RSS
środa, 26 stycznia 2011
And the flash-bomb is...!

Mimo panującej w tym tygodniu dominacji dementerów, nie mogę jednak zaprzeczyć, że i w mojej rzeczywistości zdarzają się scenki oraz postacie, warte opisania, bo są albo zabawne, albo niecodzienne, albo dziwaczne, albo cokolwiek obrzydliwe, ale i tak śmieszne.
- Pan A., ładny urodą indyjskich boddhisatvów, co tylko podkreślało psychotyczny ognik, czający się w jego półprzymkniętych oczach. Przez pierwsze dwa miesiace swojej bytości w Polsce A.zachowywał się, jakby z trudem powtrzymywał drzemiącego w jego niewysokim ciele zwierza od rzucania się na ludzi i rozdzierania im gardeł, a który od stycznia musi jedzie na różowej i musującej porcji prozaku, jest bowiem ułożony jak lotosu kwiecie, skupiony i, o zgrozo, się uśmiecha.
Przerażające to nieco. 
Choć nawet jego uśmiech nie jest tak szokujący, jak to, że A.nieustannie skrobie się po twarzy, a tym, co wyskrobie/wydłubie, ciska w ludzi XD
Zapewne bezwiednie. Ograniczam się do ćwiczenia uników; niebaczne słowo mogłoby znieść prozakowe tamy.

- Sugi, który conajmniej raz dziennie z rozbrajającą bezczelnością oznajmia, że jemu nikt niczego nigdy nie odmawia, bo wszyscy, z preziem włącznie, go kochają. Najlepsze, że chyba nie gada z czapy- większość Japończyków mówi o nim i do niego: "Sugi-chan", a nie chcecie wiedzieć, co się dzieje, kiedy Sugi przychodzi na szwalnię do tych pięćdziesięciu bab... XD

- Widok Japończyka, który z łakomym błyskiem w oku wyciąga paczkę śmierdziuszków, w podobie suszonych krewetek czy innych kalmarów, i je sobie ciamka błogo, a reszta biura w udręczeniu wdycha opary starych skarpet, w które zawinięto dawno zmarłą rybę.
Dziś pan M.postanowił zrobić niespodziankę panu K., i położył taki rybny zezwłok na biurku kolegi. 
Siedzącego zaraz naprzeciw mnie XD

Ale nic mnie tak nie rozwaliło, jak Francuzka, która co jakiś czas nas wizytuje, ale nigdy dotąd nie miałam okazji z nią rozmawiać. Kiedy okazja się zdarzyła, z coraz większą konfuzją obserwowałam wyraz zagubienia i wręcz szoku na twarzy dziołchy, bo rozmawiałam na zmianę z nią i z kolegą, do którego rzuciłam wcześniej parę słów po polsku.
Wreszcie wypaliła: "What is your origin?!"
Szkoda, że nie wyskandowała "Identify yourself!" :D
Nie wyglądała na przekonaną, kiedy jej powiedziałam.

Jednak tytułem "Flash-bomb of the day" zostaje obdarzona rozmowa, jaka miała miejsce podczas lunchu. Ludzie wyjęli pudełka z sałatkami, mięsami, całymi zestawami obiadowymi, a ja jak zwykle- kanapkę. Wywiązała się rozmowa o pichceniu, kiedy to bez wstydu wyznałam, że szkoda mi czasu na gotowanie sobie wymyślnych dań, byle zjeść coś ciepłego, a jak jeszcze będzie dobre- to bonus. Najczęściej- zupy oraz eintopfy, całkiem już dobra w nich jestem.
"Szkoda ci czasu?- skrzywiła się P.- A co jeszcze można robić na takim zadupiu? Co robisz, jak przyjdziesz z pracy?"
Mnie samą zaskoczyła iście desperacka pasja, z którą odpowiedziałam: "Gram!".
P. na początku sądziła, że chodzi o gry komputerowe. Sąsiadka obok wyprowadziła jąz błędu, a potem obie spojrzały na mnie bez śladu zrozumienia, wręcz z politowaniem, które przeszło w grozę, kiedy potwierdziłam, że gram codziennie.

