RSS
niedziela, 15 sierpnia 2010
Auły przyszłości

Czwarty dzień dyżuru "na wsi".

Piękna pogoda, las, łąki i najukochańsze ze wszystkich- polne drogi. A jednak--- z wolna płowieje sielanka, i wychodzą ostre kanty. Las- to w istocie lasek; każdą drogą można podążać co najwyżej 20 minut, i się kończy, zakneblowana pasem autostrad, obwodnic i betonowych podmurówek, o które rozbija się jak o falochron. Poza jedną- drogą wzdłuż lotniska; ale ileż dni można chodzić wciąż tą samą trasą? Toteż co spacer wymyślam, kluczę, robię bezsensowne pętelki; Aston przygląda mi się podejrzliwie, ale człapie za mną posłusznie, choć z ociąganiem. Wie, skubaniec.

Co gorsza, najpiękniejsza polna droga wiedzie obok gospodarstwa, zajmującego się skupem dziczyzny; a odkąd nastały upały- w sąsiedztwie tego skupu unosi się ohydny smród. Ale jest on tak straszliwy, że nawet wizja pachnącej rumiankiem dróżki z miękkim, żółtym piaseczkiem, nie jest w stanie zmusić mnie do przejścia przez tą strefę cuchnącej śmierci. Oczami wyobraźni widzę oskórowanego, gnijącego dzika i wszystko w żołądku wywraca mi się do góry nogami.

Dalej- takie małe, ciasno zabudowane osiedle, za Gdańskiem, w pobliżu którego jest tylko potężna osada handlowa- bo tego już centrum nazwać nie można- jest niczym klasyczna wioska zagubiona w górach. Ludzie siedzą sobie w swojej dolinie, całymi dniami, do miasta daleko, rozrywek nijakich nie ma- cóż można zrobić? No więc chociażby zwieszać się z balkonu, lub z okna przez pół dnia, obczajając chodnik lub- wieczorami- niżej położone mieszkania, w których już zapalono światła, ale jeszcze nie zaciągnięto zasłon. Nie ma spaceru, żebym nie widziała ożywionego ruchu między domami- ludzie, z dziećmi, psami, zakupami, śmieciami, albo po prostu stojący bezczynnie; chlorów co niemiara (wszystko na osiedlu jest droższe, niż w mieście, nawet o 50%- poza piwem -_-'). Tłum. Wiecznie- ciekawski, gapiący się, łażący bezładnymi zygzakami tłum.

W mieście ma się przynajmniej wrażenie anonimowości i przestrzeni osobistej (wrażenie to znika w momencie, kiedy sięwejdzie do mieszkania i nadal się słyszy rozmowę sąsiadów zza ściany -_-). Ale mogę przejść pół Kartuskiej, nim wreszcie kogoś minę; tutaj jest to niemożliwe, nawet po najkrótszych uliczkach ktoś się zawsze pęta, względnie- stoi/siedzi w kucki i się gapi. W lesie to samo- po krzakach, w najrozmaitszch, najmniej nawet spodziewanych miejscach, siedzą typki (i typiary) w rozmaitym wieku, coś chleją, a kiedy przechodzę z psem- milkną i długo czuję na sobie ich czujny, ciekawski, niespecjalnie przyjazny wzrok. No bo co się szwędam po lesie? Podejrzana jakaś. 

Czy to są właśnie osiedla przyszłości? Straszliwy, postatomowy odpowiednik grodów, a w późniejszej epoce- komunałek? Strach otworzyć lodówkę. Na pewno ktoś w niej będzie siedział i coś chlał- koncentrat barszczu chociażby. Zgroza.

