RSS
środa, 29 października 2008
Shoggoth on the Roof

Stopniowo topią się zwały materii, zalegające w mieszkaniu. Już jest widoczny szlak do kuchni, jak się weźmie azymut na starą szafkę pod-zlewową, można też trafić do łazienki. Nie żeby kot nie biegał sobie swobodnie po całym mieszkaniu już od dni wielu- ale to wendigo. Mogę mu co najwyżej rzucić krwawy ochłap świeżego mięsa i mieć nadzieję, że nadal pozostanie grzecznym chowańcem, i nie odgryzie głowy, dowodzącej rękę, która go karmi...O_o

Porzuciłam jednak te rozkosze pioniera, i wymknęłam się na parę dni do Wrocławia, perły wśród ojczystych miast. Zapomniałam, naturalnie, o dwóch stronach położenia geograficznego Breslau- za dnia prażyło przecudne słońce, wpędzające człowieka w rozkoszny, letargiczny stan. Wiosna, panie sierżancie!...Po zmroku jednak skóra płaszcza przymarzała mi do grzbietu, i jedynie wełniana turkusowa czapa chroniła moje myśli przed lodową krystalicznością.

Odkryłam też swietny zespół, który akurat koncertował na rynku: jaki typowy, polski widok to był, gdy kapela naładowywała atmosferę gorącym, pulsującym rytmem darbuki i urokliwą melodią hiszpańskich gitarek, a tłum trwał nieporuszony, nieprzekupny, niczym Monte Casino- niezłomny do końca. Polacy ponoć lubią się bawić. Ale tylko wtedy, gdy jest półlitra na stole...-_-'

Po cóż jednak się troskać, i tak wymrzemy wszyscy, natomiast widok porannej mgły, wypełniającej Wrocław aż po kamienny zrąb miasta, będzie mi towarzyszył aż do tej chwili. Tak samo, jak niesamowity spokój, jaki na człeka spływa, kiedy zatonie w spojrzeniu żubra, odległego o ledwie metr. To- i muzyka Sainkho Namchylak oraz Gendoza. Breaslu to istotnie miasto magiczne, pełne tajemnych uliczek, ciemnych bram z ukrytymi w ich mroku knajpami, z kotłującym się oparem mgły, Żydem Wicznym Tułaczem i shoggothem na dachu. Kiedyś tam zamieszkam.

