RSS
wtorek, 21 grudnia 2010
Polajanki

Dzis trzy osoby usilnie probowaly wydusic ze mnie przeprosiny.
Jedna dwukrotnie.
Oczywiscie, nic nie uzyskaly, w dodatku jesli spodziewaly sie chocby przeprosnej postawy; wybraly mega zla droge.
Proba odreagowania na mnie tego, ze ktos na tych osobach sie wczesniej wyzyl, wlacza we mnei wsciekle czerwone swiatlo.
Nie wiem na pewno, ale podejrzewam, ze wynika to z tego, jak ludzie interpretuja cichosc, spokoj. Powiedzmy nawet: spolegliwosc. Ktora jest w istocie niczym innym, jak baaardzo zdystansowanym podejsciem do pracy i swiata, o ile nie jest to praca/ta czesc swiata, na ktorej mi mega zalezy.
Nie zalezy mi- co nie znaczy, ze olewam. Po prostu sie tak bardzo nie przejmuje.
A jak sie nie przejmuje, nie przejawiam ani wiekszych ambicji w owym obcym mi kierunku, ani gestow zaborczych nie wykonuje, ani emocja sie nie unosze, po prostu- cichosc. Jedna wielka cichosc i zorganizowane wykonawstwo.
No i ludziom sie wydaje, ze w zwiazku z tym moga mi wejsc na glowe, bo jestem slaba.
Bardzo zla droge wybrali. Jeszcze chyba nigdy nie przeprosilam nikogo, kto sie tego z wrzaskiem domagal. Nie mowiac o tym, ze sie specjalnei nie poczuwam do winy: jesli Firma sepi na tlumaczy, to niech nie ma pretensji, ze jedna osoba nie jest w stanie podolac wszystkiemu, co sie na nia zwala.
Dla siebie usprawiedliwien nie szukam- powinnam sie byla pewnie bardziej postarac czy cos- wiec tym bardziej nie zamierzam sie usprawiedliwiac w oczach innych.
Ale to bylo fascynujace- obserwowalam wysilki i ataki tych trzech osob jak zza szklanej szyby, te pretensje i proby wycisniecia ze mnie skruchy...Jakby dzialy sie na innej plaszczyznie. Jak na ekranie- nie moja rzeczywistosc.
A glownym celem moich przeprosin mialoby byc sprawienie, zeby te osoby poczuly sie lepiej same ze soba. Mialy troche wiecej szacunku do siebie.
Przy tym wszystkim- mimo pewnej madro-strasznej rady, jaka kiedys otrzymalam (`Nie przepraszaj! Przestan ciagle przepraszac`) , jakos nie przestalam. Jesli sie czuje naprawde podle z tym, co zrobilam, przepraszam. Taki moment ekspiacji za wlasne skurwysynstwo, ach- scuzatte, mio engleze...
Ale tu? Rany, bo ja jedna nie zdolalam pociagnac obowiazkow zdolnych do obdzielenia trzech osob praca na trzy dni, moj jeju...Zginal ktos?
Pfff.
Choc Japonczykowi myslalam, ze przyfasole. Bo juz naprawde przeciagal ta farse w nieskonczonosc- wiem, wymog kulturowy, obok stal `nowy` z Wysp, wzorzec, wzorzec... 
U mnie z przeprosinami jak z wiara: nie wyglaszam czegos, w co nie wierze.
Po prostu.
Udlawilabym sie na drugiej sylabie ze wstretu wobec samej siebie, a jeszcze nie chce.
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Dziwadla


