RSS
poniedziałek, 30 października 2006
Toto, do we REALLY want to go back to Cansas?...

Jak trudno teraz mi cos opisywac...

Stykam sie z kolejnym swiatem z przelatujacego satelity, jak z tamta pagoda ze zdjecia. Z tym ze pagoda nigdy na onym zdjeciu nie oddychala, nie tanczyla, i nie spiewala, choc tak naprawde kto tam wie to japonskie budownictwo, dziewczynki w telewizorach, i studnie w piwnicy... Pierwsze moje spotkanie z Takarazuka twarza w twarz uznalam za 100% wydarzenie roku. Inaczej- dostalam Takarazuka prosto w oczy, i osleplam na wszystko inne. Bogowie....jak mam to opisac? To bylo najpiekniejsze na swiecie. Magia teatru- wszystkich mozliwych teatrow!- skondensowana do maksimum w tej jednej formie; bez ochyby maja nowego majstra od muzyki, albo ten stary dostal premie, bo muzyka byla nieco inna niz znana mi dotad. I czy mi sie wydaje, czy tancerki byly zbyt zgrane, by byc prawdziwymi ludzmi? Inwazja robotow z marzenia Lema urzeczywistnia sie nieco innymi drogami, nizby staruszek chcial...Dosc ze Flatley przegrywa w kwestii synchronizacji.

A moze to wszystko dlatego, ze widzialam T. po raz pierwszy na zywo? Kilkadziesiat metrow ode mnie tanczyla i spiewala Komu, ktora zawsze byla postacia zlozona z 01-kodu, jej glos generowal tak naprawde glosnik. No dobra, teraz tez, ale....bez kilometrow kabla z Japonii do Polski.

Sztuka- super. W kazdym teatrze uwielbiam moment, gdy zgasna swiatla, a pierwsze reflektory odslaniaja przed rozszerzonymi emocja oczami scene, na ktorej rozegra sie preludium do innej rzeczywistosci. Zwlaszcza, jesli to tak wyborna rzeczywistosc. `Lzy upadlego aniola`; jak do przewidzenia- wzruszajace i do placzu niczym niezgorszy Bollywood, przy tym- basniowosc niektorych scen jak z Andersena wprost. Przez pierwsze kilka minut spektaklu nie oddychalam. Jakbym zaczerpnela powietrza, wydech bylby jednym niekonczacym sie:` Kiaaaaaaaaaa, Kooooomuuuuuuu! Kiaaaaaa!...` . What can I say....I am the emotional type....-_-` W koncu, jakbym wziasc pod uwage rzeczywistoc `Amerykanskich bogow` Gaimana, to spotkalam cyfrowe bostwo. Wzielo zstapilo. Jako Lucifer- ach, jak ja lubie takie paradoksy, zwlaszcza jesli traca herezja! }:D

A w niedziele, jakze kontrastowo, poszlam na No. #_#` Tiaaaa....Staralam sie, naprawde sie staralam NIE porownywac. Nie myslec o latajacych tancerzach, o muzyce poruszajacej do glebi, o bajecznych swiatlach, scenografii jak ze snu...Patrzylam jednak na 82 letniego shite, ktoren mial roztaczac powab tajemniczej damy, na jego wielkie cialo, polyskujace oblo w zlocistej szacie, jego niezborne ruchy, nastepujace po sobie rownie szybko, co jeden glacjal za drugim...I nie moglam. Wokol mojej glowy polatywaly male Lucyferki. Wake byl ladny. Sliczny mezczyzna po prostu, marnuje sie chlopak; zamiast robic w musicalach, to pomrukuje kwestie przez stulone wargi, a tylko patrzec jak sam zacznie nabierac wdzieku kanciastych kostiumow, jakie teraz wdziewa.