Aha, przed gdziną duchów się nie odezwę, także- Wesołych Zmarłych! :D

piątek, 17 października 2008
Fleet Street is just around the corner...
Kolejne nowe doświadczenie za mną.
Prysznic w postaci wiadra wody, którego zawartość- dzięki wlaniu dwóch szklanek wody zagrzanej w moim mikroskopijnym nordconowym czajniczku- jest nieledwie chłodna, miast lodowato parzyć skórę. Polewając się tak z przechylonego na ramieniu wiadra, czułam się jak kariatyda O_# Ech, jakbym mogła skorzystać z łaźni w stylu starożytnym, to by był ale luksus! Cywilizacja, tfu, taka jej melodia...
Poza tym w moim domu grasują biedronki. To istna plaga! Są wszędzie, przyczółek mają w łazience i początkowo mnie ucieszyły; owszem, słyszałam plotkę, że w tym roku pojawiły się stworzenia biedronki udające, tyle że kąśliwe. Jednak ufna w swoje szczęście, uznałam plagę za dobry omen: polecą do nieba- będzie chlebek. Ser, warzywka, kawa z mlekiem, wiadomo. Pizza. Takie tam.
Ale w nocy coś mnie użarło. A to- oznacza wojnę.
Wybiłam je bez litości- i tak mi się nie podobały, miały za dużo kropek. Myślę, że to one byly, te złe i gryzące. Gorzej, jeśli przez tragiczną pomyłkę eksterminowałam stadko bożych krówek... XD Ah, well- są już w lepszym świecie ^_^
Ogrom prac do wykonania jest porażający. Wszystko już na moim i Fasolki karku- sama rozkosz -_-#. Nic dziwnego, że wracając z taką perspektywą z niedzielnego obiadu u rodziców, kupiłam sobie wpierw przecudnej urody lustro nad komódkę, a potem poszłam do fryzjera.
No bo co, tak zaczynać tydzień od nieprzyjemnych rzeczy, szlifowania sufitu i malowania łazienki? Phi.
No i właśnie to było dość niezwykłe przeżycie, bo primo: po raz drugi w życiu strzygł mnie facet. Secundo: w trakcie operacji poczyniłam kilka ciekawych obserwacji, a nawet!- doświadczeń z czynnikiem ludzkim w roli głównej (ze mną czyli).
Straszny mam problem z tymi balwierzami, bo (kolejna wyliczanka. Rany, może jeszcze zrobię przypisy, bibliografę i uszczypliwą notę odnośnie konkurencji, i wtedy zamiast wpisu na bloga, wyjdzie mi naukowa publikacja! *_* )
1. nie wiedzą, że najważniejszą i główną rzeczą, jaką robię swoim włosom, by je umodelować, to pozwalam im wyschnąć własnym tempem. Nie używam suszarki, chyba że już bardzo muszę wyjść, a na zewnątrz jakiś mróz jest; śmiesznie by wyglądało, gdyby mi zamarzły w lodową czapę na głowie.
2. nadużywają prostownicy i lakieru, co wg mnie nie ma sensu, bo prosty wygląd moich włosów utrzyma się i tak ledwie przez kilka godzin, by następnie przejść w kolejnę formę zawijasa, upodabniającego mnie do Jonki z „Kleksa”
3. nie rozumieją, że ja naprawdę lubię swoje pokręcone włosy. Co więcej- chcę, żeby takie były zawsze. Nie będę zmieniać ich natury tylko dlatego, że fryzjerzy nie wiedzą, jak ciąć i układać takie coś.
Ale pan fryzjer bardzo się starał, skaleczył się w palec, biedaczysko, kilka razy upuścił grzebień, i podrapał mi ucho twardą szczotką, ale najlepsze zostawił na koniec, bo podczas prostowania (oczywiście...) włosów, niemożebnie poparzył mi skórę. Sweeney Todd na lokalną miarę, jak rany XD
Początkowo nic nie mówiłam, po pierwsze dlatego, że było mi go trochę żal, ten skaleczony palec i w ogóle...Poza tym- ciekawa byłam, czy wytrzymam. Widzicie, ostatnio mam takie dziwne sny. Bardzo niepokojące.
Najpierw śniło mi się, że trafiłam do piekła. Zupełnym przypadkiem! I musiałam się stamtąd cichaczem wynieść, zanim ktoś z obsługi się zorientuje, że jestem bez żadnego przydziału. Lecz, szukając drogi wyjścia, przeszłam przez niemal wszystkie jego kręgi i się napatrzyłam, oj napatrzyłam...Paru znajomych spotkałam. Kolegę z japonistyki też: spoczywał w podłużnym pojemniku, pełnym wrzącego oleju; stopy miał kompletnie zwęglone, ale zachowywał osobliwy spokój. Sęk w tym, że później, wynikiem zbiegu nieszczęśliwych wypadków (jak inaczej w ogóle ja mogłabym się znaleźć w piekle?..), i ja wpadłam do skwierczącej rynienki... Bywa, że człowiek odczuwa ból, zadany mu we śnie- to na szczęście nie był jeden z tych przypadków. Strach, owszem; strach był prawdziwy.
Następnej nocy- cóż za odmiana. Ląduję w świecie Morfeusza, i gdzie?
Na stosie! Hucząc płomieniami, jak martenowski piec!
Mówię wam...Chyba zmienię profil lektur.
Dość, że chwilę przetrzymałam żar suszary, nim zagaiłam uprzejmie, że trochę ciepło. Ponieważ zaś fryzjer spojrzał na mnie jak na upośledzone dziecko („Doh--- To suszarka jest, młotku”), musiałam się wyrazić dosadniej. Ech, co ta japonistyka robi z człowiekiem...Nie powie, żeby otworzyć okno, lecz westchnie i zacznie się wachlować onucą -_-‘
Na koniec moją głowę otoczyła chmura sprayu, wobec czego po skończonym zabiegu miałam fryc a’la Jackie Kennedy. Tyz piknie. Następnego dnia ten kask wyglądał już, jakby piorun w rabarbar strzelił, ale co tam.
Podzielę się jeszcze pewną krotochwilą: zachwyca mnie figlarność właścicieli lokali, usytuowanych przy sądach i więzieniach. Ot, w Poznaniu na Młyńskiej taki pubik nazywa się „Bar Pod Kluczem”, przy czym szyld faktycznie ozdabia wizerunek starego klucza, natomiast na Nowych Ogrodach w Gdańsku jest „Bistro Alibi”. Filuty! Aż korci, żeby otworzyć w tej samej okolicy knajpę, i nazwać ją np. „Corpus Delicti”; kierownika sali przemianować na „świadka koronnego”, a z „Menu” zrobiłć „Pozew” :D Natomiast klawisz...tfu!- kelner, wręczając rachunek na tacy, mówiłby konfidencjonalnie:” Oto poszlaka”.
Ps. Właśnie Fasolka pomogła mi poustawiać sprzęty w moim pokoju tak, jak to sobie umyśliłam, dzięki czemu niebawem ziści się moje marzenie, będące niczym innym, jak marzeniem katowskiego czeladnika.
...
Już wkrótce będę mogła wieszać! *___*