I to jest to.
Podobnie, jak pisała Mo. u siebie, tyle że to zupełnie inny sort działań- ja naprawdę mam co robić, kiedy wracam z pracy. Czas, który muszę podzielić pośród tych wszystkich działań, jest żałośnie okrojony, a i sił nie zostaje mi tak dużo, toteż ledwo obdzielam tymi kilkoma nędznymi godzinkami wszystko to, co mam do zrobienienia.
Pisanie (co najmniej cztery rzeczy do wyboru), rysowanie (dwie), czytanie (trzy), granie (conajmniej godzina dziennie), przygotowywanie gruntu pod działalność TFUrczą, i jeszcze parę innych.  
Pozostaje kilka upierdliwości, typu ugotowanie sobie czegoś, upranie/przyszycie/przepradowanie/odkurzenie, i robię to, bo tak trzeba; ale szkoda mi każdej poświęconej na to minuty.
I tak, jak P. nie mogła pojąć, jak mogę marnować np.godzinę dziennie na granie, ja nie rozumiem, jak można nie mieć nic do roboty i uważać gotowania za jeden z kluczowych i bardziej pożytecznych sposobów zapełniania sobie wolnego czasu.

Natomiast od razu widać, że nieosiągalny jest dla mnie wspólny język z ludźmi, dla których zjedzenie obiadu i włączenie telewizora to jedyne dopuszczalne przez normy czynności, którymi można wypełnić sobie dni.
Gram...Haha, dobre sobie- na keyboardzie? Który miałby mi zastąpić pianino?... To jak pragnąć świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego, a w rzeczywistości napić się słodzonego preparatu z plastikowej butelki. Jak chcieć wypłynąć łódką na rozsłonecznione jezioro, a miast tego "powiosłować" na maszynie w cuchnącej siłowni.
Och, moje czarne słoneczko... 

niedziela, 23 stycznia 2011
Sms z Szeolu

Obiecałam aniołka i wrzucam aniołka.
Nie jest to może puchaty, mały amorek, ani połyskliwy Serafin, ale...
Anioł? 
Anioł :P
Swoja drogą, dlaczego ludzi przeraża ta moja Puppen, to nie wiem...
Po prawdzie bardzo mnie ucieszyło, kiedy ktoś na DA skolekcjonował ją w folderze pod hasłem "Something horryfying".
Nie o to chodzi, że ktoś się wystraszył, aż tak źle ze mną nie jest.
Chodzi, upraszczając, o wzbudzenie żywych emocji; jak najsilniejszych, najprawdziwszych, najgłębszych. O dotarcie i umoszczenie się w czyjejś pamięci, w tych głębokich, półświadomych i podświadomych pokładach, bliżej snu niż wyrozumowanej rzeczywistości.
A coś, co jest "horryfying", to nie Antrios. To nie beżowa garsonka. To nie fokstrocik i pudding z ryżu.
To- excuse mu French, again- PIERDOLNIĘCIE.
I to jest jeszcze przede mną, ale ilekroć coś rysuję/maluję/gram- staram sie znaleźć o krok bliżej.
(i tak, nauczyłam się nowego kawałka. Tytuł znowu radosny jak piknik w Innsmouth: "Obliviate")



sobota, 22 stycznia 2011
Skutecznie grajac bluesa
Wreszcie weekend.
Wreszcie mogę odpocząć od pseudopolszczyzny ludzi, którym się wydaje, że moja praca polega- jak już to kiedyś pisałam- na bezmyślnym wypuszczaniu słów, przetworzonych z jednego języka na drugi, i że oni sami nie potrzebują konstruować zdań z orzeczeniem, wyposażonych w sens, bo tłumacz wszak zrobi to - za nich!
Neologizmy w ogóle wypierają polszczyznę, vide tytuł notki.
I tak "skutecznie" dostaję kwiatki w podobie: "No bo tam na frontach to jest taki kawałek, i ja nie wiem, ja już to kiedyś ten, ale tam jest ta rybka, no i nie wiadomo, co z tym robić".
No ni hu hu nie wiadomo, zgadza się.
Albo: "Niech on mu powie, co tam z tym." (ogólne machnięcie ręką, zadowolona mina, cisza).
 Z czym?- wnikam.
"No z tym tam, on będzie wiedział."
Japończyk, ku bezmiernemu zapewne zdziwieniu PT Czytelników- nie wiedział. Przyjrzał mi się tylko  podejrzliwie i zaczął formułować zdania BARDZO DUŻYMI LITERAMI.
Albo japoński supervisor zadaje jakieś bardzo konkretne, bardzo proste, nie mające prawa budzić wątpliwości pytanie. Typu- żeby nie zdradzać sekretów firmowych- "Czy element X jest już zamontowany do maszyny Y?"
Odpowiedź brzmi: "Tam jest inny problem, bo tam jest ten rygielek, i ja mówiłam maintenancowi, ale QC mówi, że cośtam, a my kończymy piąty set, i potem nie ma kto tego brać".
I znów ja dostaję zestaw DUŻYCH KANJÓW. Ha! żeby- HIRAGANY.
Strasznie mnie to wkurza i męczy, i sama zaczynam mówić coraz chaotyczniej, coraz bardziej śmieciarsko i byle jak.
Dlaczego dorośli ludzie mówią jak czterolatek?! Nie słyszą samych siebie? Czy tak głośno sami przemawiają we własnych głowach, że nie orientują się, iż słowa, wydostające się w formie dźwięku to nielogiczne strzępki wewnętrznych monologów?
Blarh.