Spedzajac zime na zachodnich Rubiezach, spotykam sie z mnostwem osobliwosci. A ja marze o ucieczce do cyrku, doprawdy...
Wystarczy przejsc sie do wsi.
Porozmawiac z ludzmi. Otworzyc sie na ich -straszliwa- rzeczywistosc. Przekroczyc granice wyobrazni i sprobowac zrozumiec tak odmienne sady i sposoby zycia.
Najsamprzod: wyobrazcie sobie kogos, kto cale zycie mieszkal pol godziny od granicy z Niemcami, dysponuje znacznymi funduszami oraz solidna terenowka---kto nigdy nie opuscil granic Rzeczpospolitej.
JAK?! DLACZEGO?! KTO WZIAL SER??!!..
..zapytacie.
Nie wiem, moi mili. Umyka to mojemu poznaniu, zmaconemu pewnie smogiem, jaki sie unosi nad polami.
Czyste, wiejskie powietrze, a jusci... Mam tu powtorke z Kartuskiej, bo zima w lokalnych piecach pali sie wszystkim, ze starymi skarpetkami i przedwczorajszym obiadem psa wlacznie.
Po zapachu sadzac- pewnie i samym psem.
Dalej: pasy bezpieczenstwa.
Pasy bezpieczenstwa wymyslem sa iscie diabelskim, jak stonka ziemniaczana, homoseksualizm i kolorowe ubrania. Pasom mowimy kategoryczne `NIE`, kto sie zbuntuje- dostanie widlami i sie skonczy.
A`propos widel- dzis zebralam info odnosnie faktycznej ilosci ofiar smiertelnych na lokalnych dyskotekach.
Iiii----potrzebuje zdobyc bron. Moze byc maczeta. Byle szybko -_-`
Wracajac do tematu: pasy to tak naprawde zawieszka, w razie gdyby Przedwieczni chcieli zrobic sobie strappu z naszego samochodu. Zeby nie bylo, ze my nie przygotowani na Ich przyjscie- a skad, wszystko jest jak ta lala, czeka, byle brac. A poki co niech se dyndaja, jak musza, one pasy, no co, przeciez sie nie utnie. A nuz znienacka wyskoczy jeden Przedwieczny z drugim i wrzasnie: `Dawaj strappu!` a tu masz, nie ma petelki.
I by sie zaczelo.
Trzecia rzecz: wiara w moc niewiary.
Ha! Lokalne spolecznosci potrafia odwrocic bieg rzek oraz postanowic na glowie prawa matematyki, poniewaz w to, prosze panstwa- po prostu wierza.
I to jest to. O to chodzilo! O czysta, niezmacona zadnymi wriednymi prywyczkami wiare. Czlowiek czysty, czlowiek w stanie naturalnej, pierwotnej niewinnosci WIE, ze `globalne ocieplenie` to pic na wode fotomontaz, a juz na pewno zadne emisje pylow, dymow, spalin, gazow, srazow, freonow i promieniowania z telefonow komorkowych- NIE POWODUJE OCIEPLENIA KLIMATU. Bo nie i juz! Wszystko to wymysly korporacji i zydowska propaganda. Snieg pada masami, zimno choc szczyj w oko, NIE MA zadnego ocieplenia, NIE MA zadnego wplywu czlowieka na srodowisko.
Nie ma zadnego ksiezyca, Armstrong przeszedl sie po szopie i cyknal sobie fote na tle fototapety.
Ziemia przy tym jest plaska- a juz z tym ruchem wirowym, bah! pojechali po bandzie.
Ostatnia rewelacja i recepta na zycie: autostrada skros Puszczy Bialowieskiej to jedyna opcja rozwoju Polski, ku lepszej, pelnej gazu i ropy, jarzacej sie dobrobytem przyszlosci. Ekologow nalezy, oczywiscie, powywieszac, bo to oszolomy i warcholy; las jak las, wyrabie sie jeden, zasadzi drugi, sprawa nie warta tego calego krzyku, a autostrada, no ludzie- miejmy jakies `pjorytety`.
I tak to objawione mi zostaly moje straszliwe braki w przygotowaniu do zycia na wsi spokojenj, wsi wesolej.

A dzis dostalam smsa z Ksiezyca. Brzmial tak:

`Wroce dzis pozno, wiec mozesz przyjsc po rzeczy bez strachu, ze mnie spotkasz. Ksiezyc.`

Alez!..Janku...;___;

piątek, 17 grudnia 2010
Kocham pana, panie B.Cristofori

Uff, udało mi się. 

Jak zapewne niektórzy zauważyli, mój blog na kilka dni zbanował wszystkich, ze swoją tworczynią włącznie. Klasyczny motyw, zbuntowany konstrukt... Tacy zawsze prędzej czy później kończą w płonącym młynie. Kiedyś jeszcze przerobię tą historię na pouczającą opowieść wielkiej wartości, tymczasem jednak przezornie zamilknę- była to bowiem bez ochyby interwencja PKP, poruszonego moimi jakże nieprzemyślanymi słowami krytyki.

