RSS
sobota, 31 października 2009
Psia mać

Radości życia...Któraś z wrześniowych ulew zalała Gdańsk i oczywiście- nasze parterowe, położone dogodnie w niecce mieszkanie zaczerpnęło deszczówki w piwnicę, aż miło.
Tak. I to przeszło mi przez myśl, że tak się niechybnie stanie.
Co mi jednak umknęło, to to, że stojąca na podłodze w piwnicy wielgachna waliza- może nie Samsonite, ale jednak słusznej wagi i ceny- nie będzie nieprzemakalna.
Nie przewidziałam tego; nie zajrzałam tam od razu po powodzi.
I teraz wynoszę na śmietnik worki zimowych rzeczy, ładnie woniejących grzybem. Resztę próbuję ratować, jak się da, płacąc za to charczącym oddechem i lekką powtórką z rozrywki z zimy 2007/08, kiedy to grzyb w sopockim mieszkaniu omal mnie nie zabił (bez oddychania człek długo nie pociągnie raczej). Pralnię chemiczną nawiedzić mogę najwcześniej w poniedziałek a i to wątpliwe- może pobożny narodek taki, wywczasować się będą...
Ech, nie ma to jak zima za pasem, a mi jedne ciepłe portki zostały. I dwie ciepłe spódnice- miejmy nadzieję, że aż tyle, po chemii się zobaczy. Choć z drugiej strony nie jestem pewna, czy nie taniej mi wyjdzie kupienie kilku nowych rzeczy, niż próba odratowania tych starych... -_-'
Nienawidzę grzyba. Nienawidzę parterowych mieszkań, zapleśniałego, starego budownictwa, Gdańska i jego pieprzonych nieszczelnych piwnic. Ja chcę na Arubę ;__;
środa, 28 października 2009
Nobles obles*

Zajrzałam na bloga Tenel, a tam notka o polskiej kondycji międzynarodowej (poniekąd), i jest to o tyle ciekawe, że dziś zupełnie dla siebie wyjątkowo posłuchałam sobie, co tam, panie, w polityce.
Tam zaś- śmiały plan zdelegalizowania hazardu w naszym cud(acz)nym kraju, co pomysłem jest szczytnym i kompletnie utopijnym, bo -obawiam się- spowoduje dokładnie to samo, co prohibicja w latach 30tych.
Hazard zejdzie do podziemia, przyprawiony do tego kuszącym aromatem Rzeczy Zakazanej. Zejdzie państwu z radarów, i pozbawi skarb tegoż wpływów.
Poza tym Em straci pracę. Też lipa.
Na szczęście nigdy nie miałam w sobie żyłki hazardzisty, inaczej rwałabym już szaty- jaki by ten plan nie był utopijny i bezsensowny, wcale nie znaczy, że nie zostanie wprowadzony (koślawo i w zdeformowanych kawałkach) w życie, utrudniając je wszystkim. Problem w tym, że to utrudnianie już się zaczęło, czyli np. w pubie Kiński w Sopocie nie pozwalają grać w karty.
I żeby jeszcze była fura kapuchy na zasłanym suknem stole, spluwy pod tymże, kubańskie cygara i klezmer z Sycylii. A tu co- towarzyska partia remika przy piwku, no siermiężnie i chędogo. Ale nie, hazard, poróbstwo i Apukalipsa, zainterweniowała więc oburzona barmanka, która nakazała moim znajomym zaprzestać tych gorszących ekscesów.
Na razie z moimi konfratrami dekujemy się w nadmorskim pubie, i tam trzaskamy w karciochy cały wieczór, bo tam jeszcze wolno.
Lecz nie wątpie, że wkrótce nadejdzie kres tych rozkoszy.
Wniąsek? Trza wyrychtować piwnicę.

Muzycznie: obejrzałam broadwayowski "Rent".
Pod względem wokalnym -i w zasadzie każdym innym też- bije wersję filmową na głowę, poza może Mimi, która w spektaklu jest niesamowicie drapieżna; duża,  muskularna i cały czas sprawiająca wrażenie, jakby ostatkiem sił powstrzymywała się od przegryzienia Rogerowi gardła. Albo komukolwiek innemu, jeśli chodzi o ścisłość. Laska ma twarz predatora- na swój sposób ładną, ale o przerażającej mimice.
Mimi....ghaaaa!!...XD
Film przegrywa również brakiem niektórych scen i postaci, jak gorzko-śmieszne przyśpiewki świąteczne ("Christmas bells are riiiingiiing, Christmas bells are riiiingiiiing....out of town. Santa fe?.."), czy niesamowita, budząca dreszcz postać dealera narkotyków. Wielkie TAK, jak kto może- niech obejrzy.

