RSS
niedziela, 03 października 2010
Przebudzenie puzona

Ależ mnie łapy bolą... Spód i wierzch (!) dłoni, przedramiona, łokcie. Znów bębniłam, ale tym razem nie na dobrej starej djembe, a na brazylijskim bębnie zwanym surdo- wielka metalowa pucha, wisząca na pasie opasującym biodra. Walisz w nią pałkami- kolana też mam posiniaczone w związku z tym.

Nie był to stały punkt programu niestety, po prostu byłam na warsztatach; rytm wyszedł smaszny, gęsty i ognisty, i cudowne było to, że ludzie łapali w lot, o co loto. Prowadzący zapodawał rytm, dwie, trzy próby- i graliśmy! Cudnie; nic mnie tak nie doładowuje, jak gra na bębnach i taniec (dejavoo-doo, ale jakie, mam teraz...O_o). A grając brazylijskie rytmy maszeruje się w miejscu rozkołysanym, tanecznym, a w którymś momencie wręcz transowym krokiem. Rytm warczy i dudni, i to jest tak, jakby on tobą kołysał, jak fala przyboju, jak wiatr *_* Jakżesz ja to kocham... Szkoda tylko, że łapy mnie teraz tak niemiłosiernie naparzają.

Dobrze wobec tego, że wieczór muzyczny odbył się wczoraj. Spotkaliśmy się standardowo, w trójkę- mam jeszcze paru muzykujących znajomych, ale niezmiernie trudno jest przekonać ludzi, że spotkanie się, żeby razem poczynić trochę muzyki, dla przyjemności, byłoby świetnym sposobem spędzenia czasu. I że nikt z nas nie ma papieru na jakikolwiek instrument, a w ogóle to głównie improwizujemy, no i gramy na wszelkich dostępnych instrumentach, nawet nie mając pojęcia, z której strony się w to-to dmucha :D Fasolka do tego robi artystyczne wokalizy, piękne rzeczy z tego niekiedy wychodzą, a nic tak nie uskrzydla, jak świadomość, że jest się rękami/ustami, tworzącymi te boskie dźwięki.

Dźwięki eksperymentalne są, oczywiście, w większości, ale to, moi drodzy, jest jazzzzz :P Poza tym- prawdziwa sztuka rodzi się w ogniu. Najlepsze jamy wychodzą nam po dobrych dwóch godzinach rozgrzewki, docierania się, rozluźniania.

I dlatego, choć Fasola i W. pewnie mnie za to wciągną na listę "do odstrzału"- zapodaję nasz najnowszy, wsymakowany kawałek nastrojowej improwizacji z eksperymentalno-ambientowym filingiem. Nie wiem, co ja plotę, ale puzon- puzon rządzi.

A!- na początku może razić mała kakofonia, będąc pierwszym testem prawdziwego melomana; jest to, oczywiście, zaplanowane, a przy tym potrzebne, by tym mocniej uwypuklić późniejsze popisy; poza tym- trzeba było się dotrzeć :P Kwałek nosi tytuł----"Przebudzenie Puzona". Dosłuchać do końca!

piątek, 01 października 2010
Królowa Śniegu

Moja jedna Królowa Śniegu zajęła trzecie miejsce, druga została wyróżniona.

Bardzo miło, bo choć uczestników nie było wielu, to jednak więcej, niż troje- udało mi się nie zająć "zaszczytnego drugiego miejsca, podczas gry rywal zajął haniebne przedostatnie". Co oznacza przede wszystkim tyle, że uczestników konkursu było dwoje, a ty masz dobrych przyjaciół.

Nie, uczestników było więcej, ja oczywiście zdołałam w międzyczasie zapomnieć o konkursie, cieszyłam się tylko, że się królcia podoba, i tyle.

Ale kiedy zobaczyłam pracę, która wygrała... Śmiać mi się chciało. Stock (tu: pula surowych zdjęć, które można było wykorzystać do fotomanipulacji), jaki był dany do naszej dyspozycji przez organizatorów konkursu, był ogromny; moja królowa nr 1 była pierwszą pracą, jaka się pojawiła, w ogóle.Więc kiedy patrzę na tą pracę... (obczajcie, tu link: http://news.deviantart.com/article/131646/)

Praca nr 1 (nie moja) i praca nr 3 (moja): poza, światełeczko na dłoni, kolumienkowa poręcz....zdumiewające podobieństwo. Bliźniacze wręcz... Ech, życie. Ja kocham cię, kocham cię, kocham cię nad życie :D A ludzką naturę powinnam zabutelkować i popijać dla zdrowotności, codziennie trzy krople na kostce cukru, dla osłody. Żeby się uodpornić- jak na arszenik.

A- tu jest ta wyróżniona, a co tam- niech se pokróluje na blogu przez chwilę :)


CURRENT MOON