Weekend. Muzyka.
W ciągu tego tygodnia nauczyłam sie dwóch kawałków na pianino.
No, na keyboard, ale wybaczmy mi to- nie mam pianina, tylko ten bezduszny kawałek plastiku, który jednakowoż jest mi jedynym ratunkiem.
Więc mam już w palcach "Arię wiedźmy" i muzykę z "Insygniów śmierci" (cóż za ciekawy dobór tytułów..)
W ten weekend zamierzam dodać jeszcze conajmniej jeden utwór, ale ja nie o tym.
Wiecie, że ja -zupełnie automatycznie, nie zastanawiając się nad tym- tytułuję dźwięki? Dotarło to do mnie, kiedy grałam sobie "Arię" i sms oderwał mnie---właśnie. Od czego mnie oderwał?
Nadaję nazwy własne konkretnym akordom, sekwencjom, brzmieniom. Same sie właściwie określają, ja tylko odnajduję to właściwe słowo.
"Zdziwienie". "Lis". "Persistance".
Prawie jak tradycyjny teatr indonezyjski- żeby zatańczyć i zobrazować "wstręt", trzeba chyba codziennie ćwiczyć pilates twarzy. Nie mówiąc już o chirurgicznym usunięciu stawów z palców.
Cholera wie, może mimiką też obrazuję to, co gram? XD
niedziela, 16 stycznia 2011
Niech ktos powstrzyma moj mozg!

Slad przeprowadzek znacze recznikami.
Pierwszy zostal na kaloryferze gospodarza z Zebrzydowej.
Drugi swisneli mi karczmarze.
Pozostal mi jeszcze tylko jeden, i jest mi w tym momencie cenniejszy, nizli zloto; bede go strzec, jak kawalka turynskiego calunu bez mala.
Calunu turynskiego w Troskliwe Misie. Niech zyje Dyskordia!
Zas moja matka chrzestna wypowiedziala slowa, ktore rozgrzeszyly mnie przede mna sama z fobii na ludzi siol i pol. Czulam bowiem w jakims stopniu wstyd wobec nabywania przez mnie iscie folwarcznych odruchow i okreslen, jakimi chetnie bym szafowala przy kontaktach z sola ziemi slaskiej. I kaszubskiej tez, zeby oddac sprawiedliwosc.
I martwilo mnie nieco, ze moge miec taka alergie na drugiego czlowieka; wtedy jednak przekazano mi pelne zatroskania slowa chrzestnej.
To sa po prostu zupelnie inni ludzie. Nie sa---i tak, to zabrzmi po pansku, z wysokosci konia, i ze swistem nahajki w tle, ale nie o to loto---nie sa tacy jak my.
Dobrze, ze to powiedziala...Czulam sie juz jak nazi -_-
Tubylcy. Ich swiat jest dla mnie inny w stopniu uniemozliwiajacym ogarniecie. Inne rzeczy sa dla nich istotne. Przez pryzmat innych wartosci oceniaja siebie nawzajem.
Np. karczmarze. Nie sa lubiani we wsi, o nie. `O, ten G. to jest pazerny na kase!` mowia sasiedzi zlozliwie, ale w tej zlosliwosci pobrzmeiwa nuta szacunku. Obrotny chop! Sprytnym szwindlem odebral komus firme, albo za noclegi w niewyremontowanej ruderze kasuje jak za zboze. Lebski karczmarz, nie ma co!
Nikt tez im nie podskoczy. B. pomogla mi w przeprowadzce, ale z oddala, zza wegla. Sama zrobilam piec kursow, zeby zniesc swoje rzeczy do jej samochodu, ale ona nie przylaczyla sie do akcji, bo `nie chciala sie angazowac, rozumiesz`.
Wlasnie ze nie rozumiem.
Bamber to bamber, chytrus i naciagacz. Z czym sie tu cackac?
Nie sposob mi pojac ich sposobu myslenia; ale probuje. Zwyczajnie w swiecie stosujac mimikre. Od najmlodszych lat musialam sie do niej uciekac, zeby przetrwac. A raczej- powinnam byla to robic, ale nie robilam, bo nia gardzilam, i moje dorastanie do latwych nie nalezalo.
Teraz niekiedy mam wrazenie, ze juz nie umiem prowadzic szczerej rozmowy. Usmiechac i smiac sie szczerze. Boje sie, ze te sztuczne usmiechy, wyraz zainteresowania loklanymi sprawami, ubawienie niesmiesznym dowcipem, zastapil mi normalny wyraz twarzy, ze juz nie zetre tej rzezby z fizys.
A naprawde odstawiam ten teatrzyk tylko tyle, ile trzeba, zeby jakos sie toczylo.
Moze dlatego tak chetnie w weekendy zamykam sie w czterech katach, albo uciekam na pola, jak dzis. Gdzie nie ma potrzeby udawac, dla dobra stosunkow miedzyludzkich.
Chyba przestane pisac, bo zaczynam znow sie zastanawiac, co ja tu robie. A niestety, juz i tak swiadomosc, ze to tylko tymczas, jest widoczna w tym, ze zachowuje sie i spedzam tu czas jak czlowiek, ktory siedzi na walizce i czeka, az podjedzie taksowka.
Przeczekujac. Od dwoch tygodni mam rozdarta kieszen i tak z nia chodze- nie zabieram sie za nia. Nie maluje paznokci. Nie bawie sie juz w vintageowe fryzury. Po co?- pyta sie cos cichutko w mojej glowie- to tylko wiocha, z ktorej niebawem wyjade, i praca, o ktorej bez zalu zapomne.
Niech mi ktos opowie inteligentny dowcip~