Gdy w trwajacej eony scenie kulimnacyjnej obla dama wlazla do `glazu`, stojacego na scenie, gdzie dokonala sie jej przemiana w demona, nie zdzierzylysmy z Goska, i dostalysmy ataku smiechu. Takiego...okolo 15-minutowego. Bowiem caly kamien trzasl sie i wybzdyczal w miejscach, gdzie przemiana dotykala go bezposrednio, przyjmujac forme to reki, to czegos pekatego, to peruki, dziko majtajacej sie ponad krawedzia`glazu`... Mialysmy wizje, jak licha konstrukcja puszcza, i rozpada sie na dwoje, obnazajac przed naszymi oczami gola sempiterne `damy-w-trakcie-przemiany`. Na szczescie, oszczedzone nam to bylo, w przeciwienstwie do kolejnego przedstawiania sie podczas lunchu, zorganizowanego przez sponsorki rowniez i duchowej strawy. Starsze panie, poznane na wspomnianym przyjeciu pare tygodni temu, zwabily nas podstepnie do stolow przygotowanymi tradycyjnymi pudeleczkami z jadlem, a gdy zasiedlismy do jedzenia, zaczely krazyc po sali. I nagle czlek czul, ze zagladaja mu przez ramie, a w odpowiedzi na lekliwe zerkniecie usmiechaja sie szeroko i zaczynaja pogawedke.

The horror......

Ach, udalo mi sie przez 10minut nie myslec o Takarazuce. Ani o kims tam. Ale juz wracam do mantry: How to get to--- sezameestreet? Hell, like I care! Zaraz zaraz, linia Nara-Namba-Umeda-......O_# *tu:shite oddala sie blednym truchtem, wlokac za soba peruke*

wtorek, 24 października 2006
Zdobylim stolice!

Mialam malo ciekawe plany na weekend, wiec szczesliwie sie zlozylo, kiedy wziely w leb. W sobote- calodzienne szlajanie sie po Narze, w towarzystwie 1/4 KWA :P  Co zaowocowalo ciekawa fotka na papierze Hello Kitty, ktora nam zrobil zboczkowaty `fotografik z Osaki`;  zrobil zdjecia kolejno wszystkim czlonkom swojej rodziny, rzecz jasna- z nami, I mysle, ze bedzie je wyciagal przy kazdym klanowym raucie -_-`. Trzymal nas nad stawem przez 3 kwadranse, nim sie wywinelismy XD. Gajinie! Strzez sie weekendow! Skosy chodza upojone wolnoscia, I waza sie na wszystko.

Zas w niedziele musialam zwlec sie skoro swit, by jechac do Kioto na Jidai Matsuri. Czyli parade dawnych strojow, broni ( papierowej lub drewnianej…),lektyk, wozow….Po 2 godzinach znudzilo nam sie, wiec szczesliwie gubiac reszte grupy,  w piatke poszlismy pod palac cesarki, niezobowiazujaco obejrzec reszte pochodu, po czym- w miasto, na poszukiwanie jedzenia! Nie masz nad priorytety…:D  Zjedlismy je pod murami palacu. Nastepnie odnalezlismy odpowiednia stacje, wiodaca na inny jubel . Znak rozpoznawczy- kolejka-monstrum. Zabawilismy w niej 40 minut, nim wepchalismy sie w pociag do Kuramy. Gdzie odbywalo sie matsuri ognia.

Moj telefon, oczywiscie, byl uprzejmy pasc jeszcze w Kioto, ale dzieki temu nie musialam sobie zawracac glowy jakimis zdjeciami. Chlonelam klimat: tlumy ludzi okalajace zewszad dlugasna uliczke, ktora, wijac sie jak kiszka, przepelza przez cala Kurame. Zywy skansen. Co dom- to relikt. Na kazdym wisialy lampiony, w pokojach, widocznych przez rozsuniete drzwi I sciany- wystawione co lepsze skarby rodzinne. Wzdluz uliczki- kosze z plonacymi drwami, na wiekszych placykach- olbrzymie plonace stosy- I ludzie, z raznymi okrzykami dzwigajacy pochodnie, niektore ponad 3 metrowej dlugosci. Wraz z narastaniem nocy, ogni plonelo coraz wiecej, ludzie byli coraz bardziej upojeni- tak, swietem moze tez..:P- dym wypelnial uliczke mistyczno-kabalistycznym oparem; gdzies zza tych klebow dobiegaly dzwieki bebnow I dzwonkow, zas mezczyzni z golymi posladkami zataczali sie radosnie pod ciezarem plonacych pekow drewna. Uliczke zascielaly skry I kawalki plonacych drewienek. Brakowalo mi tylko uwijajacych sie ifrytow. A nad tym wszystkim- wznoszacy sie ciemny masyw gor, wyrazny na tle osnutego chmurami nieba, ktore zdawalo sie odbijac plomienny blask, bijacy z miasteczka.