I ta piosenka, koniecznie:

*Mówiłam, oglądałam telewizję, i tam właśnie pan polityk błysnął znajomością jezykow obcych i najlepsza z mozliwych legitymacja braku przynaleznosci do tej burzuazyjnej kasty noblesow. -_-'
piątek, 23 października 2009
Parówka z kreta

Z miejsca rozczaruję smakoszy, mogą odłożyć porwane w gorączce kajety, nie podam przepisu na kreta, wy łotry! Kretów się nie je.
 Chciałam za to zaproponować osobom przeziębionym niezwykłą inhalację, jaką uzyskamy drogą wsypania do odpływu udrażniacza do rur i zalania tego wrzątkiem, bez uprzedniego upewnienia się, czy odpływ nie jest aby przypadkiem zatkany dokumentnie, po wręby, z czubkiem.
Był.
Gryząca para, jaka buchnęła mi w twarz, przedarła się przez wszystkie otwory w mojej głowie, sypnęła skrami po szkliwie zębnym i z pewnością wytyczyła nowe szlaki na kresomózgowiu.
Już nigdy nie będę takim samym człowiekiem...
Dobra, nikt nie jest takim samym człowiekiem, jakim był minutę temu. Ale ja nie będę już taka sama- bardziej XD
Mimo tak drastycznego przeczyszczenia zatok, nie spłynęło na mnie cudowne ozdrowienie, przeziębienie trzyma się mnie lepiej, niż postanowienie noworoczne, a ci wszyscy dobijający się o poranku domokrążcy, listonosze, technicy, naciągacze, spragnieni pogawędki sąsiedzi i ok- mile witani, ale jednak BUDZĄCY  MNIE z ozdrowiającego snu dostawcy zamówienia z Avonu- nie ułatwiają mi pełnej rekonwalescencji.
Stan mój żałosny po części można zaś wyjaśnić trzema słowy: zbliża się Nordcon.
Nordcon, na który w ogóle nie planowałam jechać, po zeszłorocznej kaszanie. Ale zobowiązania towarzyskie nie pozostawiły mi wyboru w tej kwestii, raz zaś pogodziwszy się z myślą, że jadę- wpadłam w istną gorączkę. Najpierw pojawił się pewien plan, który, uzyskawszy pozytywny odzew w grupie, rozkręcił się do rozmiarów Wielkiego Projektu, wysysającego ze mnie siły wszelkie; pomysł goni pomysł, wyczerpujące przygotowanie sprawiają, że pędzę na rezerwach i ostatnio zaczynam miewać wrażenie, że mój mózg stoi w ogniu.
Właśnie, inny dowód mojego rozgorączkowania: podczas oglądania czołówki kolejnego odcinka House'a, nagle moja uwaga przeogniskowała się totalnie, ponieważ na ekranie pojawił się---rysunek mózgu. Ten sam, co zawsze od początku serii, widziałam go już tysiąc razy, a tu nagle- zawiecha i utrata kilkunastu sekund odcinka. Móóóóóózg....XD
Co do samego House'a- wszystko świetnie, nowo rozbudzona ludzka strona naszego miłego socjopaty wzrusza, jest ci on człowiekiem, etc. Ale poza opracowaniem nowego zestawu "czujących" min, Laurie musiał do tego sezonu dopracować w zasadzie tylko jedno: wyraz Spływającego Olśnienia. Zaczyna mnie drażnić to, co A. zarzuciła serialowi znacznie wcześniej: 60% genialnych odkryć doktorka to wynik zupełnie przypadkowych słów własnych bądź cudzych, nazwijmy to sobie Momentem Niezobowiązującej Pogawędki Z Windziarzem. O całkach, na przykład.
Brak logicznego ciągu przyczynowo-skutkowego, który nawet jeśli w ilościach śladowych, to jednak występował w serialu.
Aż do teraz.
Teraz rozwiązania podpowiada Housowi Wielki Manitou, co ujmuje - moim zdaniem- wiele z wiarogodności i barwności postaci.
Ech, idę sobie pokopać we wspomnianym zamówieniu. Dla mnie są tylko dwa specjały, ale wielką przyjemnośc sprawia mi samo przeglądanie kosmetyków i czytanie etykietek. To prawie jak Gwiazka, no co...-_-'
A tu coś przyjemnego do posłuchania:


czwartek, 15 października 2009
Repo! The genetic Opera
 
No i wreszcie obejrzałam wszeteczną, krwawą, gotycko-cyberpunkową rock-operę. Cóż...rzeczywiście, bardzo juszy. Juszkowy Gród 2.
Kilka piosenek naprawdę niezłych, ale niestety, wokalnie nie rzuca na kolana. Terrance Zdunich, o którym jakiś czas temu pisałam, głównie melodeklamuje, poza utworem "21st Century Cure", gdzie słychać jego wspaniały bas.
Sarah Brightman jako Blind Mag miała okazję kilka razy się wykazać- szczegolnie w piosence "Chase the morning", ale jednak muzyka w tym filmie nie odpowiada jej możliwościom wokalnym- jest prosta. Linia melodyczna jest straszliwie prosta, w każdej niemal piosence, a dla dodatkowego ułatwienia zawsze jednocześnie z aktorem jakiś instrument ciągnie melodię, przez co całość robi się nudna, płaska; żadnej wzbogacającej drugiej warstwy, dysonansiku, nic.
Główna bohaterka, Shiloh, grana przez Alex Vegę, momentami dobrze śpiewa i nieźle gra, ale w większości piosenek wyłazi z niej taki niedoszkolony Tokyo Hotel; dziecko nie wie jeszcze, czy chce zawodzić po gotycku, czy rockowo zdzierać sobie struny głosowe, czy wyduszać dźwięki przez ściśnięte gardło... Ale w piosenkach takich jak "I didn't know I'd love you so much" czy "At the opera tonight" niezle daje sobie rade. Jest to młody głos, co słychać oczywiście, ale brzmi prawdziwiej, niż gdy dziewczę próbuje huczeć niczym Chylińska.
Paris Hilton jako Amber Sweet- nie należało się spodziewać popisu wokalnego, więc żadnego rozczarowania na tym polu, a jako trashy-surgery-addicted-goth-girl spisuje się bardzo dobrze. Największą niespodzianką jest sam RepoMan, czyli- uwaga, uwaga- nie kto inny, jak Anthony Head, czyli Giles z Buffy! O_O Wiem, wiem- szok. A jednak naprawdę dobrze śpiewa- piosenki jak "Legal assassin" czy "Night surgeon" to potwierdzaja.
Całościowo- myślę, że warto obejrzeć, bo czegoś takiego jeszcze nie było. Krew, flaki, lateks i koronki. Co kto lubi :D Fotosy:









I trailer: Zas kilka dnie temu obejrzalam "Twilighta", obsmialam sie jak norka, takze film trwal ponad dwie godziny, przez wszystkie zatrzymania i powtorki.
Lecz- nie smieszyl mnie pomysl na wampiry, ktora skrza sie w sloncu, bo coz, to nie jest przedmiot do naukowych polemik. Czy wampiry SA czy NIE SA spalane przez slonce.
Ale sam scenraiusz, pelen luk, niedokonczone watki- i nie, nie sa to tematy odlozone do czesci drugiej. To raczej tracilo porzuceniem tego i owego, calosc nieco rozlazi sie w szwach, zas beznadziejne dialogi i dziwaczna, zeby nie uzyc mocnego slowa na "Z", gra nie poprawia odbioru.
Najwiekszy ryk smiechu zabrzmial, kiedy po raz pierwszy sie pojawil doktorek Carla Cullon, wygladajacy tak, jkby dopiero co wyskoczyl z yaoiowej mangi z lat 80-tych. Az sie chcialo zapytac, gdzie zostawil swoj hitlerowski mundur- moze razem z nabijana cwiekami czapka w Blekitnej Ostrydze? :DDD
Nie moge sie doczekac dwojki. Nie moze byc gorsze, ale moze bedzie rownie smieszne :D
wtorek, 13 października 2009
A imię jego jest...JENNY!*_*

