RSS
czwartek, 30 września 2010
The horn, the horn, and the bottle of rum.

Obejrzałam drugą część Narni, wreszcie.

Zupełnie nie o tym chciałam pisać co prawda... Ale nie mam w tej chwili luksusu pisania z domu, a korzystanie z sieci poza domem jest udręką. No, chyba że się poczeka, aż wszystkie przeszkadzajki zasną; co w przypadku korzystania z netu w bibliotece może nastręczyć pewnych problemów.

Więc co do filmu:

- jak dla mnie, głównym jego bohaterem - a niedocenionym i kompletnie pominiętym na liście płac- jest koń Kaspiana. W życiu nie widziałam (i nie wiem, czy kiedy na żywo zobaczę) piękniejszego wierzchowca;

- Tilda Swinton. Tilda Swinton. Tilda Swinton.

- film wcale nie jest taki słaby, jak go wszyscy przedstawiali. Jest zupełnie różny od baśniowej i przeznaczonej dla dzieci części pierwszej. Jest bardziej krwawy, poważny (masakra na dziedzińcu; objawienie się Białej Czarownicy- świetna scena swoją drogą), ale nie tak sztampowy, jak wszystkie znane mi produkcje fantasy. Cieszę się, że nie posłuchałam tych wszystkich, którzy mi powtarzali, że "nie warto".

- niestety- film obejrzałam z polskim dubbingiem; i dawanie Aslanowi głosu Shreka było dziwnym posunięciem. Ten moment, kiedy się pojawił, piękny, złocisty i królewski, monumentalny i majestatyczny, wstrząsnął grzywą, otworzył paszczę i---przeistoczył się w grubego zielonego Machalicę-jak-cebula-co-ma-włoski XD

- what's with the horn talk? C'mon, kids will be watching this! 

- jeśli by kogo kiedyś- ale nie za późno- naszedł pomysł ekranizowania opowiadań Gaimana, to Kaspianek byłby idealnym Skarbem Szachinai. Taka laleczka, naprawdę 8-) A w "Dorianie Greyu" się nie zapowiadał, blady i przylizany. A to po prostu- ha!- nieco przetrzymany w loszku "Kasupian"!

A, notka Tenel mi przypomniała, że miało być o Hitlerze :D I nie, nie o tym, że mi się śnił, był gruby, miał malutką główkę i pił wódkę z dwóch kieliszków naraz. Ale małymi łyczkami, ciamajda.

Zaczęłam się bliżej zapoznawać z twórczością Francuza o dźwięcznym, prosto znad Loary nazwisku Eric-Emmanuel Schmitt. "Kiedy byłem dziełem sztuki" odebrano mi przemocą, nim zdołałam ją skończyć, ale w zeszłą niedzielę przeczytałam "Przypadek Adolfa H." Zajęło mi to ok 12 godzin. Tom jego opowiadań czytałam dwa dni. Wnioski z tego wyciągnąć nader łatwo, a "Przypadek.." polecam gorąco. Frapująca książka.

Szczególnie, kiedy po skończeniu książki przeczyta się dziennik pisarza, zamieszczony na końcu. Schmitt z całą pewnością jest egocentrykiem; ale choćby dla języka, jakim to napisano, i dla tej w pełni zaakceptowanej przez pisarza 1/3 (1/2 ?) kobiety, jaka wyraźnie przeziera przez tekst, warto rzecz przeczytać.

Choć nie- sam koncept jest genialny. Ciekawe czy rzeczywiście by tak było, jak on przypuszcza; gdyby Hitler nie poszedł w politykę. Czy zawdzięczamy wojnie to, że teraz mówię wam "dobranoc", a nie "gute nacht". Das weiß ich nicht...

piątek, 24 września 2010
Pomuhel

Są pewne książki i pewne filmy, do których, raz je kiedyś obejrzawszy/przeczytawszy, człowiek nie powinien nigdy wracać. Bo je dobrze wspomina. Do książek z tego rodzaju zaliczyłabym te autorstwa McLeana; Narnię; niektóre Montgomery. Do filmów- nieśmiertelnego „Highlandera”.