----

Przyszło mi do głowy, skąd Stephanie Meyer wynalazła koncepcję krwi pachnącej w sposób przyćmiewającym wręcz wampirze zmysły. Myślę, że spędziła kiedyś lato na farmie, gdzie próbowały ją zeżreć komary. Jak mnie. Na bogów, jeszcze trochę, a poczuję się jak ten nieszczęsny skos z "Od zmierzchu do świtu", czy każda inna ofiara krwiopijców z filmów klasy "gore". Komary mnie po prostu kochają. Kiedy poszłam na spacer, wysmarowawszy się dokładnie jakimś antykomarowym specyfikiem, skurczybyk użarł mnie w czubek głowy -_-' Dodajmy do tego, że większość tych bestii przeszła już takie fazy mutacji, że ich ukąszenia to nie są po prostu małe czerwone, swędzące plamki. To wygląda jak ugryzienie szerszenia. Więc nie, żebym gloryfikowała zimę...ale mrozy mają jeden zdecydowany walor dla mnie XD

wtorek, 10 sierpnia 2010
After.Life

Amerykański film polskiej reżyserki, o której nagle zaczęto pisać w polskiej prasie, bo zrobiła karierę w Hollywood. Gdyby ten sam film próbowała zrobić w Polsce...cóż, nie wyszłaby pewnie z fazy planowania, więc nie ma o czym mówić. A dzięki temu nagłemu wybuchowi miłości mediów, dowiedziałam się i o niej i o tym filmie.

Który jest---- inny. Mocny; z przepięknymi zdjęciami i kolorami; świetną obsadą (Ricci, Neeson, Long); świetną muzyką.

Jest, co prawda, kilka "ale", które sprawiają, że ten film nie zajmuje szczytu szczytów na mojej liście.

Najsamprzód- nie wiem do końca, o co autorce chodziło, co chiała pokazać, jaką historię przedstawić. Z całą pewnością film, o którym czytałam, i ten, który obejrzałam, nie są tożsame. W trakcie oglądania te zmiany koncepcji są bardzo wyboiste i boleśnie odczuwalne; póki idziemy w stronę smacznego thrillera, jest dobrze, potem nagle następuje zwrot w stronę dramatu psychologicznego- mętnego i nużącego- by po chwili znowu dać widzowi asumpt do przekonania, że jest to mroczny thriller. Cały film w ogóle jest mroczny, i bardzo, bardzo trąci opowiastkami moich ulubionych autorów - Poe'ego, Lovecrafta, Hoffmana... Moja rzecz. Poza ostatnią sceną, która kompletnie zburzyła spojność, która w 3/4 filmu nagle zaczyna się coraz klarowniej wyłaniać i krystalizować w mrożący krew w żyłach obraz. A na koniec- angst i drama =_= Pff.

Liam Neeson jest rewelacyjny. W tym charakterze, budzącego dreszcz właściciela domu pogrzebowego, mógłby się tak sprawdzić tylko jeszcze jeden aktor, Anthony Head, który dał się już poznać w roli morderczego szaleńca, Repo-Mana. Za to Ricci, choć wyglądała przez cały film prześlicznie, bardzo eterycznie i doskonale pasowała do kolorytu filmu- drażniła mnie. Czym? Wokalem. Jej głos w ogóle to urodziwych nie należy, jest dość słaby i skrzekliwy; ale w tym filmie ta słabość jest tak irytująca, że ledwo można to wytrzymać. Drażnią mnie dorosłe kobiety, które mówią jak dziewczątka z anime. To, plus wieczne pojękiwanie i wzdychanie, jakby każdy jej ruch wywoływał cichy orgazm (znowu jak w anime -_- ) Na bogów- strach strachem, wyczerpanie wyczerpaniem, nie każdy w chwilach zagrożenia życiowego potrafi wrzasną wielkim głosem, jednak wokalowi Smerfetki mówimy zdecydowane NIE.

W scenariuszu jest dużo luk, dużo niewyjaśnionych kwestii, niepociągniętych wątków. Za dużo miejsca na spekulacje, co nie wróży dobrze recenzjom- 60% ze znalezionych na sieci jest krytyczna. Ale klimat pierwszorzędny. Ten film chę mieć.

Czas na małe SPOILERY:

- kwestia, czy Anna żyje, czy nie żyje: trochę mnie dziwi, że wiele osób jest przekonanych, że nie żyje, i że film jest zdecydowanie psychologiczną dramą; dowody, że się mylą, są dwa, za to wielgachne i nie do zbicia: mowa Eliota na cmentarzu, kiedy wyjawia Jackowi swoją filozofię i etykę, hm- pracy. Jasno mówi, że są ludzie, którzy mimo iż oddychąją i wydalają, są w środku martwi i nie załugują, by zabierać tlen tym, którzy żyją naprawdę. Kolo jest zwyczajnie maniakiem i mordercą, mumifikuje żywych ludzi i grzebie ich, póki są pod działaniem regularnie wstrzykiwanego narkotyku

- właśnie- narkotyk; Eliot wciąż zerka na zegarek, i zależnie od tego- pozwala ludziom zobaczyć ciało Anny, bądź nie. Wszystko zależy od tego, czy dekokt jeszcze działa, sprawiając, że jego ofiary wyglądają jak nieboszczycy.