Wraz z uplywem czasu pilnowacze robili sie niestety coraz bardziej brutalni, jakby w ferworze swietowania nabrali odwagi zemszczenia sie na bialych za hambuksy,  Pearl Harbor I kompleks na tle wzrostu. Bylismy bliscy tego, by zaczac im oddawac.

Do pociagu do Kioto tez ciagnal sie waz ludzi. Bylismy strrasznie, ale to strrasznie zmeczeni, jednak wlasnie dlatego uparlam sie, zeby nie wracac jeszcze do Nary, tylko z tym zmeczeniem I swadem dymu spowijajacym nas calych. Na waskiej uliczce Kioto, nieopodal stacji, znalezlismy sklep Zaopatrzyli sie wszyscy, a nastepnie popelzlismy w nocne miasto. Oszancowalismy sie w palacowym parku.  Wokol noc, cisze przerywal tylko miarowo sygnal jak z Pi I Sigmy, emitowany przez okoliczny szalet publiczny. Niesamowite; popijajac sliwkowego chuhaia, moglam podziwiac widoczne fragmenty cesarskiego domu I okalajacy go dlugi zolty mur; kolega, w naglym widzie, stwierdzil, ze byloby to jeszcze lepsze inaugurowanie pobytu w Japonii ( w koncu- pierwszy toast w slawnej stolicy, nieprawdaz..) gdyby sie upic I pawnac na ten mur. Ale nie ten kaliber alkoholu, niestety..:D Porobilismy sobie za to mase wesolych zdjec…

Okazuje sie, ze tylko mysmy skorzystali z tego swieta, reszta wymiekla I wrocila grzecznie do akademikow zaraz po Jidai Matsuri, okolo . Sofciarze. My, wysiadlszy w Narze okolo , poszlismy jeszcze do parku draznic sarenki I rzucac w nie herbatnikami.XD.

środa, 18 października 2006
Witam przybylych! Nieobecnych rozstrzelamy...

moj pokoj jeszcze lysy( ale juz rozowy), ale poczekajcie dwa miechy...Jizou Bosatsu pod ulica i pagoda w drodze na zakupy.

Wiadomo, ze kazdy, wprowadzajac sie na ziemie nieznane, probuje zaadaptowac swoj kawalek podlogi tak, by poczuc sie bardziej w swojsko, blizej domu, u siebie.

Chinczycy oczywiscie musieli pojsc dalej; zaadaptowali caly pion po piwniczke, a i stryszek sie nie uchowal. Mysle, ze jakby dobrze pogrzebac w okolicznej ziemi, to by sie ukazalo pare slawetnych jajeczek.

Wszystko: halasliwosc, zycie przy wiecznie otwartych drzwiach pokoju, wypuszczajac potok halasu na wolnosc I jednoczesnie nie roniac ni minuty z jakze pasjonujacego zycia sasiadow, w mysl zasady `siedzimy na glowie innym I sobie na wzajem`, a nade wszystko: smrod.. Cokolwiek oni preparuja w kuchni, ich naczynia przybraly juz bardzo ciekawe formy naciekowe przez warstwy, sople I stalaktyty przedwiecznego brudu, a tluszcz, na ktorym pichca…Nie wiem, kiedy go tloczono, ani jak ukryto, ale zrobiono to dobrze, skoro przetrwal wojne.

Japonsko-chinska, oczywiscie.

Zjelczaly odor wciska sie wszedzie, I doprawdy, nie ma jak sie przed nim bronic, chyba tylko wypalajac ta bude do fundamentow..Let it burn!..Let it burn!

Ale dzis- oto dzis!!-nabylam denki potto. Koniec z groza porannej wyprawy po wrzatek, z 99% ryzykiem napotkania Teia, zlowrogo krazacego po korytarzach. Bede wychylac sie z pokoju tylko po to, zeby pociagajac lyk kawki, pokazac mu faka.

Wczoraj odbylo sie oficjalne uznanie nas jako studentow po 2 tygodniach zajec- wielce zalobna uroczystosc, meczaca jak herbatka u Torquemady.

Podzielilam je na trzy czesci.: pierwsza- oficjalna I idiotyczna, polegala na wytresowaniu nas tak, bysmy na komende wstawali, zginali sie w pol w czolobitnym uklonie I siadali. Tak ze trzy czy cztery razy. Z trudem zachowywalam powage, pod ostrzalem czujnych spojrzen ciala pedagogicznego.