Mój drogi ja... Powrót był bolesny. Głównie dla przepony, tyle śmiechu poprzez grozę dawno nie doświadczyłam. Wszystko- poza pejzażami- w tym filmie jest straszne; gra aktorska; dialogi; fryzura bohaterki; Connery upierzony jak na noc drag queen w Vegas; dźwiękowe efekty specjalne- coś takiego akceptuję jedynie w tanich filmach kung-fu, bo na tym zasadza się ich niepowtarzalny urok :D Cios---parę uderzeń serca----odgłos ciosu; czy raczej: cios w brzuch----parę uderzeń serca----odgłos spadającej ciężarówki. Klasyka, złego słowa nie dam powiedzieć. Ale te straszliwie wykrzywione twarze podczas bijatyk, albo dręczenia głównego bohatera przez jego bezlitosnych szkockich współbraci.... Lambert nie trafił w epokę- błyszczałby jako gwiazda kina niemego. A tak go zawsze lubiłam, taki wiedźmin jak malowanie...ech, wszystko przemija, idę do mojego eremu.

Ostatnio tak, jak przy tym filmie, uśmiałam się grając z rodziną w karcioszki, i oto garść nowinek z życia Pomorzan:

- mamy Dzień Pomuhla; pomuhel to po kaszubsku karp albo śledź, nie pamiętam, ale odkryliśmy, że ozdobiono nim wszystki asy w mamy kartach. Karty są nikczemnie znaczone, i jest ot już jawnym i oczywistym, albowiem----

- odkryliśmy, że maman jest Wielkim Szu Matarni. Zrobiła taki wałek w remiku, że podobnego w życiu nie widziałam; zamieszała, zachachmęciła, zamydliła wszystkim oczy, i położyła na stół pokera bez jednej karty. Wszyscy to łyknęli. Najlepsze, że łącznie z nią.

- można zawinąć z muzeum wojska polskiego trzy czołgi i wywieść na przyczepkach, przejechać przez całe miasto i nie zostać zatrzymanym; kilku koleżków tak uczyniło, i dojechało bez przeszkód aż do punktu skupu zlomu, gdzie chcieli zdobycz upłynnić, niestety, nie udało im się to, bo---nie mieli papierów rejestracyjnych rzeczonych czołgów.

Tymczasem zaraziłam Fasolę Cyrkiem Słońca. Kiedy wychodziłam z domu, wciąż wsłuchiwała się w ścieżkę z obejrzanej wczoraj „Alegrii”; natomiast ja w przeciągu ostatnich dwóch tygodni obejrzałam „Koozę” i „Saltimbanco”, oraz fragmenty „The New Experiance”. Niepokojące, bo „Kooza” jest prawie najświeższym ich spektaklem, ale poza kapitalną postacią głównego magika, oraz baaardzo dosadnym klaunami, całe show jest mocno przeciętne. Mało zaskakujące; są standardowe numery cyrkowe, wszystkie linki, drabinki, trapezy i gumowi ludzie bez kości. Ale całość nie zapada w pamięć. No, chyba że te dwie wtopy, czyli spadający linoskoczek i akrobata, który wziął sie za hopsanie na skakance na wirującym wahadle, no i się potknął. Odzyskał równowagę, a linoskoczek zdążył chwycić linkę i uchronił się przed niechybną śmiercią, jednak był moment podwyższonej adrenaliny nawet dla telewidzów. O, właśnie- występ na wahadle był świetnie zaaranżowany, świetna muzyka, atmosfera, praca kamery- dwa wielkie diabły, szalejące na piekielnej machinie. Ze skakankami :P

„Saltimbanco”, choć to najstarsze show Cyrku, jest bardzo ciekawe. Nie wiem, w czym tkwi tajemnica- w aranżacji? Oprawie wizualnej? Ale Saltimbanco ma po prostu scenę i zabawki poszczególnych artystów, historii też żadnej nie opowiada. Ot, cyrk- ale jaki świeży; kapitalny jest występ akrobatów na tyczkach, stepujących dziewczyn z poikami oraz klaun- jeden genialny klaun.