poniedziałek, 06 października 2008
Znaki czasow


Jak daleko może się ciągnąc smród za wojskiem?
Na pewno jest krótki niczym motyli żywot w porównaniu z koszmarkiem, przez który przedzieram się od miesięcy. Powiadam wam, ręce mam spękane, poszarzałe od wżartego w nie kurzu, poranione i gdzieniegdzie poparzone, tak bowiem kobiety w dzisiejszych czasach przechodzą przeprowadzki.
Pod stertą pak, skrzynek i mebli.
A tak, bo któraś z moich czcigodnych antenatek utarła zwyczaj (zaraza na jej dumę i samowystarczalność!), że w mojej rodzinie spodnie noszą kobiety. No, ja faktycznie noszę portki od dwóch tygodni- nie że te same, Cthul broń; tyle że w ogóle. Spodnie. I czuję się tak, jakbym od tych tygodni nie przebrała piżamy na jakieś cywilizowane odzienie. Krótko- źle mi z tym, źle i niedobrze. Mogłabym w podobnym poczuciu komfortu hopsać po trójmieście w śpiworze -_-'
Jednak fakt jest taki, że zawsze tak było, jest, i wedle najświeższych prognoz- będzie u mnie w rodzinie, że tak niemęskimi w końcu zajęciami, jak pomalowanie mieszkania, połamanie wielu drewnianych mebli na szczapy, a następnie zniesienie tych TON DREWNA do piwnicy- zajmują sie kobiety. Przecież. Mężczyźni nie mają głowy do takich damskich bzdurek, szkoda czasu na prośby i apele.
Ech, szkoda słów. Chyba nie jestem rozczarowana, w końcu wiem, z jakiego pnia wyrosłam, tak?...
Kiedy mieszkanie zostało puste, zostałyśmy z Fasolką jak squaderzy, bez kawałka mebla; rozwinięta karimata służyła za jadalnię i sofę w jednym, stolik ubudowalysmy z deski i kilku cegiel; wrocil do łask mój stary nordconowy czajniczek, starczający na niecały kubek, obrazu zas dopelnialy łyse żarówki, dyndajace smetnie na kablach. Oczywiście, nagle zaczęły się przymrozki, więc zaczęłyśmy żmudny, choć wcale zajmujący proces palenia poszatkowanych mebli i starych listów w piecach. Stąd moje oparzenia- płonące listy pofrunęły, panie dzieju...że łoch.
Działo się.
To jedynie potwierdza lokalną plotkę, jakoby czekała nas zima stulecia. Znowu. Tak jak w zeszłym roku, i dwa lata temu...
To ciekawe, w istocie, bo wygląda na to, że w rok zaliczamy stulecie. Ale, zważywszy, że rozwój cywilizacji homo sapiens sapiens odbywa się powolnymi pełźnięciami przez eony, takie skróty mogą wyjść nam tylko na lepsze. Nie ma się co wzbraniać przed przyspieszeniem tego, co dobre (jak mawiali inkwizytorzy, podlewając stos oliwą).
Sęk w tym, że my się prędzej ogrzejemy przy zniczach na Wesołych Zmarłych, niż poczujemy ciepełko we własnych kaloryferach w Gdańsku. Przyjdzie nam zemrzeć z chłodu, i nie dane nam będzie tedy zobaczyć nowe milenium- które, zgodnie z powyższymi wyliczeniami, nastąpi za siedem lat.
Mazzltov.
A ja wierzyłam, że we wrzesniu to ja już będę przemeblowywać pokój. Po raz trzeci.
Ha! Behold- The HANGED FOOL *