Nastepnie- czesc zwana dalej rautem. Idiotyczna I nudna Spedzono nas kupa do Yamada Hall`u, gdzie poddano dlugotrwalym torturom mow, apeli, speachy I odezw. A takze, co bylo najwieksza meka- ponownemu (setnemu chyba) przedstawieniu sie wobec calej spolecznosci. Przedtem jednak rozparcelowano nas w malych grupach (wiadomo, jak sie nie rozdzieli spiskowcow, to predzej czy pozniej ktorys zaostrzy kubek o kraty I sie zacznie) I przydzielono do stolow. Ja trafilam na stol ( hehe…), oblezony przez starsze panie w odswietnych garsonkach, I to bylo straszne, bo kazdy moj ruch uaktywnial ich aparaty mowy, jak w rozregulowanej grze I robilam za gadajaca malpke, robiono mi zdjecia, wreczano wizytowki,I bez wiekszej kozery ogladano jak ciekawy okaz botaniczny.O_o* Popularnosc meczy…}:D

Na duzych stolach staly polmichy z jedzeniem, na mniejszych- I duzo skromniej- trunki. Herbata w dwulitrowych butlach, sok I piwo. Gdy wzielam do rak szklanke, panie od razu pospieszyly z butla herbaty bo to taikobiecy napitek a ja taka subtelna…Po czym subtelna kobieta, w akcie czystej grozy tylko potrzasnela glowa I wyciagnela reke gestem konajacego na pustyni, w strone Kirin Lager Beer. Herbata, dobre sobie…I to zeby chociaz pijalne bylo.

Musielismy jeszcze przejsc przez wspolne odspiewanie jakiejs piosenki oraz 15 minutowa sesje zdjeciowa, nim nas wypuszczono.

Potem odbyla sie nieoficjalna, trzecia czesc wieczoru, w akademiku, z zakoszonym z rautu piwem I dokupionymi w kombini puszeczkami. Naturalnie- nad wyraz udana.

Bez umawiania sie zrezygnowalismy z towarzystwa azjatyckich studentow: Taia, Indonezyjczyka, Hindusa, Koreanczykow…Nie zrozumieli bynaszych dywagacji na temat ksiazek, muzyki, uczelni I fistingu, ani tymbardziej- zartow o Chinczyach. Zbyt gorliwie podazaja za cieniem Teia. Ktory usilnie staral sie byl zostac gwiazda rautu. Jego wszechobecnosc jest irytujaca do granic nie-popelniania-zbrodni-w-afekcie. Dzis rano, gdy wypelzlam po wrzatek, dopadl mnie w kuchni, I zazadac wyjasnien, dlaczego nie chcielismy zaspiewac w trojke wczoraj? Glupie pytanie. Bo jestesmy zli I niedobrzy, proste. Ach- bowiem poczatkowy ich plan zakladal, ze spiewac beda Polacy. Po dluzszej refleksji widze, ze moglam im wlaczyc Mazowsze. I karaoke z tego zrobic

Powracajac do czlonka z ramienia partii- przeciez on nawet dzis wrocil do przesluchania pt:` Dlaczego ty I Greg-san nie przyszliscie na impreze po naszym koncercie?`, ktory, nadmienie, byl 2 tygodnie temu. Przy tym o Gosie I Nawwar sie nie pulta.,tylko nas, blondwlosych, sie uczepil, zasrany rasista. Zawisc go zzera. }:/

Ale trzeba przyznac, dobry jest. Po pierwszym przesluchaniu sadzilam, ze zapewnilam nam przekonujace alibi, bo w koncu mnie zostawil. Ale podjal temat dwa dni pozniej, ponadto okazalo sie, ze przez te dwa dni maglowal Grzegorza, liczac, ze ten pusci farbe.

Coz, wie panstwo, czemu go zywi.

I jak slusznie zauwazyla Abbie-senpai- to nie rasizm. To doswiadcznie. Piotr! Cos mowiles o napalmie? Badz czlowiekiem, pozycz do pierwszego. Napotkanego Chinczyka...}:P

sobota, 14 października 2006
Czy Japonczycy czaja Chopina?..