- kiedy Anna stoi przed wilekim lustrem i widzi siebie jako trupa- kolejna niewyjaśniona kwestia, my widzimy Annę i pomimo bladości, nie nosi śladów rozkładu, widocznych na lustrzanym odbiciu- opuszcza głowę i wzdycha, a wtedy na lustrze pojawia się para z jej oddechu. Eliot błyskawicznie wyciera ślad i niespokojnie zerka na dziewczynę, czy aby tego nie zauważyła. Dla kogo miałaby być ta szopka? W czyjej głowie miałaby się dziać? Nie- to się dzieje naprawdę; Anna żyje.

- tak samo moment, kiedy Anna się budzi w trumnie: to już nie jest psychologiczna gra Eliota, nie ma widzów, nie musi się starać otumanić dziewczyny. Ona się budzi w trumnie i już. A przedostania scena z jej chłopakiem, któremu się wydaje, że odkopał ją i uratował- cóż. Ostatnie życzenie gasnącego umysłu chłopaka.

Nie do końca wyjaśnioną kwestią jest właśnie ta ostatnia scena, po której film stracił dla mnie prawie całą sól. To w końcu ossochozi? Eliotowi wydaje się, że rozmawia z trupami, jest to pokazane parę razy- rozmawia z nimi, jakby otrzymywał odpowiedzi, a niestety widzowie, przekarmieni "Szóstymi zmysłami" i "Duchami" to łyknęli; jak Jack. Eliot jest totalnym świrem- i do tego jeszcze robi wodę z mózgu samotnego chłopca z dysfunkcyjnej rodziny, przekonując go o ich wspólnych paranormalnych zdolnościach. Dlatego Jack grzebie żywcem kuczątko, przekonany, że jest martwe, i że tylko on widzi je wciąż zachowujące się jak żywe. Więc- o co do diabła chodzi na koniec z tym chłopakiem Anny? Co z nim? Zginął? Nie zginął? Czy może jest to pokazane z punktu widzenia szaleństwa Eliota, który znów uważa, że dostaje odpowiedzi od denata? Mętne, zbyt mętne. Ale film ZDECYDOWANIE wart obejrzenia.

niedziela, 08 sierpnia 2010
Chore męty wyobraźni

Maleńki update odnośnie wiadomego konkursu literackiego, Wojciechu.

Zdyskwalifikowali moje opowiadanie, bo---- jego fragmetny były tu na blogu. Plagiat! Plagiat, jako żywo, sama na sobie popełniłam.

Mam ochotę tak kląć, że by się dorożkarz ode mnie mógł uczyć. I było nam, działać twórczo a literacko? Idea krótkiej formy winnej wbiła mi właśnie krótki a ostry nóż w plecy- i kto winny? Jam winna. Zachciało się- tworzyć. Pisać! Nic nie piszmy, nigdy, dla nikogo, nigdzie. Źle tylko na tym wyjdziemy, to nie popłaca.

O, wiem, kupię telewizor, tam leci Jerry Sprionger, na pewno to wprowadzi więcej satysfakcji do mojego życia, niż jakieś pisanie.

Rwa mać...

Wrażenia po Festiwalu Szekspirowskim

Odespałam :) Przez ostatnie parę dni spałam naprawdę mało, a przecież emocji miałam więcej, niż normalnie wypoczęty człowiek może przetworzyć bez przeciążenia synaps.

Najsamprzód jednak krótka refleksja: jestem teraz bez sieci, i dziś, dorwawszy się po kilku dniach odłączenia, do internetu, skonstatowałam, że ----- niewiele straciłam. Prawda to, że rozwój narzędzi do komunikacji nie sprawił, by ludzie mieli więcej do powiedzenia, a przynajmniej- więcej z sensem.

