RSS
niedziela, 21 września 2008
This is the end

Wczoraj wyprawiliśmy gudbaj party.

Śmiem twierdzić, że udało się wcale zacnie, choć nie udało mi się być w okolicy w kilku kluczowych momentach, kiedy np. Szwagierek rozpoczął striptiz, poszły w ruch peruki i narodziła się Lodzia, albo kiedy runął ostatecznie segment mojego Padre.

Ludzi było nieco mniej, niż przewidywaliśmy, zabrakło kilku osób, która również chciałam tego wieczoru zobaczyć, ale i tak bardzo szybko skończyło się szkło i sztućce, a co zaradniejsi popijali drinki z eleganckich słoików. Przebrało się jakieś 50% towarzystwa, ludzie przychodzili i wychodzili, większość drzwiami- jednostki szczególne oknem; były boa, nargila, Hydra prawie w komplecie i fruwające plasterki ogórków. Godne, zaiste godne pożegnania lokalu na Niepodległości. Garść fotosów pozwoli mi nieco przybliżyć atmosferę...

Z wieści remontowych: w wyniku tragicznego w skutkach niedbalstwa producentów wzorników barwnych do farb Dulux, nieopatrznie zakupiłam do swojego pokoju farbę o kolorze takim, jak moje oczy.

And don't get me wrong: uwielbiam ten kolor, ba!- wszystkie kolory swoich ócz. Ale mieć cuś w oku, a mieć cuś na ścianie...Z drugiej strony, to w pełni mnie usprawiedliwi, jeśli ozdobię sobie pokój uroczymi bibelotami w rodzaju czarnej kutej ramy lustra, kruczymi piórami i czerwonymi złowieszczymi zniczami. Nikt mi nie zarzuci ponuractwa i gustów zbyt dziwacznych, by w takim wnętrzu urządzać herbatki dla przyjaciół. Ha, podejrzewam, że i czarne wielkie pianino nie wyda się nazbyt posępnym.

Ponieważ w tej chwili kolor moich oczu...jest taki:

piątek, 19 września 2008
Kaliyuga

 Wizyty w Poznaniu wytrącają mnie ze –szczególnego i chwiejnego co prawda, ale- stanu równowagi. Dziwne, bo nie ma różnicy w czasie, którą mogłabym wytłumaczyć ten duchowy jet lag, jaki odczuwam, ilekroć wracam z interioru.

And yet...

To tak, jakbym cofała się do czasów, kiedy codziennie szlifowałam bruki Poznania, kiedy był poniekąd „moim” miastem. Zabawne, że odczuwam nostalgię na myśl o tamtych dniach, mimo iż mieszkałam tam raptem kilka lat.

W dziwny sposób brak mi nawet tej atmosfery opuszczenia, kiedy w nieskończoność, zdałoby się, przemierzałam nieprzystosowane dla pieszych miasto, przeklinając pod nosem jego projektantów. Duszna ciemność niedostatecznie oświetlonych ulic, obcość akademika, i brak poczucia przynależności dokądkolwiek. Jednocześnie kilka miejsc autentycznie pięknych, mających dla mnie swoje małe, sekretne znaczenie i opowieść. Ciekawe, co robi z człowiekiem pomieszkiwanie to tu, to tam, przez szereg lat...Nie odrywa całkowicie od własnego, jedynego miejsca na ziemi- tylko rozcieńcza je. Rozwleka korzenie w długą, cienką i bardzo niestabilną niteczkę. W mieście tymczasowego pomieszkiwania zostawiasz porozrzucane kawałki pamięci, i nie wiem, jak inni- dla mnie powracanie w takie miejsca przypomina próbę wciśnięcie perły na powrót w skorupę małża, z którego się narodziła.

Wiem, że to moja perła, i- o jakże jest piękna.

Ale już nie pasuje.

Może też na ogólne pomięszanie i niepokój, wywołane powidokiem wspomnień, atakujących mnie co krok, było wzmocnione jednym z tych snów.

Pierwsze przypuszczenie jest takie, że tym, co przeraża człowieka do stopnia posłużenia się świadomym śnieniem, by zwiększyć szansę ujścia cało z onirycznych opresji, jest bobok, wizualna nakładka na bałagan kłębiący się w podświadomości.

Jednak prawda jest bardziej przykra: taka mianowicie, że ze swoimi demonami człowiek musi uporać się sam, a jest to świadomość zdolna wywołać najczystszą grozę, mogącą wybudzic człowieka w środku nocy, dogodnie, akurat tak, by mógł sobie samotnie poleżeć i podelektować się rozrywającą krtań polką-galopką serca, tłukącego się o migdałki.

Żyjemy sobie wszyscy w tej samej rzeczywistości- pozornie- ale każdy widzi co innego. Przeżywa co innego. I dlatego w pewnych sytuacjach jest zdany tylko na siebie. Nic dziwnego, że, pokrzepiona tą wiedzą, w drodze na uniwersytet, by tam kończyć swoje z nim dzieła (for the time being), byłam mocno rozstrojona.

Z lepszych wieści: mamy kaliyuugę, to pewne.

Ludzkość osiąga wyżyny duchowego i emocjonalnego regresu, słowa tracą wartość, a uczucia wyższe to towar rzadki i widno nazbyt luksusowy, by szastać nimi na porządku dziennym.

Do tego smutnego wniosku skłoniły mnie Wiadomości, czy inne Fakty; pożałowania godne programy, których staram się nie oglądać za często, by chronić te resztki empatii, jakie mam nadzieję jeszcze posiadać.