sobota, 15 stycznia 2011
Na nowych śmieciach

Udało mi się.
Przeprowadziłam się.
To się odbyło w ciągu 2 godzin: wyszłam z mojego przesyconego grzybem, ciemnego pokoju, pomaszerowałam prosto nad staw, wedle instrukcji skręciłam w ścieżkę przed nim i- znalazłam pokój.
Rósł przy drodze, w górnych konarach uroczego, bielonego domku.
Aż trudno mi uwierzyć w tak ogromny kontrast: jeszcze wczoraj, jeszcze kilka godzin temu była frustracja, dół i wszelka radosc życia, uciekająca ze mnie z każdym oddechem, jako że spłycałam go, żeby nie wciągać w płuca za dużo grzybnych zarodników.
A i tak ledwo mogłam znieść zapach, którym przesiąkły moje rzeczy, moje włosy, skóra...
Teraz- siedzę w czystym, jasnym, pachnącym pokoju, na parapecie stoją zapachowe świeczki, kilka ciekawych świeczników z giętego żelaza, wiszą dyskretne ozdóbki choinkowe; na podłodze panele, ściany pomalowane na ciepłopomarańczo, a za oknem widok na staw i nowy drewniany pomost z ławami i stolikiem.
I boję się oddychać z ulgą, bo może coś sie kryje pod tą idealną powierzchnią. Boję się za bardzo cieszyć, żeby mnie brutalnie  nie zaskoczyła druga strona medalu, kiedy wychynie.
Ale na bogów- udało mi się! I póki co- zamierzam tu zostać. Tak, nadal w Wykrotach- ale, jakkolwiek trudno to wyjaśnić wszystkim moim kochanym mieszczuchom (takim smym, jak ja, owszem), nie żałuję zanadto. Piękno tych okolic zapiera dech w piersiach. Cóż by mi przyszło z pomieszkania tuaj przez okres zimowy, kiedy to właśnie wiosna może okazać się tu najpiękniejsza.