Druga refleksa- sierpień. A ja, po kilkunastu minutach siedzenia przy uchylonym oknie, zadrżałam tak, że przekonfigurowałam niestety klawiaturę, i kiedy komp się restartował- poszłam założyć sweter. Gruby, ściśle dziergany, solidny wełniaczek. Ha-ha. Bedzie tego rozpasanego, trwającego wszak eony lata. Jakoś przepękamy jesień i ani się obejrzymy, a nastąpi kolejny glacjał, jak minionej tfu-zimy.

Festiwal Szekspirowski dobiegł końca. Mnie oczywiście interesowała głównie ta część, gdzie tłumaczyłam; ciekawie było też obserwować z bliska środowisko japońskich aktorów. Wniosek  najważniejszy: artyści jednak, niezależnie od narodowości, mają pewne cechy wspólne. Przede wszystkim ego, gigantycznych rozmiarów ego. Znamienne, że najmilej wspominam rozmowy z technikiem i muzykiem; aktorzy trzymali się na grzeczny dystans, a reżyser, pan Kurita, jakkolwiek fascynująca postać, był przy tym wcieleniem Chaosu. Sumując- kapitalne doświadczenie :P

Ach, no i dochodzę do wniosku, że gwiazda prawdziwie wielkiego formatu w żaden sposób nie da człowiekowi odczuć, że, jak to ujął król Julian- "it's nothing personal; it's just we are better than you". Chodzący dowód- Michał Urbaniak, którego ujmujący sposób bycia roztopił część mojego stresu i sprawił, że od razu lepiej mi się pracowało.

Sam spektakl- "Hamlet", w aranżacji inspirowanej teatrem No, i gdzie wiadomą sztukę w sztuce przedstawiono w stylizacji na Ningyou-Joruri, tyle że rolę lalek i jednocześnie lalkarzy grali ludzie. Coś niesamowitego, jak każda jedna interpretacja wydobywa inne elementy, pokłady możliwości, ukryte w postaci Hamleta; ten japoński był odpychający. Siedzący nieruchomo na scenie przez cały spektakl, nieporuszony i pełen powstrzymywanej pogardy do całego świata, podsycający w sobie tą zimną, zapiekłą żądzę zemsty, obojętny na to, ile osób przy okazji tym pragnieniem zniszczy. Szaleniec- ale niebezpieczny szaleniec. A sam aktor- przystojnyy---*_* Ale nie taka lala, jak Ikuta Toma; nie znam, niestety, jego nazwiska, bo nie mogę wejść na japońskie strony teraz ;_; Ale dać mu czerwone włosy- i Abarai Renji jak malowanie <3

Cudowna była rola Poloniusza- wcielił się w niego sam reżyser- istny wzorzec przebiegłego wezyra, szarej eminencji, który we wszystkie honoryfikatywne formułki, w całe to keigo, potrafił włożyć tyle lekceważenia i ironii, że nie miało się wątpliwości, kto tu tak naprawdę rządzi królestwem. Na pewno nie ten rozćmokany król i zbujana w nim Gaaturudo:P Kurita pojawił się potem w roli grabarza- i co jest na rzeczy z tymi postaciami w wersji japońskiej? Są zawsze bezbłędni! ("Nani mono da?!- Hakamori da! :DDDD) Żonglerka czaszkami i grobowa przyśpiewka, z wymachiwaniem szpadlem do wtóru- cacko. Potem pan Kurita odśpiewał tą piosnkę jeszcze raz w knajpie- i niech mnie kule biją, jeśli to nie była enka!