Zaczęłam już mieć rzuty na czapę, spowodowane brakiem pianina. Stojąc na hali produkcyjnej kątem oka widzę pod ścianami skrzydła fortepianów, niczym sylwetki Paziów Królowej, powiększonych do rozmiarów, uświadamiających człowiekowi,  że przyszedł czas odpłaty za szpilki i szklane gablotki.

W istocie są to oczywiście rozmaite pudła, płachty i plansze do pakowania, spowijania i przekładania pokrowców samochodowych; jest to dla mnie jasne ilekroć spojrzę na nie wprost. Ale ledwo odwrócę głowę- widzę je. Czarne, skryte za płachtami, wszędzie- fortepiany. Ciche, groźne i wyczekujące. ..Dowiedziałam się ostatnio, że Kaszubi ubudowali największy fortepian świata; będzie stać w Szymbarku, robiąc konkurencję kolejnej chlubie Kaszub, czyli domkowi stojącemu do gory fundamentem. Pniemy się śmiele, a nasz kraj przedmiotem zawiści jest palącej. W końcu skończymy w młynie, mówię wam.

Nie wiem, kto będzie na owym lewiatanie grać, poza okazjonalnymi występmi- jak choćby najbliższy, z udziałem Możdżera. To cudo techniki będzie się zajmowało głównie Byciem Chlubą i Cudem Techniki. Piszę o zawiści, ha...Z uporem łupię w rozklekotany syntezator i jednocześnie obliczam, że z ilości materiałów, zużytych na Fortepianillę, można było zbudować dwa normalne instrumenty. Zamiast okazjonalnych fleszy aparatów, klawiszy często dotykałyby conajmniej dwie pary rąk, kilka osob więcej zostałoby uszczęśliwionych możliwością grania na instrumencie doskonałym. Kto wie, może jedna z nich byłaby akurat właścicielem Białego Fortepianu- tak, MOJEGO fortepianu, który tym samym, wobec nieoczekiwanego pojawienia się w życiu dotychczasowego właściciela nowego pupilka, przesunąłby się w tkance rzeczywistości i stanął nieco bliżej bycia naprawdę moim. Żadnego przedmiotu na świecie nie pożądam tak bardzo, aż wstyd przyznać; zdecydowanie nadwątla to moje światłe dążenia ku wyżynom ducha. Srał pies wyżyny, Ja.Chcę.Mój.Fortepian. JUŻ. Pragnę go tak mocno, że niemal czuję, jak to pragnienie bije ode mnie falą, rozbijającą strukturę wszechświata na kwarki, by złożyć ją na nowo, w jakiś nieoczekiwany, ale zapewne straszliwy kształt. Może to się już dzieje, i jutro obudzimy się w pustynnym krajobrazie post-atomowym, którego środkiem będzie kroczyć, depcząc miasta i tratując cywilizacje, Biały Ignaz Bosendorfer, Zguba Narodow...

Podobny do poniższego obrazek - wielkie sale, komnaty, korytarze i buduary, wypełnione fortepianami wszelkich kształtow, szpinetami, fisharmoniami, klawesynami, klawikordami i pianinami- często mi się śni:

All MIIIIINE!....you have to be...Ignaz, widzę cię.

A parę dni temu wprowadziłam niechcący interesującą zmianę do "Sanctusa". Zniechęcona płaskim i bezdusznym dźwiękiem syntezatora, wciskałam jak szalona rozmaite guziczki, łącząc tubę i szklaną harfę, organy i brass ensemble, aż nieoczekiwanie uzyskałam to, że od połowy klawiatury do końca basow przetransponowałam dźwięk całą oktawę w górę. Kiedy zaczęłam grać"Sanctusa", wyszło coś kapitalnego *_* To nie moja kompozycja, więc mogę powiedzieć śmiele: ta nowa wersja jest przepiękna. Już drugi dzień z rzędu chodzę nieprzytomna po pracy, bo w myślach wciąż to gram. Ach, wszechświecie...rozpadaj się szybciej, zarazo.

