RSS
niedziela, 20 września 2009
Lama, lama

Na chwile wrocilam z dziczy i wracam do dziczy.
Co przy dobrej pogodzie jest plusem.
Wszystko to odbywa sie w intensywnym towarzystwie rodziny- co niestety jak dla mnie bywa minusem, tym bardziej, ze ja niezwyczajna. Niezwyczajna 24/7 spedzac w towarzystwie, szczegolnie ludzi- ktorzy z racji powiazan genealogicznych, uwarunkowan kulturowych i wszystkich tych nawykow, zwiazanych z pokrewienstwem- szanuja cie mniej, niz sasiada trzy pietra wyzej.
A juz wrecz zajebiscie mnie raduje nieustanne wysluchiwanie srebrzystych `No ja w remika to gram inaczej, u nas to sa zupelnie inne reguly...`, `Dlaczego twoj rower stoi na srodku pokoju? Bez sensu przeciez.`, `Musicie sobie kupic wiekszy kubel na smieci, bo ten to...`.
Oczywiscie, bardzo kocham moja rodzine, ale odkrylam juz dawno, ze ilosc tej milosci jest wprost proporcjonalna do odleglosci, jaka mnie od niej dzieli, i czasu, jaki z nia spedzam.
Takze raz po raz walcze z wszechogarniajaca furia, ale lasy, panie dzieju; mysle o lasach, i jakos daje rade. Uwielbiam polskie lasy.
Polska wies mniej, szczegolnie jesli wszedzie probuja czlowieka orznac, oskubac, wycyckac i naciagnac. Ale taka polna droga w sloneczne wrzesniowe popoludnie- sama slodycz.
Odwiedzilismy kilka ciekawych wiosek na Kaszubach, prawdziwy targ (nie czekoladowy), a takze kamienne kregi, ukryte wsrod kniei.
Kregi one prawdziwie magia emanuja, Fasolka weszla do nich tryskajac zdrowiem i humorem, wyszla kustykajac na obolalej stopie, a kuzyna trafilo lumbago jakies 20 minut po opuszczeniu przybytku mocy. Mnie za to tylko nieziemsko krecilo sie w glowie i lataly mi przed oczami mroczki- malo spektakularne, bardzo nieprzyjemne, ogolnie: damn, where`s the show?! -_-
Jednak okazalo sie, ze mam wrodzony talent do jazdy konnej, i choc ja bym sie zbytnio nie unosila entuzjazmem wobec tej opinii, przyznam, ze kilka kolek na koniku gospodarzy przekonalo mnie, by poprobowac tego w przyszlosci.
Juz widze, widze oczyma duszy, te kare konie, rozwiane grzywy, ped po plazy, pas slucki, szabla nad glowa, hej....*___*
Mandat za zaklocanie porzadku i posiadanie broni, hej...XD
Jeszcze wiekszy za kradziez konia, pasa i szabli, heee....T__T


I moze ktos mi wyjasni, o co na Kaszubach chodzi z tymi resztkami zwierzecych truchel, rozwieszonymi dekoracyjnie po salonikach? Z porozem juz zetknelam sie nieraz, czy z wypchanymi zwierzetami, nadal tego nie lubie, ale - powiedzmy- przywyklam.
Ale czaszki?!
Zatkniete za zwienczenie kredensu jak garnki na plocie?? I zaraz obok szafa zdobiona motywami lowieckimi, czyli realistycznymi plaskorzebami, wyobrazajacymi martwe, powieszone za nogi zwierzeta XD A w rogu pokoju- wielki, wypchany jastrzab, o rozpostartych w agonii skrzydlach.


Rogas z doliny Roztoki -_-`

Poza tym, jak widac powyzej, nauczylam sie ciekawych sztuczek, grawitacja nie ma juz na mnie zadnego haka, zas jutro wyruszam dalej, ku `Puszczy Bialowieszczanskiej`, skad jest ta deska drzewianna, a w niej- sek.