Scenariusz był nieczko okrojony, nie było paru kwestii, ale całość była bardzo zgrabnie i pięknie opracowana. Wreszcie poznałam choć jedną zatwierdzoną wersję japońskiego "być albo nie być" (wersje owe się mnożą na sieci), i nazwy kwiatów, rozrzucanych przez szaloną Ofelię (kolejna wywołująca ciarki na grzbiecie scena: śpiew Ofelii a potem nagle- obłąkańczy krzyk O_O). Także profit, profit :D

Problem w tym, że po spektaklu był nomikai, po którym poszłam spać o 3, by wstać niecałe 4 godziny później, i pomknąć na warsztaty. Ale wrażenia pozostają niezwykłe :)

I na koniec scenka z gatunku tych, na które człowiek niekiedy musi czekać latami, ale które niezmiennie poprawiają humor, nawet kiedy się do nich wróci myślami :D Przed spektaklem- a po spotkaniu pożegnalnym z wywczasującymi się znajomymi/powracającymi do kraju goścmi/i resztą :P- poszłyśmy do teatru po wejściówki. Byłam trochę rozkojarzona, bo zaraz po tym miałam iść spotkać się z trupą, przywitać, przestawić- what not. Odrobinę nerwów, plus- zmęczenie, ostatnimi czasy dopadające mnie z niezwykłą regularnością.

W westybulu tłum i wijąca się jak wąż kolejka. Podchodzę do okienka; stojący tam ludzie poruszyli się niespokojni- bo może będę się wpychać, i trza się przygotować na Akcję: Poczekalnia U Lekarza- ale zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, pani, będąca druga w kolejności przed okienkiem, wystartowała pierwsza.

- Biletów jeszcze nie ma! A nawet po wejściówki trzeba się ustawić w kolejce!- i machnęła znacząco w stronę majaczącego na odległym horyzoncie końca węża.

- Mhm- mruknęłam, wciąż na pół przytomnie.- Tam w ogóle, widzę, jeszcze nikogo nie ma.- mając na myśli nieobecność pani bileterki.

- Nie ma- powierdziła pani nr 2 z satysfakcją.- Może się pani tam zapytać, a potem i tak trzeba się ustawić do kolejki.

Pokiwałam głową, przeszłam do okienka obok, pokazałam identyfikator, pani bileterka wstała, przeszła do stanowiska, przed którym to właśnie stał ten kilometrowy ogon z bojową pańcią, wyjęła z szuflady zaproszenie, wróciła do swojego stanowiska, i mi je podała. Wychodząc, nie powstrzymałam zerknięcia przez ramię; widok miny pani nr 2- bezcenny :D

Ryutopia Hamlet

Ryutopia Ningyou

poniedziałek, 02 sierpnia 2010
Napisane w środek lata

Na Lammas natura się postarała i ofiarowała nam idealny letni dzień. Chociaż i wilię i samo święto obchodziłam osobliwie, bo samotnie. A mimo to to był idealny dzień.

No, prawie idealny, może poza faktem, że tego dnia właśnie się dowiedziałam, że już nie pracuję w PrzeKsięgarni. Och, zgadza się- praca tam nie była szczytem moich marzeń. Nie jestem pewna nawet, czy była ścieżką wiodącą na właściwą górę. Jednak wolałabym, żeby to do mnie należało ostatnie słowo.

Tymczasem około południa odebrałam wiadomość od M., ze zdumiewającym spokojem poprawiłam słuchawki, wyprowadziłam Zuzka i pojechałam nad morze. Coż innego mogłam zrobić?

Było idealnie. Nadmorskimi alejkami płynęła ludzka lawa, pokrzykującego, wlokącego dzieciary, pożerającego frytki i lody, rozlazłego tłumu- ale na ścieżce rowerowej było zwiewnie, lekko i marzycielsko. Rowerzyści i rolkarze mijali się gładkimi szusami, oddzieleni od ciżby zapachem wiatru i szybkością, niczym nie spowalniani i nie zatrzymywani.

Na plaży jasnowłosy chłopak umiejętnie sterował latawcem. Kolorowa czasza śmigała w te i we wte, kreśliła pętle, z zawrotną szybkością zmieniała kierunki, a raz nawet przepłoszyła ciekawską mewę, która podfrunęła dość blisko zabawki i zawisła na moment nieruchomo, ale na widok pędzącej ku niej materii straciła głowę, szarpnęła skrzydłami w panice i umknęła powietrznym kurcgalopkiem. Ja i właściciel latawca pękaliśmy ze śmiechu.

Po powrocie sięgnęłam po pewną wielką, złoconą księgę i odszukałam w niej malutkie czerwone drzwiczki. Łatwo by je było przeoczyć, gdyby człowiek nie wiedział, czego szuka. Otworzyłam je- i dopiero za nimi znalazłam klucz.

