleni od ciżby zapachem wiatru i szybkością, niczym nie spowalniani i nie zatrzymywani.

Na plaży jasnowłosy chłopak umiejętnie sterował latawcem. Kolorowa czasza śmigała w te i we wte, kreśliła pętle, z zawrotną szybkością zmieniała kierunki, a raz nawet przepłoszyła ciekawską mewę, która podfrunęła dość blisko zabawki i zawisła na moment nieruchomo, ale na widok pędzącej ku niej materii straciła głowę, szarpnęła skrzydłami w panice i umknęła powietrznym kurcgalopkiem. Ja i właściciel latawca pękaliśmy ze śmiechu.

Po powrocie sięgnęłam po pewną wielką, złoconą księgę i odszukałam w niej malutkie czerwone drzwiczki. Łatwo by je było przeoczyć, gdyby człowiek nie wiedział, czego szuka. Otworzyłam je- i dopiero za nimi znalazłam klucz.

Może więc właśnie o to chodzi. Nie o wyjście- a o świadomość możliwości wyjścia.

Pasiasty layout skonstruował Shin.

CURRENT MOON