niedziela, 13 września 2009
A co słychać u Eryka? Musicale! ^^

  Słuchamy sobie z kotem Peggy Lee, w ramach łagodnego wyciszenia po rodzinnej kolacji, podczas której okazało się (po raz kolejny...), że mamy wszystkiego może pięć widelców, w tym jeden z ułamanym zębem, a talerzy zdecydowanie za mało, żeby dla sześciu osób podać komplet, ale za to szkła a szkła. Kieliszki do białego, do czerwonego, do szampana, koniakówki, setki i pięćdziestiątki, musztardówki, przysadziste szklanki do kolorowych drinków, a także kilka pokali. Nie mówiąc o tym, że do niedawna ani jednego otwieracza do puszek, ale korkociągów sześć -_-'
O czym to może świadczyć?
Przychodzi mi do głowy tylko jedno: że jeśli na tegorocznym Nordconie znów mi przyjdzie otwierać wino błyszczykiem, to zasługuję na Złotego Szpadla.
Najlepsze, że koniec końców, jak to każda nasiadówa z moją rodziną, skończyło się na przebierankach, i wdziewaniu na siebie masy offowych gadżetów, a kapeluszy (i kasku) przede wszystkim. A następnie wyjściu w tym przed dom, w nadziei, że nas ktoś zobaczy- ja w panamie, wujo w kapeluszu a'la Al Capone, matka chrzestna- w białym z kwiatem, maman- w fosforyzującym kasku. Co ja bym zrobiła z inną rodziną?..Z nudów umarła chyba :D
Dziś chciałam wspomnieć o paru japońskich musicalach, jakie sobie niedawno obejrzałam.
Najsamprzód- Cat In The Red Boots.
Bardzo fajne przedstawienie; nie ze względów muzycznych, wokalnych, czy scenograficznych, ale z powodu wielkiej ilości humoru i parodii, i prześmiewczego podejścia do tematu- a w tym Japończycy są naprawdę świetni, wystarczy wspomnieć "Ashura-jou no hitomi" :) Crossovery, surrealistyczne dowcipy, nagłe zmiany nastroju, nic nie jest na serio- naprawdę pyszna zabawa, uśmiałam się jak norka.
Obie główne role- kot (Matsumoto Marika) i ubogi młodzieniec Toma (Ikuta Toma)- za bogów nie potrafią śpiewać, i niestety musiałam wyłączać fonię, szczególnie kiedy kota śpiewała; ale np.przedstawienie otwiera Harry Hotta i jego cudny pojedynek z Grim Reaperem :D A potem jest tylko śmieszniej. Cacko. Polecam, szczególnie wstawki z księciem Henzelem ("Gdyby uroda była zbrodnią....już bym siedział z dożywociem!!!"). Produkacja marki Shinkansen.

Tu można sobie zobaczyć kawałeczek:
http://www.nicovide.jp/videos/nv1102844/

Kolejna produkcja to "Hunter x hunter", na bazie mangi.  Której nie czytałam, ale nie przeszkadza to w załapaniu historii po kilkunastu minutach najwyżej. Nie mam jeszcze wyrobionej opinii o tym przedstawieniu, bo nie obejrzałam całego; musiałam niestety podzielić je na etapy, bo wokalnie to jest gorsze, niż Kot w Butach. Owszem, występuje jeden dobry głos- ale w tym momencie chyba zebrał on cały talent, który normalnym trybem dostałby się jeszcze może trzem innym aktorom. Przynajmniej jak na warunki japońskie- posłuchajcie no tylko (mówię o postaci starszego brata głównego bohatera, czyli tej długowłosej babce :P). Jest to, na marginesie, jedna z lepszych piosenek w tym musicalu. Mi cały czas po głowie chodzi.

Ma też zdecydowanie mniej śmiesznych momentów, niż ww "Kot...", ale i tak można się parę razy pośmiać, szczególnie kiedy pojawia się niejaki Hisoka 8-) No i jednak zdecydowanie wolałabym- mimo rewelacyjnego wokalu- żeby tak rolę Ilumi, starszego brata, jak i samego Killa, głównego bohatera, grali mężczyźni. Tym bardziej, że- jak widać- "Ilumi" wcale nawet nie jest ucharakteryzowana, mówi kobiecym głosem, no i cóż z tego, że "ore"... Kostiumy i charakteryzacja pozostałych postaci nasuwają skojarzenia z teatrzykiem dla dzieci, no ale ostatecznie może taki był cel. Tylko w tym momencie ta pioseneczka o "jabłuszku", które jest wciąż zbyt "zielone", żeby się z nim bawić, wywołuje swoisty niepokój... 8-) Na koniec- cisteczko. Z wisienką na czubku. Czyli film/klip visualowej kapeli Malice Mizer- "Bridal of Rose". Przy tym dziele wyłam..o, pardon: vyłam ze śmiechu pravie do uduszenia, szczególnie kiedy pojaviły się napisy w Googlishu (a, bo jest to film niemy, jedynie z tekstem albo na planszach, albo ładnie vkomponowanym v obraz; tekstem po japońsku i od razu- także angielsku. A przynajmniej miało zapevne być. Ale nie jest, oj nie jest...:DDD). Żeby nie było vątpliwości- lubię MM, a "Beast of Blood", album, z którego pochodzi muzyka do tego--filmu, jest moim ulubionym. Ale Klaha ledwo zasuvający na tych niebosiężnych koturnach, mhrok, angst i vampiry jakieś...Jest strasznie śmieszne. Przede vszystkim fascynują mnie nieodmiennie efekty prób Japończykóv, by uchvycić istotę gotyku- tak w modzie, jak i literaturze czy sztuce. Po prostu Pumpkin Jack, bełtający bombkę w menzurce, żeby odkryć ducha świąt. Ale nie ma co gadać po próżnicy- zapodaję filmik, a jak pójdziecie po tym sznurku, to odkryjecie całość. Przyjemnohści (mhrooook) żhyczę (zhuooo). Na koniec zaś, jako że odkryłam straszliwą rzecz, mianowicie- coraz mniej ludzi zdaje sie kojarzyć "Hair", na seansie wczoraj w Neptunie było wszystkiego może osiem osób, a na warsztatach tańca, kiedy mieliśmy "Aquariusa" jako podkład do rozciągania, grupa dziewczyn w wieku Galeriankowatym zapytała radośnie, co to za chilloucik jest fajny -_-' Miło, że przynajmniej im się podobało. Więc, dla sprawy- w końcu o klasykę trzeba dbać:
czwartek, 03 września 2009
Znaczący bez= bez-znaczący.