Może więc właśnie o to chodzi. Nie o wyjście- a o świadomość możliwości wyjścia.

Pasiasty layout skonstruował Shin.

sobota, 31 lipca 2010
Złodzieje Zuzków

Ktoś próbował rąbnąć Zuzka.
Kilka nocy stał, biedaczek, w krzakach, bo był tak ubłocony, że go ukrywałam w bocznej alejeczce przed domem.
Rankiem odkryłam ślady wytężonej pracy nad uwięzią, trzymającą mojego rosynanta przy płocie.
Zamek rozpadł się po kilku próbach rozpieczętowania go kluczykiem (sam klucz się wygiął i pękł -_-')- nie wiem, CZEGO tam wlano do środka, ale widok był porażający: tam, gdzie wcześniej był mechanizm, ziała czarna dziura- a blokada jak trzymała, tak nie puszczała! Dobra japońska robota... Ta blokada to jeszcze część prezentu od japońskiej policji :P
Udałam się po posiłki, i zacięśniłam znajomość z panem z pobliskiego serwisu rowerowego, który przyszedł dziś rano i jednym szybkim ciachnięciem przerażających nożyc uwolnił Zuzka skowanego.
Wiszę mu piwko :)
I tęsknię nieco za dawnym dobrym podziałem klasowym: hołota niech się okrada, niech się pierze i morduje, ale byle dalej, proszę, ode mnie. I mojego Zuzeczka!... ;__;



niedziela, 25 lipca 2010
O znajomościach pubowych i mojej teatralnej miłości


Znajomości pubowe podzieliłabym na dwa rodzaje.
Są ludzie, których obecność w knajpie- są z reguły jej właścicielami albo barmanami- sprawia, że czuję sie tam domowo i bezpiecznie; siedzę tam z przyjemnością, czy są jacyś inni znajomi czy nie, gawędzę niezobowiązująco z innymi ludźmi przy barze i jest mi dobrze.
A są też i znajomości "prestiżowe"; "rozpoznajesz" ludzi i przyznajesz się do znajomości z nimi, kiedy jest ci to na rękę, względnie kiedy dana osoba jest z ludzmi, których być może warto poznać, wtedy witamy się z nią z afektowaną wylewnością, mimo, że kilka dni wcześniej przeszliśmy koło niej bez słowa ni spojrzenia.
Wczoraj miałam możność podumać sobie nad tymi dwoma rodzajami ludzi w związku z wieczorem panieńskim Dary i wizytą w jednej z sopockich knajp.

----

Ponadto kategorycznie zaprzeczam, jakobym miała coś wspólnego z zespuciem programu do karaoke.

To nie ja nacisnęłam przycisk, do którego podłączone były kable, prowadzące do ładunków wybuchowych, które tam podłożyłam! 8-) Każdy sąd mnie uniewinni.
Jeśli kabelek odpadł od jednego małego dotknięcia, to w ogóle nie był prawidłowo podłączony.

*** Przedwczoraj do księgarni przyszedł Mirosław Baka *_*
M. ze zdumieniem skomentował, że zachowuję się jak poszczana nastolatka, co potwierdzam, w istocie- tak było.
Najlepsze, że nie od razu go poznałam, natomiast kiedy już to nastąpiło- chodziłam na miękkich nogach do końca dnia.
Pisałam już kiedyś, że gdyby w Polsce istniały fancluby aktorów i aktorek teatralnych, byłabym jego fanką nr 1, i chyba niczyją inną. Jest prześwietny, i jeśli ktoś widział tylko "Krolla" i jakieś "Demony wojny" z jego udziałem, natomiast nigdy nie oglądał go w teatrze, to nie ma pojęcia o skali jego talentu i charyzmy scenicznej.
Uśmiechnął się do mnie--- Mgiaaa, total squee mode! <3
czwartek, 22 lipca 2010
Black coffee