Samo przeprowadzanie się, rozmowy z rozmaitymi ludźmi, pertraktacje i negocjacje, to osobny temat.
Do tego chyba człowiek powinien być przyuczany, jak do zawodu prawnika!
Nie sposób uzyskać jasnej odpowiedzi na podstawowe pytanie, czyli- ile?
Nie; w odpowiedzi uzyskuje się opowieść poglądową na różne aspekty życia właściciela, jego kłopotów finansowych, ostatnich podwyżek na rynku węgla, czasu, jaki zajęło naprawianie szkód po ostatnim lokatorze, wreszcie nikłej dochodowości hodowli kotów rasowych ostatnimi czasy O_o
Trzeba też być czujnym i dysponować sprawną pamięcią, bo zeznania gospodarzy zmieniają sięco dzień. Jednego dnia to jest 600, drugiego już- "No mówiłam, 750".
Oczy tych ludzi są... przerażające. To mogę być całkiem miłe, sympatyczne osoby. Ale ich oczy zdają się szacować świat.
Jedni państwo jednak zażyli mnie najbardziej ze wszystkich.
"Musiałam odmówić tamtym ludziom, którzy pytali o mieszkanie przed panią"- wyznała mi właścicielka.- "Jak tylko wszedł ten pan...Wie pani, ja nie chcę nic mówić... (ale było wiadome, że powie, więc czekałam cierpliwie) Mi wystarczyło spojrzeć. (wykrzywiła się z odrazą) Na wygląd, na zachowanie...Ja wiedziałam od razu, proszę pani: to był (zniżyła głos do sensacyjnego szeptu) homoseksualista!"
Mało nie spadłam z kanapy.
Nie mam pojęcia, co wyrażała moja twarz, kiedy wykrztusiłam: "Ach tak?"
"Tak, i chciał się wprowadzić ze swoim...swoim partnerem! Że z kolegą, niby, ale ja widziałam! No wie pani...I nie zawiodła mnie intuicja, bo kiedy mu napisałam, że jednak wolę samotną panią, bo zresztą- tam mieszkają sami starsi ludzie...To wie pani, co mi odpisał? 'W takim razie mam panię w dupie' Taki to człowiek!"
Tak... Hultaj i łobuz, jak to gej.
Biedny facet. Wiem od właścicielki, że w pierwszych etapach rozmów o mieszkanie mówił, że szuka lokum wraz z narzeczoną, dopiero przy bezpośredniej rozmowie wyznał, że z narzeczonym. Może go zwiodła miła powierzchowność gospodyni, to, że mieszkała- jak by nie było- w mieście powiatowym, dużym cywilizowanym Z.
Więc bez wstydu, normalnie, powiedział, o co chodzi- i został odrzucony jak źródło zarazy, w nagrodę za próbę szczerości i nie wypierania się tego, kim jest. Wielu by poniosło.
Zresztą, później właścicielka wraz z mężem bardzo potępiająco wypowiadała się o Arabii Saudyjskiej, ze zgrozą pytając, czy wiedziałam, że tam nie ma ani jednego chrześcijanina, a katolicyzm jest zabroniony??
Uciekłam stamtąd z uczuciem ulgi.
Ech, Miałam dziś zajrzeć do pracy, ale chyba jednak pozwolę sobie popławić się trochę w fakcie, że wymknęłam się ze szpon karczmarzy :)


A to scena z ciekawego serialu brytyjskiego "Merlin". Jest kiczowaty i baśniowy, ale jest kilak powodów, dla których warto go obejrzeć: - Anthony Head jako Uther Pendragon <3 - Bradley James jako Arthur <3 - muzyka - baaaardzo baśniowa atmosfera. Cóż z tego, ze niektóre efekty szpecjalne, jak walka z gryfem, czy smok, wydzierają jęk rozpaczy z mojej krtani. Jest w tym filmie magia, jaka powinna się znaleźćw serialu fantasy, szczególnie poruszającym tak wyślizgany temat, jak legendy arturiańskie. Choć są znaczne zmiany: Merlin jest służącym Artura. Ginewra jest służącą Morgany. Mordred nie jest synem Artura. Nimue to zła wiedźma jest. Ale Uther, jak nieubłagany tępiciel magii i czarnoksiężników jest prześwietny, i mogę już chyba śmiało powiedzieć, że Head jest jednym z moich najulubieńszych brytyjskich aktorów. Rola Gilesa go strasznie upupiła, dopeiro jako Yther czy Repoman pokazuje, na co go stać.
A Bradley James...Cóż. Możę na zdjęciach wygląa jak mydłek. Ale trzeba go obejrzeć, żeby zrozumieć, dlaczego chciałabym mieć zaczarowany, ruchomy io gadający plakat z jego podobizną. Zwłaszcza gadający- co. Za. GŁOS.

A to moja ulubiona pieśń z pierwszego odcinka. NO kto powie, że to nie ma baśniowej atmosfery?
poniedziałek, 10 stycznia 2011
Red River Cargo