Dziewczyny:

„The New Experiance”- mam tylko coś w rodzaju spota reklamowego całego show, ale na szczęście zawiera on występ tego samego klauna, co w „Saltimbanco”, i jest cacy. Now...I want more XD

wtorek, 21 września 2010
Wojaże

Podczas gdy ja podróżowałam po Wielkopolsce, oraz -mentalnie- po szerokich, wypełnionych buzującymi hormonami traktach Heian-kyo (co to była za degrengolada, ruja i poróbstwo!...same zboczuchy, jak babcię kocham), Fasolencja urlopowała się również na południowych rubieżach Polski, oraz- w Holandii.

I tak, wysłuchawszy opowieści z podróży, muszę sprostować, co kiedyś napisałam; mianowicie o nieposiadaniu przez Japończyków duszy. Otóż: rzeczywiście, abstrakcyjnego myślenia i poczucia humoru, mam wrażenie, Japończycy się dopiero uczą, ale nie można im odmówić ogromnej wrażliwości na piękno. Oczywiście- generalizuję; nie każdy Polak ma duszę romantyczną, i widząc koralowe ostrowy burzanów od razu zarzuca szal i czarną pelerynę na ramiona; nie każdy Japończyk popłakuje, słysząc dźwięki fletu, i natychmiast pogrążając się w mono no aware. Uogólniając jednak- przeklęty mesjanizm łączy się jednak u nas z duchem przepastnym i kozacką wyobraźnią (przeradzającą się może nazbyt łatwo w szałapuctwo, ale nikt nie jest doskonały). U Japończyków dominacja żołądka nad innymi ważnymi organami jest faktem, ale nawet jeśli nie sposób uderzyć z nimi w totalnie abstrakcyjną winną pogadankę o wszechświecie, z pewnością są czuli na piękno przyrody. A także ściśle wypracowane i zaaranżowane piękno przyrody. Każdy naród ma swoje zalety i swoje przywary.

Holendrzy... Nie mają ani jednego, ani drugiego. Po prostu- konkret. Namacalna, jednopłaszczyznowa rzeczywistość. Twardy materializm. Żadne kosmosy, sosny na klifie, płatki sakury i szal w burzanach. Jemy? -Jemy. Pijemy? -Pijemy. Zwiedzamy? -Pijemy. A to o Polakach i Rosjanach się opowiada, że nic, jeno chleją... Ale przynajmniej to potrafimy, no i piwo u nas w pubach to nie naparstek szczochów o pojemności 0,23- żart, człowiekowi zdaży gardło wyschnąć na nowo, nim piwko spłynie do żołądka.

I oczy. Holendrzy mają takie zimne, kalkulujące oczy. W tym są po prostu bliźniaczo podobni do Duńczyków. Taka rasa, nordycka, psiakrew. Ale słuchając tych opowieści, i odnajdując w tym potwierdzenie swoich spotrzeżeniem poczułam, jakbyśmy byli otoczeni przez lodowe morze germańskiej płaskości i -hm, wybaczcie, ale- prymitiwizmu emocjonalnego.

Może lepiej zatem skupić się na ściegu swojego własnego, romantycznego szala ^^'


