RSS
środa, 31 października 2007
Wesolych zmarlych!

Oto sie zbliza; cos, co barrrdzo lubie, za czym przepadam wrecz, bez sladu o_O
Przebieranki....Arrrr, captain!
Kim ja juz w zyciu nie bylam!... (Mowa, rzecz jasna, o okazjach swiadomej transformacji, a nie podazania za glodnym wyrobu czekoladopodobnego tlumem podczas Mikolaja u rodzica w pracy -_-` Male abominacje poprzebierane za kowbojcow i czarodziejki, i Swinty Mikolaj grajacy na banjo -_-`)
Czarownica, zolnierzem, kloszardem, gangsterem, znow czarownica, diablo-aniolem, osmym awatarem Lenona, Zgnila Narzeczona, Szalonym Kapelusznikiem, Darth Maulem i Zorro.
Smasznie! I nico mnie nie obchodzi, czy Halloween to swieto amerykanskie, pieskie czy niebieskie, bo tak naprawde chodzi o Strzyzenie Wiedzm i tyle. No i o to, ze mozna sie przeobrazic nie do poznania...
Choc ludzie czesto sie boja. Zadziwiajace, ale przebierajac sie- obawiaja sie smiesznosci. Na ulice w tym nie wyjda- jasne, najlepiej, dla kazdego goscia z muchami w nosie wolac lektyke z zaslonkami! Paradne.
W ogole- robienie czegos dziwnego, dziwne zachowanie- ludzie pekaja przed tym jak przed najgorszym towarzyskim blamazem.
Pamietam, ile uciechy czerpalismy z brackim M., kiedy wychodzilismy do sklepu nieopodal, dzierzac w reku kubki herbaty i nie przerywajac zaczetej w domu rozmowy. Uciechy, oczywiscie, z ludzkich reakcji.
Albo jak tachalismy biurko z jego mieszkania do naszego, i zmeczywszy sie po drodze, ustawilismy je na chodniku, po czym sobie na nim posiedzielismy, obserwujac chmurki. Przy czym wyzwalajacy happening byl ostatnim z naszych zamierzen, po prostu rece boleli :D
Ach, jak ja to lubie. Tylko poprzez takie dzialania oswajam sobie miasto. Przestaje byc dwuwymiarowe, z ograniczona liczba ruchow i akcji, jakie mozesz na tym planie wykonac. Przestrzen staje sie swojska i kryjaca niezliczone mozliwosci. Tak, tak, nie masz nad dobre, sosnowe biureczko od czasu do czasu...
Czas Strzyzenia Wiedzm, czas Wielkiej Transformacji..*_*
A noc to cudow, oto jeden- moja sorella pracuje dla?...
-Dla Radyja! Tak tak!
Oto jeden ze sposobow zwalczania wroga- INFILTRACJA. Zbieram pomysly na swiateczny skladaczek do puszczania w niedzielny poranek }:)

piątek, 26 października 2007
Wina, wina!...

Dawno nie pisalam-ale nie moglam! Wyrzucili mnie z domu, blakam sie po ulicach, a zle ludzie na dodatek zajumali mi miseczke, takze nawet zarobek marny-O, obraz przedstawiam soba zalosny...
...ale rezonu nie trace. Co jakis czas rzucam w przechodniow wesola krotochwila, a kiedy nie patrza- ogryzkami.
Poza tym rozsypuje sie na kwarki, niedlugo bede wygladac jak Czesio, jednak najgorsze w tym wszystkim, ze z racji zazywania mocnych prochow- nie moge sie wprowadzac w stan innego upojenia, niz stricte farmakologiczny.
A tak mi sie chce wina...! -_-`
Bede dzielna; pokrzepiam sie ciachem- nie takim jadalnym, choc kto wie...*_*
Ostatnio bowiem, na stare lata, odkrylam w sobie.... fanke boysbandu!!! Nieznana strona zycia kloszarda z Krzeszowa, chyba ksiazkie wezne napisze.
Boysbend Lexington Bridge sie nazywa, i ostatnio zawarl pakt, na mocy ktorego dziadzia Snoop Dog wzial i wyciagnal troche LXB z szamba slodkich boysbandowatych pien.
Ale kit z tym- choc kawalek jest zaiste przedni; obczajcie no tego boya:

Ciaaacho! Jerome-Ciacho! Szkoda, ze na zdjeciu nie widac jego wprawnych plasow, swoja droga co ja mam do tych mieszancow, naprawde...
A! skoro przy psach jestesmy: ma kto psa?
To jak ma- jak woli: spotykac w lesie innych pieskowiczow, czy nie?
Ja nie znosze.
Ide sobie do lasu, chilloucik, cisza, spokoj, pticy jakies...a tu zza krzaka wyskakuje pan Gienio, z gotowa opowiastka o tym, jak to sie jego psina strula i haftowala na osiem kolorow, plynnie przejdzie do barwnego opisu wlasnego stanu zdrowia, po czym zakonczy zgrabnym dowcipem o polityku.
Tym, tym >:)
NIE-LU-BIE >_<
Poza tym - ludu, gratuluje wyboru (batona)! :D
czwartek, 11 października 2007
Aklimatyzacji ciag dalszy
Poprzez wizyty w domach publicznych oswajam sie na nowo z polska rzeczywistoscia.
Najpierw poczta, mega kolejki i awanturujace sie dresy; nastepnie bank, i jakze swojska przepychanka `Pan-tu-nie-stal!`; pani sprzedawczyni, ktora- przysiaglabym!- miala ochote cisnac w Ole paczkiem, za to, ze ta zareklamowala towar. No co- w srodku bylo nie to nadzienie, co obiecywala etykietka.
Zamiast w klyenta, paczek zostal wsciekle ciepniety do kosza; i tak dobrze, ze Fasolka nie zarobila blacha. A o glodujacych dzieciach to juz nikt nie pomysli.
Ech, nieczuly swiat...
Radio i telewizor obrazaja mnie i moj sluch nieustannym przedwyborczym jazgotem, co kolejna reklamowka, to bzdurniejsza, jakis program kluski, wybory batona, do tego jestem wplatywana w sopocka konspiracje: wracam ze spaceru z Ciastonem, i przekazuje rodzicielce tajemnicze `Pozdrowienia od Bizona..`. o_O
Zaby zjadly bociana, over over.
Podejrzana sprawa.
Nic nie chce wiedziec, wy tez nic nie wiecie. Nigdy nie slyszeliscie tego kryptonimu, ani tym bardziej, ze przekazal mi to niepozorny przechodzien z pieskiem.
Wolnych Bizonow juz nie ma ,wszyscy to wiedza.
Wrzucilabym tu jedna fotke z mojego triumfalnego powrotu z lotniska, zeby wszyscy widzieli, co kolega Kotis robil, ale nie bede taka }:P
Za to pokaze, co ja robilam w samolocie z nudow:


Oraz przedstawie moje super techniki przystosowawcze:

sobota, 06 października 2007
Stan po-Potterowy
Tak mi sie dziwnie tu pisze, bo odnosze wszechogarniajace wrazenie, ze jest to nie wiecej, jak pensjonarski pamietniczek, ktory sama - ja i ja tylko- sobie czytam; istotnie, to jedyne niemalze miejsce, gdzie to, co pisze, jest czytelne ...-_-`
 Wlasnie skonczylam ostatni tom Harry`ego Pottera.
Zawsze, za kazdym razem, gdy koncze czytac jakas doskonala historie, pozostawia mnie to wypalona, wydrazona; nie jestem w stanie nic tworzyc, bo zbyt jestem przepelniona tym, w czym chwile wczesniej tonelam po uszy, gorzej- zwiazanie z dana opowiescia jest tak silne, ze opada mnie rodzaj marazmu: nie sposob pobic cos doskonalego.
Nie ma sensu pisac cokolwiek, poniewaz istnieje olbrzymie ryzyko, ba- 90% prawdopodobienstwo powielenia jakiegos wzoru, moze nawet nieco zapomnianego, ale ktory juz ktos gdzies umiescil.
Powtorzenia slow, czy wyrazenia, ktorym juz wielu sie pozluzylo; stworzenia postaci, ktore przemaszerowaly juz przez setke ksiazek.
Rece opadaja, kartka papieru pozostaje pusta, moge co najwyzej isc nad morze i zagapic sie w jego kaprysna zonglerke kolorami. To zarowno uspokaja, jak i pozwala osadzic obrazy, tloczace sie w umysle, tam, gdzie wedruja wszystkie nie-wlasne historie.
Ale to wymaga czasu, jalowego, beztworczego czasu ogolnego rozdraznienia i niemoznosci odnalezienia sie w rzeczywistosci.
Ale mam powod, by nigdy nie chciec spotkac sie z pewnymi pisarzami, jak Rowling, czy Giman. Ich ksiazki pozbawiaja mne sil na wiele dni.
Spotkanie z nimi, uslyszenie w ich planach wlasnego cichego szkicu- byloby jadem, ktory by mnie zatrul na znacznie dluzej.

CURRENT MOON