Zabilam dzis tego wielkiego pajaka zza szafy.
Weszlam do pokoju, prosto z pracy, w marszu zdjelam buta, i nie zwalniajac kroku, trzasnelam tym butem o sciane, tam, gdzie potwor sobie siedzial.
Nawet nie walczyl; zginal jak-pajeczy, wstretny i obrzydliwy- ale  mezczyzna.
A potem zginal jeszcze jeden, takze komar i biedronka; trudno, nieuniknione koszta wojny, durna krowka sama weszla na linie ognia -_-
Moze natchnal mnie fakt, ze po trzech miesiacach wcinania zelaza, szpinaku, zelaza, czerwonego miesa, zelaza i---zelaza, zwienczonego ponownym kluciem igla (jak ja tego nie lubie...kiedys nie bolalo tak bardzo), okazalo sie, ze przybylo mi srednio----1,2 wszystkiego. Hemoglobiny i takich tam.
Poczulam sie dostatecznie oszukana, zeby przelac nieco cudzej krwi, komus, kto ma jej bezczelnie duzo.
Potem otworzylam szeroko okna, zeby pozbyc sie trupiego zaduchu (bez ochyby zdechle myszy pod podloga), pokrecilam sie wokol kuchni, zeby odstraszyc chlopo-robotnikow, ktorzy dzis sie wprowadzili z calym dobrodziejstwem laciny podworkowej i papierosowym dymem; zgarnelam do siatki wiekszosc jedzenia, ktore nie potrzebuje przechowywania w lodowce i zabralam do pokoju. Po czym sie spakowalam.
Jutro jade obejrzec pokoj w miejscu nazywajacym sie- ach! nazywajacym sie Czerwona Woda.
Najdalej pojutrze sie stad wynosze.
I w tej intecji prosze, by wszyscy trzymali za mnie kciuki. Boje sie momentu, kiedy powiem karczmarzom, ze sie zegnam z ich cuchnacym pokojem i z nimi. Irracjonalne. Glupie. Ale sie boje.
Ci ludzie potrafia byc...nieprzyjemni. Majaczy nad nimi jakas taka grozba, jak cien z klonica.
Czerwona Woda... Czy powinnam sie zrobic na rudo, zaczac pisac zla poezje i marzyc o purpurowych oczach i kruczoczarnych lokach teraz? :D
sobota, 08 stycznia 2011
Troje Gniewnych ludzi

Jadac na wioche, 15 godzin, mialam okazje przystosowac sie po drodze do wioskowej mentalnosci nielubianej przeze mnie grupy spolecznej.
Malomieszczanie. Ach, solo tej ziemi!...Czemuzes nie zostala w ziemi?
W przedziale siedzialo troje Gniewnian. Rozmawiali cala droge (kiedy dwoje wysiadlo, szybko zabarykadowalam sie sluchawkami, zeby ten trzeci nie zaczal mowic do mnie). Mialam zatem okazje nasluchac sie i sprobowac przygotowac na wies. Na ciasnote horyzontow; zasciankowosc i porazajacy prymitywizm.
Ale im dluzej sluchalam, tym wieksza ogarniala mnie zgroza.
A co, jesli siedzieli przede mna reprezentanci najliczniejszego typu Polakow?
Co, jesli takie poglady na zycie ma 60, 70, 80% populacji naszego kraju?
Omowili wszystkich sasiadow. Ze szczegolami. Ich zycie, domy, stan majatkowy i spoleczny; przechwalali sie, kto czesciej chadza do kosciola. Jeden z nich podrozowal po swiecie, ale prezentowal najbardziej szowinistyczne, buraczane poglady z calej trojki.
Aha, i tez pojawila sie krytyka i drwina z ekologow, i calego tegu `gadania o ociepleniu sie klimatu`.
Poznalam zatem: proboszcza (`Co un gada to nic zroumiec nie mozna; zawinela mu sie gosposia!`), Zenka (`litra ci wypije, ja spie, a un na rower i do domu`), zone Zenka (`Spokojniutka, do kosciola chodzi, ale cicha; za cicha. Ale robotna, w domu to ma czysto, nie powiem.`), Lidke (`Stara panna, prych!`), ksiegowa (`stara panna!...ale slyszalem, ze ma tera jakiego chlopa.`)
Z trudem udalo mi sie zachowac powage i nadal udawac sen, kiedy rozmawiali o trudach uczenia sie jezykow obcych, i ktores z nich mowi: `Ludzie to maja roznie, jedni sa do nauk scislych; inni do jezykow obcych.... (chwila ciszy) No i polonisci.` :D


środa, 05 stycznia 2011
Ponad chmurami zawsze jest słońce

Kolejny tłumaczeniowy cymes, czyli dlaczego lubimy domorosłych twórców napisów do filmów.

Film- Just dance.

Tekst oryginału- Wow, you're a closet romantic!

TFUmaczenie- Ale romantyczny klozet z ciebie ;-)

Schoen...