niedziela, 12 grudnia 2010
Wiesci
Nieoczekiwanie mam sieć, i choć łączy tak, że przypominają się dawne, pełne frustracji czasy niepodzielnych rządów TePsy, siedzę przed monitorem, zgrzytam zębami, wznawiam połączenie co parę minut i próbują nawiązać kontakt ze światem. Świecie- ahoj. Poza tym cóż innego można robić w taki szary, wietrzny weekend? Zaczęłam tracić głos, a na dworze szaleje śnieżna zadymka, ponadto ukrywam się w pokoju przed sąsiadem, który objawiać się zaczął co weekend. Człek ów para sie podobno akwizycją, ale zawsze, zjechawszy tutaj, siedzi murem w domu, co kilka minut wypełzając z pokoju, strzelając garami, gwiżdżąc i ogólnie- wkurwiając mnie niemożebnie. Może by mnie tak nie denerwował, gdyby nie to, że poprzednim razem był stanowczo za miły jak na zwykłą, dobrosąsiedzką sympatyczność. Odkrycie, że jestem w typie lokalnych wieśnioków, rozjuszyło mnie straszliwie; teraz na każdy znak zainteresowania, przymilny gest, komplement- najchętniej reagowałabym świstem korbacza. Dziwaczne? No i hun. Dziwaczeję na tym zadupiu. Przedwczoraj okazało się również, że romska mafia też mnie lubi. Nie ma nic bardziej obmierzłego, niż widok towarzyszących ci mężczyzn, jak kulą się nerwowo, podczas gdy ktoś cię natrętnie emabluje. Jak zwykle, musiałam sobie radzić sama. Co jeszcze mnie drażni w lokalnych ludziach? Wyniesione rodem z ryczących lat 90tych, nowobogackie przekonanie o tym, że fura i komóra to status, prestiż i władza. Standardowym jest widok kierowcy, prującego przez ludną, gęsto zabudowaną wieś (pozbawiona chodników, a choćby i przyzwoitego pobocza) 80km/godzinę, z komórką w ręku. Tu jeszcze pierwszy sygnał nie zdąży wybrzmieć do końca, a już podrywają telefony do ucha, i zaczynają ploty. Niech widzi wieś! Jak to sie powodzi, a co- samochód, telefon, prowadzę jedną ręką, a jak! A tak poza tym? Cóż, telewizorek stał się moim przyjacielem. Oglądam z uwagą wszystkie wiadomości, panoramy i teleexpressy, daje mi to złudne wrażenie kontaktu ze światem zewnętrznym; zaśmiewam się z głupoty niektórych obwieszczeń, ściszam przy reklamach- wszak nie zawsze trafiają się perły w postaci HAIR REAPER'a. Ale trafiają się inne, np. informacja dla telewidzów chwilę po tym, jak z ekranu zniknął gładyszowaty spiker: "Prezenterów ubiera właściciel marki jakiejś-tam". No, no... Let's have it 8-) W którymś momencie puścili migawkę wiadomości z Вести, poruszających temat wizyty Miedwiedwiejewa w Polsce. I podczas trwania krotkiej informacji, w lewym gornym rogu ekranów wszystkich czujnych Rosjan pojawiła się mapka świata, z zakreślonym na czerwono, tajemniczym a egzotycznym krajem, Polska zwanym. Dobrze, każdy widz miał dzięki temu jakie takie pojęcie, o jakim regionie świata mówimy. A przy okazji można odświeżyć nieco lekcje z matmy i geografii, dać obywatelom jasne wyobrażenie odnośnie stosunku wielkości różnych państw i państewek wględem Imperium. Najpierw rozśmieszyła mnie ta durna mapka, ale po chwili jakoś odeszła mnie chęć do śmiechu. Najpierw pokaza sama mapke. Pozniej naniosa na nia czerwone linie ze strzalkami. A potem ---potem fala emigracji poniesie mnie az do Maine- woo-hoo, bring it on, baby! :D
sobota, 04 grudnia 2010
Hair Reaper

Omal nie zabiła mnie obejrzana ostatnio reklama do włosów Elseeve Repair. Olśniewająca modelka przeszła się po ekranie, potrząsnęła olśniewająco połyskliwą, plastikową masą czarnych włosów, spojrzała prosto w kamerę i powiedziała?
"Nie wiesz, co może sprawić, by Twoje włosy dostały to, na co zasługują? Elseeve REAPER rozwiąże wszystkie Twoje problemy'
Taaak, to jest wlasnie jedna y tych sytuacji, kiedy przychodzi mi kiwac glowa nad niedostatkami polskiego systemu nauczania jezykow obcych. Ludzie: wymowa MA znaczenie.
Wiem, co mowie: wlasnie skonczylam zajecia z dziewuszka, ktora nie umie przeczytac slowa: human.
Znaki czasow.
I jeszcze: co wszyscy jecza o ataku straszliwej zimy? Od kilku lat mamy takie, przez cale moje dziecinstwo zimy tez byly takie, wiec o co chodzi?
A chce zaznaczyc, ze nie zawsze grzeje sie przy kominie, nie szukajac daleko: trzy dni temu dotarlam do pracy i wrocilam z niej na piechote, bo nie mialam dojazdu. Tak, to wtedy byl na Dolnym Slasku ten najgorszy mroz. Tak, i wichura. Tak, mylalam, ze mi oczy pekna z zimna.
I co_ Trzy godziny sie potrzeslam i w koncu przeszlo.
A zdjecia ze Szklarskiej wrzuce w pracy, ten komp siada.