  Mamy, my, Słowianie, coś naprawdę wyjątkowego, czego nie mają inni, czyli nie-Słowianie (no dobra, zdaje się, że narody romańskie już to od nas ściągnęły, dammit..)
Poza odpornością na wysokoprocentowy alkohol -_-
Mamy zupełnie wyjątkowe i piękne imiona męskie, kończące się na "o". Zawsze tak było, że to było nasze: nasz był Zbyszko, Mieszko i Janko, i mogliśmy być z tego dumni (chyba nadal jesteśmy, bo te imiona- dzięki bogom- nie znikają, choć do najpopularniejszych wciąż nie należą).
A tymczasem- coż odkryłam wczoraj? Ograbiono nas! Podebrano nam nasz własny, osobisty pomysł! Bo oto, co widzę na słupie ogłoszeniowym: charakterystycznie wygięta sylwetka w mafioskim kapeluszu i napis "This is Jacko".
Rabunek, rabunek, powiadam...
Być może mieszkańcy Podlasia wzięli sprawę we własne ręce, i wywarli zemstę na zachodnich imiennych skrytożercach, bo ponadawali swym wsiom i siołom miana tak rozkoszne, że ja niekiedy byłam o włos od odgryzienia sobie języka.
Prostki. Szczuczyn. Cięrzkowo. Mońki.Mszczewo.Trzcianne. Zblutowo. Kleszczele.
I wiele, wiele innych :D
Nie mówiąc o takich zapraszających znakach, widywanych po drodze, jak Czarcie Kopyto czy Juszkowy Gród. Z dużym upodobaniem tłumaczyłam te nazwy Holendrom, rejestrując ich na poły akceptujące dowcip, na poły zdjęte grozą twarze.
A- dotrzymałam słowa danego sobie, grałam wczoraj 2 godziny 50 minut, także tylko kilka siniaków mam na pamiątkę. Zaś na zewnątrz- szron, skute mrozem kałuże. Masa ludzi wciąż się myli, wydaje im się, że to już listopad- trudno im się dziwić, jesień tego roku mamy...jaką mamy XD

środa, 07 października 2009
Oops- I did it again...