Po przekazaniu wieści o zdradach, korupcji, zwyrodnieniach i wojnach, prezenter zwrócił ku widzom rześkie, rozemocjonowane spojrzenie i zdradzającym głębokie podekscytowanie głosem zapowiedział: „Przed państwem druga część Wiadomości/Faktów/WSBFE, a co w niej przygotowaliśmy dla państwa?...(tu chwila dla budującej napięcie pauzy, i już mniej więcej wiem, co usłyszę; wraz z rozpoczęciem materiału filmowego, głos wybucha żywą emocją, warta totalizatora Lotto) 6-letni chłopiec ginie w wypadku samochodowym, zabity przez pijanego kierowcę, który wjechał w przystanek!!!...”

Mógł do tego dorobić wesoly jingiel, i zatrudnić tłum, który wydawał by odpowiednie poszumy i westchnienia. Dla wzmocnienia efektu - wszak to już showbussiness. Jak można...Przecież zginął człowiek. Na domiar złego- mały, dosc niewinny, przypadkowa ofiara. Co za ludzie oklejają to krzykliwą oprawą godną teleturnieju?

Wstrętny, brudny świat.

Szczęściem pod koniec dnia zawitałam do Ostatniego Przyjaznego Domu Na Wildzie, znalazłam jednego z ostatnich przedstawicieli ślimaczej szlachty, Leopolda Xawerego von Kardamona, a nawet podjęłam próbę zadomowienia go na dorodnej paprotce, zanim mnie spacyfikowano, a Xaverego eksmitowano once ad for all (biedaczysko...)Tak też wróciłam do domu, nadal czując się jak widmo, ale znacznie już spokojniejsze. Po kaliyuudze ma nastapic ponowne odrodzenie ludzkosci, etc.



A, obejrzalam `Rok 1612`.Czekam na opinie innych ktorzy to obejrzeli; może mi powiedzą- o co, do stu demonow, chodzilo twórcom??!!...Ja cały czas probuję się połapać w plątaninie watkow, i jeszcze ten jednorozec, potykąjacy się o swoje blond loki, no jak pragne zdrowia...
Oficjalnie ogłaszam ten film `Igorem`. Bo jak wszystkim wiadomo- Igor to bardzo dobry czlowiek. Czy też zlepek bardzo dobrych części z wielu różnych ludzi. Co w sumie składa się na...bardzo dobrego Igora- jakość sama w sobie -_-` Faktem jednak jest, ze role Zebrowskiego oraz Kislova sa świetne. Reszta...Blarh. Polecam skupienie szczególnie w momencie, kiedy rozżarzona kula armatnia wpada do składu prochu i dwóch niemieckich, lecz zaskakująco polskich w brzmieniu, żołnierzy komentuje ten fakt -_-` Jeśli taka popierdółka ma być antypolską prowokacją, to ja bym się czuła raczej obrażona miernością próby, niż sprowokowana. A husaria brzmiala wiarygodnie tylko w momentach, kiedy przeklinala; nie sądzę, żeby kiedykolwiek w historii świata wojsko- nawet skrzydlate i na koniach- wysławiało się jak szkolny pupilek na akademii. Linijki w rodzaju `Hubercie, podaj no mi, proszę, prochownicę! Rozbijemy w pył tych nędzników` (dobra, moze tam nie bylo Huberta, niewazne; po prostu posluchajcie dobrze tamtych tekstow) sa warte dobrego kabaretu.

niedziela, 14 września 2008
Blog mi sie zawiesza
Proba.
Blog nie chce mi wrzucac notek, twierdzac ze sa dlugie. Niecala stronka-za dluga. Jasne.
Ciekawe, czy te pieprzone trzy zdania wrzuci, cholerny blox.
czwartek, 04 września 2008
U mnie nihil novi

Krótko i treściwie- sprokurowałam sobie pudło na kapelusze :D

Te wielkie. Dziwne, ale wydaje mi się, że skoro mamy w mieście modystki, to powinno się również móc dostać pudło na kapelusz.

Si?

Si.

Jakby buty sprzedawano bez pudełek, to by był wielki szum; a to przecież i tak dotyka ziemi przez 99% czasu. A kapelusz w pudło zapakować nie łaska.

No więc nie potrzebuję wcale, sama sobie urobiłam. I to jaki piękne…*_*

Trzy dni roboty, z czego co najmniej półtora to było oczekiwanie, aż klej chwyci -_-‘ Kojota nie odstępowała mnie na krok, i do dziś chodzi z nienaturalnie powiększonymi źrenicami…

-_-‘

Ale oto efekt mojej ciężkiej pracy:

Ponadto całe te wakacje spędziłam, jakże nudno, w 3mieście, regularnie umilając je sobie wizytami u dentysty. I też nie dlatego, żeby mi remontowano całą paszczękę, nie: to jeden z tych fikuśnych profi zakładów, gdzie na jeden ząbek przypadają 4 wizyty, przy czym za każdą płaci się odpowiednio, z uważaniem na trudy lekarza, decybele wrzasków, do jakich mnie skłonił, i zużycie super-hiper wypaśnych medykamentów, jakimi bez uchyby zapchano mi twarz. Wnioskując zatem po końcowym rachunku, muszę z pewnością nosić w ustach kilka gramów najszlachetniejszego kruszcu i jeszcze mikroczip z kodem dostępu do wielozerowego konta w szwajcarskim banku.

Teraz tylko- który to może być ząb?...>_<

 Widok na saloon :D

CURRENT MOON