niedziela, 28 listopada 2010
Z gór II

Pensjont śpi, telewizory powyłączane, panuje senna, jak zastygła w lodzie atmosfera, niczym żywcem wyjęta z powieści Vesaasa. Słyszę krakanie wron; słońce wstało nad górami, a nieskazitelny i pozłacany śnieg stanowi idealne wykończenie zimowego pejzażu
Odpoczywam.
Mimo, że ten zjazd w Szklarskiej był, w sposobach wypoczywania, szalenie podobny do Nordconu, odpoczywam setnie.
Czuję się tak, jakby mnie przeniosło do Wioski Bożonarodzeniowej z "Nightmare before Christmas". W sieci przeczytałam sobie horoskop, i stało tam, że wyjazd w ten weekend będzie najlepszą możliwą dla mnie rzeczą, że spojrzę na wiele spraw z innej perspektywy; no i oczywiście- że znajdę miłość.
Perspektywa na pewno mi się poszerzyła. Widzę góry, widzę ich niesamowite piękno, coś, na co do tej pory..może nie byłam odporna, ale nie dotykało mnie to z taką mocą, jak teraz. Wczoraj zeszliśmy do miasteczka; popróbowaliśmy gorących oscypków z żurawiną, obejrzeliśmy nowy, budujący się wyciąg na Puchatku, kupiłam sobie prześliczny kalendarzyk na przyszły rok, a potem razem ze wszystkimi poszłam do rychtycznej karczmy, idealnie komponującej się z czytanym obecnie "Wiedźminem". Drewniane ławy, wzmacniane stoły, przystosowane do tłuczenia w nie kuflem, małe, osadzone w grubych ścianach okienka, pęki ziół i czosnku na belkowaniu. Grzane wino, gwar rozmów, ciepło.
A wracając zobaczyłam błysk metalu na śniegu. Podniosłam znalezisko- spory srebrzysty kolczyk w kształcie serca, z ozdobnym napisem "Love".
Prawdziwie, moja miłość. Zimna i kłująca.

Zaraz się zbierzemy i może wypełzniemy na spacerek, w dół krętymi spadzistymi uliczkami, albo w górę, po zaśnieżonych zboczach- muszę się na zapas nałykać tego powietrza i tej atmosfery.
W tej chwili mam wrażenie, że Szklarska Poręba jest miasteczkiem wiecznie bożonarodzeniowym. Tu też mogłabym pomieszkać. A w ogóle to chcę już święta.
sobota, 27 listopada 2010
Z gór

Powinnam była napisać notkę wcześniej, zapisać na usb i wrzucić teraz, piękna, wycyzelowaną i treściwą.
A tak- siedzę w górach. Ludzie powoli się szykują na kolejną imprezę. Temperatura spadła dużo poniżej zera, w przyszłym tygodniu ma być -15 stopni. Śnieg do pół łydki.
Udaje mi się ten weekend. Nie mogę jechać na tegoroczny Nordcon- pojechałam do Szklarskiej Poręby. Nawdychać się innego powietrza. Przestać myśleć o pracy, albo- w ramach podbudowywania się- posłuchać, jakie wałki mają inni w pracy.
Nawet nie Schadenfreude- po prostu świadomość, że nie mam tak najgorzej.
Ale bardzo będę się starała wyrwać chociażby ze wsi, w której obecnie mieszkam. W tym tygodniu raz wysiadł prąd. Nagle zapadła absolutna, gęsta, nieprzenikniona ciemność; jedynie przejeżdżające z rzadka samochody rysowały na chwilę linię szosy w panującej czerni.
Prąd nie wrócił tego dnia już. Nie było do roboty nic, nawet pisało się ciężko, bo przy jednej świecy.
Dobra, nie mam co cieniować. Nie mam melodii na pisanie.
Ruszyć się. Ruszyć dalej. Argh, zmiany!...
sobota, 20 listopada 2010
Sounds like falling spirit