Wolny dzień. Impreza w Papryce. Powrót o brzasku. Gargantuiczne zmęczenie.
Więc oczywiście idea wyspania się zniknęła w kieszonce rzeczywistości, która ma umowę z Murphym. Nim dziś wybiła 10:30, odebrałam cztery telefony- w tym jeden dotyczący umów, dzieł, prac i rozsądnych, wyważonych odpowiedzi na pytania, i jeden dotyczący jak najszybszego wybycia z domu- oraz jednego smsa.
Zaraz się muszę zbierać do psa, potem do szpitala, potem podpisywać papiury i generalnie umierać w upale, ale przynajmniej czas porannej kawy (czarnej ;__;) należy do mnie.
Nawet nie miałam czasu się jeszcze zająć Dropsem, czyli moim nowym aparatem.
Aparacikiem raczej.
Ma mnóstwo dodatków, kabelków, płytek, kart i batryjek, cholera wi, co on tam jeszcze ma; ale jest maciupeńki i słodziachny jak nie wiem co. I jeszcze go nie wydobyłam z pudełka, bo---nie miałam czasu XD
Ale mama czuje się lepiej, prawdopodobnie pod koniec tygodnia ją wypuszczą do domu, i dobrze, bo nie trafia za bardzo z sąsiadami: jak nie rozjęczany ksiądz, to świrnięty staruszek XD
A'propos księży- ten mnie rozpoznał.
Na początku sądziłam, że majaczy, kiedy przywołał mnie do siebie i zarzucił natłokiem niespokojnych słów, kiedy nagle wśród tych chaotycznych zdań wyłowiłam: "Kupowałem u was książki..."
O_O
A następnie---rozszlochał się, że nie ma dzieci.
Co do pracy i kleru- wczoraj do księgarni przyszła zakonnica i zakasowała mnie pozdrowieniem "Szczęść Boże"- i kiedy ja jeszcze zastanawiałam się, jak na to odpowiedzieć, ona rzuciła swoją bombę.
"Potrzebuję jakiejś kartki z czarownicą. Albo łysą górą."
Błyskawicznie zrobiłam się czujna i łypnęłam na nią podejrzliwie; ale jej dobroduszna twarz nie dawała mi podstaw by wierzyć, że to jakaś prowokacja.
Potem się okazało, że to dla jakiegoś młodego żonkosia czy świeżo zaręczonego. Ale przyznacie- zaskakujące to były słowa z ust zakonnicy :P
Z innych wydarzeń pracowych: kilka dni temu, zanim wybuchło szaleństwo w zespole, i zostaliśmy w okrojonym składzie, mieliśmy nudny, nieruchawy dzień z P. Poukładaliśmy na półkach, co się dało i z braku jakichkolwiek klientów, tkwiliśmy tak w znudzeniu i okresowym podduszeniu- co jakiś czas tylko po podziemiu szła mrożąca krew w żyłach plota, niestety, zawsze prawdziwa: "Znowu w całej galerii padła klima", co wobec pracy POD ZIEMIĄ, w pomieszczeniu BEZ OKIEN i DOSTĘPU POWIETRZA z zewnątrz, było naprawdę fantastyczną sprawą.
Właśnie staliśmy po obu stronach lady, z umiarkowanym zainteresowaniem śledząc życie korytarza, jako że księgarnia była opustoszała; ja opierałam się o kontuar w nadziei, że nie zasnę, Przemo robił jakieś origami z paragonów pozbieranych z podłogi, gdy do sklepu wmaszerował młody człowiek w skejtowskim ubraniu (trochę nieświeżym).
Wmaszerował zdecydowanie i nieco wyzywająco, chowając dłonie za połami bluzy; a gdy dotarł do lady (włączyliśmy go w zakres naszej beznamiętnej obserwacji naziemnej), z rozmachem postawił koło mojej dłoni---gumowy wibrator, we wściekłym kolorze fuksji, który od tego wstrząsu zakołysał się spazmatycznie, a jego liczne wypustki zafalowały w proteście.
Razem z P. podążyliśmy wzrokiem za jego gestem, i nadal patrzyliśmy bez emocji, z tym że teraz na bimbającego sie smętnie (miał jakąś przyssawkę od spodu) członka w technikolorze.
Jeśli klient miał nadzieję na jakieś ożywione reakcje- zawiódł sie srodze. Nie drgnęliśmy nawet, ja nadal tkwiłam nieporuszenie, oparta o ladę, Przemo zaś w dalszym ciągu bez entuzjazmu rolował paragony.
"Potrzebuję jakiegoś opakowania, może wstążki, na---TO!" powiedział klient zaczepnie.
"Hm- odparłam ze znużeniem (tlenu nie było już pół godziny), przyglądając się "temu"- Zielona by chyba pasowała. Albo srebrna."
P. pokiwał smętnie głową i poczłapał do regału z wstążkami, gwiazdkami i ozdobnym papierem.
Potem nastąpiła cała sesja przymierzania kokardek, wreszcie opakowaliśmy mu zabawkę i zwieńczyliśmy kokardką, ale jestem pewna, że był nieco rozczarowany. Nie moglibyśmy być mniej wzburzeni; po prawdzie, tak samo obojętnie opakowalibyśmy szczotkę do włosów i piszczącą pocztówkę. Nawet, gdyby miała wypustki.