Dzis calutki dzien spedzilam w Osace. Swietne jest to miasto! Wielkie- a przeciez ustepuje rozmiarami przed Tokio-godzira. Ale jest...wciagajace, barwne jak kalejdoskop i halasliwe jak bary pachinko,ktore sa zreszta jednymi z glownych zrodel halasu -.-`

Gdy znalezlismy sie tam o 10 rano, ludzi na ulicach byly jeszcze umiarkowane ilosci. Ale po poludniu- prawdziwy potop, i to gestej lawy, ktora, jak wiemy, przesuwa sie w nadgwiezdnej predkosci 0,2 m/s. Mi to pelzanie i tak nie przeszkadzalo,chlonelam wystawy i klimat duzego miasta.

Smrodliwy cuskolwieczek...XD

Osaka to przede wszystkim zakupy, zakupy,zakupy. Mozna sie oszolomic jednym sklepem z bizuteria czy zabawkami ( aaa, torebka Haloweenowa w powabnej formie upiornego czarnego domku! *.*), no i te book offy...I zapach jedzenia. Gardzac proponowanym przez kolege-burzuja wykwintnym lokalem, w czworke przysiedlismy w barze o powierzchownosci stolowki zakladowej, tyle ze z kontuarem i stolkami, miast przytulnych stoliczkow z przysrobowana zastawa. Tanio, szybko, wcale smacznie- szczesliwosc, sukcesywnie wypelniajaca czlowieka wraz z kareraisu.

Napatrzylam sie na mode Kansai- niekiedy bylo naczym oko zawiesic, lub sie zadziwic funeralnymi sukienkami pucolowatych `gothic-lolit`,niekiedy porazala zas czlowieka oczywista prawda, ze Japonczycy sa kosmitami, gdy widzialo sie cherlawego mlodzienca, ktory opial swoje krzywe i jakze chude nozki fioletowymi nogawicami, dziwnie faldujacymi sie na tylku, przez pomieta i jakby nieco przykurzona marynare przerzucil skorzana damska torebke w subtelny zlocisty wzorek, a dopelnial image`u idac chwiejnie, jak gdyby koniecznosc zdarcia marynarki z pradziadka -zwiazana z przerzuceniem sporej ilosci ziemi- wyzula go byla z sil wszelkich. Barwne miasto, bardzo, niezwykle wrecz roznorodne.

Lazac po dworcu w Nipponbashi, zagladalam do sklepow. Teraz teoretycznie w Japonii jest jesien. Wrecz chlodna, jak przekonuja opatuleni w szuby kosmici, podczas gdy ja z uporem chodze w krotkim rekawku, a wedrujac w nieznosnym upale, w prazacym bezlitosnie sloncu, pocieszam sie tylko, ze przynajmniej sie fest opale. Po czym wchodze do sklepu z kosmetykami i znajduje co? KREMY WYBIELAJACE! O.O  A grzebiac wsrod fluidow, znajduje najjasniejsze z jasnych- jakimis takimi...zoltymi. Poproszona o pomoc, sprzedawczyni ochoczo rozsmarowala mi podklad na dloni, po czym skonfundowana przyjrzala sie dobrze mojej twarzy. Dokonawszy ogladu, rzekla z zawodowym smutkiem i osobista zazdroscia:` No tak, ma pani naprawde bialutka skore...`. Juz wiem, jak bede miala chandre, bede chodzic do drogerii i prosic o najjasniejsze pudry i fluidy, by sie ponapawac faktem, ze nie maja takich dla mnie. I pytac o szampony dla blond wlosow.}:)                   

Swoja droga, po co ja takie meki znosze na sloncu tych ich `dni zimna i poniewierki`? Slowo daje, oni nie moga miec pojecia, co jest czym czego, kiedy graja `Preludium deszczowe`. `Chlodno`, dobre sobie; udaru niemal dostalam od ich `jesiennej szarugi`. Ale gupi ci Rzymianie...

środa, 11 października 2006
Pierwszy raport zJaponii

Poczatek radosny:posilek dla duchow i miejski jenot,szwendajacy sie filozoficznie w poszukiwaniu czegos do przekaszenia w pasazu handlowym Nary. Zblazowany i znudzony, i tak przejawial wieksza zywotnosc, niz okoliczni mieszkancy. Czy poprawniej: wszyscy niemal Japonczycy,ktorzy nie chodza.Oni CZLAPIA, ociezale przesuwajac obuwie po chodniku,jakby bojacsie nazbyt dlugo utracic kontakt z podlozem. Mogloby to wszak zaowocowac tym, ze dotkniete do zywego, podloze mogloby bezczelnemu czlowiekowi cofnac koncesje na przyciaganie ziemskie.Wtedy to, generalnie,doopa.