Kolejny skradziony moment w sieci. Nie wiem, jak dlugo jeszcze wytrzymam takie zbieranie chwil, w ktorych moge wejsc do WIRED.
Ciemnosci na zewnatrz chwilowo sie rozproszyly. Przez ostatni tydzien wychodzilam do i z pracy w identycznej, niebieskiej szarowce, w swiat oklejony gabczasta mgla, wilgotny i smetny. Przykre jest to, ze ten zewnetrzny mrok co jakis czas da sie rozegnac. Natomiast inny jego rodzaj...
Nie wiem, moze istotnie jest tak, ze ja w kazdej pracy czuje sie jak na zeslaniu. Jak to jest, miec prace, ktora sie lubi? Do ktorej az przyjemnie pojsc? Naprawde, chcialabym wiedziec. Ma ktos taka praca? Moze mi opowiedziec o niej i o tym uczuciu pogodnego oczekiwania, kiedy sie rano wychodzi z domu w ziab i mrok, i nie po to, zeby przez nastepne 8, a wszerszej perspektywie- 40 godzin czekac do takiego dnia, jak dzis? Kiedy sie mysli goraczkowo, co ja tu do ciezkiej cholery robia, i gdzie jest to miejsce, w ktorym powinnam byc?! Bo to, do stu diablow, z pewnoscia nie jest tu.
Dziwne, przez pierwszy miesiac jeszcze wierzylam, ze sie przyzwyczaje. Ale to bylo zanim sie pojawily konflikty. Nieprzyjemnostki. Mala bicz z HR`u sie nie liczyla, byla za durna, zeby naprawde mi zalezc za skore. Za to teraz...
Nie potrafie przezwyciezyc nieprzyjaznej atmosfery. Nie pomaga nawet karmiacy mnie nieustannie cuksami sympatyczny kolega, dziouchy ze szwalni czy kilku przyjaznych Japonczykow. Oni ostatnio tez zmienili swoj stosunek do mnie- ciekawe, za sprawa czyich slow?...A, hun. To nie jest cale moje zycie. Tylko ta jego czesc, ktore pozwala mi je podtrzymac  -_-
Najwiekszy smiech budzi fakt, ze ja wiem, co jest jedna z istotniejszych przyczyn, ktore zapoczatkowaly zmiany. Wiem- i nie mam jak tego udowodnic. Cokolwiek bym powiedziala na wlasna obrone, zabrzmi jak wymowka i bajanie, fantastyczna opowiastka. Ze co- ze dzwiek pily tarczowej, tnacej metalowe rury, doprowadza mnie niemal do katatonii? Ze z bolu ledwie moge myslec?
Ciekawe, czy kiedys zajma sie tym odpowiednie urzedy, i tak, jak teraz trwa spoleczna rehabilitacja ludzi z ADHD, kiedys ludzie z nadwrazliwoscia ktoregos ze zmyslow tez beda mogli liczyc na zrozumienie. Nie beda musieli sie bac oskarzen o wybujala wyobraznie i muchy w nosie.
Ale teraz po prostu wkurwia mnie niemozebnie, ze daja sie dzien po dniu torturowac i nie moge slowa powiedziec, bo to tylko wywola pogardliwe skrzywienie warg czlowieka, ktoremu sprzedawana jest bajka tak niewiarygodna, ze pieciolatek by w nia nie uwierzyl. Dzwiek nie moze bolec. Nawet nie jest glosny przeciez. Rejestry, jakie znowu rejestry?
Doprowadza mnie do pasji fakt, ze ja moglabym sie zwijac z bolu, ale poniewaz nikt poza mna go nie odczuwa- i mnie sie odmawia do tego prawa. Non posso.
W domu robie sobie kompresy z ciszy, wzglednie z jazzu i kojacego, chropawo-cieplego glosu Johnny`ego Casha, na zmiane. Jazzamor, Ian Simmons, Elvind Aarset; `I won`t back down`, sacza sie z glosniczkow, delikatnie, finezyjnie, pieknie. I bez sensu, bo nastepnego dnia znow wiertla I pily rozchrzaniaja mi osrodek bolu na kwarki.
Poszlam w zla strone chyba. Teraz musze znalezc sposob w miare bezkolizyjnego sposobu wymanewrowania stad. Czasu mam nie tak juz wiele, ale skoro w obecnej branzy czekaja mnie albo fabryki, albo belferstwo, to w zajebiscie zla strone poszlam.
Sek w tym, ze do stycznia musze wytrwac. I na bogow- nie wiem, skad czerpac sily.