niedziela, 18 lipca 2010

Piekielne upały.
Naprawdę nie sądziłam, że kiedykolwiek pod naszą szerokością geograficzną będę się tak męczyć.
Już nawet nie temperatura daje w kość- tylko duchota. Stojące powietrze, siadające ciężko na klatce piersiowej.
---Czu burza coś zmieni? Czy nastąpi przesilenie i wszystko wróci do normy?... Nie piszę o pogodzie w tej chwili. Mama miała w piątkową noc zawał.
W zasadzie zaczęła go mieć bodajże w środę- tylko nikt, łącznie z nią, się nie zorientował. A o tym, że to był zawał, a nie kolejny -nie, że "do zlekceważenia", ale jednak lżejszy gatunkowo- skok ciśnienia, dowiedziałam się w sobotę rano.
Jest teraz w szpitalu, pod opieką dochtorów, za chwilę tam jadę, ale jeśliby ktoś miał na zbyciu trochę energii, poproszę o przesyłanie jej dobrych fluidów - tylko tak, wiecie, delikatnie.
Idę.
piątek, 16 lipca 2010
Wygrana

Do pewnego momentu wszystko wyglądało normalnie.
Lecz kiedy powróciłam na pięknym, obadanym przez przemilego pana specjalistę Zuzku, z pięknym, artystycznie przyciemnionym zdjęciem swoich płuc (jak jest z tymi płucami? Im ciemniejsze tym lepiej? Czy raczej powinny być jasne?), odkryłam, że moje konto na Facebooku w międzyczasie się okopało i przestało być dla mnie dostępne.
Nie! Wróć do mnie!...XD
Może to wina związków zawodowych? Może faktycznie traktowałam FB nieco instrumentalnie? Wreszcie- może tajemne siły, czyhające w wirtualnym świecie, chcą w ten sposób wymusić moją (i waszą!) zgodę na opłaty za korzystanie z portalu?...
Dość, że wrota fejsbuka są przede mną chwilowo zamknięte.
Zamknięte i oflagowane.
Tymczasm ja czekam na mój nowy aparacik.
Z tego, co wywnioskowałam z lektury na sieci, nie będzie to znowu taka nędzna małpka cyfrowa; to będzie całkiem przyzwoity model; może nie limuzyna, ale solidny mercedes pośród kompaktowych cyfrówek ^^
Ale trzeba Wam było widzieć moje bezmierne zdziwienie, kiedy zadzwonił do mnie przedstawiciel firmy, organizującej tamten konkurs. Musiał mi się wprzódy przypomnieć ("Walizka, walizka była od nas..." Ja:" A! Tak, teraz kojarzę. Słucham pana?" ), a potem powiedział rzecz zupełnie niewiarygodną, tak, ze przez chwilę milczałam i po prostu---istniałam, nie myśląc absolutnie nic. Przechodzący telepata miałby nie lada zagwostkę, jak można być tak całkowicie cichym wewnątrz własnej głowy XD
Wygrywanie czegokolwiek nigdy jakoś nie było moją specjalnością; cóż dopiero wygrywanie takich fantów, jak aparat fotograficzny!
Chyba dotad nie zamieściłam tu tej kontrowersyjnej, robiącej furrorę pracy, owocu twórczego wysiłku i chyba piwka. Albo dwóch.
No to proszę:


Tak, tak. To wlasnie to :D
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 41
CURRENT MOON