Zgadza się, znowu to zrobiłam. Znowu się pokrzywdziłam.
Tak totalnie zatraciłam się w rytmie, że doprowadziłam się do żałosnego stanu.
Wspominałam, że znalazłam kapitalne warsztaty bębniarskie? Sam, czysty, ognisty huk bębnów, żadnych pierdołowatych saksofoników czy new age'owych pień- tylko i wyłącznie bębny.
No i to niestety tak na mnie działa, że nie zważam zupełnie na sygnały ciała: dopóki rytm trwa, to ja gram, choćby zaczął sypać się sufit a świat trzeszczeć w posadach(warsztaty są w podziemnym pubie) XD Mogliby mnie zatrudnić na Tytaniku, słowo honoru. Pod warunkiem, że mieliby tam sekcję na djembe -_-
Kiedy wróciłam późno wieczorem do domu, po wielu godzinach grania, moje dłonie już miały wielkość pontonów, dodajmy, żę stojących w ogniu; z najwyższym trudem udało mi się wyjąć soczewki (czynność wymagająca złączenia palca wskazującego i kciuka), a nim zasnęłam, upłynęła godzina, wypełniona tak palącym bólem, że to się w głowie nie mieści. Po prawdzie, uwierzyłam już, że popękały mi kości śródręcza XD
Na szczęście o poranku prawa dłoń wróciła już do mniej więcej normalnego stanu, lewa prawie, no i zostały jeszcze te dziwaczne siniaki, tworzące makabryczne pierścienie wokół palców...Brrr.
Wiem, to bardzo niezdrowe.
Tym gorzej, że nie zamierzam temu zaradzać.
Tak samo, gdy tańczę, i muzyka jest naprawdę, naprawdę dobra. Dzięki sportom, do jakich mam zamiłowanie, moje kolana już nigdy nie odzyskają 100% sprawności, i wielogodzinne tańczenie nie jest wskazane. Lecz - cytując E.Dickinson- cóż z tego?
Kiedy sie zapamiętujęw tańcu, to nie czuję bólu.
Aż do ranka dnia następnego XD
Niebawem zaś rusza nowy kurs tańca, na jaki się zapisałam. Dopóki nie zobaczę, w jakim stylu są prowadzone zajęcia, nic więcej nie powiem, ale przypuszczam, że są to dość, hmm---karkołomne pląsy XD
Heh, bogowie, ale to uczucie, kiedy jest się częścią tego potężnego dźwięku, kiedy otacza cię kilkanaście innych, rozedrganych rytmem bębnów... Po prostu odlatuję "_"
Raz, w momencie, kiedy skończyliśmy kilkunastominutową sesyjkę, nagle z góry, znad wylotu przewodu wentylacyjnego, dobiegły nas wiwaty, okrzyki i brawa- na ulicy musiała się zebrać publiczność. To jeszcze bardziej zagrzewa do nieprzytomnego bębnienia.
Tylko następnym razem nie przekraczam trzech godzin. Tak, teraz to były trzy i pół godziny grania NON STOP. Myślę, że skrócę to o godzinkę, wtedy może ból nie dosięgnie łokcia XD
piątek, 02 października 2009
Koromogae, kimochigae
  Wrocilam z Puszczy, goscie wyjechali, lato sie skonczylo. Jak na zawolanie, z chwila ich wyjazdu lunely deszcze, wiatr jal trzaskac oknami, zaczelo sie ZIMNO. Owszem, kilka slonecznych dni nas jeszcze czeka, ale juz wiem, ze czas udac sie do piwnicy, przytargac kufer i dokonac wymiany jego zawartosci z aktualna zawartoscia szafy. Jestem pewna, ze gdybym sie postarala, znalazlabym stosowne haiku na okolicznosc, w koncu wczoraj wypadalo koromogae...
Nie czuje sie w tej chwili na silach opisac, wlasciwie oddac slowami wyprawy ostatniego tygodnia. To byl tylko tydzien?...Az trudno uwierzyc.
Razem ze zdjeciami przyjda anegdotki, o przecudacznej przewodniczce, wscieklym koniu i przewrotnosci mieszkancow Podlasia. Teraz tylko wspomne, ze chec kolekcjonowania niezwyklych, niecodziennych przezyc sklonila nas do tego, bysmy przed 6 rano wkroczyli do serca puszczy- oczywiscie nie sami. Wspomniana przewodniczka byla niezbednym warunkiem pozwolenia na wkroczenie w najstarsze ostepy lesne, jakie sie w Europie uchowaly.
I w momencie, gdy przekroczylam stara, drewniana, niewyrazna w szarowce brame, odnioslam wrazenie, jakbym weszla do katedry. Sprzed czasow religii, sprzed czasow ludzi nawet; w oddali - ale nie tak znow odleglej- bylo slychac tylko jelenie na rykowisku, oraz gluchy tapniecie padajacych drzewnych olbrzymow. Wierzcholki najwyzszych drzew ginely wsrod koron nieco nizszych towarzyszy, przez co naszym niebem byla zielen.
Powaznie rozwazam mozliwosci osiedlenia sie w poblizu tej kniei. Na co komu magiczne kregi, miejsca mocy, lay-lines czy inne kurhany, kiedy wystarczy wejsc do puszczy?...
Tam slowo las naprawde znaczy dla mnie swiat.
Teraz zas wrocilam, ledwo goscie znikneli na horyzoncie- wyrwalam drzwi z futryny, i zaczelam sie wraz z Fasolka pastwic nad nimi wyzynarka i szlifiarka, potem je zabejcowalam i teraz inhaluje sie z upodobaniem wyziewami impregnatu.
I tone w muzyce. Nuty malowniczo zsuwaja sie po politurze pianina, co bez efektow dzwiekowych moze sprawiac mile wrazenie, ale podejrzewam, ze sasiedzi juz serdecznie nie znosza Piazzoli, piosenek z `Chicago`, o `Wade in the water` nie wspominajac. Coz... Jesli nie bede grac, mam wrazenie, ze palce mi sie spala. Musze.
Bo inaczej sie udusze }:P
Na pierwszym odcinku nowego sezonu House`a nie moglam sie skupic, bo tam, na oddziale, bylo pianino, ale wiecznie zamkniete,  zas on zagral na nim raz. RAZ! I tez mi- koncert: pare taktow jedynie. Myslalam, ze oszaleje, co i rusz uciekal mi sens poszczegolnych scen, no bo bylo tam, drewniane, dziwne takie- pianinooooo...
Znalazlam taka oto piekna wersje Wade in the Water A to byla nasza aranzacja- uwielbialam to spiewac; nieprawdopodobne uczucie mocy narastalo i gotowalo sie w czlowieku, kiedy wstrzasala nim fala dzwiekow, wydobywajacych sie z gardel basow, altow i tenorow (z reguly grupa, w ktorej sie spiewa, brzmi jak przedluzenie wlasnego glosu, wiec sie jej zbytnio nie dostrzega). Na koniec zas wystep Alvin Ailey Dance group, oczywiscie do tej samej piosenki, ale jakze inaczej- przebosko- zaaranzowanej (koniecznie trzeba doczekac do 2:51 minuty):
CURRENT MOON