czwartek, 09 września 2010
Rozprawy i porzadki

Zaczelo sie. Odnowilam wiezi z Alma Mater, i nie trzeba bylo wiecej, niz trzech rozmow telefonicznych, zeby zburzyc moj spokoj, rozpetac chaos, zmusic mnie do cisniecia precz w kat megiery i do podjecia walki z biurokracja -_-
Och, jakze za tym NIE tesknilam.
Oczywiscie, moglam sie bylam spodziewac, ze jesli mam jakis bardzo wazny papiur, rzekomo znajdujacy sie w posiadaniu Uniwerku, to oni go tam zgubia, a potem powiedza, ze nigdy go nie mieli.
Oczywiscie.
Ma bowiem sens zostawianie- dla bezpieczenstwa- indeksu na przechowanie w dziekanacie, ale wyjecie z niego pojedynczej ULTRA WAZNEJ kartki i zabranie jej do domu, zeby towarzyszyla mi w przeprowadzce.
Przeciez.
Naturalnie, moge sie mylic. To bylo dawno temu. Moglam sie bylam przywiazac do tego swistka tak dalece, ze go ze soba zabralam, wkleilam sobie do pamietnika, albo wlozylam do woreczka z pachnacymi ziolami. I jesli go znajde- odszczekam wszystko i zwroce Uni honor.
Poki co- mimo naukowego zapalu, ksiazki leza odlogiem, zas ja wywracam wszystko do gory nogami w poszukiwaniu kartki A4, wydobylam pudla spod lozka, z szafy i z piwnicy, a co przy tym znalazlam!...
Moj pierwszy komiks; beznadziejny, ale przypomnialo mi sie, jakim bylam wonczas fluffikiem mangowym, naiwnym i pelnym uwielbienia dla japonskiej sztuki komiksowej, heh.
Wiersz, ktory ktos dla mnie kiedys napisal; burzliwie i chlodno sie to wszystko skonczylo, dobrze by bylo teraz pogadac i zalagodzic tamto rozstanie. Ale wiersz juz mi sie tylko milo kojarzy. Z cmentarzem 8-)
Stary piornik, taki z zamknieciem na magnes, jeszcze z podstawowki. Byl jak na owe czasy tak cudowny, wypasiony i olsniewajacy, ze nosilam go do szkoly bardzo rzadko. Ma nawet zamontowane lusterko i falbanki z rozowego plastiku.
Jakies fanty z Japonii; zdjecia jeszcze z czasow liceum- uswiadomilo mi, ze odkad rozpoczelam japonistyke, tamto zycie sie jakby dla mnie skonczylo. Odcielam sie- zupelnie machinalnie- od ludzi z podstawowki i liceum, nie utrzymalam prawie zadnego kontaktu. Bardzo brzydko, oj oj :P
Spotykamy sie czasem przypadkiem na roznych imprezach- w koncu Sopot to grajdol- ale nie mamy sobie nic do powiedzenia. Moze to zatem zdrowe posuniecie? Odciecie galezi, ktore nie przyczyniaja sie do wzrostu drzewa? Alez to wyrachowane...:P
Ksiazka, ktora pozyczyl mi kolega jeszcze w ASP. Mniej wiecej raz na rok sie o nia dopomina, nie watpie, ze kiedys sie spotkamy, i mu ja oddam- pozolkla, sypiaca sie magiczna ksiege :D
Zdjecie A. Byloby pewnie bardzo cenne, dla jej rodziny. A ja je trzymam w kartonie pod lozkiem... Nigdy nie zapomne sposobu, w jaki sie dowiedzialam o jej smierci.
Duzo przeszlosci rozlalo sie po pokoju; odrzucam ja niecierpliwie noga (poza wierszami) i wyluskuje wszystkie materialy japonistyczne, ukladam je troskliwie w kupki, pietrze na pianinie... W piwnicy udalo mi sie odkopac dwie paczki tematycznie zorient(aliz)owanych ksiazek, i jakos znalezc dla nich miejsce na regalach.
Po megierze- zabiore sie za wyrzucanie.
I przymierzam sie powoli do reinstalki systemu- w koncu juz blisko trzy lata Cudak smiga bez liftingu XD Mocarz...
środa, 08 września 2010
Grobokop

Oto, co maman zobaczyła w telewizorze, w "Pajacykach" czy innej Złotej Czcionce: reklamę, głoszącą `Zakład pogrzebowy GROBOKOP.

Do każdego pogrzebu trąbka gratis."

Jak tu się nie oprzeć...

piątek, 03 września 2010
Moby Dick

To poniekąd nawiązanie do poprzedniej notki, ale...wczoraj w nocy nabrałam dziwnego przekonania, że mój biały fortepian już istnieje.