Ale po paru dniach przeczesywanie miasta na rowerku, w gore i w dol,odkrywam w sobie takie samo zamilowanie do jak najdluzszej stycznosci podeszw z ziemia.Zlaze z mojego Rosynanta, i nagle podstepna grawitacja wyskakuje spod ziemi, jak dobry czekista z Wolgi,iuwiesz mi sie u nog. Posluszniewiec ciagneza soba odnoza, chocw ten sposob wtapiajac sie w swoje nowe srodowisko naturalne.

Japonczycy sa...zabawni. Ale nawet ich polubilam- nie spodziewalam sie odnalezc w sobie to uczucie,po 4 latach na uczelni. Co jakis czas mam haluna,ze widze nadciagajacego smoka w ludzkiej skorze, pania Fukai.Ale slonce zaraz rozwiewa omam,i jasnieje mi Nowa Nadzieja....by zaraz lunacdeszczem. Pogoda tu zmienia sie czesciej, niz mina Baranka.

Tak. Ogolnie rzecz biorac- dobrze mi tu.Kupilam juz pare mang XD Jakby wziasc sie za zgubne przeliczanie, wszystkie razem kosztowalyby w Polsce mniej, niz kebab. O,a kiedys wierzylam, ze kebaby robi sie z psow.O-O

Oi, leje znow, ale ide zaraz w miasto. No co tak bede, w akademiku siedziec...:D

poniedziałek, 02 października 2006
Jutro wylatuję
Dobrze. Więc- panika.
To się naprawdę dzieje! Jutro lecę do Japonii i spędzę tam najbliższy rok. Skłamałabym mówiąc, że jestem jedynie podeksctyowana tym faktem.
Mając w perspektywie wyjazd na dlugo i daleko, zbiegłam cale 3miasto w poszukiwaniu Niezbędnych Rzeczy; teoretycznie powinnam być spokojna- jadę w końcu w high-techowe centrum świata, a i tak koniec końców siedzę i podklejam swoje dobre stare tenisówki. Też mi, towar deficytowy...
A jednak. W sklepie dysponują tylko kolekcją unisex, białymi, granatowymi, lub- o zgrozo!- czarnymi. Za nic nie mogę sie wyrzec swoich oliwkowych tenisówek, więc zabiorę na podeszwach dobry polski aromat butaprenu.
W piątek urządzili mi gudbaj party-niespodziankę. Sprzedali mnie Michałowi na kilka godzin, żeby mnie zajął; sami zaś szykowali hacjendę. Ja, oczywiście, jak dziecko we mgle, na dodatek ślepe, głuche i z autyzmem. Mogliby spokojnie przy mnie taszczyć naręcza serpentyn i odbywać telekonferencje pokroju:" Panie Tadziu, a te transparenty pożegnalne już gotowe na piątkowy jubel?". Nie licząc, ile to razy prawie równie nieprzytomni, jak ja, osobnicy, byli bliscy zapytania mnie, "na którą w końcu ta piątkowa impreza pożegnalna?"..O_o'
Maman również próbowala zdekonspirować szajkę, donosząc Oli materiały na moje pożegnalne purezento, i przy mnie dopytując się, na co jej worek moheru. A ja nic; nieprzekupna, niezniszczalna ignorancja }:)
W przewodniku, jakim mnie ojcowskim gestem obdarowała ambasada w warszawce, stało napisane, coby godnie reprezentować "ukochany kraj!.. umiłowany kraj!..". Wziąść strój ludowy, czy coś. Może małego Kaszebe w bagażu podręcznym.
I zabiorę. Moherowy beret. Kolorystycznie idealnie współgra z moim błękitnym boa.
Dostałam też płytę "chillout zone", gdzie mam same hity Mazowsza.
Ale najlepsze bylo to, że gdy Michał w końcu wprowadził mnie do nas do domu- nie budząc nawet śladu moich podejrzeń swoim nerwowym zachowaniem, ani tym że na świętą noc kupił mnóstwo piwa, i że tak nerwowo reagował na każdy telefon; jak też tym, że drzwi z przedpokoju do stołowego były zamknięte- pierwsze, co dostrzegłam w półmroku po ich uchyleniu, był splot serpentyn. I moja pierwsza, silna jak dzwon myśl:" Sylwester?.."
Higher perception O_#
O bogowie, tam nie będzie pianina...
.
CURRENT MOON