czwartek, 11 listopada 2010
Z ruibieży świata
Skradzione kilkanaście minut na cudzym komputerze...Będąc w pracy oczywiście nie wchodzę an strony, które mogłyby naprowadzić kogokolwiek na moje prywatne życie, wystarczy mi niesamowite poruszenie, jakie wywołał w firmie wypad mój i siedmiu innych osób (w tym czterech Japończyków) na imprezę do pobliskiego miasteczka.
Wypad był w sobotę.
W poniedziałek od rana w Firmie huczało od plotek, krążyły jakieś zdjęcia- dyskoteka w owym miasteczku jest jedyną w okolicy, okazało się, że byli tam i inni ludzie z Firmy. Ale nie podeszli- podejrzewam, że z tego samego powodu, dla którego rzucali nam Spojrzenia przez pół poniedziałku: dla nich fakt wyjścia nas czterech z czterema Japończykami na imprezę był ---"znaczący" -_-'
Sama impreza była świetna, wytańczyłam się :D
Anyway- praca, wieś. W takich ramach krąży moje życie. Wścibstwo gospodarzy mnie niekiedy doprowadza do szału, toteż z prawdziwą ulgą barykaduje się w swoim pokoju, miałam też czas przeczytać kilka książek z tych kilkuset na dysku.
I straszny był mój smutek i rozczarowanie: tak jak pewne filmy (och, "Van Helsingu"...:( ), pewne książki powinno się czytać tylko raz. We wczesnej, naiwnej młodości.
Ale nie, ja musiałam sobie odświeżyć TFUrczość Mercedesy Lackey, czy Anne McCaffrey XD Cóż za błąd...
Cykl o śpiewakach Kryształu McCaffrey był dla mnie kiedyś oryginalny i niesamowity. Teraz- widzętylko i wyłacznie fakt, żę TAM JEST JEDEN WĄTEK! Autorka nawet na chwilę nie chce odstąpić od głównej bohaterki- waży sięna to jedynie w drugim tomie, a potem w trzecim przykleja się znów jak cień do bohaterki i prowadzi wygodnie jednotorową fabułę. Prawie zasnęłam z nudów przy trzecim tomie.
Ale nic nie bije na głowę Lackey. Bogowie...Ile ona miała lat, gdy to wszystko pisała? Wieczne czternaście?!
Tandeciarskie; złe; naiwne; płyciutkie; przesłodzone i SŁABEEEEE tak straszliwie!...nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek wykasuję jakąkolwiek książkę z dysku. Well...uczynię światu przysługę, zmniejszając o parę sztuk ilość kopii jej e-booków. Czytałam "Sługę magii" i aż mnie twarz bolała od mimowolnego grymasu. Chyba też zęby mnie zaczęły boleć od tego młodzieńczego angstu, jaki bucha z jej książek. Tam każdy bohater, nawet stateczny starzec, ma umysłowość piętnastolatka. Tragos.
W tym momencie zaczynam się obawiać, że dobrych pisarek pozostało na świecie ledwie garstka. Freedman. Le Guin. Hobb, ach- Robin Hobb!
Chyba jej postawię ołtarzyk dziękczynny, za to, że mnie ratuje przed zwątpieniem. Oto doskonałe pisarstwo! ...szkoda tylko, że z tłumaczeniami nie zawsze się udało -_- W ostatnim tomie cyklu o Żywostatkach, inna, niż przez poprzednie tomy, tłumaczka, zrobiła taki numer, jaki zrobiono "Hobbitowi": Bilbo Bagosz z Hobbitowa 2. Ostatnie starcie.
Bo dlaczegoby tłumacz miał sobie odmawiać przyjemności z nazwania bohaterów tak, jak mu się podoba? Niech ma też jakiś udział w kształcie powieści!
Nagle Malta stała się Słodką; Kendry- Pojętnym; Paragon- Niepokonanym; Kennit- Bystrym, Wintrow- Prawym, Brashen- Arogantem, a Reyn- Brasem O_o
Wymaga to nie lada skupienia, domyślić się, jaka postać kryje się za nowym, nieoczekiwanym mianem. Jakbym i tak nie miała głowy w ogniu po całym dniu pracy- wiecie, że teraz w pracy będzie można mnie "bookować"? -_-' Jest arkusz, gdzie można rezerwować sobie mój czas, i na bogów- czas po temu był najwyższy! Denerwowało mnie branie na siebie winy za każdym razem, kiedy o jednej godzinie pojawiali się ludzie z trzech różnych działów, twierdząc, ze przecież miałam przyjść właśnie do nich, teraz, zaraz i now.
Ech...Wkróce opiszę Innsmouth- miasteczko duchów.
Póki co- foty z Niemiec. Cieszę się, ze udało mi się tam wybrać. Potwierdzając tym samym, na zasadach myślenia magicznego,  trwającą od sześciu lat passę wyjazdową: co roku od sześciu lat przekraczałam granice. Gdyby w tym roku mi się nie udało...Ale się udało. Biorę to za dobry omen- passa będzie trwać.