 Kilka dni temu próbowałam nakarmić kota zepsutą, całkiem już zielonkawą wątróbką, potem dosypałam sobie do kawy - w miejsce cukru waniliowego- proszku do pieczenia (wypiłam. A co- dobra kawa się nie będzie marnować z powodu małego zagrożenia podniesieniem temperatury ciała, pff), a gdy dziś zadzwonił telefon i usłyszałam drżący od tłumionej uciechy głos kolegi (nie rozpoznany, oczywiście, aż do końca kawału) "Dzień dobry, tu Urząd Do Spraw Kontroli Mari", zymamrotałam tylko "Tak słucham?", bo zarejestrowałam jedynie, że jakiś urząd znowu coś chce.

Jest to kolejnym dowodem, że ja raz- nie przesuwam się po tej samej płaszczyźnie rzeczywistości, co masa ludzi, dwa- ostatnimi czasy zeszłam jeszcza bardziej  wgłąb.

Dlatego m.in.nie rozśmieszył mnie usłyszany ostatnio dowcip o Jezusie, którego diabeł na pustyni kusił do przemiany kamienia w chleb, a  Jezus odparł, że ma za mało many. Towarzystwo w śmiech, a ja siedzę. Milczę. I myślę intensywnie. Ktoś wreszcie dużymi zgłoskami powtórzył mi puentę, sądząc, że w niej leży źródło niezrozumienia (zazwyczaj tak jest), i nie mylił się, ale nie z powodów, które przemknęły ludziom przez myśl; że padło nieznane mi słowo.

Nie grałam w "Diablo", za to wiem, czy jest mana; czym naprawdę jest mana. Niestety, nie znając języka popkulturowego, nie orientując się w obowiązujących obecnie kanałach komunikacyjnych i ich kodach, jestem wyłączona z dialogu, niczym zakręcony badacz hinduizmu, który na próżno próbuje zrozumieć, dlaczego współczesna młodzież wciąż plecie o zmienianiu swoich awatarów. Przecież nie są wcieleniami boga, prawda? (Och, dostałby za to od gnostyków, dostał aż miło...). A mimo to, jakoś nie mam ochoty zgłębiać tego---idiolektu? Dialektu już może? mimo, że przez to wiele mnie omija. Jakoś bardziej sobie cenię prawdziwe, pierwotne znaczenie słów- za dużo jest nadużywania ich, niewłaściwego stosowania, przeinaczania ich znaczenia, czy wreszcie totalnego niezrozumienia. Słowa znikają, znika niesione przez nie znaczenie. Szkoda, bo ubożeje wraz z tym nasza wiedza o świecie. W świetle zaś tego znaczenia- wspomniany dowcip jest doszczętnie pozbawiony sensu. Pozwólcie, za wikipedią:

"(...)

Mana is the concept of an impersonal force or quality that resides in people, animals, and inanimate objects. The concept is common to many Oceanic languages, including Melanesian, Polynesian, and Micronesian.

In Polynesian culture (for example, Hawaiian and Māori), mana is a spiritual quality considered to have supernatural origin – a sacred impersonal force existing in the universe. Therefore to have mana is to have influence and authority, and efficacy – the power to perform in a given situation. This essential quality of mana is not limited to persons – peoples, governments, places and inanimate objects can possess mana. In Hawaiian, mana loa means "great power". There are two ways to obtain mana: through birth and through warfare. People or objects that possess mana are accorded "respect"; because their possession of mana gives them "authority", "power", and "prestige". In Māori, a tribe that has mana whenua is considered to have demonstrated their authority over a given piece of land or territory. The word’s meaning is complex because mana is a basic foundation of the Polynesian worldview.(...)"

Zatem zgodnie z tym- Jezus BYŁBY maną. 

CURRENT MOON