Już gdzieś jest, już wyprodukowany, już kompletny, rodzący dźwięki. Ciekawe gdzie jest; u kogo jest? Czy ktoś już na nim gra? Mam nadzieję, że tak.

Ale już jest; w końcu do niego dotrę.

Biały fortepian

czwartek, 02 września 2010
Duch fortepianu znów straszy

Kołomyja jutro się kończy. Mać wraca w glorii i chwale, zdrowa i krągła,  z sanatorium, tać przyjeżdża na urlop, i będzie można im przekazać rozhisteryzowanego psa, hapnąć ciastuszko, pozbierać pranie i wreszcie zająć się swoimi sprawami.

Megierą, na przykład. Ale---nie oszukujmy się, nie tylko XD Prokrastynacja ma się u mnie świetnie, trzyma krzepko, i choć zwalczam ją nieustannie, to jednak, czasami... No i bywają też goście. Ale ci już pojechali, nie mam co na nich zwalać, że od koncertu Możdżera trawiła mnie istna gorączka; co jakiś czas przysiadałam do pianina, ale nic, co grałam, mnie nie satysfakcjonowało, chciałam czegoś nowego. A niestety, choć zaczęłam coś sama tam sobie tworzyć, to tak, jak już wspominałam: nie jestem w stanie oraz nie mogę sobie pozwolić na to, żeby się w pełni skupić na czymś innym, niż megiera. A komponowanie w moim przypadku wymagałoby całkowitego, ba- 150% skupienia, albowiem- ja prosty człowiek, w lesie chowany, nie mam specjalnie wiedzy ani doświadczenia w tym zakresie. Tyle, że muszę; bo inaczej się uduszę.

Więc zżerała mnie ta niemoc, zżerała, i wówczas- dzięki Myszaq odkryłam Ludovico Einaudiego *_*

Objawieeenieee---- Melodie, komponowane przez tego pana, nie umywają się co prawda do Możdżerowych, jest to zupełnie inny typ muzyki; znacznie bardziej harmonijny i prosty. Pokusiłabym się o porównanie z Erykiem Satie, jednakowoż o ile prostota Satie to wysublimowany minimalizm, o tyle Einaudi nie unika pułapki ckliwego sentymentalizmu. Troszkę jak Nyman, albo Tiersen. Bardzo dużo wśród jego utworów takich, które mogłyby posłużyć za tło do anime o dziewczynce i jej przyjacielu-kucyku. Lecz przecież nie to mnie zauroczyło.

Kilka konkretnych utworów. Takich, do których można przysiąść sobie na 15 minutek, zrelaksować się- bo granie odtwórcze, jakkolwiek nie ma wiele wspólnego ze sztuką wysoką, jest przyjemne, a nie wymaga myślenia. Siedzisz sobie, ręcę skaczą po klawiaturze, całe napięcie przepływa z członków i jest wywalane z organizmu każdym taktem, a w umyśle, wraz z fraktalami dźwięków, rozwija się cudowna, biało-zielona przestrzeń pod bezkresnym niebem---

Teraz za to spala mnie pragnienie dorwania się do innego pianina, niż moje; a jeszcze lepiej- do fortepianu. Każdy instrument gra inaczej; klawisze inaczej chodzą, inne nastrojenie... Na moim ładnie i gładko chodzą wysokie tony, natomiast te średnie i niskie- nie; trzeba zdrowo przygrzmocić w klawiaturę, żeby wyszedł przyzwoity dźwięk, i co tu dużo gadać- już zaczęły mi skrzypieć ścięgna. Fortepian, fortepian, potrzebuję fortepian....XD Ma ktoś? Bogowie...chyba oszaleję, jak nie dorwę się do jakiegoś fortepianu- a nawet, niech będzie: pianina XD

Zdecydowanie polecam album Einaudiego "Nightbook", ma największą procentowo ilość naprawdę dobrych utworów. Sama ostrzę sobie zęby na kilka z nich; wczoraj i przedwczoraj nauczyłam się trzech (ale z różnych albumów), a jednego nie mogę wprost wypędzić z głowy:

CURRENT MOON