*No tak; zmęczenie, jakiego nie pamiętam od czasów pierwszego roku japonistyki sprawia, że po raz drugi jestem zmuszona dopisywać logiczne pomosty pomiędzy tym, co myślałam pisząc, a tym, co wynika z treści notki. Bo myślałam nader logicznie- ale pisałam skrótowo. W Tarocie jest karta, podobna do dyndającej powyżej postaci. Wisielec. Ale tylko Głupiec dałby się powiesić za nogę, mając wolne ręce. A jednak- time has come, and here I ---hang -_-'

czwartek, 02 października 2008
Poznaliśmy się w wannie
To początek piosenki jednego z ciekawszych projektów na polskiej scenie muzycznej, Granda Banda. Zbieranina ludzi przeróżnych zawodów, obdarzona zdolnościami muzycznymi i cudnym poczuciem humoru, inteligentnym i błyskotliwym, stworzyła niezapomnianą płytę. Jedną niestety, dlatego trzy razy cenniejszą przez to. Ta piosenka, którą przytaczam („Poznaliśmy się w wannie- Jak pani weszła tu?- Skąd pani w lutym wzięła- białą gałązkę bzu?”, przy czym partie chórkującej „pani” śpiewa bas :D ) to zdaje się nieszkodliwa kpinka z reklamy. Pewnie jednej z pierwszych reklam w ówczesnej polskiej burej rzeczywistości (Granda Banda to lata 80-te). Na pewno papierowej- pamiętam pierwsze reklamy telewizyjne, pumeksu firmy Pulokolor :D A także, kiedy to w Pani czy innym piśmie po raz pierwszy napotkałam reklamę pisemną. Miałam średnio-mało lat wtedy, ale już wiedziałam, że zdjęcia i obrazki w pismach i gazetach to generalnie pipka- liczył się tekst.
Toteż z uwagą przeczytałam krótką historię o kobiecie, której życie i skóra uległy gwałtownej odmianie po tym, jak napiła się soku. Stronę wieńczyło zdjęcie kolorowego pudełka z Kaczorem Donaldem- zignorowałam je naturalnie, kolorowe obrazki to dla dzieci i w Płomyczku. Wiadomo.
Kilkakrotnie wracałam do początku tekstu, próbując odnaleźć w nim jakiś sens- nie był to artykuł, bo nie padły w nim żadne dające się sprawdzić fakty, nikt też się pod nim nie podpisał. Wyglądało to na fikcyjną historyjkę, ale napisaną przez kompletnego dyletanta: ani początku, wprowadzenia bohaterów- nic tak naprawde nie było wiadome o życiu tej kobiety, poza tym, że z tajemniczych powódów jej życie było smutne i szare, aż do momentu, gdy.
Pamiętam, że odłożyłam czasopismo ze zmarszczonymi brwiami, poruszona tym oczywistym nonsensem i zaniepokojona, że najwidoczniej nikt nie zwrócił uwagi na całą jedną stronę straszliwych bzdur. Czy ludzie do tego stopnia nie rozumieją, co czytają, że kiedy trafią na dyrdymały (zakrawające na jawną obelgę)- nie reagują?..
Tak było...ech. Śmieszni byliśmy za tą naszą żelazna kurtyną; śmieszni, ale bardziej czujni i myślący. Bez mózgów przepranych telewizyjną papką i zalewem koncumenckich dóbr.
Z frontowych wieści- Bob Budowniczy ma nas już chyba po dziurki w nosie. W ogóle nie słuchamy jego rad.
Kilka słów tytułem wprowadzenia postaci: Bob to złota rączka, sprawny robociarz, który faktycznie zna swój fach. Aspiruje również do bycia dekoratorem wnętrz, co na pewno zdaje egzamin w przypadku ludzi, którzy nie bardzo wiedzą, jak chcą, by ich mieszkanie wyglądało, poza tym, że znajomi, wpadający na kawę i ciasteczka, powinni mieć powody do należytej zazdrości.