Horoskopy na ten rok mam nader obiecujące (uwielbiam szczególnie ten o "kosmicznym slalomie" i "płonącym biopolu"; nie wiem, dlaczego nieodparcie nasuwa mi on obrazy dzikiej ucieczki przed tłumem uzbrojonym w pochodnie -_-) najlepsze zaś, że w każdym jednym jest, że na początku roku najdzie mnie rewelacyjny pomysł, od którego Wszystko Się Zacznie. Wielka Zmiana, Wielkie Szczęście i O Fortuna.

Mamy piąty dzień 2011 roku, a ja już miałam trzy wspaniałe, nowe pomysły, które, podbudowane żarliwymi i pełnymi optymizmu rozmowami z różnymi ludźmi, zaczęły wykraczać z ram pomysłów, prosto w etap: plany.

Tak...nawet nad najnudniejszą, najsmutniejszą, zbitą i zgnitą nawałą szarych chmur, gdzieś tam, wysoko- świeci słońce.

sobota, 01 stycznia 2011
2011 czas zaczac

Zaczal sie nowy rok, podobno.
Nie odczulam tego w zaden sposob, ba- fakt, ze wczoraj byl Sylwester, nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia: sa to tylko slowa, slowa, slowa...
Nie wiem, czy jest to wynikiem tego, ze na imprezie nie bylo wielkiego odliczania. Albo dlatego, ze spedzilam impreze z minimalna iloscia alkoholu i bardzo sobie taki sposob chwale (choc, jak zwykle, kiedy ide ogladac fajerwerki na trzezwo, umieralam z przerazenia przy kazdym wybuchu).
A moze jest to wreszcie efekt powolnego, ale nieublaganego odchodzenia od przedpoganskich przyzwyczajen; nowy rok juz nie zaczyna sie dla mnie w styczniu.
Impreza jak impreza. Bylo na tyle milo, ze ciesze sie, iz starczylo mi na tyle samozaparcia, by wyjsc z domu, przez blocko i chlape przedostac sie do Sopotu, a potem wracac ta sama trasa nad ranem, w trudzie i mozole.
Choc sluzy mi swoista krioterapia, jaka mi zafundowalo trojmiasto: w kazdym przybytku, gdzie wpuszczano za biletami, z uporem wciskano mi bilety ulgowe, a parokrotnie kontroler czy pani w okienku upewniali sie surowo: na pewno caly?
(chwila kopania w szufladzie/torbie/na blacie biurka, po czym znow, spode lba: Ale na pewno? )
Az do przesady; kiedy siedzialam o swicie pierwszego stycznia na peronie w Sopocie, przylaczylo sie do mnie jakies dziecie lat --nastu, chetne omowic i porownac imprezy, na ktorych bylismy O_o How sweeeet.
Nie byl to moze fajerwerk posrod Sylwestrow, albo bardzo przyzwoita impreza, pelna spotkan z ludzmi, ktorych dawno nie widzialam- a w koncu na tym mi najbardziej zalezalo podczas tego tygodnia; bylo tez duze natezenie absurdu oraz male mordobicie w lokalu, a mottem nowego roku jest:
JEST GROSZEK- JEST IMPREZA.

Bylam na nowym Potterze!
Co wiecej- bez dubbingu, na szczescie jest w tej krainie herezji jedno jedyne kino, ktore nie pozbawia mnie luksusu ogladania filmu w oryginale.
Co tu duzo gadac- najlepsza czesc. Doskonale zrobiona. Mam wrazenie, ze ekipa produkcyjna wreszcie zarzucila pomysl robienia ruchomych ilustracji do ksiazki, a skupili sie na poprowadzeniu wyrazistej akcji. Prawdziwie- `Insygnia smierci` to po prostu dobre europejskie kino- tyle ze o magii.
I na bazie ksiazki- ha! ja w dodatku bylam na Potterze 5D, bo za mna siedzial jakis chlopiec z ADHD, ktory co jakis czas- mimo zwroconej mu przeze mnie uwagi- kopal w moj fotel, spozywal i pil z donosnym mlaskaniem, a koniec uczty zawsze zwiastowal rumor spadajacych i toczacych sie butelek, puszek, pudeleczek i sloikow chyba tez. Wreszcie- chlopie nie mialo pojecia, na jakim jest filmie. Co 10 minut, kiedy na ekranie pojawial sie ktorys z trojga bohaterow, pytal donosnym szeptem: `Czy to jest Harry Potter?` (tak, przy Hermionie tez) i glosno komentowal przebieg akcji- idealnie na uzytek potencjalnych niewidomych widzow.
Na szczescie tak mnie wciagnal film, ze tylko od czasu do czasu przesaczaly sie do mnie rewelacje mlodzienca, w typie: `A, teraz uciekli i tamci ich gonia. Dlaczego oni uciekaja?`
Zaiste, dlaczego -_-
Muzyka w tej czesci jest przepiekna.