Goerlitz
niedziela, 03 października 2010
Przebudzenie puzona

Ależ mnie łapy bolą... Spód i wierzch (!) dłoni, przedramiona, łokcie. Znów bębniłam, ale tym razem nie na dobrej starej djembe, a na brazylijskim bębnie zwanym surdo- wielka metalowa pucha, wisząca na pasie opasującym biodra. Walisz w nią pałkami- kolana też mam posiniaczone w związku z tym.

Nie był to stały punkt programu niestety, po prostu byłam na warsztatach; rytm wyszedł smaszny, gęsty i ognisty, i cudowne było to, że ludzie łapali w lot, o co loto. Prowadzący zapodawał rytm, dwie, trzy próby- i graliśmy! Cudnie; nic mnie tak nie doładowuje, jak gra na bębnach i taniec (dejavoo-doo, ale jakie, mam teraz...O_o). A grając brazylijskie rytmy maszeruje się w miejscu rozkołysanym, tanecznym, a w którymś momencie wręcz transowym krokiem. Rytm warczy i dudni, i to jest tak, jakby on tobą kołysał, jak fala przyboju, jak wiatr *_* Jakżesz ja to kocham... Szkoda tylko, że łapy mnie teraz tak niemiłosiernie naparzają.

Dobrze wobec tego, że wieczór muzyczny odbył się wczoraj. Spotkaliśmy się standardowo, w trójkę- mam jeszcze paru muzykujących znajomych, ale niezmiernie trudno jest przekonać ludzi, że spotkanie się, żeby razem poczynić trochę muzyki, dla przyjemności, byłoby świetnym sposobem spędzenia czasu. I że nikt z nas nie ma papieru na jakikolwiek instrument, a w ogóle to głównie improwizujemy, no i gramy na wszelkich dostępnych instrumentach, nawet nie mając pojęcia, z której strony się w to-to dmucha :D Fasolka do tego robi artystyczne wokalizy, piękne rzeczy z tego niekiedy wychodzą, a nic tak nie uskrzydla, jak świadomość, że jest się rękami/ustami, tworzącymi te boskie dźwięki.

Dźwięki eksperymentalne są, oczywiście, w większości, ale to, moi drodzy, jest jazzzzz :P Poza tym- prawdziwa sztuka rodzi się w ogniu. Najlepsze jamy wychodzą nam po dobrych dwóch godzinach rozgrzewki, docierania się, rozluźniania.

I dlatego, choć Fasola i W. pewnie mnie za to wciągną na listę "do odstrzału"- zapodaję nasz najnowszy, wsymakowany kawałek nastrojowej improwizacji z eksperymentalno-ambientowym filingiem. Nie wiem, co ja plotę, ale puzon- puzon rządzi.

A!- na początku może razić mała kakofonia, będąc pierwszym testem prawdziwego melomana; jest to, oczywiście, zaplanowane, a przy tym potrzebne, by tym mocniej uwypuklić późniejsze popisy; poza tym- trzeba było się dotrzeć :P Kwałek nosi tytuł----"Przebudzenie Puzona". Dosłuchać do końca!

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 41
CURRENT MOON