Ze mną i Fasolką jest inaczej. Przede wszystkim znajomi zwykle dostają tylko kawę, czasem, jak się trafi, to do tego paluszki. Ciasteczka rzadko kiedy sie uchowają, goście musieliby mieć niezwykłe wyczucie, żeby pojawić się u nas mniej więcej w tym samym czasie, co ciacha. Godzina w te czy wewte może być rozstrzygająca, ponieważ ciasteczka w moim towarzystwie mają niezwykle krótką żywotność- i stąd te słone paluszki dla gości. Bo ich tam w tej paczce jest masa mrowie; a ciasteczek- osiem? Dziesięć? Pff, jak mówi ludowe porzekadło- czym się nie najesz, tym się nie naliżesz. Proponowanie komuś jednego ciasteczka (bo resztę już dawno ewaporowałam) byłoby okrucieństwem. Aha, ale to się nie tyczy mnie, mi można dawać nawet jedno ciasteczko, z góry dziękuję ^_^ 
Wracając do tematu- Bob musi być bardzo zniesmaczony pracą z nami, bo po pierwsze: nie zgodziłyśmy się na halogeny w łazience. Po drugie- na wmurowane między kafelki aliganckie lustro w tejże. Trzecim punktem wywołującym niezadowolenie Boba było moje wymalowanie pokoju. Kolor pięknie wyszedł, tak na mareginesie. Zostawiłam tylko około calowej szerokości niepomalowany pasek pod sufitem, żeby go dosztukować, jak wrócę tam z płaskim pędzlem.
„Co pani zrobiła?!” lamentował Bobby-boy „Za wysoko pani pomalowała, to trzeba było zostawić od góry białego!”
...
Jedyne, co byłam w stanie z siebie wydusić, to „Ja lubię zieleń, dla mnie może być i do sufitu.” The horror. Nie wiedziałam, o jakjej szerokości pas białości mu chodziło, ale podejrzewałam najgorsze: zielony na dwa metry, i reszta na chamską biel. Może jeszcze olejną poprawić, żeby się błyszczało jak szkolny korytarz? Lynoleum i zdechła paprotka w doniczce, na koniec zaś segment i rozłożysty jak spasiony hipek skórzany komplet wypoczynkowy, z obowiązkową kanapą narożną i stolikiem o szklanym blacie :D
I Ikea jak ta lala.
Btw- wczoraj nas przeprowadzono. Teraz zostało sprzątanie niedobitków, śmietków i resztek. Sama przeprowadzka trwała dla mnie ponad 20 godzin, najgorszym zaś momentem była walka z pianinem; starym, czarnym, ciężkim Schwechtenem, który nie opuszczał mieszkania przez blisko 30 lat. Słowo honoru, krążyłam po domu jak lew w klatce, siłą niemal się powstrzymując, żeby nie stać nad tragarzami, posykując i biadoląc, ale bliska byłam tego.
To pianino to juz nie jest tylko instrument; to mój fetysz, środek gładkiego oderwania się od trudów codzienności, najlepsze odprężenie po stresie i wysiłku wszelakim.
A tymczasem to moje kochanie, z braku platformy, którą panowie mogliby je wrzucić na samochód, stało na podwórzu bite kilka godzin. Naturalnie, opatuliłam je kocami, kapami i folią remontową, którą targał wściekle wiatr, tworząc jakiś taki poszum tajemniczy a tęskny. Co jakiś czas wychodziłam na zewnątrz, żeby sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku, aż wreszcie nie wytrzymałam- porwałam z mieszkania taboret, klucz i urządziłam na podwórku ostani koncert lata :D
A owóż rewelacja: znów zupełnym przypadkiem zarobiłam swoim graniem! Chwilę po tym, jak skończyłam, sąsiadka przyniosła mi racuchy z jabłkami :D Może z radości, że już sobie idziemy na wieki wieków...XD

Ps. Widelczym skrytozercom mowimy stanowcze NIE. Przysiegam, ktos nam wynosi widelce.

CURRENT MOON