Duzo mocnych scen, ale nie przeladowanych pompatycznoscia. Wzruszylam sie tez pare razy, a co :P I czy mi sie wydaje, czy tez gra wiekszosci aktorow zdecydowanie zyskala na jakosci? Poniewaz taka masowa poprawa w technice jest po prostu niemozliwa, musi to wynikac z innego poprowadzenia, zorganizowania filmu.
Miedzy innymi.
I nowe odkrycie: Rhys Ifans, czyli pan Lovegood- bo pana Malfoya seniora uwielbiam coraz bardziej z czesci na czesc.
Dobrze. To tyle. Jutro wracam na zeslanie i---staram sie o tym po prostu nie myslec :(
środa, 29 grudnia 2010
W droge, lisku
To bylo bardzo mroczne Yule.
Coz za ironia- gdzies w bolach i wybuchach niszczacego zaru rodzilo sie Slonce, podczas gdy u mnie przechowywal sie Aryman.
Cisza. Ciemnosc. Zapomnienie.
I sznur lampek choinkowych wokol pianina.
W zyciu nie spedzilam tak ponurego, samotnego dnia 25 grudnia.

A ta notke pisze juz po raz trzeci, bo dwukrotnie zniknela. Blog sie przelogowal. Bloxie zjadlo tekst podczas wrzucania.
I juz mi sie po prostu nie chce.
Dodaje to do stosiku drobnych przykrosci losu, jakich sie nie spodziewalam, a jakie i tak sie zdarzyly przez te kilka dni.
 
Z calej tresci poprzednich dwoch wpisow powtorze jedynie dwie uwagi.
Najciekawsze zyczenia tego roku: kiedy brnelam Kartuska, po kolana w kaszy sniegowej, idaca z naprzeciwka kobieta nagle zatrzymala sie obok mnie. Ja tez przystanelam.
Musialo to wygladac, jakbysmy sie umawialy.
`To skandal- rzekla kobieta z pasja- Powinni to byli odsniezyc przed swietami, przeciez tu sie zabic mozna!`. `Skandal- odparlam bez wahania- glowna ulica Gdanska, a - o...`. Kobieta kiwnela glowa, czemus bardzo rada; `Wszystkiego dobrego!` rzucila razno i pomknela w dalszy szus. Tez jej pozyczylam i odpelzlam w swoja strone. Gdyby to byl Bollywood albo musical z lat 40tych, pewnie bysmy jeszcze cos odtanczyly, wraz z paroma przechodniami, policjantem, piekarzem, zamarzajacym pod krzaczkiem zulikiem i garscia okolicznych kolednikow.
Sama kasza, zalegajaca na wszystkich trojmiejskich chodnikach, to jest juz prawdziwie forma sztuki. Daleko posunietej abstrakcji.
Chyba, kiedy zaczal padac ten potezny niekonczacy sie snieg, drogowcy z histeria zaczeli posypywac wszystko piachem, a kiedy sie zorientowali, ze snieg nie chce przestac spadac niebios, z piskiem porzucili kubelki i rozbiegli sie w panice.

Ja zas, wrociwszy na chwilke do domu, znow musze przyznac racje Kapuscinskiemu, tym bardziej, ze jego slowa pasuja zarowno do niego, wielkiego reportera, jak i do podroznika tak maciupenkiego formatu, jak ja.
Ja juz najwidoczniej nie istnieje w swiecie moich `lokalnych ludzi`. Jestem zawsze w formie przechodniej, ciut za progiem, na wylocie, wlasnie wezwalam taksowke, pisz na poste restante.
Rodzony-cioteczny brat nie znalazl czasu, zeby sie ze mna spotkac.
Czytaliscie `Solaris`? Pamietacie opic tego czarnego morza? Ktore bylo zbita, nieprzenikniona masa; mam teraz wrazenie, jakbym probowala zanurkowac w takim morzu, a ono odsprezynowuje mnie na wielka odleglosc. Ni dy rydy. Komplet. Wszystkie miejsca wyprzedane.
Jak ten lisek, chodzacy kolo drogi, poza koleczkiem; tyle ze ci w koleczku se po prostu tancza na ludowo, a nie, w jakies liski sparszywiale sie bawic.
W kultach solarnych jest ten moment, kiedy Slonce musi przejsc przez swiat podziemny; na wlasny uzytek nazwalam to sobie Czasem Arymana.
---Czy jest mozliwe, ze nazywajac rzecz, przywiazalam ja do siebie?
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 41
CURRENT MOON